1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Talent - na czym polega według ekspertów od testu Gallupa?

Talent - na czym polega według ekspertów od testu Gallupa?

Jak odkryć w sobie talent? Talenty posiada każdy człowiek. Instytut Gallupa stworzył mapę 34 neuronalnych wzorów, zwanych talentami. Są wśród nich m.in.: empatia, współzależność, rywalizacja i dyscyplina. (fot. iStock)
Jak odkryć w sobie talent? Talenty posiada każdy człowiek. Instytut Gallupa stworzył mapę 34 neuronalnych wzorów, zwanych talentami. Są wśród nich m.in.: empatia, współzależność, rywalizacja i dyscyplina. (fot. iStock)
„Ja się wcale nie chwalę, ja po prostu, niestety, mam talent!”. Niesłusznie traktujemy ten kabaretowy hit jako żart. Tak, każdy z nas ma wiele talentów, w tym pięć dominujących. I na nich powinniśmy się skupić.

Amerykański Instytut Gallupa (The Gallup Organization) od ponad 80 lat bada zachowania i naturę człowieka, wykorzystując najnowsze osiągnięcia ekonomii, psychologii, neurobiologii i antropologii oraz wyniki własnych badań demograficznych. Jedne z innowacji dotyczą ludzkiego umysłu i umiejętności.

Zaczęło się od tego, że naukowcy dostrzegli dwie powtarzające się cechy najlepszych menedżerów: potrafią określić talenty swoich pracowników i stworzyć w organizacji miejsce, gdzie cechy te będą się rozwijać. W wyniku podobnych obserwacji Instytut Gallupa stworzył mapę 34 neuronalnych wzorów, zwanych talentami. Są wśród nich m.in.: empatia, współzależność, rywalizacja i dyscyplina. Każdy człowiek posiada wiele talentów - natomiast pięć z nich jest określanych jako dominujące, ponieważ to one w największym stopniu decydują o tym, jacy jesteśmy. Najlepszą rzeczą, jaką każdy z nas może sobie sprezentować w życiu, jest odkrycie swoich dominujących talentów, podążanie za nimi i ich rozwijanie.

Narodziny mistrza

Renata Gut, trenerka rozwoju osobistego i biznesu, coach, konsultant i wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie, w swoich szkoleniach posługująca się wiedzą popularyzowaną przez amerykański Instytut, wierzy głęboko, że tym, co potrafi diametralnie odmienić nasze postrzeganie rzeczywistości, jest właśnie świadomość własnych talentów. Jeśli czujesz, że coś, co robisz, sprawia ci wielką przyjemność, to szybko się tego uczysz. Gdy po wykonaniu zadania odczuwasz zadowolenie i masz ochotę dalej rozwijać ten obszar, to prawdopodobnie odkryłeś swój talent - mówi. Człowiek, który postępuje zgodnie ze swoimi talentami, robi to, co lubi, więc robi to coraz lepiej. Widzi postępy, tym samym wzrasta jego poczucie własnej wartości. Ono z kolei daje mu siłę napędową, by jeszcze bardziej przykładać się do tego, co lubi najbardziej. Tak rodzi się mistrz.

Brzmi to pięknie i prosto, tymczasem w życiu bywa inaczej. Dlaczego? Blokadą jest czasem wychowanie. Od najmłodszych lat jesteśmy programowani tak, żeby skupiać się na swoich słabościach i tym samym je pielęgnować. We wszystkich placówkach edukacyjnych świata i znakomitej większości miejsc pracy jesteśmy nieustannie zachęcani do zwalczania własnych niedociągnięć i doskonalenia tzw. słabych stron. Rodzice rzadko koncentrują się na silnych stronach swoich dzieci. Za wszelką cenę chcą sprawić, żeby ich pociechy były jednakowo dobre ze wszystkich przedmiotów, wiec zamiast: „skup się na tym, co kochasz”,  mówimy: „to umiesz i tak, musisz nadrobić tamto”. Szefowie wytykają podwładnym słabości („jeszcze nad tym musisz popracować”), wymagając dążenia do perfekcji we wszystkich dziedzinach, również w tych, które nie są elementem najistotniejszym w ich zadaniach.  A droga walki ze słabościami może prowadzić do zagubienia się w nich.

- Aby przełamać tę powszechną i samonakręcającą się spiralę, Instytut skupił się na dwóch założeniach - wyjaśnia Renata Gut. - Po pierwsze, talenty każdego człowieka są trwałe i wyjątkowe. Po drugie, największy potencjał do zmian na lepsze stanowią obszary naszych mocnych stron, a nie słabości.

Marcus Buckingham z Instytutu Gallupa przez blisko 20 lat badał ludzkie cechy, pod kątem tych najlepszych. To on zapoczątkował odkrywanie swoich talentów i budowanie na nich kariery zawodowej. Wnioski opisał w bestsellerowych poradnikach, m.in.: „Po pierwsze: złam wszelkie zasady”, „Teraz odkryj swoje silne strony” i „To jedno, co powinieneś wiedzieć”.

Podczas badania zadano proste pytanie 1,7 mln pracownikom ze 101 firm z 36 krajów: „Czy w pracy masz codziennie możliwość wykonywania tego, co potrafisz najlepiej?”. Co się okazało? Jedynie 20% badanych uznało, że ich talenty są w pełni wykorzystywane w codziennej pracy. Mówiąc inaczej, aż ośmiu na dziesięciu pracowników uznaje, że przypisano im nieodpowiednie role i stanowiska.

Talent, czyli wzorzec

Czym jest talent? Buckingham definiuje go następująco: „Talent to każdy powtarzający się wzorzec myślenia, odczuwania lub zachowania, który może znaleźć praktyczne zastosowanie”. Skąd w takim razie biorą się takie, a nie inne wzorce? Otóż tworzą się przez wykorzystanie połączeń istniejących w ludzkim mózgu.
 
Około czterdzieści dni po zapłodnieniu komórki jajowej powstają pierwsze nerwowe komórki macierzyste. Następnie przekształcają się w dojrzałe komórki nerwowe, nazywane neuronami. Sto dwadzieścia dni później neuronów jest już około 40 miliardów. Łączą się, wysuwając wypustki, zwane aksonami. Gdy połączenie zostanie zawiązane, powstaje synapsa. Przez pierwsze trzy lata życia człowieka każdy z 40 mld neuronów może mieć po piętnaście tysięcy połączeń synaptycznych z pozostałymi neuronami. Zachodzi zjawisko „nadprodukcji” neuronów i ich połączeń. Dzieje się tak dlatego, że w miarę nabywania doświadczeń, zachowane zostają tylko używane komórki i połączenia. Tak właśnie zostaje utkany indywidualny synaptyczny wzór każdego z nas.

- Między trzecim a piętnastym rokiem życia dochodzi do nowego zjawiska: wiele z tych starannie uplecionych powiązań ulega bezpowrotnemu zniszczeniu - wyjaśnia Renata Gut. - W dniu szesnastych urodzin mamy w mózgu jedynie połowę owych połączeń. Dlaczego tak się dzieje? W pierwszych dniach naszego życia przyjmujemy ogromne ilości nowych informacji. Cały układ nerwowy jest potencjalnie przygotowany na przyjęcie wszystkich możliwych bodźców. Do każdego z nas docierają jednak tylko te istniejące w jego otoczeniu i one właśnie odwzorowują się w układzie nerwowym w postaci połączeń między neuronami. Przez kolejnych dziesięć lat połączenia, które pozostały, umacniają się. W tym procesie naturę wspiera genetyka, środowisko naturalne i kultura. Buckingham pisze: „I tak właśnie powstajesz Ty - utalentowana, niepowtarzalna osoba, obdarzona zdolnością reagowania na świat w swój wyjątkowy sposób”.

5 z 34

Szczegółową mapę 34 neuronalnych wzorów, zwanych talentami, pozwoliły stworzyć pracownikom Instytutu rozmowy przeprowadzone z blisko dwoma milionami ludzi na świecie. Te talenty to raczej typy zachowań społecznych czy też wzorce myślowe, a nie konkretne umiejętności. Pięć spośród nich dominuje i zasadniczo nie zmienia się przez całe życie człowieka.

- Z doświadczenia wiem, że wiele osób ma problem z uzmysłowieniem sobie tego, że jesteśmy zdeterminowani przez własne niezmienne i trwałe połączenia synaptyczne - wyjaśnia Renata Gut. - Obserwujemy rzeczywistość przez filtr własnych talentów i jesteśmy przekonani, że wszyscy mają tak samo. A tak przecież nie jest.

Nasze wzorce myślenia, działania, odczuwania są jak kolorowe okulary, które sortują i przesiewają docierające do naszego mózgu wrażenia i bodźce, dzięki czemu reagujemy na jedne, lekceważąc inne. Każdy dla każdego jest zatem w pewnym sensie zagadką, bo każdy z nas patrzy na świat w swój własny sposób.

Więzy nie do zerwania

- Ludzie świadomi tego, co nimi kieruje, łatwiej mogą zrozumieć i zaakceptować siebie - wyjaśnia trenerka. - Z jednej strony wzrasta w nich poczucie wiary w siebie, sprawstwa, a z drugiej - zanika chęć zmieniania i „naprawiania” ludzi, których spotykają na swojej ścieżce. Kiedy się wie, że wszystkie nasze reakcje zależą od połączeń synaptycznych, łatwiej zrozumieć i zaakceptować innych, a samoświadomość wynikająca z owej wiedzy bardzo często pomaga nam w podejmowaniu życiowych decyzji. Dotyczy to także zmiany ścieżki zawodowej.

Najważniejsze w rozumieniu teorii talentów jest to, że talent nie określa umiejętności realizacji konkretnego zadania. Nie jest ściśle związany z kontekstem zadania. Talent jest bardziej ogólnym wzorcem, który przenosi się z sytuacji na sytuację. Dla przykładu, ktoś obdarzony talentem rywalizacji może go realizować w sporcie, w pracy sprzedawcy czy też biorąc udział w konkursach na najlepszego barmana na świecie. Osoba z dominującym talentem współzależności będzie w sposób szerszy, pewniejszy i szybszy niż inni dostrzegać powiązania różnych element—w, niezależnie od tego, czy pracuje w organizacji ekolog—w badających przyczyny ocieplania klimatu, czy będzie logistykiem organizującym system dostaw w najbardziej zatruwającym środowisko zakładzie przemysłowym.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dajmon - potencjał, który dusza pragnie ujawnić

Zdaniem znanego psychologa, James'a Hillman'a, wezwanie dajmona towarzyszy nam przez całe życie, choć może kierować nim w bardzo subtelny, niekoniecznie spektakularny sposób. (fot. iStock)
Zdaniem znanego psychologa, James'a Hillman'a, wezwanie dajmona towarzyszy nam przez całe życie, choć może kierować nim w bardzo subtelny, niekoniecznie spektakularny sposób. (fot. iStock)
Kiedy świat rzuca kłody pod nogi, myślimy zwykle, że jest w nas jakiś defekt. Skupiamy się na docieraniu do traum i ich leczeniu. Psycholog James Hillman twierdzi, że powinniśmy zrobić coś innego. Odzyskać świadomość powołania, powodu, dla którego żyjemy.

Kiedy byłam mała, moja matka...”, „Miałam 10  lat, kiedy mój ojciec”... Zazwyczaj postrzegamy życie przez pryzmat tego, co nas dotychczas spotkało. A gdyby tak przyjąć, że na nasze życie większy wpływ niż dawne dramaty ma przyszłość, cel? Przenieść uwagę na to, kim mamy się stać? Taką śmiałą tezę postawił (zmarły przed laty) amerykański psycholog James Hillman.

On sam stał się wybitnym badaczem, twórcą psychologii archetypowej i oryginalnej teorii żołędzia, autorem bestsellerowych książek (m.in. „Kod duszy”). No i swego rodzaju heretykiem psychologii. Otwarcie polemizował z tymi, którzy gloryfikują dawne traumy. Chcą za wszelką cenę je uzdrowić, więc wciąż się na nich skupiają. Uważają, że skoro mieli tzw. toksycznego rodzica, są gorsi, wymagają naprawy. Tak naprawdę chodzi nie tylko o psychologię, ale o konwencjonalne postrzeganie życiorysu, które sprawia, że nasze „tu i teraz” jest zdeterminowane przez przeszłość. Hillman rzucił wyzwanie takiemu podejściu. Utrzymuje, że nasze życie nie jest określone przez dzieciństwo, tylko przez sposób, w jaki o nim myślimy i mówimy.

Więc jakby to było, gdyby porzucić destrukcyjne mity? Odwrócić przyjęty porządek rzeczy? Ujrzeć swoje życie jako już spełnione i dzięki temu rozpoznać właściwy kierunek? „Jeśli jakaś fantazja trzyma naszą współczesną cywilizację w żelaznym uchwycie, to ta, która głosi, że wszyscy jesteśmy dziećmi naszych rodziców i kluczowym czynnikiem decydującym o naszym losie jest zachowanie naszej matki czy ojca” – grzmi Hillman. Jego zdaniem psychologia rozwojowa zjada własny ogon: przyczynia się do pogłębiania trudnych emocji w rodzicach, dzieciach, terapeutach... Nawołuje, by porzucić mentalność ofiary. Przestać skupiać się na przeszłości, a zacząć szukać swojego przeznaczenia.

Dajmon, czyli powołanie

„Przed państwem następny uczestnik, młoda dama nazwiskiem Ella Fitzgerald... Panna Fitzgerald zatańczy przed nami... Chwileczkę, chwileczkę. Co się stało, skarbie...? Proszę państwa, drobna korekta. Panna Fitzgerald zmieniła zdanie. Nie będzie tańczyć, lecz zaśpiewa...”. To wydarzenie miało miejsce podczas Wieczoru Amatorów w Harlem Opera House w Nowym Jorku. Ella Fitzgerald miała wtedy 16 lat. Po wykonaniu piosenki trzy razy bisowała. Wygrała. Co sprawiło, że przed występem w ostatniej chwili zmieniła zdanie? – pyta Hillman. Czyżby doznała czegoś w rodzaju objawienia, że to śpiew jest jej przeznaczeniem? Czy to był ten moment, kiedy do głosu (dosłownie!) doszedł dajmon?

Ukuta przez Hillmana teoria żołędzia zakłada, że każdy z nas od początku nosi w sobie coś unikalnego. Coś, co „pragnie się ujawnić i zostać w pełni przeżyte”. Żołądź to zarodek dębu, zawiera całą jego esencję. My też rodzimy się z danym nam z góry potencjałem, rodzajem powołania. Można je ignorować, unikać go – wcześniej czy później i tak upomni się o swoje. To powołanie Rzymianie nazywali geniuszem (genius), a starożytni Grecy dajmonem. Platon uważał, że każdy z nas przychodzi na świat wezwany. A reprezentujący późny platonizm Plotyn – że sami wybraliśmy sobie rodziców, ciało i okoliczności, w jakich się urodziliśmy. Jeśli przyjąć optykę Hillmana, tych wyborów dokonuje dajmon. Autor „Kodu duszy” upodobał sobie ten termin, choć chętnie używa też takich, jak los, charakter, dusza, powołanie, przeznaczenie. W każdym razie dla Hillmana liczą się tajemnica i mit. Wizja kreująca ludzki los. W tym ujęciu czynnikiem uzdrawiającym jest po prostu sens życia.

To, co mówi Amerykanin, nie jest bynajmniej nowe. Tyle że Hillman przedstawia swoje teorie jako badacz, psycholog. Notabene uczeń Junga, choć nieortodoksyjny. Ukształtowany w duchu psychoanalizy, nawołuje: przestań analizować to, co minione! Zwróć się do wnętrza i znajdź tam prawdę o sobie. Pyta: dlaczego psychologia nie miałaby zajmować się w swoim głównym nurcie tym, co kiedyś nazywano opatrznością? Twierdzi, że „żołądź widzi, wie, przynagla i nakłania”. To on stoi za nagłymi porywami serca, ale też za frustracją i tęsknotą. Wyposaża nas w uczucie wyjątkowości. Opiekuje się nami, prowadzi... To za jego sprawą – uważa Hillman – małe dzieci ni stąd, ni zowąd prezentują światu swoją wyjątkowość.

Wiedzieć, czego się chce…

W książce „Kod duszy” James Hillman przytacza różne przykłady działania dajmona. Mówi, że niektóre dzieci pod jego wpływem odważnie wychodzą do świata, jak choćby mały Mozart (korzystając zazwyczaj z pomocy mentora), podczas gdy inne próbują mu się opierać. Światowej klasy skrzypek Yehudi Menuhin zażyczył sobie skrzypce już na czwarte urodziny. I dostał – blaszane, dla dzieci. Wybuchnął płaczem, rzucił nimi z wściekłością o podłogę. Interesował go prawdziwy instrument, nie zabawka! Tak jak Menuhin od początku wiedział, czego chce, francuska pisarka Sidonie-Gabrielle Colette wiedziała, czego nie chce. Jako dziecko, z uporem godnym lepszej sprawy, odmawiała nauki pisania. A jednocześnie od początku wykazywała fascynację narzędziami związanymi z jej powołaniem. Gromadziła bibułę, różnokolorowe ołówki, kałamarze, obsadki ze stalówkami w różnych rozmiarach... Wycofana, obserwowała literackie próby ojca. Hillman mówi, że „jej przeznaczenie przyglądało się światu i czekało”. Ona sama – że te opory uchroniły ją przed literackim falstartem. Jakby musiała najpierw nasiąknąć atmosferą, która potem przeniknęła jej powieści (w dużej mierze autobiograficzne).

Na początku jest wizja. Ledwie wyczuwalna, z czasem zaczyna napierać. Upomina się, by zostać urzeczywistniona. Gdyby tak – zamiast studiować historię choroby – psychologowie umieli odczytać historię człowieka, rozpoznać jego dajmona! – wzdycha Hillman. Dajmon chce być widziany i podziwiany. Dlatego tak ważne jest bezwarunkowe uznanie własnego geniuszu. Często takie uznanie przychodzi od innych osób. To rola nauczycieli, mentorów, wychowawców. Może to być też jakaś szalona ciotka, ekscentryczny sąsiad. Ktoś nietuzinkowy. Ktoś, kto przejawia w swoim zachowaniu nieskrępowaną fantazję. Kto w nas wierzy. Zdaniem Hillmana rodzice mają wobec dzieci inne zadania (związane z wykarmieniem, opieką) i nie można wymagać, by przejrzeli je na wylot. Ważne, by zostawili uchylone drzwi dla dajmona dziecka, a przynajmniej tolerowali jego pasję. Żeby pamiętali, że ulubiona zabawa malucha to jego przyszły zawód.

Kontakt ze światem

Jak przystało na naukowca, James Hillman nie był medialną postacią. Jego występ w „Ophray Winfrey Show” w 1996 roku nie należał do szczególnie błyskotliwych. A mimo to psycholog dostał po tym programie wiele listów z podziękowaniami. Ludzie uznali jego teorię za przełomową. Pisali, że wreszcie czują ulgę. Że to takie wyzwalające... Wcześniej tkwili uwięzieni w schematach, wspomnieniach. Rodzice usłyszeli, że mogą przestać się zadręczać poczuciem winy wobec dzieci. Dorosłe dzieci – że życie jest w ich rękach.

„Im bardziej jestem przeświadczony o tym, że moja natura pochodzi od moich rodziców, tym mniej jestem otwarty na inspirujący wpływ wszystkiego, co znajduje się wokół mnie” – przekonuje Hillman. Więc jeszcze raz: wyjdź z domu rodziców, do świata. To on jest twoim prawdziwym domem!

Żeby odzyskać głęboki kontakt ze światem, w pewnym sensie „wzrastamy w dół”, w świat materii. Taka jest droga żołędzia. Przychodzimy na świat głową w dół, żeby z czasem stanąć na własnych nogach. Angażujemy się w sprawy tego świata, wchodzimy z nim w interakcje. Niektórzy chcą być zauważeni tak bardzo, że ich relacja z dajmonem staje się dysfunkcyjna. Starają się zrealizować za wszelką cenę jego wizję, nie licząc się z nikim i niczym. Co się wtedy dzieje? W człowieku zaczyna kiełkować ziarno megalomanii. Hillman nazywa je wręcz „złym nasieniem” (tak też tytułuje cały obszerny rozdział swojej książki, poświęcony Hitlerowi). Dajmon, który pokazuje swoją mroczną stronę, staje się siłą destrukcyjną. Demonem.

A co z tzw. nijakością? Według Hillmana każdy wyposażony jest w dajmona. Nawet osoby, które postrzegamy jako całkiem przeciętne. Wezwanie dajmona towarzyszy nam przez całe życie, choć może kierować nim w bardzo subtelny, niekoniecznie spektakularny sposób. Wszyscy jesteśmy „wezwani” – dajmon pomaga przekraczać ustalone granice. Na przekór społecznym uwarunkowaniom, przyczynowości i genetyce. Czy choćby tak cenionemu tu i ówdzie zdrowemu rozsądkowi.

W praktyce…

No cóż, teorię żołędzia trudno praktykować. To teoria... Hillman nie podpowiada, co z nią zrobić. „Nigdy nie napisałem nic, co byłoby chociaż trochę praktyczne” – wyznawał z niekłamaną dumą w wywiadach. Zgodnie z własnymi deklaracjami chce raczej inspirować, „rewolucjonizować” i ekscytować.

Zdaniem Hillmana to, jak wyobrażasz sobie życie, ma ogromny wpływ na wiele rzeczy. Choćby na to, jak wychowujesz dzieci. Jak reagujesz na różne symptomy czy okoliczności. Wreszcie – jak radzisz sobie ze starzeniem się czy nieuchronnością śmierci.

Jak więc wyobrażasz sobie swoje życie? Czy gotowa jesteś przyjąć, że sama je wybrałaś? Dlaczego właśnie takie, dlaczego tu, dlaczego z tymi ludźmi? Jakie jakości i umiejętności pozwoli ci przejawiać? Czego potrzebuje twój dajmon? Jak może to dostać? Czy jesteś gotowa mu to dać? Czy jesteś gotowa dać to światu, sobie?

Jeden z nauczycieli niedualizmu, Adyashanti (wbrew imieniu rodak Hillmana) proponuje takie ćwiczenie: przez tydzień wyobrażaj sobie, że jesteś tu z własnego wyboru, z powodu miłości, jaką chciałaś wnieść do tego świata. I na wszelki wypadek dodaje: „Nie twierdzę, że tak jest, po prostu sprawdź, jak się z tym czujesz”.

  1. Psychologia

Liderem może być każdy z nas

Prawdziwy lider jest swoim największym przyjacielem. Gdy inni dookoła pukają się z niedowierzaniem w czoło, mówiąc: „to niemożliwe, nie dasz rady” – on wierzy. (Fot. iStock)
Prawdziwy lider jest swoim największym przyjacielem. Gdy inni dookoła pukają się z niedowierzaniem w czoło, mówiąc: „to niemożliwe, nie dasz rady” – on wierzy. (Fot. iStock)
Aby skutecznie zarządzać ludźmi, potrzeba czegoś więcej niż tylko charyzmy. Chcesz być dobrym szefem? Klucz do sukcesu to wiara w marzenia i odkrywanie indywidualnych talentów.

Na czym polega rola lidera? Doskonale opisuje ją następująca historia. Dwóch chłopców bawiło się na zamarzniętym jeziorze. Oddalali się coraz bardziej od brzegu, aż nagle pod jednym z nich lód się załamał i chłopiec wpadł do wody. Przyjaciel rzucił się mu na ratunek, ale nie mógł go dosięgnąć. Poprzez cienką taflę widział, jak chłopiec dramatycznie walczy o życie. Rozpaczliwie rozglądał się dookoła, szukając pomocy, aż dostrzegł drzewo. Wdrapał się na nie, odłamał ogromną gałąź, wrócił na jezioro i zaczął nią dziko uderzać o lód, tak długo, aż ten pękł. Po czym pomógł koledze wydostać się z wody.

Kiedy przyjechało pogotowie, sanitariusze drapali się po głowach, próbując zrozumieć, jakim sposobem małemu chłopcu udało się odłamać tak wielką gałąź, rozbić lód i uratować przyjaciela. Uznali, że to cud. I wtedy stary człowiek, obecny na miejscu zdarzenia, powiedział: „Po prostu nie było tu nikogo, kto powiedziałby chłopcu, że nie jest w stanie tego zrobić”.

Bo prawdziwy lider jest swoim największym przyjacielem. Gdy inni dookoła pukają się z niedowierzaniem w czoło, mówiąc: „to niemożliwe, nie dasz rady” – on wierzy.

Robi to, czego nikt nie zrobił

Warren Bennis, profesor zarządzania na Uniwersytecie Południowej Kalifornii, autor książek poruszających problematykę przywództwa, mówi: „Prawdziwi liderzy nie rodzą się nimi, lecz w istocie stają się, zwykle wyłącznie dzięki własnej pracy”. A przede wszystkim problemom… W książce „Droga lidera. Klasyczna nauka przywództwa” Bennis pisze: „Przywódcy najwięcej mogą się nauczyć wtedy, gdy stoją na posterunku, muszą zmierzyć się z przeciwnościami losu. Tak jak górom kształt nadają siły natury, tak liderów kształtują problemy: od trudnych w obejściu szefów, poprzez brak wizji i niedostatki cnót u kadry kierowniczej czy brak wpływu na warunki otoczenia, do własnych pomyłek lidera.

Oto elementarz prawdziwego przywódcy”. Z takim podejściem zgadza się Lucyna Wiskowska, założycielka Instytutu Lidera, executive coach i trener rozwoju przywództwa: – Liderem może zostać każdy, ale pod warunkiem, że tego chce, ma wizję i podejmie świadomą decyzję o stałym rozwoju osobistym: dąży do jak najlepszego poznania swoich mocnych i słabych stron oraz umiejętnie je wykorzystuje, a autorytet buduje na otwartości w komunikowaniu zarówno swoich sukcesów, jak i porażek.

Aby efektywnie przewodzić grupie, trzeba mieć przede wszystkim wizję i umiejętność gromadzenia wokół siebie ludzi. Lucyna Wiskowska podkreśla, że autentyczny lider żyje swoją wizją na co dzień: – Emanuje wiarą w jej osiągnięcie, zna jej szczegóły i potrafi to przełożyć na konkretne cele. Dba o to, żeby wszyscy członkowie zespołu dobrze wiedzieli, dokąd zmierzają. Swoją pasją i zapałem inspiruje innych do wspólnego działania.

 
Na dodatek zaraża optymizmem i umie rozbudzić w ludziach ich talenty i najlepsze cechy charakteru. Ma także głęboko zakorzenione poczucie sprawiedliwości i jest innowatorem. Lider robi rzeczy, których nikt przed nim nie próbował robić. Kwestionuje status quo i tworzy nową, inną rzeczywistość. Przewodzi poprzez służenie innym (nie sobie) i pozostawia spuściznę w postaci znaczących dokonań oraz dobrze zmotywowanego zespołu. W takim zespole nagrody i kary są zastępowane zaufaniem i docenianiem. Zaufanie do pracowników wzmaga ich zaangażowanie, a docenianie – podnosi poczucie wartości i dopinguje do dalszej pracy.

– Pasja lidera udziela się pracownikom, którzy jego wizję przyjmują jako własną. Wtedy możliwe jest wspólne dążenie do celu w pełnej symbiozie – tłumaczy Lucyna Wiskowska.

Nigdy nie stoi w miejscu

Lider rzuca wyzwania innym, ale jednocześnie sam musi zmierzyć się z tymi, jakie stawia mu ciągle zmieniająca się rzeczywistość i coraz lepiej wyedukowani pracownicy. To powoduje, że nigdy nie może stać w miejscu, a elastyczność staje się jego drugą naturą.

– Kiedyś liderzy znali odpowiedzi, dziś muszą się nauczyć pytać – zauważa Lucyna Wiskowska. – Dlatego teraz większe znaczenie mają osobiste cechy, elastyczność i świadomość lidera niż np. systemy zarządzania. Bo te często w momencie wdrożenia już nie przystają do sytuacji, która się zdążyła zmienić.

Liderzy XXI wieku mają zupełnie inne zadania niż ci sprzed 2–3 dekad. W czasach galopującej technologii, gwałtownych zmian i olbrzymiej złożoności zagadnień nie tylko muszą się sami odnaleźć w tym scenariuszu, ale i wspierać innych. Dodatkowym aspektem ukazującym potrzebę zmiany przywództwa jest fakt wchodzenia na rynek pracy nowej generacji – tzw. Generacji Y, która ma szczególne wymagania wobec liderów organizacji.

– Jest to z pewnością najbardziej zasobne, wyedukowane i różnorodne pokolenie w historii– mówi Wiskowska. – Pokolenie to cechuje optymizm i chęć podejmowania pracy zespołowej. Jego przedstawiciele są kreatywni, elastyczni, łatwiej niż ich rodzice przestrzegają reguł i akceptują autorytety. Mają duże ambicje, wysokie standardy etyczne oraz biegłość technologiczną, stawiają więc innym poważne wyzwania. Nie wystarczy zlecić im wykonania zadania – oni muszą mieć pewność, że to, co robią, ma sens. Potrzebują wiedzy i zrozumienia celowości swoich działań. Autorytet przywódcy, a nie pakiet wynagrodzeń, będzie tym, co utrzyma ich w firmie.

ABC autentycznego lidera (wg Warrena Bennisa):

  • Zarządza marzeniami. Potrafi stworzyć fascynującą wizję, która porwie ludzi i zabierze ich w całkiem nowe miejsca, a po jakimś czasie stanie się rzeczywistością.
  • Wpada w objęcia błędów. Nie boi się ich popełniać i bez problemów się do tego przyznaje.
  • Zachęca do prawdziwych przemyśleń i pouczających rozmów. Zdaje sobie sprawę z tego, jak ważna jest opinia kogoś, kto mówi całą prawdę, bez względu na to, jaka by ona była.
  • Docenia odmienne zdanie. Chce mieć w swoim otoczeniu ludzi, którzy pełnią rolę „adwokata diabła” – są w stanie wskazać na różnice między tym, czego się oczekuje, a tym, co jest rzeczywiście realizowane.
  • Posiada „czynnik Nobla”: optymizm, wiarę i nadzieję.
  • Skupia się na długoterminowej perspektywie. Jest cierpliwy.
  • Tworzy strategiczne alianse i związki. Postrzega świat globalnie i wie, że na dłuższą metę nie da się żyć samotnie, w ukryciu
 

  1. Psychologia

Praca – czym naprawdę jest dla ciebie?

Czy jesteś świadoma, jaką rolę praca odgrywa w twoim życiu? (fot. iStock)
Czy jesteś świadoma, jaką rolę praca odgrywa w twoim życiu? (fot. iStock)
Chcesz zarabiać na wygodne życie, wyrażać siebie, zrobić coś dla innych? A może rządzi tobą jakaś nieuświadomiona potrzeba? Pragniesz być doceniona, zrozumiana, lubiana lub wybić się ponad przeciętność… Tylko czy praca ci to zagwarantuje? – pyta coach Joanna Godecka.

„W tej firmie nie ma perspektyw”, „Zrobiłabym to, ale nie dostałam wsparcia”, „Szef mnie nie docenia, a koleżanki obgadują za plecami, można się załamać” – to wypowiedzi typowe dla Ofiary, czyli kogoś, kto nie może zbyt wiele zdziałać i zwykle czuje się pokrzywdzony. „Tylko ja tu haruję, wszyscy wychodzą wcześniej, a ja zostaję do nocy”, „Gdyby nie ja, wszystko by się zawaliło” – to kwestie typowe dla Zbawiciela. Podobnie uważa Dominator, który też wykrzykuje, że wszystko jest na jego głowie, bo pracują tu sami dyletanci. Oprócz niego, bo to on jest najmądrzejszy. Rola Dominatora w jego mniemaniu upoważnia go do tego, żeby deprecjonować innych pracowników. No i rządzić. Do dzierżenia władzy nie wyrywa się z kolei Outsider, który trzyma się z boku, raczej milczy i mało angażuje się w działania czy relacje. Trudno mu zrozumieć Czarusia, który wchodzi rano do biura uśmiechnięty i pyta: „Komu kawy, komu herbaty?!” i nie ma zahamowań, żeby głośno wyrażać swoją sympatię: „Jesteście cudowni, jest mi tu z wami dobrze jak w domu, a nawet lepiej”.

To tylko kilka z wielu ról, jakie odgrywamy co dzień w teatrze pracy, często nieświadomie. Dlaczego to robimy? Według Joanny Godeckiej, life coacha, ze strachu. – Ofiara swoją postawą komunikuje: „Nie skrzywdźcie mnie, bo ja już jestem skrzywdzona”. Dominator też się boi, tylko że wybiera atak, on krzywdzi pierwszy. Outsider nie nawiązuje kontaktu, żeby nic złego mu się nie stało. Z kolei Zbawiciel zabezpiecza się swoją rolą, bo kto wystąpi przeciwko ratownikowi? Podobnie działa Czaruś, jest przecież taki słodki i kochany, że nie zasługuje na to, żeby go skrzywdzić – tłumaczy.

Cóż, relacje z ludźmi w pracy wynikają z naszej relacji z samą pracą. – Często zdarza się, że praca nas określa – mówi Joanna Godecka. – Nie myślimy o sobie: „jestem kimś, kto ma swoje wady i zalety”, tylko: „jestem prawnikiem, dyrektorem czy redaktorem”. W takiej sytuacji za dużo od pracy oczekujemy. I jeśli coś się w niej nie układa, odbieramy to bardzo osobiście, bo nasze poczucie własnej wartości uzależnione jest od sukcesu zawodowego.

Praca to nie cała ty

Najzdrowiej jest, jeśli traktujemy pracę jako miejsce, w którym mamy wykazać się profesjonalizmem i zostać za to wynagrodzeni. Ona nie wpływa na to, kim jesteśmy jako ludzie. Joanna Godecka jest zdania, że gdyby wszyscy przychodzili do pracy z założeniem, że są tam po to, żeby wykonać po prostu swoje obowiązki, nie byłoby gierek, intryg, całego tego teatru. Gdyby ludziom przyświecały jasne cele, że chcą wydać dobrą gazetę, zbudować stabilny dom czy zaprojektować piękny park – ziemia byłaby cudownym miejscem. My tymczasem domagamy się od pracy emocjonalnych gratisów: że zostaniemy w niej zrozumiani, docenieni, otrzymamy wsparcie, opiekę, zabłyśniemy, wygramy w jakimś wyścigu. I poczujemy się lepiej.

Jeśli idziemy do biura z taką, często nieuświadomioną, intencją, wchodzimy w role, a w relacjach pojawia się gra. Zaczynamy wymuszać, żeby współpracownicy nas kochali, szanowali, dawali przestrzeń. Taka postawa wynika z wewnętrznych deficytów. Im bardziej pragniemy zaspokoić swoje niezaspokojone potrzeby, tym mniej otrzymujemy. – Na współpracowników warto spojrzeć realnie: przecież oni nie pracują tu po to, żeby nas uwielbiać i dawać nam to, czego właśnie potrzebujemy – konstatuje Joanna Godecka.

Załóżmy, że szef nie okazuje nam szacunku. Zadajmy sobie pytanie, czy my do siebie czujemy szacunek i czy nasza samoocena jest na tyle stabilna, na ile myślimy, że jest. Warto się zastanowić, jaki jest mechanizm tych negatywnych sprzężeń. – Oczywiście, współżycie w grupie jest złożonym procesem i zdarzają się osoby, które są dla nas trudne – mówi Joanna Godecka. – Ale wtedy zamiast przerzucać odpowiedzialność na drugą stronę, pomyślmy, czym nasze reakcje są wywołane. Może opiekunowie nas lekceważyli i teraz jesteśmy na to uwrażliwieni. Tylko czy praca jest miejscem, w którym mamy obowiązek być traktowani ze szczególną uwagą? Być zrozumiani i docenieni?

Zauważ swoją rolę

Z góry określone, sztywne role sprawiają, że funkcjonujemy niczym zdarta płyta, ciągle odtwarzając te same frazy. Uniemożliwiają rozwój i nawiązanie prawdziwych, szczerych relacji. Co zrobić, żeby nie grać w tym teatrze? – Najprostsza metoda pochodząca z praktyki obecności to: „Zauważ, co robisz”. Tylko to: zauważ. Możesz nawet robić to dalej, ale już z miejsca świadomości – mówi Joanna Godecka. Gdy zdamy sobie sprawę ze sztuczności postaw – swoich i innych – ten teatr wyda nam się frustrujący. Jest duże prawdopodobieństwo, że poczujemy się w nim jak w więzieniu. Zatęsknimy za wyrażaniem prawdy o sobie i poznaniem prawdy o współpracownikach. Remedium na odgrywanie ról jest bycie w relacji ze sobą, co polega na tym, że jesteśmy w „tu i teraz” – w każdej sytuacji, też trudniejszej, kiedy stajemy wobec jakiegoś wyzwania. Nie jesteśmy w swoim umyśle, który wysyła strachliwe komunikaty typu: „Powiedziała tak, spojrzała krzywo, wywalą mnie...”, tylko przytomnie odpowiadamy na to, co się dzieje, a nie reagujemy, broniąc się lub atakując na oślep.

Tę różnicę w postawie łatwo rozpoznać. – Kiedy jesteśmy sobą, bywamy różni. W zależności od sytuacji raz się roześmiejemy, innym razem zezłościmy, albo nic nie powiemy – mówi Joanna Godecka. Jesteśmy elastyczni, prawdziwi, i takie są nasze relacje w pracy.

Pamiętajmy jednak, że zespół jest strukturą, procesem grupy, nie ma sensu go rewolucjonizować. Dlatego jeśli odkryjemy swoją rolę, zauważymy grę, skupmy się na tym, by kierować się wewnętrzną prawdą bez chęci totalnej zmiany, bo staniemy się wrogiem numer jeden. Nie miejmy przesadnych roszczeń, bądźmy prawdziwi, ale w sposób płynący z nas, a nie z naszego ego, które chce poczuć się ważne. Nie mylmy epatowania swoimi myślami i emocjami z byciem sobą. Nasza prawda nie jest jedyną.

Na ile się odsłaniać?

Joanna Godecka zauważa, że często nosimy w sobie wyidealizowany obraz zespołu jako ludzi, którzy się wspierają i cieszą przyjazną atmosferą. Czasami tak bywa, ale częściej nie. Lepiej mieć przekonanie, że chodzimy do biura, żeby pracować, a nie otrzymywać emocjonalne podarunki. – Nie oczekujmy, że współpracownicy będą spełniać rolę rodziny zastępczej – mówi Joanna Godecka. – Opowiadanie o swoich problemach domowych, sercowych czy zdrowotnych nie jest na miejscu. Jeśli zdarza nam się jednak zwierzać koleżance z pokoju, zastanówmy się, jaka nieuświadomiona potrzeba nami kieruje.

Chcemy pocieszenia, wsparcia? Lepiej poszukać tego gdzie indziej. Tutaj co innego mamy do zrobienia. Praca powinna być czymś, co lubimy wykonywać, w czym się dobrze czujemy, co nam dobrze wychodzi. Jesteśmy użyteczni, rozwijamy swój potencjał i dostajemy pieniądze. Koniec, kropka. Jeśli angażujemy się w pracę nie z powodu kreatywności i chęci pokazania się takimi, jacy jesteśmy, a dlatego, że chcemy wyleczyć sukcesem nadszarpnięte poczucie własnej wartości – wykorzystujemy ludzi. Tworzymy koterie, węszymy, gdzie są wrogowie, gdzie klakierzy, opracowujemy strategie. Nie ma szans, żeby pojawiła się prawda o nas i żeby relacje przynosiły satysfakcję. Ambicje są budujące, ale przestają być, jeśli wchodzimy w deficyty, w zaburzone poczucie własnej wartości, funkcjonujemy nie jak w pracy, ale jak na scenie.

Lepiej mieć wewnętrzne przekonanie, że jestem na tyle dobra, że mogę pracować w różnych miejscach, ale z jakiegoś konkretnego powodu wybieram właśnie to. Wtedy nie ma w nas napięcia. Nie idealizujmy pracy, nie czyńmy z niej jedynego sensu naszego życia, ponieważ on jest zupełnie gdzieś indziej: w nas samych.

Joanna Godecka: dyplomowany life coach, trener i praktyk Integracji Oddechem, należy do International Association of Coaching w Maryland.

  1. Psychologia

Wrodzona odporność psychiczna - na czym polega?

Odporność psychiczna to jedna z cech osobowości, która w dużym stopniu odpowiada za to, w jaki sposób radzimy sobie z wyzwaniami, stresem i presją, niezależnie od okoliczności... (fot. iStock)
Odporność psychiczna to jedna z cech osobowości, która w dużym stopniu odpowiada za to, w jaki sposób radzimy sobie z wyzwaniami, stresem i presją, niezależnie od okoliczności... (fot. iStock)
O odporności psychicznej świadczy między innymi to, jak szybko podnosimy się po traumatycznych przeżyciach. Można ją też porównać do umiejętności pływania, gdy musimy poradzić sobie ze zmiennym, czasem niebezpiecznym nurtem rzeki zwanej życiem.

Adrian i Paweł znali się od dziecka. Mieszkali w niedużym miasteczku przy tej samej ulicy. Wychowywali się w biedzie, obaj w rodzinach bez ojców. Mieli starsze rodzeństwo, ale ono nie było dobrym wzorem - zatargi z prawem, alkohol. Obaj chłopcy mieli trudności w nauce, wcześnie zaczęli wagarować.

W okresie dojrzewania Adrian i Paweł przyłączyli się do grupy kradnącej radia z samochodów, zabierającej torebki na ulicy starszym kobietom. Obaj znaleźli się w poprawczaku.

Spotkali się po 20 latach.

Trzydziestopięcioletni Paweł był bezrobotnym bez stałego miejsca zamieszkania. Miał na koncie wiele konfliktów z prawem i kilka razy siedział w więzieniu. Miał rodzinę, ale nie utrzymywał z nią kontaktu, nie interesował się swoim dzieckiem. Paweł był pijany, gdy spotkał się z Adrianem na ulicy, gdzie kiedyś wspólnie spędzali czas. Powiedział też, że często pije..

Adrian zdobył zawód. Po technikum samochodowym jest cenionym fachowcem. Też założył rodzinę, dba o nią, często wszyscy chodzą do parku na spacer, albo na lody. Adrian utrzymuje dobrą kondycję, gra z kolegami z pracy w piłkę. Oprócz tego pracuje z „dziećmi ulicy” jako wolontariusz, mówi, że dobrze pamięta swoje dzieciństwo.

Dlaczego tak różnie potoczyły się losy chłopców, których początkowy okres życia posiadał tak wiele wspólnych wątków? Dlaczego czarny scenariusz dalszego życia według wzorów otoczenia, w jakim wyrastali, nie został zrealizowany przez obydwu? Co spowodowało, że życie Adriana potoczyło się pomyślnie, że „wyszedł na ludzi”, odniósł sukces?

Pierwszy nurt pionierskich prac nad zjawiskiem resilience – odporności psychicznej, datuje się na lata 70. ubiegłego wieku. Zwrócono wówczas uwagę na dzieci rozwijające się prawidłowo pomimo niekorzystnego kontekstu genetycznego czy środowiskowego. Pierwsze doniesienia mówiły o dzieciach niepodatnych na zranienie, posiadających nadzwyczajne przymioty. Pojawiło się wówczas pytanie: co sprzyja tak dobrej adaptacji? Opisano szereg zasobów wewnętrznych dzieci i młodzieży oraz czynników ochronnych sprzyjających dobremu radzeniu sobie pomimo niepomyślności losu, pomimo życia w niekorzystnych warunkach.

Badacze zjawiska resilience zakładają, iż jednostka może być określana jako odporna psychicznie (resilient person), jeśli wystąpiły w jej życiu realne zagrożenia dla prawidłowego rozwoju (np. choroba psychiczna rodzica, niski status socjoekonomiczny rodziny, przemoc), a ona potrafiła poradzić sobie z nimi i rozwijać się pomyślnie. Zauważyli też, że wiele czynników ryzyka współwystępuje w życiu dziecka. Zagrożeniem dla prawidłowego rozwoju może być rodzina z problemem alkoholowym, narkotykowym, zaburzeniami psychicznymi.

Rodziny stwarzające niekorzystne środowisko do rozwoju dziecka to m.in. rodziny ze środowisk o niskich dochodach, zagrożonych bezrobociem, przestępczością czy przemocą. To również rodziny niepełne, z przemęczonym lub chorym samotnym rodzicem. Także dzieci wychowujące się w placówkach opiekuńczych narażone są na działanie niekorzystnych wpływów tego rodzaju środowiska.

Kim więc był Adrian, skoro potrafił przezwyciężyć niepomyślność swego losu i wziąć życie we własne ręce? Sylwetka dziecka odpornego psychicznie opisana została na podstawie wielu badań i porównań międzyosobniczych i międzygrupowych. Wśród najważniejszych zasobów indywidualnych wymieniane są:

  • towarzyskość jako zmienna temperamentalna,
  • dobry poziom funkcjonowania procesów poznawczych,
  • wysoki poziom motywacji w zakresie planów i celów życiowych oraz edukacyjnych,
  • pozytywny obraz siebie,
  • pogodne i optymistycznie nastawione do świata,
  • dobre mechanizmy samokontroli,
  • dobrze rozwinięte umiejętności społeczne.
Jest więc wysoce prawdopodobne, że mimo podobieństw w historii życia pomiędzy obydwoma chłopcami to właśnie w tych wymienionych obszarach zaznaczały się różnice.

Odporność psychiczna jest to jedno z polskich tłumaczeń pojęcia resilience. Inne tłumaczenia proponowane w polskiej literaturze psychologicznej to prężność, sprężystość, odbojność, plastyczna i twórcza adaptacja. Pojęcie resilience używane jest dla opisu:

  • pozytywnego, prawidłowego rozwoju dziecka pomimo trwającego wysokiego ryzyka,
  • zachowanie kompetencji, nawet w sytuacji chronicznego stresu
  • pozytywnej, szybkiej regeneracji po traumatycznych przeżyciach.
Iwona Sikorska, doktor nauk humanistycznych w zakresie psychologii, adiunkt w Instytucie Psychologii Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, specjalistka psychologii klinicznej, terapeutka dzieci i młodzieży.

  1. Moda i uroda

Stylowe buntowniczki

Od lewej: Alexa Chung, Chloë Sevigny, Miroslava Duma (Fot. Getty Images)
Od lewej: Alexa Chung, Chloë Sevigny, Miroslava Duma (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Kiedyś nie miały programów telewizyjnych, linii kosmetyków, a mimo to miały siłę przyciągania, która sprawiała, że ich styl naśladowała ulica, a projektanci nazywali je swoimi muzami. Czy to niewytłumaczalne „coś”, które potrafiło zmienić zwykłą dziewczynę w międzynarodowy fenomen, zostało dzisiaj wymazane przez instagramowe filtry? Czy media społecznościowe zakończyły erę it-girls?

To. Nienamacalne, wyjątkowe, często niedoścignione. „Coś, co przyspiesza puls każdej osoby w kraju” – pisał Francis Scott Fitzgerald. Świat pierwszy raz o it-girls dowiedział się na początku XX wieku i od tamtej pory nie przestał się nimi fascynować.

Dziś to hasło zdaje się otaczać nas zewsząd. Widzimy je na okładkach magazynów, w artykułach i Internecie. Co ciekawe, nadal nie do końca wiadomo, czy z tym „czymś” trzeba się urodzić, czy można to też wypracować lub (w dobie cyfryzacji) po prostu wykreować. A może dziś prawdziwych it-girls już nie ma, a zastąpiły je influencerki?

Ten dziwny magnetyzm

Rudyard Kipling jako pierwszy wykorzystał przedrostek it, czyli „to”, by określić kobiecy urok. „Tu nie chodzi o urodę czy chwilę miłej rozmowy. To po prostu TO COŚ. Niektóre kobiety pozostaną w pamięci mężczyzn na zawsze, wystarczy, że tylko przejdą ulicą” – pisał w 1904 roku w opowiadaniu „Mrs Bathurst” (Pani Bathurst), tym samym przyczyniając się do stworzenia sformułowania it-girl. Pierwszą it-girl była zatem tytułowa bohaterka, z zawodu barmanka. Dla Kiplinga „to” odnosiło się do seksapilu, czyli określonego sposobu poruszania się i bycia, który silnie wpływał na mężczyzn. Potem, dzięki pisarce Elinor Glyn, it nabrało znacznie szerszego znaczenia. W jednej ze swoich krótkich powieści, nieprzypadkowo zatytułowanej „It”, Glyn pisze, że aby mieć „to coś”, trzeba mieć dziwny magnetyzm, przyciągający obie płcie. „Do tego niezbędna jest atrakcyjność fizyczna, ale piękno – już niekoniecznie”. Na podstawie jej powieści w 1927 roku powstał głośny film pod tym samym tytułem, w którym główną rolę zagrała ikona kina niemego Clara Bow. Jako zuchwała i bezwstydna pracownica domu towarowego wzbudzała zachwyt klientów do tego stopnia, że sama stała się pierwszą it-girl, istniejącą już nie tylko na kartach powieści. Aktorka była uosobieniem zwariowanej epoki jazzu. Rozpoznawana i pożądana w każdym towarzystwie, kompletnie nie zważała na etykietę. Mówiła z silnym brooklyńskim akcentem i klęła jak szewc, a postaci, które grała, czyli głównie kelnerki, sprzedawczynie czy manikiurzystki, obdarzała sporą dawką ciepła i humoru, co sprawiało, że ludzie czuli, iż jest jedną z nich. Nocami, zamiast z hollywoodzką śmietanką, wolała grać w pokera ze swoim szoferem, kucharką i pokojówką. Często można ją było zobaczyć, jak sunęła po Sunset Boulevard jaskrawoczerwonym packardem z towarzyszącym jej na siedzeniu pasażera psem rasy chow-chow, ufarbowanym pod kolor auta. Była inna, wyjątkowa, przyciągająca uwagę. I takie też były jej stroje.

Ikona kina niemego Clara Bow. (Fot. BEW) Ikona kina niemego Clara Bow. (Fot. BEW)

Kult niedoskonałości

Początkowo i prasa, i krytycy byli ostrożni z tytułowaniem znanych kobiet tym mianem. It-girl miało się łączyć z wyjątkowymi cechami i szczególnym zainteresowaniem. Clara Bow nosiła je z dumą latami, co nie znaczyło jednak, że był to termin zarezerwowany jedynie dla niej.

It-girl z założenia nigdy nie miała być perfekcyjna. Z tym określeniem zawsze wiązał się pewien chaos. Bardziej niż idealny wygląd liczyły się styl życia, obecność w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. I, naturalnie, oryginalny sposób ubierania się. Prawdziwe it-girls wzbudzały fascynację przez to, że ich życie było dalekie od fałszywej doskonałości. Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra, ale też wzbudzała duże zainteresowanie swoim prawdziwie rockandrollowym stylem życia i zawiłą relacją z członkami zespołu The Rolling Stones, których w zasadzie nie opuszczała na krok.

Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, która spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra. Na rękach Marlon Richards, pierwsze dziecko Pallenberg i Keitha Richardsa. (Fot. Getty Images) Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, która spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra. Na rękach Marlon Richards, pierwsze dziecko Pallenberg i Keitha Richardsa. (Fot. Getty Images)

To samo tyczy się Brytyjki Jane Birkin, która wyprowadziła się z rodzinnego, swingującego Londynu, by spróbować sił we francuskim kinie. Nie znała języka, ale była absolutnie czarująca. I tym urokiem zdobywała kolejne role. Nawet Francuzi z czasem wybaczyli jej błędy i silny akcent. Koszula, dżinsy, prosty T-shirt i słynny pleciony koszyk, z którym nie rozstawała się nawet na wieczorowych galach, tworzyły styl, który dzisiaj tak mocno kojarzony jest z Paryżem. Miasto świateł wchłonęło estetykę Jane tak bardzo, że wydaje się, jakby zawsze była po prostu stylem paryskim.

Jane Birkin - brytyjka, która podbiła serca Francuzów. (Fot. East News) Jane Birkin - brytyjka, która podbiła serca Francuzów. (Fot. East News)

To, co sprawiało, że osoby takie jak Jane Birkin czy Anita Pallenberg były tak czarujące, to także ich pozorna obojętność wobec sławy. Nie prosiły się o nią, to ona znalazła je sama. A gdy to zrobiła, nie chciała opuścić. It-girls otaczały zawsze tłumy paparazzich, bo każda nowa fotografia była na wagę złota. Szczególnie uciążliwe było to dla Brigitte Bardot, której nadmorska willa La Madrague w Saint-Tropez była regularnie nawiedzana przez fotografów, fanów i turystów. Podglądali ją lornetkami z lądu, morza (nierzadko podpływali do brzegu nurkowie) i z powietrza (helikoptery). Wszystko po to, by czytelnicy gazet na całym świecie mogli zobaczyć, jak tego dnia wygląda ikona stylu, kopiowana w latach 60. już przez większość Francuzek, które fryzowały się jak Bardot, mocno podkreślały oczy czarną kredką, próbując jednocześnie naśladować jej specyficzny sposób chodzenia i charakterystycznie wydęte usta. Dlatego kiedy była w ciąży, wynajęła mieszkanie obok szpitala, by ukradkiem chodzić na wizyty. Nic z tego. Jej nowy adres szybko wyciekł do mediów. Ostatnie tygodnie ciąży spędziła zamknięta w apartamencie z zasłoniętymi firankami.

Brigitte Bardot była regularnie nagabywana przez fotografów, fanów i turystów. (Fot. Getty Images) Brigitte Bardot była regularnie nagabywana przez fotografów, fanów i turystów. (Fot. Getty Images)

Dzisiejsze infuencerki nie uciekają od kamer, ale same je na siebie kierują. Łaknąc coraz większej publiki, nawet wyręczają paparazzich i same robią sobie zdjęcia telefonem.

Ze świata analogowego w wirtualny

Wystarczy sporządzić listę nazwisk kobiet uznawanych za it-girls w danej dekadzie, by zobaczyć, jak bardzo na przestrzeni lat ich liczba zaczyna rosnąć. Te najbardziej znane, jeszcze z czasów analogowych, były raczej uosobieniem słowa „cool”. To aktorka Chloë Sevigny i sprawnie bawiąca się trendami prezenterka telewizyjna i modelka Alexa Chung. O pierwszej „New York Times” w 1994 roku pisał, że w wyjątkowy sposób wpływa na ludzi, choć nie jest ani wyjątkowo piękna, ani seksowna. Jest po prostu inna i ma w sobie elektryzującą nonszalancję. „Ta pozorna obojętność na promowanie siebie jest jej najbardziej atrakcyjną cechą. Choć może to też świadczyć o jej sprycie” – komplementował ją dziennikarz Jay McInerney. Nazwał ją wtedy „najbardziej wyluzowaną dziewczyną na świecie”. Do dziś pozostała ikoną kina niezależnego, a każdy jej nowy film jest uznawany za kontrowersyjny.

Aktorka Chloë Sevigny. (Fot. Getty Images) Aktorka Chloë Sevigny. (Fot. Getty Images)

Alexa Chung to z kolei pełna humoru Brytyjka, dziewczyna z sąsiedztwa, która po pokazie Chanel zamiast na elegancki bankiet chętniej poszłaby do klimatycznego pubu, zatopiona w rockandrollowym stylu życia. Kiedy tworzyła zgraną parę z liderem zespołu Arctic Monkeys, Alexem Turnerem, w prasie pojawiały się ich zdjęcia z ulic Londynu, po których spacerowali w trampkach, wyciągniętych podkoszulkach i ramoneskach. W przeciwieństwie do Sevigny Chung z czasem zaczęła jednak sprawnie prowadzić swoją karierę, płynnie przechodząc ze świata analogowego w wirtualny i w pełni korzystając z możliwości, jakie dają media społecznościowe. Wydała nawet książkę, znów zatytułowaną „It”, w której zdradza tajniki pielęgnacji swojej urody, swoje modowe wybory i upodobania. Książka miała premierę w 2013 roku, dokładnie w tym samym czasie rozpoczęła się era Instagrama.

(Fot. Getty Images) (Fot. Getty Images)

Siła filtrów

Clara Bow czy Edie Sedgwick, gwiazda filmów Andy’ego Warhola i it-girl lat 60., nie miały kolekcji ubrań, programu telewizyjnego ani nie wydały książki o sobie. Dzisiejsze it-girls jak Alexa Chung, ale też blogerka Leandra Medine czy rosyjska ikona stylu Miroslava Duma, to prawdziwe marki, a ich blogi, linie ubrań czy kosmetyków – sprawnie działające biznesy. Nie trzeba już ich łapać na ulicach Nowego Jorku czy Paryża, same codziennie dostarczają nam swoje zdjęcia i filmiki ukazujące je w prywatnych i bardziej oficjalnych sytuacjach.

Ale coś jeszcze się zmieniło. Instagram, dzięki filtrom, pozwala nakładać maski, sztucznie zbliżające nasze twarze do narzuconej przez estetykę sieci perfekcji. Coraz popularniejsze stają się nierealne w rzeczywistości cybertwarze – szczupłe, z zadartymi nosami, dużymi ustami i rozciągniętymi w kształt migdała oczami. Takie, jakie za sprawą operacji plastycznych mają siostry Kardashian-Jenner, które i tak korzystają z filtrów, by jeszcze mocniej to podkreślić. Obsesja na punkcie rodziny Kardashian czy sióstr i modelek Hadid nie wynika z ich osobowości, zachowania czy wyjątkowego stylu, ale z powodu ich pozornej doskonałości. Mają perfekcyjnie skrojone twarze, ładne ciała i (pozornie) idealne, pełne luksusu życie. Tymczasem prawdziwa it-girl musi mieć pewne niedoskonałości, a nawet wady. Czerpie z życia pełnymi garściami. Robi wszystko, na co każdy z nas miałby ochotę, a nie ma na to wystarczającej odwagi. Nieznane są jej zwykłe troski, więc jej życie jest często autodestrukcyjne, a tym samym fascynujące. Dziś influencerki, by nie stracić obserwatorów, starają się być nieskazitelne i jak najbardziej neutralne. W tej walce o perfekcję często zatracają człowieczeństwo. „Typowy influencer jest całkiem przeciętny – to przeciwieństwo awangardy” – pisze Natasha Stagg w książce „Sleeveless: Fashion, Image, Media, New York 2011–2019”.

Rosyjska ikona stylu Miroslava Duma. (Fot. Getty Images) Rosyjska ikona stylu Miroslava Duma. (Fot. Getty Images)

It-girls wyznaczały trendy. Dzisiaj, by być popularnym, często powiela się utarte schematy. Podczas gdy one nie walczyły o swój tytuł, influencerki mają ambicję, by się nimi stać i czerpać z tego ekonomiczne i społeczne korzyści. Często więc kopiują to, co u innych okazało się skuteczne. I tak jak kiedyś it-girls tworzyły swój styl, obecnie coraz częściej widzimy influencerki przebrane w pełne looki od projektantów, które wysyłają im marki czy domy mody.

Podobnie widzi to teoretyk popkultury Mark Fisher, który twierdzi, że it-girls uosabiały styl życia, który przez paraliżujący wpływ mediów społecznościowych wymiera. W książce „Realizm kapitalistyczny. Czy nie ma alternatywy?” pisze, że „oderwana od rzeczywistości chęć bycia widzianym zastąpiła prawdziwe zaangażowanie”. Realne, nieprzewidywalne życie zastąpiliśmy jego namiastką. Przez paranoję, w jaką wpędzają nas media społecznościowe, które wręcz zachęcają do tworzenia jednowymiarowej osobowości, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej przejmujemy się opinią innych. A prawdziwe it-girls miały ją za nic. Robiły to, co uważano za nieakceptowalne, dopóki same nie sprawiły, że w końcu zostało zaakceptowane.