Życie na Zanzibarze

fot.123rf



Jak sama mówi, piękno tego miejsca udziela się duszy. Ludzie przyjeżdżają tu szarzy, smutni, ze zmarszczonymi czołami. Jednak kontakt z tubylcami ośmiela, by wyjść ze skorupy powagi. Podróżniczka DOROTA KATENDE opowiada o życiu na wyspie u wybrzeża Afryki. Rozmawia Krzysztof Boczek.

Podobno rozpoczęła pani przygodę z Afryką od obejrzenia filmu.

Od dziecka miałam takie marzenie, by żyć w egzotycznym miejscu. Kiedy obejrzałam „Pożegnanie z Afryką”, miałam już trójkę dzieci. Byłam szczęśliwa, ale model rodziny, w którym kobieta siedzi w domu, nie do końca mi pasował. A film mnie urzekł – oglądałam go wiele razy. Pomyślałam, że Karen Blixen to odważna kobieta.

Kiedy zatem zrobiła pani pierwszy krok, by wyłamać się z tego modelu?

Dwadzieścia lat temu wyjechałam do Kenii jako turystka. Wówczas nawet to było postrzegane jako szaleństwo. Gdy znalazłam się wśród rdzennej ludności Afryki, to miałam wrażenie, że jestem na innej planecie. Na safari pierwszy raz zetknęłam się z dzikimi zwierzętami żyjącymi na wolności i ujrzałam ogromne przestrzenie nietknięte ludzką ręką. Miałam poczucie kontaktu z Bogiem.

Nie przerażały pani noclegi w namiotach, z wyciem hien i krążącymi wokół lwami?

Przez pierwsze trzy noce nie mogłam spać. Z wrażenia, nie ze strachu. Słyszałam słonie, hieny, zebry i lwy. Potem już zasypiałam, nawet jeśli obok namiotu przechodziły dzikie zwierzęta. Ogromne wrażenie zrobili też na mnie Masajowie: przystojni, obwieszeni koralikami.

A jak do tego doszło, że otworzyła pani własne biuro podróży?

Mój drugi wyjazd do Afryki to już był rekonesans – szukałam miejsc i organizatorów safari. Biuro założyłam jakieś półtora roku po swojej pierwszej wizycie w Kenii. Pieniądze nie były moim głównym celem, zależało mi na tym, żeby móc tam jeździć.

Gospodyni domowa, która zaczyna organizować safari wśród dzikich zwierząt? Pani miłość do Afryki musiała być wielka…

To był proces, ale już pierwszy wyjazd mnie zmienił. Świetnie się tam czułam, sama ze sobą. W tych przestrzeniach afrykańskich miałam wrażenie, jakbym medytowała. Czułam wielką radość, uniesienie, duchowość. Podobał mi się tryb życia tamtejszych ludzi – blisko natury, bez materialnych potrzeb. Masajowie polowali tylko tyle, ile musieli. By coś zjeść. W Polsce przerażała mnie ilość marnowanego jedzenia, uganianie się za niepotrzebnymi rzeczami, uzależnianie się od nich, a potem praca, by je utrzymać. Wszechogarniający konsumpcjonizm. Ludzie w cywilizowanych krajach żyją bez sensu. Rozmawiają ze sobą, ale tak naprawdę nie zwracają na siebie uwagi. I nie mają dla siebie czasu.

Podczas któregoś wyjazdu z turystami pojechałam na Zanzibar – wyspę u wybrzeża Tanzanii. Tam poznałam inną Afrykę. Spokój i uśmiech tubylców. Relaks, muzyka i mieszanka kultur. Klimat niekończących się wakacji. Ciepło, świeże ryby, zapachy uprawianych przypraw i bębny. Urzekły mnie widoki z różnymi odcieniami oceanu: granat, turkus, lazur, błękit. Pomyślałam, że nigdzie nie może być lepiej niż tam. Po siedmiu latach mieszkania na wyspie nadal tak uważam.

Dwójka z trojga pani dzieci jeszcze nie była dorosła, gdy wybudowała pani dom na Zanzibarze. Wyjechały z panią?

Zostały w Polsce, mieszkały z opiekunką – córka miała wówczas 17 lat, a syn 16. Gdy dzieci osiągnęły pełnoletność, wolały już same robić zakupy, sprzątać, gotować. Dzięki temu nauczyły się samodzielności. Przyjeżdżały do mnie dwa razy w roku, ale na krótko – kilka tygodni, do dwóch miesięcy. Były podekscytowane tym, że zbudowałam dom na Zanzibarze, ale nie chciały się tam przenieść na stałe.

Czego nauczyła panią Afryka?

Tolerancji. Kiedyś myślałam, że jestem otwarta na inne kultury, ale okazało się, że jest inaczej. Początkowo podchodziłam do Zanzibarczyków z wyższością – chciałam im pokazać, jak się powinno żyć. Jak gotować, sprzątać, zajmować się dziećmi. Bo przecież przyjechałam z Europy, która jest na wyższym poziomie cywilizacyjnym… Czasem dochodziło do spięć. Ostatecznie to ja musiałam się podporządkować ich regułom, a nie na odwrót.

A do czego konkretnie?

Na przykład zaakceptować to, że mieszkańcy zaglądają mi do domu. Bo tam ludzie często przychodzą powiedzieć „dzień dobry”, pozdrowić, prosić o pomoc. I nagminnie kręcą się w pobliżu. Podsłuchują, plotkują, podglądają. A ja chciałam zachować prywatność. Pobyć sama ze sobą. Wymagałam tego od nich, ale bez skutku. W końcu zdałam sobie sprawę, że nie zmienię przyzwyczajeń swoich sąsiadów, ani tym bardziej całej wioski.

Na Zanzibarze odnalazła pani również miłość.

Tak, czułam się tam od początku szczęśliwa, ale dopiero gdy poznałam Justina, mojego obecnego męża, to wszystko nabrało większego sensu. I koloru. Zaczęliśmy razem snuć marzenia. Wymyśliliśmy, by mój dom zamienić w minipensjonat i organizować na wyspie śluby, nurkowe safari. Większość tych planów zrealizowaliśmy.

Czy w takim raju piękno przyrody oddziałuje na ludzką duszę, czyniąc człowieka lepszym?

Tak. Obserwuję taki proces u moich gości. Rodzi się w nich chęć, a nawet potrzeba pomagania. Prawie u każdego. Miejscowych czasami nie stać nawet na 10 dolarów opłaty za rok nauki dziecka. Polacy więc dotują szkołę, dzięki czemu więcej uczniów może do niej chodzić. Przywożą dzieciom przybory do pisania, książki do rysowania, zeszyty, mapy, globusy. Pomagają materialnie rodzinom podczas swojego pobytu i po nim. Czasami też finansują edukację dzieci na jej dalszych poziomach.

Zanzibar zmienia ludzi?

Polacy przyjeżdżają tu szarzy, smutni, ze zmarszczonymi czołami, zaciśniętymi zębami. Żyją w takiej skorupie powagi. Często najpierw szukają pretekstu, by się do czegoś przyczepić. Zdarzyło się kilka razy, że tuż po przyjeździe narzekali: „Miał być ocean, a go nie ma. Co to jest?!”. A to był akurat odpływ.

Początkowo boją się tubylców. Powoli przełamują swoje bariery i po jakimś czasie ich czoła przestają być zmarszczone, zaczynają rozmawiać. Opowiadają o sobie, otwierają się. Że dużo pracy, stres… Spostrzegają, że tubylcy nic nie posiadają, a mimo to są uśmiechnięci, szczęśliwi. I mają wolny czas. I tak powoli Polacy stają się coraz bardziej rozpromienieni.

Pani zaczęła spełniać swoje marzenia już jako dojrzała kobieta. To odważny krok.

Ludzie boją się zmian. Zainwestowania swojego czasu, zaangażowania się w coś, co niesie ryzyko niepowodzenia. Wolą życiowe lenistwo. Zawieszają pragnienia na haku. I tłumaczą sobie: „Mam dzieci, dom i już brak czasu i pieniędzy na coś więcej”. A ile w ciągu ostatniego miesiąca spędziłeś godzin przed telewizorem? A pieniądze wydane na papierosy, alkohol, wyrzucane jedzenie? Jedno i drugie jest, tylko źle to wykorzystujemy.

Ze względu na moją książkę piszą do mnie często kobiety: „Chciałabym realizować swoje marzenia, ale nie wiem jak. Mam beznadziejne życie, fatalnego męża, żyję stłamszona”. Dlatego gdy jestem w Polsce, spotykam się z nimi, by pomóc im w zmianie. Marzenia wymagają wysiłku, działań. Trzeba robić malutkie kroczki w kierunku ich realizacji. W życiu nie chodzi przecież o to, aby każdy dzień był podobny do innego. Mnie przynajmniej to nie wystarcza.

Czy ma pani poczucie, że znalazła swoje miejsce na ziemi?

Nie czuję jeszcze, bym osiadła w jednym miejscu. Przyjeżdżam co roku do Polski na kilka miesięcy – mam tu mieszkanie i rodzinę. Nabieram wtedy dystansu do Zanzibaru. A gdy tam wracam, to mam wrażenie, jakbym zaczynała od początku. Odradza się fascynacja widokami, egzotyką, oceanem. W powietrzu unosi się zapach kardamonu, wanilii, cynamonu, olejków z jaśminu afrykańskiego. Zmysły odżywają. Ocieram się o cudowną bryzę znad oceanu, czuję radość, szczęście, mam nowe pomysły i energię. Bo widzę, że trafiłam znów do ludzi uśmiechniętych, pogodnych, niesamowicie zainteresowanych drugim człowiekiem. I życzliwych – Zanzibarczycy zawsze pomogą. Nawet jeśli nie potrafią. A w Polsce krępuję się prosić kogoś o pomoc.

Ale po 4–5 miesiącach to wszystko powszednieje. Piękna już nie zauważam. Z czasem jestem zmęczona Zanzibarem, jego ciepłymi nocami. Marzę o spaniu w chłodnym pokoju, rześkim powietrzu, o śniegu.

Z początku pani znajomi krytykowali ideę budowy domu na Zanzibarze. Czy nadal spotyka się pani z negatywnymi opiniami?

Absolutnie nie. Teraz raczej słyszę słowa uznania, gratulacje czy głosy świadczące o chęci naśladowania. Także od osób zupełnie mi obcych. Ludzi, którzy chcą się spotkać, porozmawiać albo przynajmniej pomejlować. Poradzić się. Mam poczucie sukcesu, ale głównie to efekt mojej konsekwencji. Moje marzenie nie było tylko chwilową mrzonką. Mimo trudności, które mnie spotykały, nie rezygnowałam. Konsekwencja jest bardzo ważna. I to przez długie lata.

Dorota Katende przewodniczka, właścicielka biura podróży, od 20 lat organizuje wyprawy safari w Afryce. Uczyła się tropienia dzikich zwierząt, zdobyła Kilimandżaro, a od 2006 roku mieszka na Zanzibarze. W 2009 roku opublikowała książkę „Dom na Zanzibarze”. Ma trójkę dorosłych dzieci.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »