1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Żałoba po stracie bliskiej osoby

Żałoba po stracie bliskiej osoby

123rf.com
123rf.com
Każdy z nas inaczej przeżywa bolesną stratę. Psychologowie, którzy pracują z ludźmi w żałobie, zauważyli, że ludzka żałoba najczęściej pojawia się w 8 odsłonach.

1. Tłumienie bóludziałaniem. Smutek pojawia się na krótko, a potem osoba zajmuje się działaniem. W ten sposób unika przeżycia bólu. Po śmierci partnera szybko wchodzi w nowy związek lub popada w pracoholizm. Najczęściej zajmuje się jakimś aktywnym działaniem.

2. Psychiczna nieobecność. Czasami człowiek nie wykazuje objawów żalu, nie smuci się, nie rozpacza. Jego uczucia są jakby zamrożone, wydaje się nieobecny i trwać to może nawet przez kilka tygodni.

3. Dwuznaczność. Zdarza się, że ludzie nie dają sobie przestrzeni na głębokie przeżycie żałoby. W ich otoczeniu nie ma przyzwolenia na to, żeby zwolnili tempo życia, płakali, byli smutni czy wycofani z życia. Oczekuje się, że będą normalnie funkcjonować, żeby nie zakłócać zwykłego porządku. I oni ulegają tej presji. Wydaje się, że świetnie sobie sobie radzą, ale żałoba pojawia się w tak zwanych podwójnych sygnałach – robią się zgorzkniali, tracą energię życiową, są skrajnie pesymistyczni.

4. Żałoba przedterminowa. Bliscy osób terminalnie chorych często zaczynają przeżywać żałobę jeszcze przed śmiercią, która ma wkrótce nastąpić. Smucą się i rozpaczają w oczekiwaniu na nią. Już wtedy potrzebują , żeby móc opiekować się chorym.

5. Chroniczny ból. Dla niektórych osób przeżywanie żałoby jest tak intensywne, że nie mogą powrócić do codziennego funkcjonowania. Ich rozpacz i przeżywanie nieszczęścia jest jawne i intensywne. Nic się nie zmienia przez wiele tygodni a nawet miesięcy.

6. Traumatyczne przeżywanie żałoby. W tym przypadku zdolność osoby do radzenia sobie w codziennym życiu maleje z upływem czasu. Początkowo tłumiony smutek nagle staje się bolesny i przytłaczający. Osoba traci siły życiowe albo przez jakiś czas jest nienaturalnie pobudzona. W tym przypadku zdarzają się myśli samobójcze.

7. Opóźniona żałoba. Zdarza się bardzo często. Przez pierwsze tygodnie po stracie ludzie znajdują się w mechanizmie zaprzeczania i zajmują się działaniem oraz codziennym życiem. Jednak po jakimś czasie smutek pojawia się ze zdwojoną siłą, wyrzucając ich z normalności.

8. Żałoba pozbawiona prawa. Czasem ludzie nie dają sobie prawa do żałoby. Dzieje się tak u niektórych kobiet w przypadku poronienia lub gdy umiera rodzic, z którym ktoś nie miał dobrych kontaktów. Osoby te nie potrafią w pełni uznać straty i opłakać jej. Wówczas często pojawia się postawa dwuznaczna, żałoba przejawia się pesymizmem, cynizmem, powolną utratą sił.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Życie po stracie dziecka

Kiedy umiera ci dziecko, świat nadal istnieje, ale ty zamierasz. Tak jakby ktoś niespodziewanie wyciągnął wtyczkę z kontaktu. Każda matka i każdy ojciec muszą wtedy znaleźć najlepszy dla siebie sposób, by przeżyć kolejny dzień. (Fot. iStock)
Kiedy umiera ci dziecko, świat nadal istnieje, ale ty zamierasz. Tak jakby ktoś niespodziewanie wyciągnął wtyczkę z kontaktu. Każda matka i każdy ojciec muszą wtedy znaleźć najlepszy dla siebie sposób, by przeżyć kolejny dzień. (Fot. iStock)
Mówi się, że śmierć dziecka jest wbrew naturze, że to dzieci powinny chować swoich rodziców, a nie odwrotnie. Pewnie dlatego brak jest rytuałów żałobnych, które pozwoliłyby przetrwać tę najokrutniejszą z możliwych stratę.

Kiedy umiera ci dziecko, świat nadal istnieje, ale ty zamierasz. Tak jakby ktoś niespodziewanie wyciągnął wtyczkę z kontaktu… Każda matka i każdy ojciec muszą wtedy znaleźć najlepszy dla siebie sposób, by przeżyć kolejny dzień, a potem jeszcze jeden i następny.

Podobno pomaga pisanie, przelewanie na papier tych wszystkich myśli, emocji, opisów wydarzeń, których nie sposób objąć rozumem ani pomieścić w ciele. Justyna Wincenty, autorka „Kołysanki z huraganem” (Wyd. Fundacja Instytut Reportażu) tydzień po nagłej śmierci Tadka, swojego niespełna trzymiesięcznego synka, zaczęła pisać dziennik. Notowała błahe wydarzenia, rozmowy z mężem i starszą córeczką, lęki dopadające ją nagle jak zły pies czający się za rogiem ulicy, niechciane myśli, koszmarne sny, które nie pozwalały zmrużyć oka do rana. Opisywała postępy w terapii, spotkania z psychiatrą i innymi rodzicami w żałobie. Pisanie pomagało utrzymać w ryzach rozpacz i lęk, ale… „Przed żałobą nigdzie się nie schowasz, donikąd nie uciekniesz, zażąda od ciebie daniny rozpaczy prędzej czy później. Musisz ją poznać, zrozumieć, ulec jej” – przyznaje w książce.

Nic nie czuję

Strata bliskiej osoby dotyka każdej komórki twojego ciała, wyzwala całą gamę emocji, również takich, których istnienia nie podejrzewaliśmy. Żal, smutek, gniew, poczucie winy – idą ramię w ramię z doznaniami z ciała: zimno na przemian z uczuciem roztapiania się z gorąca, drżenie rozchodzące się od małego palca u stopy aż po czubek głowy, a zaraz potem zamrożenie wywołujące przerażenie, że zamienisz się w głaz i nie będziesz w stanie się ruszyć. Trudności z nabraniem powietrza, a kiedy już uda ci się wziąć oddech, masz wrażenie, że nie możesz go zatrzymać i powietrze napełnia twoje ciało jak balonik, który za chwilę pęknie. Ale najgorszy jest początek, pierwsze dni po stracie, kiedy nie czujesz nic.

„Nie jestem w stanie rozmawiać – brakuje łez, słów, emocji” – wyznaje Justyna Wincenty. Nie czujesz bicia swojego serca, kładziesz dłoń na klatce piersiowej i nie czujesz ani dotyku, ani ciepła skóry. Nie wiesz, czy cię to dziwi, czy przeraża, a może śmieszy? Podchodzisz do lustra i widzisz swoją twarz i szeroko otwarte oczy, a w nich pustka, jak studnia bez dna. Nigdy nie zapomnisz tego dnia, kiedy po raz pierwszy uda ci się zapłakać, potem łzy będą towarzyszyć ci często, bardzo często. A od czasu do czasu pojawi się szloch, taki głęboki, z dna miednicy, który przyprawia o zawrót głowy, wymioty. Nie sposób go powstrzymać, ale przynosi największą ulgę.

Razem z odblokowaniem łez i czucia pojawia się niepamięć „Nie mogę sobie przypomnieć, jak płakał” – czytamy w ,,Kołysance”. Głos zapomina się jako pierwszy, w przeciwieństwie do zapachu, który jeszcze przez miesiące będziesz pamiętać, a czasami – gdy pojawi się lęk, że jakoś trudno jest ci go odtworzyć – w panice będziesz biec do dziecięcego pokoju i wąchać kocyk, koszulkę czy ukochaną maskotkę. Niepamięć, także tego, co wydarzyło się tuż przed i tuż po śmierci dziecka mija powoli; wracają pojedyncze wspomnienia, dalekie obrazy, które w miarę przybliżania się i nabierania ostrości, będą uruchamiać – pojawiające się falami – emocje. Złość na tych wszystkich, którzy mogli coś zrobić, żeby uratować życie dziecka, wściekłość na partnera lub partnerkę, lekarza i wreszcie na siebie. O to, że nie przewidziałaś, nie zapobiegłaś, nie odczytałaś znaków (pierwszy syn babci autorki książki, Tadeusz, zmarł nagle w trzecim miesiącu życia – to samo imię, podobny wiek). Poczucie winy czai się za rogiem. A wina zawsze wymaga kary. Czy wystarczającą karą może być ciągnąca się tygodniami bezsenność, a właściwie całkowity zanik potrzeby snu, kiedy najsilniejsze leki pomagają jedynie na chwilę? A może będzie nią totalne odrealnienie, życie pomiędzy dwoma światami: jawą i snem albo odczucie zimna tak dotkliwe, że prawie zamieniasz się w kostkę lodu? Albo ten wszechogarniający lęk, że za chwilę pojawi się coś bardzo złego, a ty boisz się, że kolejnego „złego” już nie przeżyjesz, nie dasz rady…

Nikt mnie nie rozumie

Obok ciebie, pogrążeni w rozpaczy lub współczuciu są inni ludzie, na przykład twój partner czy partnerka. Nawet jeśli potraficie się wspierać w tych najtrudniejszych chwilach, to śmierć i żałobę po stracie dziecka każde z was przeżywa inaczej.

Jaś, trzytygodniowy synek Majki umierał przez tydzień. Urodził się przedwcześnie, w szóstym miesiącu ciąży, miał wiele wad rozwojowych, lekarze nie dawali mu szans. Obydwoje z mężem czuwali nad nim przez ten cały czas. – Michał w pewnej chwili zapytał lekarza, czy nie można mu pomóc, żeby dłużej się nie męczył – opowiada Majka. – Długo nie mogłam zrozumieć, o co chodzi. Kiedy zrozumiałam, uderzyłam męża w twarz, kazałam mu się wynosić. Jaś zmarł następnego dnia, w moich ramionach. Potrzebowałam wielu lat, żeby zrozumieć i zaakceptować, że dla Michała to było za trudne.

Mężczyźni w naszej kulturze wychowywani są według scenariusza „chłopaki nie płaczą”. Ich pierwsza reakcja tuż po śmierci dziecka bywa silniejsza niż reakcja matki, ale tuż po pogrzebie chcą jak najszybciej wrócić do tzw. normalności: do pracy, kolegów, swoich pasji. Często pragną też mieć od razu kolejne dziecko. Potrzebują jakiejś zmiany: chcą wyjechać w podróż, zmienić pracę, miejsce zamieszkania, kupić nowy samochód. Kobieta jest przede wszystkim w nieczuciu, a potem czuciu ponad miarę, kiedy nic innego się nie liczy. Badania mówią, że po śmierci dziecka w małżeństwie może pojawić się poważny kryzys, bywa, że dochodzi do zdrady, nawet rozwodu. Szok jako pierwsza reakcja na wieść o śmierci izoluje osobę go doznającą przed odczuwaniem czy nawet uświadamianiem sobie bólu innych osób. To naturalne, że uznajesz swój sposób przeżywania za jedynie słuszny. To odpowiedni moment, żeby poprosić o pomoc kogoś z zewnątrz: terapeutę czy grupę wsparcia rodziców po stracie dziecka.

Poczucie bycia niezrozumianym potęguje cierpienie, czasami nasila złość, innym razem budzi rozczarowanie czy niechęć. Nagle pusto się robi wokół ciebie, przyjaciele przestają dzwonić, a ci, co pozostają, często nie potrafią cię wesprzeć tak, jak tego potrzebujesz. Justyna Wincenty pisze wprost, że jeśli nie przeżyło się śmierci dziecka, trudno używać słów „rozumiem” czy „wiem, co czujesz” – „to tak jakby wiedzieć, co się czuje, gdy tramwaj odetnie komuś nogę, jednocześnie mając dwie własne”. Czasami ktoś zapyta cię, jak ci pomóc. Może po prostu wystarczy być obok, bez słów, w milczeniu. Zaakceptuj, że to się będzie zmieniać. Jednego dnia będziesz potrzebować wysłuchania, innego – pocieszenia. Czasami radość sprawi ci obecność w domu przyjaciółki i obserwowanie jej małego synka. Innym razem z płaczem wybiegniesz z parku, widząc matkę karmiącą na ławce niemowlę…

„Żałoba przychodzi falami – niby jest zwyczajnie, ale coś pod spodem się czai – potem nadchodzi kolejna fala uderzeniowa, ciężka i straszna, zmiatająca z pokładu okruchy normalności, które udało się stworzyć” – próbuje opisać ból autorka „Kołysanki” . Spróbuj sobie po prostu odpuścić, na tyle, na ile się da. Nie zwracaj uwagi na to, co mówią inni: co powinnaś, jak powinieneś. Daj się pokierować procesowi żałoby.

Czasami siebie nie rozumiem

Mózg, który ma za zadanie jak najdłużej podtrzymać życie, chroni nas przed przeżyciami trudnymi do pomieszczenia, na przykład w takich momentach jak strata dziecka. Włączają się wówczas mechanizmy obronne – ratują przed myślami i wspomnieniami, którym nie jesteśmy gotowi stawić czoła. Jednym z takich mechanizmów jest dysocjacja, którą ludzie opisują jako stan, w którym na jawie czują się tak jak we śnie; są emocjonalnie odrętwiali; mają problemy z koncentracją; trafiają do różnych miejsc, ale nie wiedzą, jak się tam znaleźli; mają wrażenie, że są oderwani od rzeczywistości. Czasami pojawia się magiczne myślenie, którego konsekwencją jest na przykład niemożność rozstania się z rzeczami zmarłego dziecka, wynikająca z przeczucia, że dziecko wróci. Granica pomiędzy poczuciem kontroli swojego życia a poczuciem zagubienia jest bardzo cienka. Nie bój się, to nie są oznaki szaleństwa, ta odrealniona jazda właśnie chroni cię przed chorobą psychiczną. Ale kiedy czujesz, że ten proces się nasila, poproś o pomoc.

Irena, której siedmioletnia córeczka zmarła na białaczkę, przez wiele miesięcy, absolutnie nieświadomie, trafiała pod szkołę dziewczynki. – Nagle o tej godzinie, kiedy zwykle ją odbierałam, urywał mi się sen, kiedy odzyskiwałam świadomość, stałam przed szkolnym budynkiem – opowiada.

Psychiatra rozpoznał u niej PTSD, czyli zespół stresu pourazowego, podobnie jak u autorki przywoływanej książki. Irena nie była w stanie nie chodzić pod szkołę dziecka, Justyna nie była w stanie mówić o tym, co się wydarzyło w dniu śmierci synka, reagowała paniką na sygnał karetki. Terapeutka zastosowała metodę przedłużonej ekspozycji – podczas cotygodniowych spotkań nagrywała opowieść Justyny o tym dniu z poleceniem, by każdego dnia pomiędzy sesjami odsłuchiwała ją i szacowała na skali od 0 do 100 poziom stresu, który odczuwa w trakcie. Najbardziej stresujące momenty opowieści były omawiane na terapii. Celem miało być zrozumienie, że opowieść sama w sobie nie jest groźna, tak jak sygnał karetki czy zapach szpitala.

„Umysł nie jest w stanie poradzić sobie ze wstrząsającym przeżyciem, którego człowiek był świadkiem. Ono co chwila odtwarza się w głowie jak zapętlony film – moje dziecko umiera mi na rękach” – wspomina Justyna Wincenty. To wszystko kiedyś minie. Potrzeba czasu, wsparcia, profesjonalnej pomocy, leków…

Dlaczego to tak boli i kiedy się wreszcie skończy?

Wszyscy chcielibyśmy kontrolować czas cierpienia – dokładnie wiedzieć, kiedy poczujemy się lepiej, kiedy to wszystko minie. Ale próby określenia limitu czasowego dla procesu opłakiwania straty dziecka są całkowicie pozbawione sensu. Można starać się określać, od czego to zależy: od wieku dziecka, stanu twojego zdrowia, wsparcia, jakie dostajesz, tego, czy dziecko chorowało, czy może śmierć przyszła nagle – ale to pozorne ruchy, które niczego nie zmienią, nie przyspieszą, nie ułatwią. Wyniki badań wskazują, że domykanie żałoby po stracie dziecka może trwać latami. Tego bólu nie sposób przeżyć w przyspieszonym tempie, nie można go też uniknąć. Są rodzice, którzy w smutku pogrążają się do końca życia, czasami nieświadomie porzucając emocjonalnie pozostałe dzieci.

„Kiedy umarł Tadek, otworzyło się wieczne źródło bólu. Będzie biło do końca życia” – to kolejny poruszający fragment książki, bo kiedy umiera dziecko, rodzice odczuwają również utratę części siebie: swoich niespełnionych marzeń, które lokowali w dziecku, planów na przyszłość, marzeń i aspiracji. W obliczu śmierci ich własna nieśmiertelność staje pod znakiem zapytania.

Nadejdzie dzień, w którym poczujesz, że boli trochę mniej, a kiedy boli, już wiesz, jak sobie z tym poradzić. „Wymyślam ćwiczenie. Wdech, mówię w głowie: mi. Wydech, mówię w głowie: łość. Wdech – mi. Wydech – łość. Powtarzam to bardzo długo, dopóki nie zasnę” – pisze autorka „Kołysanki”. Zaczynasz ufać naturalnemu procesowi przeżywania straty.

Doktor Lisa M. Shulman, autorka książki ,,Mózg w żałobie”, twierdzi, że leczenie traumy straty polega na przekształcaniu traumatycznych wspomnień we wspomnienia o mniejszym ładunku emocjonalnym. „Z neurologicznego punktu widzenia traumatyczne wspomnienia tworzą własne szlaki bodźców nerwowych: pewne bodźce wyzwalające aktywują szlaki związane z niepokojem, walką czy ucieczką. Wyzdrowienie wynika z neuroplastyczności mózgu, czyli utworzenia nowych szlaków dla bodźców nerwowych” – wyjaśnia.  Przyjmujesz wszystkie emocje, które pojawiają się w najmniej odpowiednim momencie i zalewają cię tak mocno, że z trudem łapiesz równowagę. Dzięki temu, że od nich nie uciekasz, ból powoli jest coraz mniejszy. A potem pewnego dnia uśmiechasz się, kiedy niespodziewanie znajdujesz w jakimś rzadko odwiedzanym miejscu w mieszkaniu jego skarpetkę i nie przepłakujesz z tego powodu nocy. Już nie starasz się obsesyjnie ustalić wszystkich szczegółów dotyczących jego śmierci, bo śmierć po prostu istnieje, jest elementem życia. Domknięcie procesu żałoby oznacza, że akceptujesz fakt, że być może nigdy się do końca nie pogodzisz ze stratą, że jeszcze nieraz zatęsknisz, zaszlochasz, poczujesz złość, dlaczego to spotkało właśnie ciebie… ale nie umrzesz już od tego.

  1. Psychologia

Nie chcesz już być singielką? Postaraj się zamknąć przeszłość

Jeśli decydujesz się na bycie singlem - powinien to być świadomy wybór. Często jednak za tą decyzją kryją się nieprzepracowane krzywdy. (fot. iStock)
Jeśli decydujesz się na bycie singlem - powinien to być świadomy wybór. Często jednak za tą decyzją kryją się nieprzepracowane krzywdy. (fot. iStock)
Można wyodrębnić dwie grupy osób żyjących w pojedynkę: single z wyboru i single wdowcy. Ponad połowa z nich to głównie kobiety w wieku dojrzałym. Wielu singli nie szuka obecnie partnera, a głównymi powodami kroczenia przez życie solo są: obawa przed zranieniem, przykre doświadczenia z przeszłości i brak potrzeby nawiązywania bliskich relacji.

Trzydziestoletnia Magda żyje w pojedynkę od 5 lat. Ma za sobą jeden poważny związek, który skończył się rozstaniem. Czterdziestoletnia Iwona 3 lata temu w wypadku samochodowym straciła męża. Twierdzi, że ciągle nie jest gotowa na nową miłość. Dwudziestoletnia Ania bardzo przeżyła rozwód rodziców. W dzień swoich osiemnastych urodzin dowiedziała się, że jej ojciec od lat miał równoległy związek.

Gdy przeszłość boli

Śmierć ukochanego człowieka, zdrada partnera, rozwód czy traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa to głęboka rana, która wymaga czasu, ale też przeżycia i pogodzenia się ze stratą. Czas po stracie nazywany jest żałobą, która ma kilka charakterystycznych etapów. Najpierw pojawia się szok, niedowierzanie, że to spotkało właśnie ciebie, życzeniowe myślenie, że to nieprawda, że wszystko będzie jeszcze tak jak dawniej. Później pojawia się bunt, żal, wściekłość, pragnienie szukania winnego, targowanie się z losem: co mogę zrobić, żeby ukochany człowiek wrócił? Depresja - etap izolacji, pogrążania się w bezgranicznym smutku, myśli samobójcze to najtrudniejszy etap żałoby, który zwykle pojawia się po pewnym czasie od zaistnienia straty (kilka miesięcy po pogrzebie, rozwodzie), kiedy bliscy, dotąd wspierający, wracają do swojego życia, a osoba po stracie w pełni uświadamia sobie fakt opuszczenia.

Rozliczenie się z przeszłością, pogodzenie z zaistniałymi faktami, akceptacja straty z jednoczesnym zachowaniu w sercu pamięci o nieobecnym, to ostatni etap żałoby, który powinien pojawić się do roku po stracie. Jednak często tak się nie dzieje. Magda ciągle przechowuje na szafce przy łóżku zdjęcie ukochanego. Utrzymuje kontakty ze wspólnymi znajomymi, którzy przekazują jej informacje na temat ,,byłego". Kiedy kilka tygodni temu dowiedziała się, że w jego związku nie dzieje się najlepiej, nadzieja na powrót partnera ponownie ożyła. Iwona nie była w stanie uczestniczyć w pogrzebie męża, do dziś nie była na cmentarzu. ,,Przecież tam go nie ma. Nie jestem w stanie pogodzić się z faktem, że ten młody, pełen życia mężczyzna, leży zakopany w ziemi" - tłumaczy przyjaciółkom. Ania zwierzyła mi się w trakcie terapii, że nigdy nie wyjdzie za mąż, bo czuje się lojalna wobec matki. ,,Wszyscy faceci to dranie. Niech mi pani da gwarancje, że mężczyzna, którego pokocham, będzie należał tylko do mnie".

Kiedy nosisz w sobie takie pokłady cierpienia, rozżalenia, bólu, lęku, wściekłości i niewiary w udany związek, nie jesteś w stanie rozstać się z przeszłością. Bywa, że w desperacji, na oślep szukasz miłości, wierząc, że zastąpi ci ona tę utraconą. W nowym partnerze lokujesz swoje zranione uczucia i wierzysz, że on wynagrodzi ci twoje rozczarowania i ukoi ból z przeszłości. A przecież żaden człowiek nie zastąpi nam byłego partnera. Związki zawierane z taką intencją z góry skazane są na porażkę.

Sprawdź, czemu/komu mówisz: ,,nie"

Jeśli masz za sobą tak dotkliwą stratę jak śmierć partnera, zdradę, porzucenie, czy traumatyczny rozwód rodziców bądź swój, twoja decyzja o życiu w pojedynkę nigdy nie jest świadomym wyborem. Jak to sprawdzić? Wyobraź sobie swój potencjalny nowy związek. Jaki obraz się pojawia? Wracają sceny z przeszłości: czujesz zapach dawnego partnera, wspominasz dzień waszego poznania, przypominasz sobie twarz ojca, który zapewniał, że nigdy nie przestanie cię kochać, a ty wiedziałaś, że jeśli uwierzysz w jego słowa to zranisz matkę? Jeśli tak właśnie jest, nie jesteś wolna od przeszłości. Nowy związek, myśl o nim powinna ci się jawić jak biała kartka, wielka niewiadoma, którą z ciekawością przyjmujesz. Jeśli w głowie masz już gotowy scenariusz tego, co ma się wydarzyć, wiesz dokładnie jaki ma być ten nowy mężczyzna, to znak, że jeszcze potrzebujesz czasu, by zamknąć stare i z ufnością otworzyć się na nowe. Psychologowie twierdzą, że od ostatniego związku powinny minąć przynajmniej dwa lata, żebyś mogła wejść w nową, udaną relację. W przypadku dotkliwej straty ten czas może być za krótki.

Przede wszystkim musisz zamknąć proces żałoby. Jak to zrobić?

Zaakceptuj fakt, że przeszłość już nie wróci. Nawet jeśli partner, który odszedł, zdecyduje się wrócić, wasz związek zacznie się od nowa, a gwarancją jego powodzenia będzie wybaczenie i zamknięcie przeszłości. Spotkacie się jak dwoje nowych ludzi.

Zrób bilans przeszłości. Nie idealizuj partnera, ani waszej relacji. Były między wami dobre i złe chwile, jak to w życiu. Obydwoje macie zalety i wady. Przy innym partnerze ty będziesz zupełnie inna. Jemu też daj taką szansę. Tylko wtedy będziecie mogli spotkać się autentycznie.

Jeśli nosisz w sobie ból po rozstaniu rodziców, zaakceptuj fakt, że to nie ty byłaś partnerką ojca i to nie ciebie zdradził. W potencjalnym partnerze nie szukaj ojca, na którym podświadomie będziesz chciała wyrównać krzywdy matki. W rozpadzie związku zawsze mają udział obydwie strony.

Pożegnaj się z mężczyzną z przeszłości, obojętnie czy chodzi o twojego partnera czy ojca. W myślach podziękuj mu za wszystko, co było dobrego w waszej relacji i zamknij ból wynikający z tego wszystkiego co cię zraniło. Ból, lęk, urazy to emocje z przeszłości. Skoncentruj się na tym, co ,,tu i teraz".

Jeśli zamkniesz przeszłość i dojdziesz do wniosku, że w twoim życiu nadal nie ma miejsca dla drugiego człowieka, będzie to twój świadomy wybór.

  1. Psychologia

Etapy żałoby po stracie – jak przeżyć ten trudny czas?

Żałoba jest naturalną reakcją naszej psychiki. (Fot. Getty Images)
Żałoba jest naturalną reakcją naszej psychiki. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Przed nami 1 i 2 listopada - Dzień Wszystkich Świętych oraz Zaduszki. Jest to czas, w którym jesteśmy bardziej refleksyjni. Zadajemy sobie pytania o sens istnienia, myślimy o śmierci, przemijaniu i nieuchronnych zmianach, jakie niesie życie.

Wspominamy bliskich, którzy odeszli – nawet po doświadczeniu wszystkich stadiów żałoby bardzo często wciąż doskwiera nam pustka i tęsknota. Jak wyglądają poszczególne etapy radzenia sobie ze stratą?

Żałoba może pojawić się nie tylko po śmierci bliskiej osoby, ale także w związku z rozstaniem, rozwodem, utratą nienarodzonego dziecka czy stratą cennego przedmiotu, zwierzęcia, idei lub myśli. Etapy żałoby i odczucia, które jej towarzyszą wyjaśnia Agnieszka Młodzikowska, terapeutka i psycholożka z Perfect In Centrum Terapii i Rozwoju Osobowości.

Etapy żałoby - jakie pojawiają się odczucia?

  • Etap pierwszy – wstrząs, szok, otępienie –  występuje bezpośrednio po stracie. W tym stadium żałoby dominują uczucia żalu, rozpaczy, gniewu i lęku.
  • Etap drugi – zaprzeczenie sytuacji, niedowierzanie, dezorganizacja. Na tym etapie żałoby po stracie towarzyszy nam uczucie pustki.
  • Etap trzeci – właściwa żałoba, którą charakteryzują długie okresy smutku i osamotnienia. Często pojawia się także drażliwość, poczucie bezradności, bezsilności i płacz. Ten etap żałoby może trwać od kilku miesięcy do nawet kilku lat (w przypadku np. utraty dziecka)
  • Etap czwarty – ukojenie. Napady smutku i żalu są rzadsze i słabsze. Dostosowujemy się do nowej sytuacji, odnawiamy istniejące kontakty, nawiązujemy nowe. Zaczynamy widzieć teraźniejszość i przyszłość. Przy tej fazie żałoby pojawiają się serdeczne wspomnienia.
  • Etap piąty – akceptacja straty, powrót do codzienności. To ostatnie ze stadiów żałoby, w którym pojawiają się nowe cele, nadzieja, radość życia.
- Warto podkreślić, że nie każdy człowiek przechodzi wszystkie etapy żałoby, a czas ich trwania może się różnić. Jest to sprawa bardzo indywidualna. Ważne, aby w jak najkrótszym czasie osiągnąć akceptację nowego stanu. Pamiętajmy, że każdy człowiek przeżywa smutek, rozpacz, żal, lęk czy gniew inaczej. Każdy też inaczej wyraża swoje emocje. Ważne jest to, by ich nie tłumić. Musimy pozwolić sobie na rozpacz, jeśli ją czujemy, na gniew, jeśli go w danej chwili doświadczamy, nie zaprzeczajmy tym uczuciom - mówi terapeutka.

Fazy żałoby - jak sobie radzić w tym trudnym czasie?

  1. Przede wszystkim dzielmy się swoimi uczuciami z innymi. Może to być rodzina, ale niekoniecznie. Możemy porozmawiać z kimś zupełnie z “zewnątrz”, z przyjacielem, kapłanem, lekarzem. Prawdziwa, szczera rozmowa w każdym stadium żałoby może zdziałać cuda.
  2. Prośmy o pomoc! Zarówno w codziennych czynnościach (zakupy, odebranie dziecka z przedszkola, porządki), jaki i profesjonalną pomoc terapeuty.
  3. Możemy także dołączyć do grupy wsparcia (poszukajmy np. w sąsiednim Ośrodku Interwencji Kryzysowej lub w poradni czy Centrum Terapii). Takie spotkania, w atmosferze bliskości, empatycznego słuchania, współodczuwania, mogą być bardzo pomocne i skuteczne w poszczególnych etapach radzenia sobie ze stratą.
  4. Dajmy sobie po prostu czas na doświadczenie tej żałoby. Etapy pozwolą dodatkowo zrozumieć, co i dlaczego w danej chwili czujemy.
Podczas przeżywania żałoby trudno jest słuchać teoretycznych rozważań na temat definicji, faz, etapów żałoby. Nie chodzi jednak o to, by się nauczyć tej wiedzy, czy też do niej stosować. Ważne by rozumieć co się z nami dzieje w tych trudnych chwilach, jakie przynosi żałoba. Etapy, na jakie się ją dzieli, wyjaśniają, co może nastąpić, pozwalają akceptować swoje zachowania, nie obwiniać się i nie mieć dodatkowego poczucia winy.

Żałoba jest naturalną reakcją naszej psychiki. Występujące objawy takie jak: zaburzenia łaknienia, smutek, przygnębienie, apatia, zaburzenia snu, brak zainteresowania otoczeniem są jak najbardziej zdrowe, normalne i wręcz pożądane po starcie bliskiej osoby.

  1. Psychologia

Wchodzenie w związki bez miłości nie wyleczy złamanego serca - przestrzega Kasia Miller

Kobiety, które cierpią po rozstaniu, czują się oszukane i porzucone często szukają zemsty rzucając się w ramiona innego mężczyzny. Jednak takie toksyczne związki okazują się tylko pułapką. (fot. iStock)
Kobiety, które cierpią po rozstaniu, czują się oszukane i porzucone często szukają zemsty rzucając się w ramiona innego mężczyzny. Jednak takie toksyczne związki okazują się tylko pułapką. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mają być ulgą, plastrem na zranione serce. Słodyczą, bo myślimy, że tak smakuje zemsta. Złożeniem siebie na ołtarzu miłości. Wiążemy się więc z kimś, kogo nie kochamy, w celu innym niż miłość albo z kimś, kto nas nie kocha, licząc, że pokocha. Czy osiągamy to, co zamierzone – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Moja koleżanka, atrakcyjna kobieta, zobaczyła, jak jej były całuje się z inną, więc kopnęła w jego samochód. Tak mocno, że złamała palec.
Ludzie potrafią skrzywdzić sami siebie, żeby zemścić się na kimś, kto im złamał serce. Pewna moja znajoma miała romans z architektem. Wydawało się, że ich związek zmierza w stronę małżeństwa. On co prawda tego nie obiecywał, bo mężczyźni rzadko obiecują takie rzeczy, a jak na dzień dobry machają pierścionkiem, lepiej uważać! W każdym razie spotykali się przez kilka miesięcy, zabierał ją do swoich przyjaciół i znajomych z pracy, więc kobieta myślała, że związek się rozwija. Ale on myślał inaczej, o czym jej szczerze powiedział. No, to się wściekła i postanowiła się zemścić, uwieść jego szefa i podjudzić obu mężczyzn do rywalizacji. Wiedziała, że szef nie jest żonaty i że ona mu się podoba. Przy okazji wspomniała mu więc, że już się z tamtym nie spotyka, i zasygnalizowała, że gdyby on chciał, to ona owszem... No i kiedy chodziła już z szefem, przychodziła do niego do pracy i demonstracyjnie się do niego przytulała, pokazywała, że teraz jest dziewczyną lepszego samca. Przypomina mi się tu rozkoszna piosenka Violetty Villas: „Choć jeden raz, żebym była tak piękna, dziś, właśnie dziś, bo wieczorem na bal z tamtą drugą masz przyjść, spostrzegasz mnie, nagle serce ci pęka!”.

Zemściła się na byłym, wiążąc się z jego szefem?
Chciała pokazać, że jej jest na wierzchu. No i przez chwilę w jej głowie tak było. Tamten widział, że sobie z jego szefem umościła gniazdko. Ale nie dał mu w twarz, nie padł u jej stóp i nie błagał, żeby wróciła. Szef też do zemsty się nie przyczynił, bo nie zaczął zachowywać się nie fair wobec poprzednika.

Marna zemsta… Może pokochała szefa i są razem?
Kiedy mężczyzna ma być „zemstą”, to niczego dobrego kobieta nie będzie z tego miała, oprócz chwilki satysfakcji, że intryga się powiodła. Jak się wchodzi w następną relację, natychmiast po rozstaniu z kimś, kto był dla nas ważny, to się nie ma wolnego serca. A ona szefa nie kochała i obojgu im coraz mniej się chciało chcieć siebie nawzajem. Ich bycie razem nie miało się czym żywić. Było sztucznie karmione celem innym niż miłość. Dlatego, kiedy cel został osiągnięty, związek zgasł. Mógłby trwać, gdyby mieli w byciu razem inny, np. materialny, interes, choćby dom z basenem. Strach przed zaangażowaniem w kolejny związek pcha nas ku komuś, kogo nie kochamy.

Może seks z szefem był lepszy?
Gdyby szef był superkochankiem, ta pani miałaby fun, ale to też wiele by zmieniło. Mądra kobieta wie, że seks to seks, a miłość to miłość. Może sobie „pójść w seks” z kimś, żeby się cieleśnie zresetować po poprzednim związku, jeśli ma taką potrzebę. Może się ratować w każdy sposób, byle było to prawdziwe. Bez udawania przed sobą, że czuje się coś, czego się nie czuje. A my często nie wiemy, co czujemy, bo się tego nie nauczyliśmy. Nie dostaliśmy od rodziców prawa do tego, żeby zajmować się swoimi uczuciami. Ani wzoru, jak to robić. Nie wiemy więc, że to się opłaca. Odwrotnie: myślimy, że będzie strasznie, gdy sobie na to uczucie pozwolimy. I chcąc pozbyć się rozpaczy, zmuszamy się do seksu z kimś, z kim nie mamy ochoty, i do seksu, na jaki nie mamy ochoty. Robienie tego w celu innym niż przyjemność czy bliskość to zawsze użycie siebie. Nadużycie! Ta opowieść jest o tym, że dziewczyna zrobiła ogromny wysiłek, by coś udowodnić facetowi, który ją rzucił – i by uciec przed prawdą o tym, co czuje. I zmarnowała to, co znacznie ważniejsze, czas po porzuceniu na to, by miłość odpłakać, stanąć na nogi i wybrać kogoś, kto naprawdę będzie jej pasował. A więc zrobiła sobie krzywdę.

Zagrała na nosie byłemu, zdobyła szefa, jaka tu krzywda?
Prawdziwe uczucia zepchnęła do kąta po to tylko, by się zemścić. Nie pogodziła się ze stratą. Była nieprawdziwa, używała siebie i dlatego nie zbudowała wewnętrznego spokoju ani związku. Weszła w tę relację po to, żeby nie czuć. Mało tego! Żeby tamten poczuł. Żeby go zabolało. Czyli odrzuciła siebie. No, ale kiedy nie udało jej się stworzyć domu z szefem, była na tyle świadoma, że na szczęście przyszła po pomoc. Powiedziała, że się zagalopowała. Że zrobiła coś, co się nie sprawdziło. A teraz po rozstaniu z tym, kogo nie kochała, jest jej gorzej niż po rozstaniu z ukochanym.

Chciała się dowiedzieć, czemu tamten jej nie chciał?
Nie chciała i nie zawsze jest to do czegokolwiek potrzebne, bo rozstanie często nie ma nic wspólnego z nami. Gdyby zapytała go, dlaczego już nie są razem, mógłby powiedzieć, że nie wie. Po prostu tak poczuł… stracił do niej uczucie. Coś się wypaliło. Kobiety często mówią: „Bo ja byłam niefajna, dlatego on powiedział, że jednak nie”. A niekoniecznie. Możemy mieć do czynienia z człowiekiem, który nie umie na dłużej się z kimś związać. Możemy mieć do czynienia z człowiekiem, którego coś niesłychanie ważnego zaabsorbowało: awans, choroba, poczucie bezsensu lub przeciwnie – odkrycie, że chce być wolontariuszem przy umierających, a nie żyć wygodnie z tobą. Nie wiemy, dlaczego mężczyzna mówi „nie”. Ważniejsze było to, że ona samą siebie, taką zamrożoną emocjonalnie, komuś zaniosła. Była znieczulona, więc łatwiej było jej udawać. Gdyby jej związek był oparty na prawdziwych uczuciach, to nie udawałaby, że chce być z kimś, skoro tego nie chciała. I czuła się pusta, bez uczuć, jak wyprana przez dwie pralki. Trochę trwało, nim odrobiłyśmy to, co konieczne. Najpierw musiała się przyznać do swoich prawdziwych motywacji, które nie były dla niej jasne. W bólu zadziałała instynktownie.

Czy to kobieca specyfika – mężczyzna jako plaster i słodycz zemsty?
Gdzie tam! Moja druga historia dotyczy mężczyzny. Ludzie w sytuacjach granicznych, a porzucenie taką jest, reagują na parę sposobów. Ten mężczyzna po związku, w którym był szczęśliwy i zakochany, a został porzucony dla kogoś innego, poczuł się tak boleśnie ugodzony w serce, że od razu ożenił się z dziewczyną, która mu się ofiarowywała od lat.

Kolejny z niebezpiecznych związków: „Kocham go i wierzę, że on mnie też pokocha”?
Wiedział, że z tej dziewczyny robi plaster na serce: „Tamta mnie rzuciła, już mnie nie kocha, ale jest ktoś, kto mnie kocha. Kto od lat na mnie czeka i teraz będzie mnie miał jako nagrodę. Jestem więc godzien miłości”. No i zgadnij, co było dalej.

Mężczyzna tęskniący za inną i kobieta oczekująca na jego miłość? Hm… też im nie wyszło?
Wyszło, ale na jakiś czas. Ona była dumna, że on tak szybko po rozstaniu z tamtą do niej przyszedł. Uznała to za plus. A powinna pomyśleć: „Dlaczego tak szybko? Dlaczego akurat do mnie? Bo wie, że go kocham i się mu ofiarowałam?”. Jeśli ktoś lubi być wzięty w ofierze, to mu może na dłużej wystarczy. Ale ta druga osoba może wcale długo nie zachwycać się takim obdarowaniem. Bo jak długo możesz być z kimś, kogo nie kochasz? Tak długo jak tęsknisz za tą utraconą miłością i potrzebujesz plastra. Nawet jeśli plaster ma zalety i podoba ci się, to i tak mało! W naszej historii mężczyzna, kiedy przestał kochać tamtą, pomyślał, że już nie chce być z kobietą, której pozwala się kochać, koić, dopieszczać. Brał od niej to wszystko, bo był pewien, że mu się to należy, bo daje jej to szczęście, jakim jest on sam. Ona była dawcą, a on biorcą, co już samo w sobie zapowiada kłopoty.

Dlaczego on, który brał, miał dość, a nie ona, dawca?
Bo nie musiał jej zdobywać. Dostał ją za darmo. Jak mężczyzna stara się o kobietę, to będzie ją cenił. I to pomaga później pokonać kryzysy w związku. Istotne jest, czy na początku związku on czuł radość, że ją zdobył. Zdobywanie to baza, która zostaje na zawsze, bogactwo, mocna podstawa stabilizacji, bo cenimy to, co wymagało wysiłku. I dlatego kryzys można pokonać, gdy się sobie o tym przypomni, bo to daje motywację. A tu on miał to, co mógł, a nie to, o co walczył. A że już się jej miłością napchał, ukoił, to mu się przejadła. Gdyby ona nie była tylko dawcą, gdyby zdała sobie sprawę, że on jej użył jako plastra, to ich bycie razem mogłoby przetrwać. Ale, niestety…

…on ją wziął z półki „zastępstwo”.
Powiem tak: im bardziej on był obolały, tym bardziej ona nie powinna mu się oddawać. Ale! Można też powiedzieć, że miała tego faceta, o którym marzyła, w taki sposób, w jaki było to możliwe. Gdyby mu się nie ofiarowała, to może on nigdy by jej nie wybrał. Skoro jednak ona nie dała się poznawać i zdobywać, ale dała mu się cała od razu do zjedzenia, to mogła się spodziewać, że usłyszy od niego: „Już dziękuję, nasyciłem się”. I on tak zrobił, ale też to mu się nie podobało, dlatego przyszedł na terapię i powiedział: „Przestałem kochać tamtą. Przestałem cierpieć. I zobaczyłem, że szczęśliwy z tą drugą nie będę. Ona nie jest tą, którą wybrałem i z którą coś zbudowaliśmy, więc od niej odszedłem”. Ustaliliśmy – co dla mężczyzn jest bardzo trudne – że przez jakiś czas z nikim nie będzie. Mężczyźni nie umieją żyć bez kobiety, choćby takiej do romansu. Ustaliliśmy też, że następnym razem będzie uczciwy, powie kobiecie, że nie ma bladego pojęcia, co ma jej do zaoferowania. Zapyta, czy ona jest gotowa na to, że na przykład będą tylko uprawiać seks. I że on jej nic nie obiecuje nie dlatego, że z nią jest „coś nie tak”. Ważne jest, żeby kobiecie powiedzieć: „Jesteś superlaska i dlatego chcę z tobą iść do łóżka, podobasz mi się i cię pragnę, ale na razie nie potrafię kochać, bo moja miłość się skończyła i jestem poobijany. Brałem od kobiety, która mnie kochała, coś, czego nie powinienem brać, zamiast opłakać stratę”.

To ludzkie szukać pocieszenia w ramionach, które są otwarte…
Pamiętam, jak mi kiedyś wymarzona miłość nie wyszła i poszłam do tego, o kim wiedziałam, że mnie kocha, żeby sobie zrobić smarowidełko na mój smutek, ambicje i samotność. Na wszystko to, co wiąże się z zawodem miłosnym. Wiem, że ludzie wtedy pędzą, do kogo mogą, jak tylko kogoś takiego mają. Natomiast nie jest to rozwiązanie, ale iluzja, że się sobie poradziło. A tak naprawdę robiąc to, porzucamy siebie, dlatego że rodzice nas zostawiali w dzieciństwie z naszymi uczuciami, zostawili nas z naszymi przerażeniami, z naszymi rozpaczami. Z tego powodu nie umiemy sobie z trudnymi uczuciami poradzić i biegniemy, do kogo tylko możemy, żeby nas wziął na ręce i poniósł, bo sami siebie nie poniesiemy...

Nie zostawiać siebie. Ale co to znaczy?
Przeżyć to, co mamy do przeżycia. Cierpisz? Weź urlop, zamknij się w domu i potnij na kawałki jego garnitury, wyrzuć zdjęcia albo wbij w te zdjęcia szpilki. Pisz listy do niego i je pal. Zakop się w łóżku i nie wychodź tydzień z domu. Wyj jak zwierzę z rozpaczy. Zwierzęta wiedzą, co robić, są prawdziwe – cielesne. A my jak i one ból mamy w ciele. Przecież każda komórka boli, każdy włos... Dlatego ten ból ma być wyrażony ciałem. Dobrze, jeśli ktoś nas co jakiś czas przytuli, ale musi to być ktoś, kto umie znieść to, że wyjemy, i nie powie: „Przestań, wszystko będzie dobrze”. Tylko: „Krzycz, drap, płacz”. A pojawiają się różne uczucia: i takie, że go nienawidzę, i zabiłabym, i błagam: „Wróć do mnie!”. Odreaguj je. Poznaj, nazwij. Zdaj sobie sprawę z tego, których masz najwięcej. Może odkryjesz na przykład, że to wcale nie była miłość, tylko zawłaszczenie.

Tabletki? Alkohol? Śpiew? Film „Janis” o Janis Joplin pokazuje, jak śpiewając, można przeżywać to, co bolesne…
Ani tabletki, ani alkohol. Śpiew tak. Ale prawdziwy. Joplin do tego, by wyrazić siebie, potrzebowała dragów i dlatego nie przeżyła prawdziwego oczyszczenia. Leczące jest dla nas wyrażenie siebie oparte na odwadze do otworzenia się, zaufaniu do świata i życia, a nie na chemii. Uzależniamy się od niej, jeśli dzięki niej możemy sobie poradzić z tym, co czujemy, możemy pozwolić sobie na to, co najtrudniejsze – na poczucie bezradności. Problem polega na tym, że jeśli nie doświadczymy ulgi, jaką daje wyrażanie prawdziwych uczuć i obecność kogoś, kto pozwala nam je okazać, to uciekamy przed sobą i tym, co czujemy, w ćpanie, chlanie, branie prochów lub znieczulamy się w niebezpiecznych związkach.

  1. Psychologia

Ludzie owładnięci uzależnieniem nie rozpoznają swoich pawdziwych uczuć, regulują je nałogiem

Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym.(Fot. iStock)
Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym.(Fot. iStock)
Ludzie owładnięci nałogiem po jakimś czasie stają się podobni. Nie rozpoznają już swoich prawdziwych emocji, powód to nałogowe regulowanie uczuć. Jak to wygląda? Kiedy jestem zła albo coś nie spełnia moich oczekiwań, uciekam w jedzonko. W mojej głowie pojawia się olśniewająca myśl, że jak sobie coś zjem, przestanę czuć to, czego nie chcę czuć, i będzie mi fajniej.

Marzymy o wolności, a często jej nie znamy, bo jeśli jesteśmy w szponach nałogu, to znaczy, że nie jesteśmy wolni. Takie twierdzenie nie budzi sprzeciwu, jeśli dotyczy bezdomnych narkomanów. Ludzie myślą: "Dopóki ja w takim stanie nie jestem, to nie ma problemu. Pracuję, zarabiam, żyję jak inni, wszyscy wokół robią to samo".

Wiemy, że można się uzależnić od substancji, od leków, alkoholu, hazardu czy jedzenia, nie dostrzegamy jednak, że również od zachowań i uczuć, na przykład od złości, od bycia ofiarą, zakochiwania się, zakupów. Albo od innego człowieka, męża czy dzieci. Nie zdajemy sobie też sprawcy, że można być uzależnionym od wielu rzeczy naraz. Oczywiście nie wszystkie uzależnienia są jednakowo groźne, uzależnienie od kawy nie zabija.

Ludzie mówią: uzależniłem się od jeżdżenia na rowerze. I nie mają racji - chyba że ktoś przestałby spać albo jeść, albo chodzić do pracy, tylko jeździł na rowerze. Nadużywamy tego słowa, to paradoks, bo przecież kiedy realnie jesteśmy uzależnieni, nie chcemy tego nazwać po imieniu, żeby mieć poczucie, że kontrolujemy sytuację. Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym. Przyczyna wiąże się z dzieciństwem, z tym, jak zostaliśmy wtedy przez najbliższych potraktowani. Czy zbudowano w nas poczucie własnej wartości. Jeśli go nie mamy, nie pomogą czerwone paski na świadectwach ani wysokie stanowiska. Jeśli dziecko nie jest kochane, to potem nie kocha siebie. Jako dorośli nie cieszymy się sobą, bo w dzieciństwie się nami nie cieszono.

Ten brak nam doskwiera, więc jak się na chwilę uda dziurę zapełnić, to przychodzi moment ukojenia. A łatwiej to zrobić przez uzależnienie niż szukać oparcia w sobie. Jeżeli seksoholik czuje napięcie, a nauczył się, że ejakulacja go od niego uwalnia, to powtarza zachowanie przynoszące ulgę. Wydaje mu się, że znalazł łatwy sposób na poprawę nastroju. Po jakimś czasie nie działa to już tak świetnie, ale on pamięta chwile, gdy czuł się jak król życia, i wierzy, że uda się je powtórzyć. To pierwszy etap psychologicznego uzależnienia. Stopniowo zaczynamy ustawiać życie pod możliwość korzystania z nałogu. Psyche współpracuje z nałogiem, pomaga nie widzieć związku między tym, że przestajemy robić zdrowe rzeczy, a zaczynamy robić coraz więcej chorych. To system zaprzeczeń. Nasza inteligencja zaczyna wypracowywać bardzo racjonalne dowody na to, że nie piję, nie ćpam, nie przejadam się, nie kupuję za dużo, że wszystko jest w porządku. Ja również mam swój system zaprzeczeń, stąd moje sprytne racjonalizowanie tego, że tak lubię jeść.

Nałóg wpływa na relacje, spłyca je, czasami je uniemożliwia. Zamiast doświadczeń związanych z ludźmi, mamy doświadczenia związane z tym, jak ukryć to, co robię. Oddalamy się od tych, którzy mają nam za złe nasze uzależnienie, od tych, których krzywdzimy. A w walce z nałogiem człowiek sam jest bezradny, wpada w stare koleiny, choć chce wierzyć, że kieruje swoim życiem.

Trzeba się nauczyć nie reagować automatycznie, zastanowić się, dlaczego lecisz do kuchni po jedzenie. Lepiej doświadczyć tego, przed czym uciekasz, czego nie chcesz doświadczyć. Nałogowe regulowanie uczuć oznacza, że zachowuję się, jakbym mogła sama je regulować, a to nie jest prawda, uczucia płyną, są, jakie są. Jeśli nie świeci słońce, do tego boli mnie głowa i jeszcze ktoś do mnie powiedział "ty raszplo", i ja lecę do sklepu po kieckę, chociaż nie mam pieniędzy, to znaczy, że próbuję regulować trudne uczucia. Daje mi to ulgę, ale można powiedzieć mocno: opuszczam samą siebie. To największe świństwo, że robimy sobie to, co kiedyś nam robiono. Bo prawdę mówiąc, jest nam źle w życiu dlatego, że kiedyś nas odrzucano, nie zauważano, nie słuchano, nie doceniano i myśmy to uzewnętrznili. Zamiast sięgać do siebie, swoich zasobów, sięgamy po używki. W uzależnieniu karmi nas coś z zewnątrz. Zdrowy człowiek ma swoje własne sposoby, żeby się dobrze czuć i używa ich regularnie. Dobre życie daje dobre samopoczucie. Jeśli się miało zbyt dużo złego samopoczucia, szuka się ucieczki, czyli czegoś z zewnątrz, co ma pomóc.

Na szczęście jeżeli człowiek się czegoś nauczył, to może się też oduczyć. Choć to niełatwe. Dopiero teraz potrafię powiedzieć sobie: "Możesz umrzeć, jak nie przyhamujesz z jedzeniem". Wiem, że muszę wprowadzić program odwyku. Każdy uzależniony musi pójść na odwyk. To cholernie nieprzyjemne, ponieważ świadomie mam odmawiać sobie jednej z największych atrakcji. Na szczęście istnieją metody wypracowane przez AA typu "ta chwila": w tej chwili tego nie robię. Przetrzymam chwilę, potem następną, a potem się za to pochwalę i będzie mi łatwiej wytrwać kolejną. Uzależnionym potrzeba też terapii, a najbardziej grupy terapeutycznej, dzięki niej ludzie widza coraz więcej. Przeglądając się w innych, dostają wsparcie. Pomocne w walce z nałogiem są nasze pasje, zainteresowania, słuchanie muzyki, tworzenie, śpiewa, taniec, przytulanie się, bieganie z dziećmi po ogródki, płodozmian zmęczenia i odpoczynku, bliskości innych ludzi i jednocześnie bliskość ze sobą. Chociaż, jak mówił doktor od alkoholików Bohdan Woronowicz, z kiszonego ogórka świeżego już nie będzie. Nałóg pozostanie w nas na zawsze.

Żyjemy w kulturze nałogów, braku i namiastkowego zaspokajania się. Próbujemy zasypać swoje deficyty, odeszliśmy od siebie, od tego, co ważne. Nie przypadkiem ostatnio słyszy się często: "bądź sobą". Nie chodzi o skupienie wyłącznie na sobie. Ważny mam być ja i ty, i oni też. Ważny naprawdę, a nie jako dawca chwilowej przyjemności czy korzyści.