1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Talent - na czym polega według ekspertów od testu Gallupa?

Talent - na czym polega według ekspertów od testu Gallupa?

Jak odkryć w sobie talent? Talenty posiada każdy człowiek. Instytut Gallupa stworzył mapę 34 neuronalnych wzorów, zwanych talentami. Są wśród nich m.in.: empatia, współzależność, rywalizacja i dyscyplina. (fot. iStock)
Jak odkryć w sobie talent? Talenty posiada każdy człowiek. Instytut Gallupa stworzył mapę 34 neuronalnych wzorów, zwanych talentami. Są wśród nich m.in.: empatia, współzależność, rywalizacja i dyscyplina. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
„Ja się wcale nie chwalę, ja po prostu, niestety, mam talent!”. Niesłusznie traktujemy ten kabaretowy hit jako żart. Tak, każdy z nas ma wiele talentów, w tym pięć dominujących. I na nich powinniśmy się skupić.

Amerykański Instytut Gallupa (The Gallup Organization) od ponad 80 lat bada zachowania i naturę człowieka, wykorzystując najnowsze osiągnięcia ekonomii, psychologii, neurobiologii i antropologii oraz wyniki własnych badań demograficznych. Jedne z innowacji dotyczą ludzkiego umysłu i umiejętności.

Zaczęło się od tego, że naukowcy dostrzegli dwie powtarzające się cechy najlepszych menedżerów: potrafią określić talenty swoich pracowników i stworzyć w organizacji miejsce, gdzie cechy te będą się rozwijać. W wyniku podobnych obserwacji Instytut Gallupa stworzył mapę 34 neuronalnych wzorów, zwanych talentami. Są wśród nich m.in.: empatia, współzależność, rywalizacja i dyscyplina. Każdy człowiek posiada wiele talentów - natomiast pięć z nich jest określanych jako dominujące, ponieważ to one w największym stopniu decydują o tym, jacy jesteśmy. Najlepszą rzeczą, jaką każdy z nas może sobie sprezentować w życiu, jest odkrycie swoich dominujących talentów, podążanie za nimi i ich rozwijanie.

Narodziny mistrza

Renata Gut, trenerka rozwoju osobistego i biznesu, coach, konsultant i wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie, w swoich szkoleniach posługująca się wiedzą popularyzowaną przez amerykański Instytut, wierzy głęboko, że tym, co potrafi diametralnie odmienić nasze postrzeganie rzeczywistości, jest właśnie świadomość własnych talentów. Jeśli czujesz, że coś, co robisz, sprawia ci wielką przyjemność, to szybko się tego uczysz. Gdy po wykonaniu zadania odczuwasz zadowolenie i masz ochotę dalej rozwijać ten obszar, to prawdopodobnie odkryłeś swój talent - mówi. Człowiek, który postępuje zgodnie ze swoimi talentami, robi to, co lubi, więc robi to coraz lepiej. Widzi postępy, tym samym wzrasta jego poczucie własnej wartości. Ono z kolei daje mu siłę napędową, by jeszcze bardziej przykładać się do tego, co lubi najbardziej. Tak rodzi się mistrz.

Brzmi to pięknie i prosto, tymczasem w życiu bywa inaczej. Dlaczego? Blokadą jest czasem wychowanie. Od najmłodszych lat jesteśmy programowani tak, żeby skupiać się na swoich słabościach i tym samym je pielęgnować. We wszystkich placówkach edukacyjnych świata i znakomitej większości miejsc pracy jesteśmy nieustannie zachęcani do zwalczania własnych niedociągnięć i doskonalenia tzw. słabych stron. Rodzice rzadko koncentrują się na silnych stronach swoich dzieci. Za wszelką cenę chcą sprawić, żeby ich pociechy były jednakowo dobre ze wszystkich przedmiotów, wiec zamiast: „skup się na tym, co kochasz”,  mówimy: „to umiesz i tak, musisz nadrobić tamto”. Szefowie wytykają podwładnym słabości („jeszcze nad tym musisz popracować”), wymagając dążenia do perfekcji we wszystkich dziedzinach, również w tych, które nie są elementem najistotniejszym w ich zadaniach.  A droga walki ze słabościami może prowadzić do zagubienia się w nich.

- Aby przełamać tę powszechną i samonakręcającą się spiralę, Instytut skupił się na dwóch założeniach - wyjaśnia Renata Gut. - Po pierwsze, talenty każdego człowieka są trwałe i wyjątkowe. Po drugie, największy potencjał do zmian na lepsze stanowią obszary naszych mocnych stron, a nie słabości.

Marcus Buckingham z Instytutu Gallupa przez blisko 20 lat badał ludzkie cechy, pod kątem tych najlepszych. To on zapoczątkował odkrywanie swoich talentów i budowanie na nich kariery zawodowej. Wnioski opisał w bestsellerowych poradnikach, m.in.: „Po pierwsze: złam wszelkie zasady”, „Teraz odkryj swoje silne strony” i „To jedno, co powinieneś wiedzieć”.

Podczas badania zadano proste pytanie 1,7 mln pracownikom ze 101 firm z 36 krajów: „Czy w pracy masz codziennie możliwość wykonywania tego, co potrafisz najlepiej?”. Co się okazało? Jedynie 20% badanych uznało, że ich talenty są w pełni wykorzystywane w codziennej pracy. Mówiąc inaczej, aż ośmiu na dziesięciu pracowników uznaje, że przypisano im nieodpowiednie role i stanowiska.

Talent, czyli wzorzec

Czym jest talent? Buckingham definiuje go następująco: „Talent to każdy powtarzający się wzorzec myślenia, odczuwania lub zachowania, który może znaleźć praktyczne zastosowanie”. Skąd w takim razie biorą się takie, a nie inne wzorce? Otóż tworzą się przez wykorzystanie połączeń istniejących w ludzkim mózgu.
 
Około czterdzieści dni po zapłodnieniu komórki jajowej powstają pierwsze nerwowe komórki macierzyste. Następnie przekształcają się w dojrzałe komórki nerwowe, nazywane neuronami. Sto dwadzieścia dni później neuronów jest już około 40 miliardów. Łączą się, wysuwając wypustki, zwane aksonami. Gdy połączenie zostanie zawiązane, powstaje synapsa. Przez pierwsze trzy lata życia człowieka każdy z 40 mld neuronów może mieć po piętnaście tysięcy połączeń synaptycznych z pozostałymi neuronami. Zachodzi zjawisko „nadprodukcji” neuronów i ich połączeń. Dzieje się tak dlatego, że w miarę nabywania doświadczeń, zachowane zostają tylko używane komórki i połączenia. Tak właśnie zostaje utkany indywidualny synaptyczny wzór każdego z nas.

- Między trzecim a piętnastym rokiem życia dochodzi do nowego zjawiska: wiele z tych starannie uplecionych powiązań ulega bezpowrotnemu zniszczeniu - wyjaśnia Renata Gut. - W dniu szesnastych urodzin mamy w mózgu jedynie połowę owych połączeń. Dlaczego tak się dzieje? W pierwszych dniach naszego życia przyjmujemy ogromne ilości nowych informacji. Cały układ nerwowy jest potencjalnie przygotowany na przyjęcie wszystkich możliwych bodźców. Do każdego z nas docierają jednak tylko te istniejące w jego otoczeniu i one właśnie odwzorowują się w układzie nerwowym w postaci połączeń między neuronami. Przez kolejnych dziesięć lat połączenia, które pozostały, umacniają się. W tym procesie naturę wspiera genetyka, środowisko naturalne i kultura. Buckingham pisze: „I tak właśnie powstajesz Ty - utalentowana, niepowtarzalna osoba, obdarzona zdolnością reagowania na świat w swój wyjątkowy sposób”.

5 z 34

Szczegółową mapę 34 neuronalnych wzorów, zwanych talentami, pozwoliły stworzyć pracownikom Instytutu rozmowy przeprowadzone z blisko dwoma milionami ludzi na świecie. Te talenty to raczej typy zachowań społecznych czy też wzorce myślowe, a nie konkretne umiejętności. Pięć spośród nich dominuje i zasadniczo nie zmienia się przez całe życie człowieka.

- Z doświadczenia wiem, że wiele osób ma problem z uzmysłowieniem sobie tego, że jesteśmy zdeterminowani przez własne niezmienne i trwałe połączenia synaptyczne - wyjaśnia Renata Gut. - Obserwujemy rzeczywistość przez filtr własnych talentów i jesteśmy przekonani, że wszyscy mają tak samo. A tak przecież nie jest.

Nasze wzorce myślenia, działania, odczuwania są jak kolorowe okulary, które sortują i przesiewają docierające do naszego mózgu wrażenia i bodźce, dzięki czemu reagujemy na jedne, lekceważąc inne. Każdy dla każdego jest zatem w pewnym sensie zagadką, bo każdy z nas patrzy na świat w swój własny sposób.

Więzy nie do zerwania

- Ludzie świadomi tego, co nimi kieruje, łatwiej mogą zrozumieć i zaakceptować siebie - wyjaśnia trenerka. - Z jednej strony wzrasta w nich poczucie wiary w siebie, sprawstwa, a z drugiej - zanika chęć zmieniania i „naprawiania” ludzi, których spotykają na swojej ścieżce. Kiedy się wie, że wszystkie nasze reakcje zależą od połączeń synaptycznych, łatwiej zrozumieć i zaakceptować innych, a samoświadomość wynikająca z owej wiedzy bardzo często pomaga nam w podejmowaniu życiowych decyzji. Dotyczy to także zmiany ścieżki zawodowej.

Najważniejsze w rozumieniu teorii talentów jest to, że talent nie określa umiejętności realizacji konkretnego zadania. Nie jest ściśle związany z kontekstem zadania. Talent jest bardziej ogólnym wzorcem, który przenosi się z sytuacji na sytuację. Dla przykładu, ktoś obdarzony talentem rywalizacji może go realizować w sporcie, w pracy sprzedawcy czy też biorąc udział w konkursach na najlepszego barmana na świecie. Osoba z dominującym talentem współzależności będzie w sposób szerszy, pewniejszy i szybszy niż inni dostrzegać powiązania różnych element—w, niezależnie od tego, czy pracuje w organizacji ekolog—w badających przyczyny ocieplania klimatu, czy będzie logistykiem organizującym system dostaw w najbardziej zatruwającym środowisko zakładzie przemysłowym.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Koziorożec - materialista przez duże M

Koziorożec i rządzący nim Saturn każdemu niosą ważne zadania karmiczne. (fot. iStock)
Koziorożec i rządzący nim Saturn każdemu niosą ważne zadania karmiczne. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Od 22 grudnia Słońce świeci już w znaku Koziorożca. Zasada Koziorożca wieje chłodem na tyle konsekwentnie, że zamraża. Sprawia, że to, co zmienne, płynne, radosne kamienieje, zatrzymuje się, poważnieje. Archetyp ten wprowadza do zbiorowej świadomości pojęcie struktury, porządku, norm społecznych. Spróbuj mu się sprzeciwić, a znajdzie dla ciebie odpowiedni paragraf.

Twórca formy, struktury i reguł

Koziorożec to najbardziej namacalny konkret, odwrotność fiu bździu. Słowo „porządek” jest w swej istocie koziorożcowe. Archetyp ten określa życie zewnętrzne. Wibrującą energię zaklina w strukturę, temu co nieokiełznane nadaje formę, niezmierzonemu przypisuje stosowną miarę, nieokreślonemu przypina etykietę. Koziorożec świetlaną przyszłość, kuszącą niepewnością, zaplanuje i włoży w stosowne ramy. Porządnie skontroluje, ustalając właściwy tor biegu spraw. Lubi kalendarze, terminarze, arkusze Exela, tabelki, słupki, wykresy, kontrakty, umowy, którymi ogranicza siebie, innych oraz świat. Jest urodzonym przewodniczącym protokołu. Po co mu to? Dla przewidywalności, dla bezpieczeństwa.

Siła stabilności

Koziorożec kocha bezwzględność zasad, którym daleko od pojedynczego unikalnego człowieka. On, w swej prawdziwej naturze, jest wolny, bo każdego ranka rodzi się na nowo. Może w jednej chwili zmienić wszystko, wystarczy, że wejrzy w swoje wnętrze, by dobrą myślą i uczuciem pokolorować rzeczywistość na dowolny odcień różu. Koziorożec temu zaprzecza. On hołduje stałym rytuałom, jest esencją rutyny, jest ciężką powtarzalną monotonną pracą. Wierzy jedynie w to, co na pewno jest namacalne. Wydaje się, że takie podejście do życia mu się podoba. W tym jego ulubionym kieracie brak jest indywidualnego podejścia, przestrzeni dla różnorodności i pozwolenia, żeby każdy decydował o sobie. Koziorożec służy nadrzędnemu prawu, nade wszystko społeczności. Chodzi mu o większą całość, o porządek państwowy na przykład, o koncerny, korporacje, szczeble kariery, naukowe stopnie, dobro ogółu, interes firmy. Z lubością ustanawia prawa, normy, regulaminy. Są one niczym klamra, spinająca i kontrolująca przejawy życia. To Koziorożec wymyślił savoir vivre, językowe reguły oraz system kar.

Zagęszcza, koncentruje, krystalizuje

Koziorożec, jako dziewiąty znak, rozpoczyna końcową ćwiartkę Zodiaku. Metaforyczna droga rozwoju człowieka wkracza na ostatnią prostą. Poprzedzające Koziorożca znaki, krok po kroku, rozprawiły się z ludzkim ego i jego bolączkami. Ostatecznie Ryby, dwunasty znak, mają rozpuścić egzystencję w niebycie. Zanim jednak to zrobią, materia musi się maksymalnie zagęścić. Zakasując rękawy, robi to Koziorożec reprezentujący żywioł statycznej ziemi. Do akcji wkracza materialista przez duże M. Wszystkie dotychczasowe zasady zbiera w jedną niepodważalną strukturę. W tej części zodiakalnego koła, którą rozpoczyna Koziorożec, brakuje żywiołu ognia, który ma moc stwórczą, inicjującą, gorącą, niemożliwą do zinwentaryzowania. Ziemia zawsze studzi ogień – po ognistym Baranie w Zodiaku następuje materialny Byk, który uczy posiadania, tego co poprzednik zdobył z impetem, a egotycznego Lwa hamuje skromność Panny służącej przede wszystkim innym. Koziorożec natomiast mówi: „Nie przesadzaj” Strzelcowi, po którym się pojawia. Strzelec jest uosobieniem wszelkiej ekspansji i porywania się z motyką na słońce, ma też nieograniczone wewnętrzne wglądy. Koziorożec lęka się braku granic, boi się też tego, co kosmiczne. Jak Kozica jest niesamowicie wytrwały, żeby piąć się w górę. Powodują nim ambicje, by znaleźć się na szczycie społecznej drabiny. Niewiele mu potrzeba w tej wędrówce, skubnie trochę trawy, schrupie suchą gałązkę.

Asceta i pracoholik

Koziorożec to asceta i pracoholik, uwielbia się dobrowolnie wyrzekać. Można widzieć w tym rodzaj siły, jednak on tchórzliwie wsłuchuje się w odgłosy serca, zagłusza jego bicie pracą w imię jakiejś mozolnej idei. Przychodzi wreszcie moment, gdy tłumione impulsy biorą górę. Koziorożec wtedy staje się prostacki i prymitywny w swej lubieżności. Obejmuje swój przeciwległy biegun i jest nie do poznania. Do chwili, kiedy znowu stanie się zachowawczy, posypie sobie głowę popiołem i wypisze na sztandarze, że trzeba być moralnym. Mały procent obsady Koziorożca w horoskopie urodzeniowym objawia się w człowieku radosną niefrasobliwością, nieskrępowanym artyzmem, umiejętnością życia bez zegarka i reguł. Ktoś taki zwykle żyje na marginesie społeczeństwa i tylko od niego zależy, czy potraktuje to jak przekleństwo czy błogosławieństwo.

Saturn i energia kamienia

Koziorożec rządzi złowieszczą planetą Saturn, która posiada energię kamienia. Jest panem ograniczeń, hamulców. Symbolem konserwatyzmu, tradycji, status quo, obyczajności. Wyznacza stosowne miejsce i czas. Saturn to przecież Chronos, bóg władający zegarem. Czy jest coś bardziej metodycznego i bez uczuć? Koziorożec jest postrachem wszystkiego, co figlarne i zbędne, bo istnieje tylko dla przyjemności i tylko przez chwilę. Koziorożec jest długodystansowcem, królem stanów chronicznych. Jemu trudno jest cokolwiek puścić, mógłby się tego nauczyć od Ryb, władających mglistym Neptunem. Nie przepada za zmianami, które znowu są miłością Wodnika i Urana. Postępuje tak ze strachu. Saturn w horoskopie urodzeniowym to miejsce, wskazujące temat pracy terapeutycznej. Ważne jest w jakim znaku Saturn się zatrzymał w momencie narodzin i w jakim domu astrologicznym przebywa. Gdy to rozszyfrujemy, wiemy z czym należy iść do psychologa bądź życiowego doradcy.

Saturn, zasada Koziorożca, taki niby mocny, jest po prostu naszym największym lękiem. Im bardziej coś na zewnątrz mocne i twarde, tym wewnątrz bardziej trzęsie się jak galaretka. Archetyp Koziorożca to strażnik psychicznego progu. Oddziela to, czego najbardziej się boimy. A właśnie ta jakość najbardziej potrzebna jest nam do szczęścia, rozwoju, życia pełnią. W młodości jest brzemieniem, bo stawia opór, opóźnia, utrudnia. Saturn straszy tym, co zaklął w kamień. Mniej więcej do połowy życia można udawać, że tego problemu nie mamy. Z witalnością charakteryzującą młodzieńcze lata omijamy trupa. Ale około czterdziestki on i tak upomni się o swoje. Na jego bezwzględność można przecież liczyć. Gdy Saturn oddziałuje tranzytem, możesz poczuć, jakby ktoś otworzył drzwi zamrażarki. Wymiata wówczas z życia wszelkie oznaki nietrwałości, emocjonalności, bylejakości zamiecionej pod dywan pozorów. Zostawia tylko to, co ma trwałe fundamenty. Zostawia Prawdę. Jest jej wielkim nauczycielem i nie jest przez to lubiany. Podobnie jak Koziorożec, którego szanuje się za autorytet, powagę i za to, że jest wpływowy, ale się go nie kocha.

Gdy Słońce wchodzi w znak Koziorożca, obejmując rządy nad niebem, ma miejsce najciemniejsza najdłuższa noc w roku.
Największa ciemność pojawia się po to, by zajaśniało światło. Bo światłość nastanie dopiero wtedy, kiedy zmierzysz się z ciemnością. Ze swoim lękiem. Jak umrzesz w nim. Saturn jest planetą śmierci jako absolutnej manifestacji czasu. Uśmierca to, co nie jest twoje, najpierw obdarzając cię utrapieniem, wyrywając z wygody (Koziorożec i komfort nigdy nie chodzą w parze). Podobnie działa Skorpion, król egzystencjalnych kryzysów, który uczy skrajnych stanów psychicznych, zmuszając do zanurkowania w bolesne uczucia. Różnica między nimi polega na tym, że Koziorożec nie bawi się w głębię. On obnaża, ogałaca z fałszywej powłoki. Jest profesorem przedmiotu, który zwie się cierpliwość. W jej nauce brak mu wyrozumiałości, on w ogóle jest niezwykle surowy. W prezencie ma dla ciebie samotność, izolację, bezruch, rozstanie.
Gdy archetyp Koziorożca ma coś do powiedzenia w pył obraca się to, co nie jest prawdziwe.
Zostajesz na mroźnej pustyni, zostajesz z niczym. Czego się uczysz? Wytrwałości, koncentracji, powagi, odpowiedzialności. Dojrzałości. Saturn to lekcja dorosłości. To tak naprawdę zdolność do bycia samemu, kiedy znamy już swoją siłę, bo dotknęliśmy prawdy o sobie. To czystość i jasność. Najpierw jednak trzeba odrobić trudne koziorożcowe lekcje. Całkowicie je przyjąć, akceptując swój największy lęk. Wtedy czarna bryła węgla pod wpływem ciśnienia twojego cierpienia przemieni się w diament.

  1. Psychologia

Wyluzuj - rady dla perfekcjonisty

 Ilustracja Magdalena Chołaścińska
Ilustracja Magdalena Chołaścińska "Autogrzywa".
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Przez jakiś czas miałem w sobie coś, co określiłbym jako rys perfekcjonistyczny. Dzisiaj już wiem, że to droga donikąd – mówi psycholog Paweł Fortuna.

Łatwo rozpoznaje pan perfekcjonistę? Od razu. Spotykam ich najczęściej w korporacjach, w trakcie wspólnych warsztatów i konferencji. Są zawsze akuratni. Ci z nich, którzy są perfekcjonistami skierowanymi na innych, a więc wymagają poprawności od współpracowników, elektryzują atmosferę, a w konsekwencji ochładzają klimat.

Jakiś przykład? W jednej z firm spotkałem menedżera perfekcjonistę. W takich instytucjach wszystko jest jak w pudełeczku – na czas, na miejscu i na pewno. Ten menedżer robił cykliczne egzaminy swoim handlowcom z wiedzy o produkcie, podczas których kazał im używać szablonowej argumentacji. Sprzedawcy karnie wykonywali swoje zadanie, po czym szli do klientów i podpisywali umowy na spore dostawy, w ogóle nie stosując formułek, z których byli egzaminowani. Żyli w dwóch innych światach.

Od wielu lat pracuje pan jako wykładowca akademicki i trener biznesu. Ale przyznam szczerze – Pawła Fortunę kojarzyłam jako autora tekstów i kompozytora, między innymi albumu „Dziewczyna Szamana”. Dlaczego zajął się pan perfekcjonizmem? Przez jakiś czas miałem w sobie coś, co określiłbym jako rys perfekcjonistyczny. Stawiałem sobie bardzo wysokie wymagania. Na przykład w liceum miałem zespół Revolutio Cordis, w którym wokalistką była Justyna Steczkowska, ale nie można usłyszeć żadnych nagrań tej formacji, ponieważ wciąż uważałem, że jeszcze jest sto detali, które należy w nich dopracować. Dzisiaj już wiem, że to droga donikąd. Potrafię określić próg wystarczalności i w pewnym momencie kończę każdy projekt – również muzyczny. Dzisiaj zamieszczam w Internecie utwory, które wiele lat temu pewnie bym się wstydził komukolwiek pokazać.

Jak udało się panu pozbyć tego perfekcjonistycznego rysu? Przede wszystkim trzeba tego chcieć. Bardzo pomogło mi wspólne mieszkanie z osobami, które podchodziły z dystansem do życia. Zobaczyłem, że w stwierdzeniu „świat się nie zawali, jeśli tego nie zrobisz” jest wiele prawdy. Można być punktualnym i pilnować priorytetów, jednocześnie nie zamęczając się każdym detalem. Podróżowałem po Europie autostopem, a potem wyjeżdżałem na wyprawy zupełnie bez planu – znałem tylko pierwszy punkt programu. Potem każdego dnia wybierałem spontanicznie kierunek podróży. W ten sposób poznałem spokój płynący z doświadczenia, że zawsze dam sobie radę. Zrozumiałem też, że najciekawsze rzeczy na świecie spotkamy w jego „bocznych uliczkach”. I w końcu wiele zawdzięczam moim nauczycielom. Jeden z profesorów, widząc, jak męczę się nad znalezieniem najlepszego z możliwych początku artykułu, podszepnął: „Zacznij od drugiego zdania”. Uff… Jak dobrze jest się wyzwolić z tyranii doskonałości. Dbałość o detale pozostaje, ale napięcie ustępuje miejsca radości życia.

To doświadczenie pomaga panu w pracy z biznesem? Na pewno. Dla perfekcjonistów mam wiele zrozumienia, ale też współczucia. Dzięki nim świat jest piękniejszy, „dokładniejszy”, bardziej wypolerowany. Płacą jednak za tę doskonałość własnym życiem i ogromnym stresem. Można się pokusić o metaforyczne stwierdzenie, że nasz mózg wcale nie chce, żebyśmy byli perfekcyjni.

Dlaczego w takim razie hodujemy w sobie takiego wewnętrznego krytyka? Przecież nikt nie rodzi się perfekcjonistą. To prawda, ale na nasze dyspozycje znacząco wpływa sposób wychowania. Dlatego w trudnej sytuacji jest dziecko, które rodzice często krytykują, a mało chwalą, jednocześnie wysoko zawieszając poprzeczkę. Chce sprostać ich oczekiwaniom i w mig wychwytuje wszystkie sygnały dezaprobaty. To może być spojrzenie, syk, wyraz twarzy, nawet głębszy oddech. Rodzic może jeszcze dodać: „Co ja z tobą mam! Ile razy ci powtarzałem!”. Dziecko wie, że musi działać bardzo poprawnie. Tylko że rodzic nie pompuje równocześnie wiary w siebie przez pokazywanie mocnych stron i sił psychicznych. Nie mówi na przykład: „Zobacz, nie dawałeś rady, a teraz świetnie sobie poradziłeś. Jestem z ciebie dumny!”. W dziecku uruchamia się więc motywacja defensywna: nie chodzi o to, żeby osiągnąć nagrodę, ale żeby uniknąć kary. I to się utrwala, dzień po dniu. Dlatego perfekcjonizm jest tak oporny na zmiany w dorosłym życiu.

Przypomina mi to scenę z filmu „Whiplash”, w której nauczyciel mówi: „Nie ma nic gorszego, jak powiedzenie komuś: »dobra robota«”. Wiele osób uważa, że tak zwany zimny chów daje najlepsze efekty. Fakt, takie dziecko przyniesie dużo dumy rodzicom: będzie genialnym perkusistą, zagra w najlepszej orkiestrze, zostanie pierwszym skrzypkiem. Często płaci za to własnym życiem, tylko na to już nikt nie zwraca uwagi. Wielu rodziców, którzy „hodują” perfekcjonistę, ma takie założenie, że dziecko będzie miało dobre życie, jeśli będzie ulepszoną wersją ich samych. Skoro ja znam jeden język, to żeby ono znało pięć; jeśli się nie dostałem na medycynę, to niech ono się dostanie z pierwszej lokaty. To będzie wtedy świadczyło dobrze o nas jako rodzinie. Co ciekawe, rodzice perfekcjonistów zawsze wiedzą, co jest najlepsze dla ich dziecka. Dlatego w dorosłym życiu perfekcjoniści zachowują się trochę jak ludzie, którzy zatracili instynkt, stali się zewnątrzsterowni. Trudno im podejmować decyzje, ogromną wagę przywiązują do autorytetów, uwielbiają przewodniki czy gwiazdki na Filmwebie. Perfekcjonista często musiał odczytywać z otoczenia, jakim być, żeby nie zostać odrzuconym. Rzadko zadaje sobie pytanie: A jakie ja mam w ogóle potrzeby?

Uderzyła mnie ostatnio analiza wyników prawie 80 badań przeprowadzonych na świecie, które pokazują, że milenialsi mają dużo większe skłonności do perfekcjonizmu niż poprzednie pokolenia. Wielu przypięło im łatkę wyluzowanego „pokolenia sojowego latte”, a to są alarmujące dane. Badania pokazują, że studenci w Polsce też cierpią na wysoki poziom stresu. Do tego często mają zaniżone poczucie własnej wartości i stawiają sobie nierealistyczne cele. I to jest bardzo niepokojące, bo zbyt wysokie standardy są tak samo złe jak zbyt niskie. Najważniejsze jest optimum – dla każdej osoby inne. W psychologii rozwojowej mówi się o sferze najbliższego rozwoju. Dziecko, które raczkuje, powinno ćwiczyć stawanie z podparciem, potem bez niego, a potem dopiero pierwsze kroki. Jeśli od razu będziemy zachęcali je do chodzenia, wtedy każdy upadek może je zniechęcić do dalszych starań. Taki model jest destrukcyjny także z innego powodu – nie uczy, jak radzić sobie z porażką.

Ilustracja Magdalena Chołaścińska 'Autogrzywa'. Ilustracja Magdalena Chołaścińska \"Autogrzywa\".

Pokolenie dzisiejszych nastoletnich perfekcjonistów za kilka lat wejdzie na rynek pracy. Jak poradzą sobie w dorosłym życiu? Wyobraźmy sobie, jak wygląda rozmowa kwalifikacyjna, na którą przychodzi perfekcjonista. Zachowuje się jak student na egzaminie, który musi mieć świadectwo z czerwonym paskiem. Jest bardzo dobrze ubrany, spięty, wcześniej przećwiczył odpowiedzi na potencjalne pytania, uważnie słucha i generalnie wypada dobrze – sprawia wrażenie, że będzie rzetelnym pracownikiem.

I rzeczywiście może nim być? Oczywiście. Perfekcjonistów porównałbym do robotów, którym trzeba wgrać program i wtedy pracują lepiej niż jakakolwiek inna osoba, która w połowie by się rozkojarzyła i powiedziała, że to nuda. Każdy szef szybko zauważy, że taka osoba może być bardzo użyteczna dla firmy, bo jest konsekwentna, wytrwała, co prawda potrzebuje więcej czasu niż inni, bo wszystko musi dokładnie sprawdzić, ale jest niewiarygodnie rzetelna. Jest wiele działów, w których cenione są stabilność, przewidywalność i rutyna – tam perfekcjonista wcale nie musi się męczyć.

Ale – jak pokazują szczególnie ostatnie miesiące – żyjemy w mało stabilnym i przewidywalnym świecie. A perfekcjoniści są mało elastyczni. Gdy tylko pojawia się widmo zmiany, typu fuzja firm, rotacja stanowisk albo szef zaprosi go do jakiegoś nowatorskiego działania – zupełnie się gubią. Szefa, który myśli szybko i wizjonersko, może to doprowadzić do szaleństwa. Będzie przekazywał informacje w stylu: „Proszę zrobić tak, żeby było dobrze”. Wyśle e-mail o treści: „Popraw to jeszcze”. A perfekcjonista spyta: „Ale co mam poprawić?”. On oczekuje bardzo precyzyjnej instrukcji. Podobno dyrygent Jerzy Maksymiuk usłyszał kiedyś od skrzypaczki: „Ja nie potrzebuję informacji, że gramy »Jezioro łabędzie«, ja potrzebuję wiedzieć, jaki ma być nacisk smyczka na strunę”.

Zaczynają się bezsenne noce? Metaforycznie rzecz ujmując, to jest walka z pościelą. Wrzucony w niepewną sytuację perfekcjonista zamiast spać, w głowie będzie odtwarzał ten sam film: sytuacje z pracy, rozmowy z przełożonymi, jakieś uwagi. Przyjmie różne strategie: zacznie odkładać rzeczy na później albo będzie się ciągle doszkalać – zrobi kolejnego MBA, zapisze się na dziesiątki weekendowych warsztatów. Nie ma odpoczynku, nie ma relaksu. Za to często są bóle brzucha, zaburzenia nastroju, niekiedy konieczna jest terapia.

Znam związek, w którym rozgrywa się właśnie taki scenariusz. Tylko tu on – perfekcjonista o analitycznym i ścisłym umyśle – awansował i jest odpowiedzialny za kreowanie strategii. Po niezliczonych kursach doszkalających ma już bóle brzucha. Jak ona może mu pomóc? Związki z perfekcjonistami są bardzo trudne. To jest tak, jakby sąsiad ciągle wiercił wiertarką. Zawsze coś: kolejne studia, kolejne szkolenie, a nadal jest na początku drogi. Perfekcjonista zawsze patrzy do góry, na poprzeczkę. Tylko problem polega na tym, że on nigdy jej nie dosięgnie, bo gdy robi krok wzwyż, ona również się przesunie. Perfekcjoniści często słuchają wszystkich, tylko nie najbliższych: bo coś ważniejszego powiedział profesor w jednej z przeczytanych książek. I jak ktoś zauważa, że jego wsparcie do perfekcjonisty nie dociera, to ma trzy wyjścia: może machnąć ręką i zacząć prowadzić równoległe życie, pójść z nim na terapię albo odejść.

Załóżmy, że pójdą na terapię. Jest duża szansa, że to pozwoli mu odzyskać kontakt z samym sobą. Może zacznie zadawać sobie proste pytania: Co lubię? Co mi sprawia przyjemność? On potrzebuje „uwalnianki od życia”. Musi zobaczyć, że są ludzie, przy których nie trzeba się gimnastykować i niczego udowadniać. Druga sprawa: potrzebna jest zmiana optyki. Nie może ciągle patrzeć na tę poprzeczkę, tylko spojrzeć za siebie i zobaczyć, jaką drogę już przeszedł i ile już wie. Może też nauczyć siebie innych ludzi. Tak jak robi osoba, która jest wegetarianinem. W firmie wszyscy się o tym dowiedzą: ty potrzebujesz konkretnych komunikatów i więcej czasu. Tak samo jak dla wegetarianina jest osobna potrawa.

A prywatnie? Wakacje bez planu? Tak, spontaniczność jest bardzo ważna! Szef jednej firmy, w której było dużo rutynowo działających perfekcjonistów, spytał, czy mógłbym przeprowadzić dla nich warsztat, który pomógłby im obudzić w sobie dzieci.

I co pan zrobił? Powiedziałem, że zaczynamy od tego, żeby każdy przyszedł w takich ciuchach, jakie nosił, kiedy był nastolatkiem. Przyszło sporo hipisów. Zaproponowałem im różne typowo harcerskie zadania. Chodziło o to, żeby przestali pytać o cel, korzyści, a bawili się tym, co robią. Bo zarówno proces, jak i cel są ważne. Perfekcjoniści skupiają się tylko na efekcie. A przecież jak gotujemy, dobrze by było, żeby było smacznie i żeby się nam fajnie gotowało. Efekt był taki, że ze spotkania na spotkanie stawali się coraz bardziej „wyluzowani”, pozwalali sobie na eksperymentowanie i improwizację. Zaczęli się spontanicznie uśmiechać. Ot tak, bez klarownego dla całego świata powodu! To jakby widzieć czyjeś narodziny. 

Paweł Fortuna psycholog, trener biznesu, autor nagradzanych książek z zakresu psychologii, także kompozytor.

 

  1. Psychologia

Asertywne, a nie uległe - jak mądrze pokierować dzieckiem?

Jeśli zależy nam, żeby dziecko nie ulegało zbytnio wpływom otoczenia, nauczmy je asertywności w odpowiednim momencie. Przede wszystkim dając mu dobry przykład. (fot. iStock)
Jeśli zależy nam, żeby dziecko nie ulegało zbytnio wpływom otoczenia, nauczmy je asertywności w odpowiednim momencie. Przede wszystkim dając mu dobry przykład. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Człowiek nie rodzi się asertywny. To sztuka, której trzeba się nauczyć. Lekcji w szkole nie ma, ale są rodzice.

Mama czternastoletniej Asi: Moja córka ma problem z odmawianiem i wyrażaniem swojego zdania. Zgadza się na wszystkie propozycje koleżanek, nawet wbrew sobie. Jeżeli już mówi „nie”, to zazwyczaj ucieka się do jakichś wykrętów czy wręcz kłamstwa. Ostatnio pożyczyła swoją cenną książkę przyjaciółce, a ta, bez jej zgody, dała ją koledze i – już po fakcie – wysłała Asi SMS: „Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko?”. Asia była wściekła. Zapytałam, dlaczego z nią nie porozmawia. Odpowiedziała: „I cóż by to teraz dało?”. A gdy się spotkały, słyszałam, jak zapewniała przyjaciółkę: „Nic się nie stało”. Bardzo mnie to niepokoi. Jak nauczyć ją asertywności?

Dobry przykład

Umiejętność mówienia „nie”, zwana asertywnością, nie jest cechą, z którą człowiek przychodzi na świat. Wszystkie nasze interakcje z innymi, także relacje rodzinne, są dla dziecka wskazówką, jak postępować. Jeśli my zgadzamy się, by ludzie wchodzili nam na głowę, pomagali nawet wtedy, gdy tego nie chcemy, to ono bierze z nas przykład i również może pozwalać na ingerowanie innych w swoje sprawy.

Wielu rodziców, podobnie jak mama Asi, dostrzega potrzebę uczenia dziecka asertywności dopiero, gdy wkracza w wiek dorastania. Rzeczywiście, w tym okresie ta umiejętność okazuje się bardzo potrzebna, ponieważ młodzi ludzie są szczególnie podatni na wpływy grupy. Badania wykazują, że ponad połowę dnia spędzają z rówieśnikami i w ich towarzystwie czują się najszczęśliwsi. To czas, kiedy szukają odpowiedzi na pytania: „kim jestem? na co mnie stać?...”. Grupa stanowi dla nich oparcie. Pozwala nabrać przekonania, że są w porządku. Pomaga czuć się rozumianym i bardziej zrozumieć siebie. Daje poczucie przynależności. Dzięki grupie młody człowiek może wypróbować nowe role. Wpływ koleżanek i kolegów jest najsilniejszy w takich kwestiach jak sposób ubierania, szkoła, ale także alkohol i narkotyki. Może być siłą konstruktywną lub destrukcyjną.

Nic więc dziwnego, że rodzice szukają sposobu na przekonanie dziecka, że warto, a czasem wręcz trzeba, przeciwstawić się grupie. Często robią to jednak zbyt późno. Nie zauważają, że w kształtowaniu mocnego charakteru dziecka ważniejsza jest nie jakaś magiczna metoda, ale przede wszystkim własny przykład.

Chcąc pokazywać dziecku, jak nie ulegać wpływom innych, musimy sami umieć się przed nimi obronić. A nie ulega innym ten, kto umie wyrażać swoje uczucia, myśli i życzenia, nie deprecjonując ich u drugiej osoby. Kto czuje, że ma prawo do wyznaczania swoich granic, ten zna swoją wartość. To podstawa. Asertywność kształtuje się przez wzmacnianie dobrych stron dziecka, pochwały, obdarzanie zaufaniem. Zabija – przez nieustanną krytykę, wyśmiewanie, porównywanie z innymi, umniejszanie osiągnięć. Co zatem znaczy „być asertywnym”? Człowiek asertywny bezpośrednio przekazuje swoje myśli, uczucia i życzenia. Mówi otwarcie i wprost to, co myśli. Powie na przykład: „Chcę pójść na pizzę”. Nieasertywny zaś będzie podpytywać innych: „Dokąd pójdziemy coś zjeść?”, ubiegać: „Na pewno, jak zawsze, masz ochotę na sushi”, albo badać: „Dlaczego nie lubisz pizzy, przecież każdy lubi?”.

Mądry Jaś

Jeżeli chcemy nauczyć dziecko, jak nie ulegać wpływom innych, powinniśmy od małego pokazywać mu, jak ważne jest wyrażanie swoich myśli, sądów i oczekiwań. Najlepiej poprzez informowanie, czego sami od niego oczekujemy. Gdy chcemy, na przykład, by umyło ręce i zjadło obiad, powiedzmy to jasno, w formie polecenia. Nie dajmy mu możliwości wyboru, czy ma to zrobić, czy nie. Wybrać może jedynie sposób, w jaki wykona to polecenie.

Pomocne może okazać się zatrzymanie jego uwagi na tym, co do niego mówimy. Bywa to bardzo trudne, bo dziecko pochłonięte zabawą, zapomina o otaczającym świecie. Dlatego najlepiej zbliżyć się do niego i na przykład przykucnąć (albo wziąć na ręce), aby nasze oczy znalazły się na poziomie jego oczu. Powstrzymajmy się przy tym przed jakimkolwiek działaniem, mówieniem, dopóki na nas nie spojrzy. A kiedy popatrzy, zwróćmy się do niego po imieniu. Dobrze jest wziąć je za rękę, żeby bardziej czuło naszą fizyczną bliskość. Wtedy powiedzmy spokojnie, czego od niego chcemy. Przyswojenie sztuki spełniania cudzych oczekiwań jest jak nauka czytania. Im więcej zmysłów dziecka przy tym angażujemy, tym większe prawdopodobieństwo, że w krótkim czasie biegle opanuje tę umiejętność.

Na początku dzieci będą oczywiście stawiać nam opór, odmawiać, sprzeciwiać się, a nawet reagować agresją, bo takie badanie granic jest związane z ich rozwojem. Nie możemy się ugiąć. Nie należy pytać: „Dlaczego odzywasz się w taki sposób?”.

Nie sprawdzają się też groźby w rodzaju: „Za takie zachowanie nie wyjdziesz na podwórko”. Absolutnie nie wolno odpowiadać agresją na agresję. Należy kierować jasny, prosty komunikat: „Boli mnie, kiedy mnie bijesz. Jeśli chcesz, żebym zwróciła na ciebie uwagę, powiedz: »Mamo, chcę ci coś powiedzieć«. Nie zgadzasz się ze mną? Więc powiedz: »Mamo, nie zgadzam się z tobą«. Kiedy tak powiesz, wysłucham cię. A jeśli będziesz krzyczał, wyjdę z pokoju”.

Dziecko często biegnie do nas, poskarżyć się na kogoś: „Janek mnie popchnął!”. Na ogół odpowiadamy: „nie skarż”, albo decydujemy, by samo rozwiązało konflikt. Czasem karcimy to, które naszym zdaniem jest winne. Tymczasem kiedy nasz maluch zgłasza problem naruszenia jego granic przez inne dziecko, należy najpierw spytać: „Czy to ci się podobało?”. Takie pytanie wydaje się czysto retoryczne, ale jest bardzo istotne, bo zmusza do wypowiedzenia kluczowego dla asertywności słowa „nie”. A ta właśnie umiejętność jest najbardziej potrzebną do ustalenia własnych nieprzekraczalnych granic. Dziecko, które potrafi to mówić, oprze się wpływom innych.

  1. Psychologia

Kobiety często utożsamiają swoje ciało z wyglądem

Wiele kobiet patrząc na ciało tylko zewnętrznie, nie wsłuchuje się w jego potrzeby. (fot. iStock)
Wiele kobiet patrząc na ciało tylko zewnętrznie, nie wsłuchuje się w jego potrzeby. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Wiadomo, że nasza kultura uprzedmiotawia kobiety. Ale żebyśmy same to sobie robiły? A robimy! Przynajmniej część z nas na hasło: „ciało” odpowiada: „wygląd”. Obraz w lustrze przesłania nam to, co dzięki ciału przeżywamy.

Nie wiedziałam, że bywa z nami tak źle, aż do niedawnych warsztatów, na których przyglądałyśmy się temu, jak to jest być kobietą i czy można nią być inaczej. W zamierzeniach miałyśmy wyjść poza stereotypy i dać sobie prawo do własnego sposobu istnienia. I dać takie prawo innym kobietom. Wszystko szło dobrze, aż w pewnym momencie zaproponowałam rozmowę o ciele. Grupa już nieźle się znała, więc taki osobisty temat nie wydał mi się za trudny. Uczestniczki dobrały się w pary i każda z nich przez kilka minut mówiła o swoim ciele. Mogła mówić wszystko, co przyjdzie jej do głowy. I wszystkim przyszło do głowy to samo! Wygląd i jego odstępstwa od ideału.

Kobiety opowiadały sobie o tym, co im się nie podoba w ich ciele, co ukrywają, a z czego są zadowolone i jak to zmieniało się w czasie. A potem usiadłyśmy w kręgu i dzieliłyśmy się tym, co wydarzyło się w parach. Jedne narzekały na zbyt mały biust, inne z kolei na zbyt duży, szczególnie w wieku dojrzewania było to dotkliwe. Jedne jako nastolatki były zbyt chude, inne zbyt grube, jedne mają za proste włosy, innym bez sensu się kręcą, bo rzadko jest tak, żeby było dobrze. We wszystkich parach okazało się, że z wiekiem nasze niedoskonałości są mniej dolegliwe, jakoś udaje nam się z nimi pogodzić, co było optymistycznym akcentem w tej lawinie zarzutów i zażaleń pod adresem ciała. No i tyle.

Niemożliwe, myślałam, słuchając tych relacji ze spotkań w parach. Przecież któraś musiała powiedzieć o tym, jak ciało jej służy, że lubi swoją sprawność, że lubi dotyk, że lubi zmęczenie po wysiłku, no takie normalne sprawy i drobne przyjemności płynące z ciała. Czekałam, że któraś powie o tym, że ma do ciała zaufanie albo że sprawia jej ono problemy i to ją martwi albo złości. A tu nic. Jakby ciało było ciałem obcym, na które patrzymy z zewnątrz. Przedmiotem, który spełnia jakieś wymogi estetyczne albo nie, a nie nami.

To jak to jest? To po cholerę nam to ciało? Żeby wyglądać? Nic dziwnego, że mamy kompleksy i trudno nam lubić siebie, bo przecież ciała nie są doskonałe. Może nawet nie po to są, żeby były? W intymnych rozmowach w parach kobiety przyjęły perspektywę obserwatorek – nie wzięły pod uwagę własnych doznań, jakby one były nieistotne. Ważne jest dla nas to, co widać – ciało jako przedmiot prezentacji. Ani słowa o naszej sile, sprawności, zdrowiu, wytrzymałości, zdolności działania. Ani słowa o radości z ruchu, jedzenia, seksu. Czyżbyśmy tego nie doświadczały?

– I to już? – zapytałam bezradnie, gdy ostatnia osoba skończyła mówić.

– Niczego wam tu nie brakuje?

Dziewczyny patrzyły zdziwione.

I co im miałam powiedzieć?

– A gdybyście były mężczyznami? Wyobraźcie sobie, co wtedy byście mówiły o swoim ciele.

Tą sytuacją kobiety nieźle się bawią. Rozsiadły się swobodnie, poklepują po brzuchach i udach, są rozluźnione i zadowolone.

– Lubię swój duży brzuch – mówi jedna.

– Każdy ptaszek ma swój daszek – dopowiada druga i grupa wybucha śmiechem.

Jeden za drugim padają żarty, z których wynika, że mężczyźni akceptują swoje ciała i są z nich zadowoleni.

– I to już? – znów zapytałam bezradnie, gdy żarty ucichły.

Zapadła cisza.

– No pewnie oni też mają kompleksy, na przykład jak są za niscy – zastanawia się jedna.

– Albo jak mają odstające uszy – dopowiada druga.

Patrzą na mnie wyczekująco, czy uznam to za prawidłową odpowiedź. I po co ja im zaproponowałam tę rozmowę o ciele? To miał być tylko krótki przerywnik pozwalający zbliżyć się do siebie samych i siebie nawzajem, a teraz muszę w to brnąć dalej i nie wiadomo, czy coś z tego wyniknie, bo te kobiety zdają się być bezcielesne!

– A jeśli ci mężczyźni uprawiają jakiś sport, to powiedzieliby o tym w takich rozmowach?

– No! Chwaliliby się swoimi osiągnięciami!

– A myślicie, że oni lubią grać w piłkę czy w tenisa? Że lubią swoją siłę i sprawność? Że lubią się zmęczyć? Że lubią prysznic po treningu i napić się wody i...

– Chyba tak – przerywa mi któraś.

– A wy nie?

– Ja lubię się ruszać – mówi jedna. – I lubię się zmęczyć.

– Ja lubię tańczyć – dołącza druga.

Uff! A jednak mają ciało, dzięki któremu czują, a nie tylko wyglądają! Szybko okazuje się, że lubią się przeciągać i pić kawę, że lubią ćwiczyć, że lubią swoją sprawność, lubią dotyk, cierpią, gdy są chore, okazuje się, że lubią jeździć na rowerze, umieją stać na głowie lub zrobić szpagat i są z tego dumne. W końcu otworzyły wielki worek z doznaniami, których doświadczamy dzięki ciału.

– A seks? Też bywa źródłem przyjemności? – drążę dalej, bo ciągle mi mało.

Konsternacja.

– Ja już nie pamiętam, jak to jest – mówi w końcu jedna, inne też ledwie pamiętają, tylko niektóre przytakują, że seks może być źródłem rozkoszy.

Ach! Wpuścić tu Joannę Keszkę z jej zestawem wibratorów i innych gadżetów dla kobiet! Znacie jej książkę „Grzeczna to już byłam. Kobiecy przewodnik po seksie”? Warto przeczytać. Od dawna podziwiam odwagę autorki. Mówi otwarcie o kobiecej seksualności. O tym, że mamy prawo do orgazmu! Niby wszystkie o tym wiemy, ale jak cieszyć się seksem, gdy najważniejszy jest wygląd i to, co pomyślą o nas inni? Chętnie bym zawołała za Joanną Keszką: „Drogie siostry, pora uwolnić swój orgazmiczny potencjał!”. Albo przytoczyła jej złotą myśl, jedną z wielu równie zabawnych: „Mam wibrator i nie zawaham się go użyć!”. Ale trochę się wstydzę, bo przecież jestem kobietą. I nie wiem, co pomyślałyby o mnie uczestniczki? O matko! Ta grupa wpędza mnie w stereotypy, z których miałyśmy się przecież wyzwalać!

Włączam muzykę i proponuję taniec Afrodyty. Na początku jest nieco sztywno, ale potem…

Dziewczyny czują radość z kontaktu z ciałem. Mówią o tym, za co są mu wdzięczne. Doceniają, jak świetnie im służy. I może to jest w ciele najważniejsze?

– A wygląd? – pytam jeszcze dla porządku.

– Chrzanić wygląd! – wykrzykuje jedna, a inne podchwytują bojowy okrzyk.

Artykuł archiwalny

  1. Psychologia

Jak role pełnione w dzieciństwie przenoszą się na dorosłe życie?

Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Które dziecko ma najlepiej: najstarsze, średnie, a może najmłodsze? Czy jedynacy naprawdę są samolubni i trudni we współżyciu? Jakie realne profity mamy z posiadania siostry lub brata? Dlaczego, choć czasem ich nie cierpimy, to zawsze stajemy po ich stronie? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywają rodzice? Wyjaśnia psychoterapeutka Ewa Chalimoniuk.

Czy jest prawdą, że rola, jaką pełnimy w rodzinie, przenosi się na rolę, którą pełnimy w społeczeństwie? Jak poradzimy sobie w dorosłym życiu, w pewnej mierze wynika z tego, jaką pozycję zajmowaliśmy w rodzinie, ale to bardziej złożona kwestia. Pierwszy czynnik, który trzeba wziąć po uwagę, to kolejność urodzenia, drugi to płeć, a trzeci fakt, czy wszystkie dzieci w rodzinie były zdrowe i pełnosprawne. To wszystko składa się na naszą pozycję w rodzinnym domu.

Wiele się mówi o specyficznych cechach, jakie kształtują się w nas w zależności od tego, którym z kolei dzieckiem byliśmy w rodzinie. Tyle tylko, że tych cech nie nabywa się automatycznie wraz z przyjściem na świat, tylko są one wzmacniane – lub nie – przez rodziców i proces zmian, jaki zachodzi w rodzinie. Na przykład pierwsze dziecko bardzo często ma cechy przywódcze i jest odpowiedzialne – a w dorosłości nawet nadodpowiedzialne – za innych. Jeżeli ponadto długo pełniło rolę jedynego dziecka w rodzinie, to złość i zazdrość, że przestało być najważniejsze, może spowodować, że ta jego odpowiedzialność nabierze cech władczości i kontroli. Rodzice w pewien sposób to wzmacniają, kiedy powierzają mu opiekę nad młodszym rodzeństwem. Już czterolatek może dostawać zadania potrzymania butelki z mlekiem czy poukładania zabawek, a starsze dzieci być oddelegowywane do pilnowania młodszych czy pomocy w lekcjach. Jeśli zadania są odpowiednie dla wieku dziecka, to jest to naturalne, a jednocześnie rozwojowe: wykształcają się w nim jakieś predyspozycje: bycia pomocnym, rozważnym czy kontrolującym. Jeśli dzieci zostają jeszcze za to pochwalone, to się tego uczą i stopniowo staje się to ich wyposażeniem w dorosłym życiu. Z perspektywy najstarszego dziecka wygląda zwykle tak: „Musiałem to małe wszędzie za sobą ciągnąć, stale się za mną pałętało”. Środkowe dziecko z kolei ma często doświadczenie bycia niewidzialnym, ale jednocześnie dzięki temu jest świetnym obserwatorem i negocjatorem, bo musiało nim być, by dogadać się ze starszym i młodszym rodzeństwem. W dorosłym życiu daje mu to nieocenioną umiejętność ogarniania całości, widzenia szerokoaspektowego, nie zero-jedynkowego, ale też mediacji, dogadywania się, współpracy. W wielu zawodach to się bardzo przydaje.

O najmłodszych mówi się, że im wszystko wolno, są wiecznymi dziećmi, zawsze ktoś im pomoże i zajmie się nimi. Z kolei one same mówią, że czuły się zawsze nie tak dobre jak inni, bo nie mogły dogonić starszych. Zostaje w nich taki bolesny kawałek bycia wyłączonym z życia rodzeństwa, dopominania się o to, by być traktowanym poważnie. Starsi bracia, jeśli zabierali młodszego na boisko, to robili mu łaskę, poza tym nie wpuszczali go do swojego pokoju, musiał po nich donosić ubrania, mówili o nim pogardliwie „mały” – najmłodsi mają doświadczenia bycia lekceważonym. Z drugiej strony jest w nich poczucie, że cokolwiek by się działo, ktoś im pomoże. Taka ufność może być życiowym atutem.

Ale to nie jest cały obraz. Dochodzi chociażby płeć – chłopcy nadal zajmują w rodzinie zwykle wyższą pozycję niż dziewczynki, im się na więcej pozwala, wybacza psoty i nieposłuszeństwo. Mają więcej swobody.

Wracając do pierwszego pytania, w życie zawodowe czy związki wchodzimy z określoną pozycją, wyniesioną z domu: pozycją lidera, kozła ofiarnego, mediatora, niewidzialnego, wiecznego dziecka czy maskotki. Na ile ta pozycja wpływa na nasze podejście do życia, przekonałam się podczas warsztatów, jakie prowadziłam na temat rodzeństwa na Uniwersytecie SWPS. Wszyscy uczestnicy mieli się podzielić na grupy jedynaków, najstarszych, średnich i najmłodszych dzieci w rodzinie, z rozróżnieniem na płeć. I okazało się, że w grupie najmłodszych dziewczynek wszystkie są w związkach, co było na tyle wyjątkowe w stosunku do pozostałych grup, że w żadnej innej taka prawidłowość się nie powtórzyła. Wszyscy byliśmy zdziwieni, tymczasem one patrzyły zdziwione na nas: „Ale jak to? Miałabym być sama? Przecież zawsze ktoś będzie chciał ze mną być i się mną opiekować. Tak jest zbudowany świat”. Były przekonane, że znajdą partnera, przecież są tak cudowne.

W związkach chcemy odtworzyć sytuację z domu? Nie robimy tego świadomie, szukamy tego, co już znamy, a znamy na przykład taką sytuację, że zawsze ktoś się mną opiekował albo że ja zawsze to robiłam. Dlatego też bardzo często najstarsze córki wchodzą w związki z jedynakami lub młodszymi braćmi, a najmłodsze z najstarszymi braćmi. Nieświadomie ten klucz gdzieś działa. Czy w życiu nam to później służy? Nie zawsze, bo nas nie rozwija. Na przykład jedynak, którego mama była na każde skinienie, może mieć żonę, która będzie dla niego jak mama, a nie żona. Ona z kolei zajmowała się wszystkimi w domu i teraz też nie wychodzi z tej roli… no, chyba że się zbuntuje.

Sama jestem jedynaczką. Rodzeństwo to dla mnie obszar nieznany i fascynujący. Jako dziecko marzyłam o tym, żeby mieć brata czy siostrę i z ciekawością obserwowałam znane mi rodzeństwa. Dla mnie to była mieszanka przyciągania i odpychania, wspólnych tajemnic, ale i częstych kłótni, miłości i nienawiści. Czy to jest reguła? To, jakie relacje będzie ze sobą miało rodzeństwo zależy przede wszystkim od tego, w jakiej rodzinie dorastają dzieci. Ogromny wpływ na to, jak się będą układały losy sióstr i braci, mają rodzice. To, jak widzą dzieci, zwłaszcza na ile postrzegają je jako autonomiczne istoty, i to, jak się między nimi układa w parze. Na ile udało im się nie rozgrywać dziećmi jakiejś wewnętrznej walki między sobą, nie wciągać ich w sojusze przeciwko partnerowi, nie dzielić ich na „moje” i „twoje”. Przyciąganie i odpychanie, o których pani mówiła, ta miłość przeplatająca się z wrogością w relacjach siostrzanych i braterskich, mogą wynikać z różnych zaszłości i tego, jaką narrację na ten temat mieli rodzice. Czasem – nieadekwatnie do rzeczywistości – w domu jest podział na starsze dziecko i młodsze, mimo że jest między nimi różnica zaledwie roku czy dwóch, i wtedy to „starsze” dostaje obowiązki opiekuńcze wobec „młodszego”, mimo że samo jest jeszcze dzieckiem – z jednej strony ma z tego powodu gratyfikację w postaci bycia tym ważniejszym, z drugiej strony może cały czas zazdrościć bratu czy siostrze, że mają u rodziców fory.

Jeśli rodzeństwo nie jest w stanie w dorosłym życiu porozmawiać o tym w dojrzały sposób, uznać, że rodzice świadomie lub niezamierzenie „wrobili” nas w tę sytuację i napisać nową narrację na temat swojej relacji – to amplituda między miłością a nienawiścią może się utrzymywać przez cały czas. Ale niekiedy rzeczywiście nie da się tego od nowa poskładać. Bo rodzice nie są w stanie zmienić swojego zachowania, co przez postronnego obserwatora i jedno z dzieci może być postrzegane jako krzywdzące, lecz drugiemu wydaje się zupełnie naturalne. Na przykład ukochany synek dostaje mieszkanie, wsparcie finansowe, a siostra jest jakby osierocona i musi sobie radzić sama.

Rodzice są przekonani, że jej nie trzeba pomagać, bo ona i tak sobie świetnie radzi. A synkowi ciągle coś się nie udaje, więc trzeba mu pomagać. Taki jest mit w tej rodzinie, mit, który nigdy nie został tak naprawdę zweryfikowany. Rodzice często patrzą na dzieci przez filtry, które nie zawsze są obiektywne. Tym bardziej warto w dorosłym życiu od nowa prześledzić historię własnego dzieciństwa i swojej relacji z rodzeństwem, ale ze świadomością, że każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie.

Nawet jeśli w tej samej? Dzieci przychodzą na świat w jednej rodzinie, ale nigdy nie jest to ta sama rodzina. Wyobraźmy sobie parę, która niedawno się poznała, są w sobie po uszy zakochani i nagle dowiadują się, że będą mieli dziecko. Albo są wniebowzięci i szczerze cieszą się na tę zmianę, albo budują swoją relację na przekonaniu, że musimy być razem, bo przytrafiła się ciąża, albo myślą: „Wprawdzie nie planowaliśmy tego, ale to przypieczętuje nasz związek, który i tak mieliśmy zalegalizować”. Jak widać, w tym momencie dziecko już dostaje jakąś historię o tym, jak i po co przyszło na świat. Czy jest chciane, czy nie; czy pojawia się we właściwym momencie, czy nie – bo jego rodzice są na studiach i dziecko mieli raczej w odległych planach albo ojciec dziecka właśnie uległ wypadkowi, ma złamaną nogę i trzeba się nim opiekować.

Poza tym każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie nie tylko dlatego, że jest już na świecie jego brat czy siostra, ale też dlatego, że rodzice się zmieniają, a ich związek ewoluuje: najpierw to może być małżeństwo studenckie, potem młodzi z własnym mieszkaniem, natomiast przy narodzinach kolejnego dziecka jest już małżeństwo, w którym to on stracił pracę, a ona utrzymuje rodzinę. Czy zmarła babcia, która wcześniej matkowała dzieciom, by mama mogła kształcić się lub pracować. W każdej z tych sytuacji dziecko na dzień dobry dostaje inne wyposażenie.

Czy już wtedy pojawiają się pierwsze oczekiwania – jaką rolę to dziecko ma spełniać w rodzinie? Tak, i czasem te oczekiwania stają się bardzo nieadekwatne do jego możliwości. Często słyszy się, że ta czy tamta dziewczyna złapała chłopaka na dziecko, bo już chciała być żoną. Wtedy dziecko – nawet jeśli w dobrej wierze – jest użyte po to, by stworzyć małżeństwo.

I jego rolą jest łączyć rodziców? Niekoniecznie, bo związek rodziców może się już w tym czasie ukształtować. Niemniej jednak nawet jeśli rodzice są razem i są z tego powodu zadowoleni, fakt, że to dziecko do tego doprowadziło, sprawia, że ono ma już jakąś nieadekwatną rolę w rodzinie. Niektóre dzieci przeżyją tę sytuację jako wyróżnienie i podbije to ich ego, a dla innych może być to ciężar, który bardzo skomplikuje im życie.  Mogą też czuć się w obowiązku jednać zwaśnionych rodziców, kiedy się kłócą. Jest też mniej pozytywny wymiar takiej roli – kiedy na przykład matka, której bardziej zależało na związku, w sytuacjach kryzysowych szantażuje emocjonalnie ojca dziecka, mówiąc: „I co, swoją ukochaną córeczkę zostawisz?”. Dziecko jest używane do zatrzymywania ukochanego mężczyzny, jest „po coś”. I to jego życiowy bagaż. Ale każdy z nas jakiś ma.

Drugie dziecko pary przychodzi na świat w zupełnie innej rodzinie – rodzinie z małym dzieckiem. Pierwsze dziecko mogło pełnić rolę łącznika między rodzicami, ale mogło też czuć się pępkiem świata, darem, który przydarzył się zakochanej parze. I nagle po dwóch latach temu królewiczowi lub królewnie rodzi się rywal: do miłości mamy, uwagi taty, ich czasu, do zabawek, do przestrzeni w pokoju. To dobrze i źle. Dobrze, bo rodzeństwo staje się dla niego takim poligonem, na którym uczy się bycia w relacji, tego, że czasem trzeba coś dać i z czegoś zrezygnować, żeby coś dostać w zamian – czyli z braciszkiem można się fajnie bawić w pociąg, ale trzeba będzie mu oddać też część zabawek. Źle, bo od teraz musi ciągle o coś i z kimś rywalizować. Co prawda dzieje się to w naturalny sposób i najczęściej w bezpiecznych warunkach, jeżeli rodzina jest bezpieczna, czyli kiedy rodzice mogą w każdej chwili wkroczyć i pogodzić strony. W konsekwencji do szkoły czy przedszkola dziecko wchodzi już z pierwszym doświadczeniem socjalizacji i nie przeżywa tak bardzo, że nagle musi się liczyć z innymi i że pani wychowawczyni jest nie tylko dla niego.

Bo z rodzeństwem można było to wcześniej przećwiczyć na „domowym ringu”… Właśnie. Z drugiej strony jeśli rodzice będą rozwijać rywalizację między rodzeństwem i oceniać: „zdolny”, „mniej zdolny”, jeśli nie będą na tyle przytomni, by dostrzegać osobiste atuty danego dziecka, czyli to, co je wyróżnia, a nie co sprawia, że jest lepsze czy gorsze od swojego brata – naruszy to w nim bazowe poczucie wartości, a brata czy siostrę zamieni we wroga numer jeden. Łatwiej jest czuć wrogość czy złość w stosunku do brata niż do rodziców, stąd małe dzieci wszystkie frustracje, których doświadczają z powodu bycia odmiennie traktowanym, kierują przeciwko sobie, a nie na rodziców. Oczywiście czasem bezpośrednią przyczyną złości jest także rodzeństwo, bo jeżeli starsze dziecko nie potrafi pogodzić się z tym, że ma konkurenta do miłości rodziców, i bezkarnie terroryzuje młodsze, to maluch będzie odczuwał lęk i poczucie krzywdy, że nikt za nim nie staje. Albo na odwrót: jeśli starsze będzie musiało we wszystkim ustępować młodszemu i ze wszystkiego rezygnować, a mały będzie się panoszył, bo jemu wszystko wolno – to w starszym zrodzi się poczucie bezradności i krzywdy.

Ale tego chyba nie da się uniknąć? Nie, to jest niemożliwe. Dlatego moja rada jest taka: to, że dzieci się ze sobą biją i kłócą, jest zupełnie naturalne. Małe kotki czy pieski też się bez przerwy podgryzają. Trzeba tylko zachować czujność, żeby nie widzieć ich konfliktów zero-jedynkowo, że któreś będzie zawsze pokrzywdzone, a któreś zawsze winne, bo to nigdy nie jest takie proste. Amplituda relacji między rodzeństwem jest zmienna: najpierw się kochają, a potem piorą, ale to jak najbardziej OK.

Poza tym jest szansa, że tej miłości z czasem zacznie być między nimi więcej. To drugi największy profit z posiadania rodzeństwa. Oprócz tego, że jest ono naturalnym poligonem doświadczania relacji, to jak coś się złego w rodzinie dzieje, np. rodzice piją, to dzieci, nawet jeśli się kłócą, bardzo za sobą stają. Jak nie mają rodziców, którzy są dysfunkcyjni, i nie mogą na nich polegać, to mają przynajmniej brata lub siostrę. Czyli miłość, więź, bliskość. Sama pani przyznała, że tęskniła za rodzeństwem. Wszyscy tęsknimy za tym, żeby mieć się z kim bawić, z kim wymieniać swoje spostrzeżenia, komu ponarzekać na mamę i tatę. Grupa odniesienia jest nam bardzo potrzebna. W każdej rodzinie bywają kryzysy, ale jeśli w domu panuje otwartość na wyrażanie miłości, ale i złości, to brat czy siostra w takich kryzysowych sytuacjach mogą stać się prawdziwymi przyjaciółmi. Można im się zwierzyć z trudnych rzeczy, takich, o których się nie rozmawia z nikim innym. To poczucie, że nie jest się w tym samym, stanowi ogromną wartość. Brat czy siostra to ktoś taki jak ja, tylko mniejszy, starszy czy o trochę innym charakterze.

Genetycznie – najbliższy krewny. Dlatego rodzeństwo zawsze będzie jakoś tam się kochać i jednocześnie walczyć ze sobą o pozycję w rodzinie, ważność, uwagę i miłość rodziców, ale z reguły będzie też wobec siebie lojalne. Jeżeli nawet w domu dzieci mają ze sobą na pieńku i mówią: „Ja go nie kocham, ja go nie chcę”, to rzadko się zdarza, żeby nie stanęły za sobą, gdy atakuje je ktoś obcy. To działa trochę na zasadzie: „Ja mogę bić mojego brata, ale jak go uderzy jakiś chłopak na boisku, to stanę w jego obronie”. Ta lojalność pozostaje, czasem na całe życie.

Nie musimy się z rodzeństwem lubić, bo nasze charaktery czy systemy wartości są tak różne, że trudno się ze sobą kolegować, także w dorosłym życiu, ale zawsze będziemy stawać po swojej stronie. A jak tej lojalności zabraknie, to zostaje wielkie poczucie winy. Choć trzeba zaznaczyć, że trudniej jest zbudować więź z rodzeństwem, gdy rodzice nastawiają dzieci przeciwko sobie i kiedy różnica wieku między dziećmi jest większa niż 7 lat. Wtedy rodzeństwo przez dłuższy czas nie ma ze sobą kontaktu mentalnego, tak jakby każde z dzieci było jedynakiem. Ale to może się zmienić w dorosłym życiu.

Porozmawiamy o jedynakach. W społeczeństwie mają raczej czarny PR: samolubni, egoistyczni… Nawet jeśli, to czy to do końca ich wina? Jedynacy mają i dobrze, i źle. Dobrze, bo od małego pozostaje na ich wyłączność cała uwaga rodziców i są na wyjątkowej pozycji, w której nikt im nie zagraża, ale niosą też swój ciężar. Gdy rodzice zawodzą, to jedynacy są zupełnie pozbawieni wsparcia. Jeżeli brakowało im do zabawy kuzynów albo jeśli rodzice nie mieli tyle czasu czy możliwości, by zapewnić im stały kontakt z rówieśnikami, to wchodzą w okres przedszkolny i szkolny niewyposażeni w umiejętność radzenia sobie z rówieśnikami i muszą się tego uczyć. A to nie jest przyjemna nauka. Często już jako kilkulatki mają percepcję dorosłych lub są bardziej infantylne niż inne dzieci, bo dużo czasu spędzają z rodzicami i dziadkami, czują się więc przy dzieciach trochę nieadekwatnie – z jednej strony są lepsi, bo dojrzalsi od tych „maluchów”, z drugiej gorsi, bo mogą być mało samodzielni, słabo radzący sobie w różnych sytuacjach, nie umieją się odnaleźć w takich zabawach jak przepychanki, dają się wkręcać w różne sytuacje, biorą wszystko na poważnie. I na długi czas zostaje w nich ta tęsknota za rodzeństwem.

Czy mają z góry określoną rolę do pełnienia? Niekoniecznie. Wszystko zależy od rodziców, którzy mogą dawać jedynakowi taki przekaz: „Masz przynieść chlubę domowi, bo mamy tylko ciebie”, ale mogą też wrabiać go w rolę najmłodszego, na zasadzie: „Nie wolno ci się usamodzielnić, zawsze masz być naszym dzieckiem”. Zwykle jak małżeństwo jest nieudane i w parze coś szwankuje, to dziecko bywa wciągane do koalicji z jednym z rodziców i na przykład chłopiec zostaje uwiedziony przez mamę przeciwko ojcu. Często dla takich chłopaków, którzy słyszeli od mamy: „Ty jesteś moim mężczyzną, jesteś lepszy od taty”, to duże obciążenie, któremu chłopiec nie umie sprostać. Z tego powodu ma wewnętrzny problem poczucia swojej realnej siły i wartości. Syn zdewaluowanego przez mamę ojca doświadcza utraty możliwości identyfikowania się z mężczyzną, który powinien być dla niego najważniejszy. Niestety, wielu ojców odsuwa się lub porzuca wtedy synów, zamiast o nich walczyć. Tacy chłopcy w dorosłości mogą borykać się ze swoją tożsamością, mieć tendencję do wchodzenia w związki trójkątne. Ale bywają też dziewczynki uwiedzione w kontrze do ojca czy dziewczynki uwiedzione przez ojca przeciwko matce, który powtarza im: „Teraz ty jesteś moją kobietą, jesteś fajniejsza niż mama”…

Jak widać, jedynacy mają przechlapane, bo z jednej strony są pępkiem świata, a z drugiej są wikłani w gry między małżonkami. Ale są też profity – jedynacy często mają predyspozycje do tego, by samemu sobie świetnie organizować czas, być ciekawymi sami dla siebie. Rzadko się nudzą, bo od zawsze musieli ubogacać sobie samotne spędzanie czasu, wymyślając, tworząc, poszukując nowych bodźców i wrażeń. Sporo z nich dzięki temu nieustannie robi wiele nowych rzeczy i cały czas rozwijają siebie i swoje życie.

Ale mają też poczucie, że ktoś inny nigdy nie zrozumie ich tak dobrze, jak oni rozumieją siebie. Bo nie było tego lustra w postaci rodzeństwa. Tak, nie było z kim zweryfikować poglądu na swój temat. Jedynak ma tylko swój wizerunek siebie, pozytywny lub nie, i nie zawsze jest on prawdziwy. Ktoś, kto ma braci i siostry, może przejrzeć się w wielu oczach i szybciej się osadzić w sobie, stwierdzić: „O, taki jestem, a taki nie, to jest we mnie fajne, a to niekoniecznie, a to tylko mi się wydaje”. Jedynak dostaje feedback tylko od rodziców, stąd może mieć problem z ugruntowanym poczuciem własnej wartości. Może żyć długo w błędnym wyobrażeniu o sobie, zadawać sobie ciągle pytanie: „Czy ja jestem coś wart, czy tylko mi się tak wydaje?”.

Czyli najpierw poczucie satysfakcji: „Wow, coś mi się udało”, by zaraz potem pewność siebie zjechała w dół, bo może to nie jest prawda? Tak, i te skoki bywają bardzo duże i frustrujące. Szczególnie jak ktoś miał rodziców, którzy nie dawali jasnych i prawdziwych komunikatów. Normalna, zdrowa sytuacja jest wtedy, kiedy mama dwulatka mówi:  „Super!”, kiedy maluch zbuduje wieżę z klocków, ale też mówi: „Wiesz, to już nie było fajne”, kiedy ten sam dwulatek w złości porozrzuca klocki po pokoju. Co innego matka, która zachwyca się wszystkim, co dziecko zrobiło. I to dziecko potem nie wie, czy to, co robi, jest wartościowe czy nie, bo nie dostaje adekwatnego feedbecku, zawsze jest „super”.  Na dodatek nie ma rodzeństwa, które by powiedziało: „E tam, matka cię zawsze chwali”.

Matki potrafią chwalić nieadekwatnie, ale też z lęku, że wychowają rozpieszczonego jedynaka, wszystko umniejszać. Cokolwiek by dziecko zrobiło, zawsze jakiś Kowalski zrobił to lepiej. Niektóre matki, nie tylko jedynaków, mają problem z separacją, uważają, że dziecko jest jakby częścią ich i nie ma autonomii. One wiedzą, co to dziecko czuje i jak podchodzi do pewnych spraw, bo one jakby były tym dzieckiem. Bardzo trudno się spod tego jarzma miłości wyrwać. Dlatego dobrze jest mieć u boku też ojca, babcię czy rodzeństwo, zobaczyć, jaka jest mama w stosunku do innych, i jak mnie widzą ci inni, by móc powiedzieć sobie: „Nie, nie zwariowałem, czuję coś innego niż mama mi wmawia”. Brak wieloobrazowego odbicia w oczach innych jest częstym deficytem jedynaków, stąd ich problem z opanowaniem swojego egocentryzmu i lekceważeniem innych osób.

Czyli: warto mieć rodzeństwo! Ostatnio pojawiło się bardzo dużo filmów o rodzeństwie. Mój ulubiony to ten, w którym Agata Kulesza mówi do swojej siostry: „Jedna z nas na pewno musiała być adoptowana”, czyli „Moje córki krowy”, ale ciekawy jest też  film „Barany. Islandzka opowieść” o braciach, którzy nie rozmawiali ze sobą latami i jako dojrzali samotni mężczyźni podejmują współpracę w imię ważnej dla ich rodziny kwestii. Widocznie we współczesnym świecie, kiedy o bliskie relacje jest trudno, zaczynają być w cenie relacje rodzinne. I dobrze. Często słyszy się opinię, że rodzeństwo jest nam najbardziej potrzebne w dzieciństwie, kiedy kształtuje się nasz charakter, i na starość, kiedy rodzice już zwykle nie żyją, koleżanki mają swoje życie, a jeszcze dzieci wyjdą z domu i nie daj Boże mąż czy żona nas opuści. Rodzeństwo pozwala nie czuć się samotnym, mieć jakieś oparcie w drugiej osobie – osobie, która zna nas od małego.

Dlatego warto w dorosłym życiu porównać te wszystkie narracje z naszego dzieciństwa: naszą narrację, narrację siostry i brata, z cierpliwością, bez komentowania, że tak było lub nie. Być może wtedy perspektywa każdego z nas trochę się rozszerzy i stanie się bardziej plastyczna. Bliżej nam będzie do siebie i do zrozumienia, czemu mój brat czy siostra są tacy, jacy są, zobaczyć, że co innego ich ukształtowało.

Ewa Chalimoniuk certyfikowana psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną i grupową. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy.