fbpx

Gdzie leży granica udoskonalania naszego dziecka i ciągłego wymagania więcej?

Gdzie leży granica udoskonalania naszego dziecka i ciągłego wymagania więcej?
"Najgorzej jest wtedy, kiedy zakładamy, że dziecko coś powinno umieć, choć go tego nie nauczyliśmy. Dopiero, kiedy dziecko opanuje nową umiejętność, możemy ją egzekwować. Czyli cieszyć się wspólnie z dzieckiem z tego, że ono to umie!". (fot. iStock)

Współczesny świat przekonuje, by wciąż pracować nad dzieckiem i sobą jako rodzicem. Gdzie jednak leży granica tego udoskonalania? Kiedy wymagamy od niego (i siebie) zbyt wiele, zamiast zaakceptować ograniczenia i cieszyć się z tego, jakie jest? – pytamy psychoterapeutę dr. Tomasza Srebnickiego.

W naszej książce „Niezwykły rodzic” opowiadasz, że gdy twój kilkuletni syn nie umiał zawiązywać butów, kupiłeś mu takie na rzepy. Wielu rodziców miałoby kłopot z zaakceptowaniem tego, że ich dziecko czegoś tak zwyczajnego nie umie. No i czy to tak można?
Najpierw trzeba się dowiedzieć, czy dziecko jeszcze tego nie potrafi, czy nie jest w stanie tego zrobić. A jeśli nie jest w stanie, to dlaczego. Powodów może być mnóstwo. Wiek, czyli jego aktualne możliwości rozwojowe ale też deficyt rozwojowy. Albo metody, jakimi chcemy dziecko tego czegoś, nauczyć są fatalne. A może wymagamy, ale nie nauczyliśmy dziecka, jak to robić, bo myślimy, że powinno samo umieć. Ale w twoim pytaniu, czy tak można, nie chodzi zdaje się o poznanie granicy akceptacji dla tego, czego dziecko może nie umieć. Chodzi w nim raczej o granicę rezygnacji rodzica z tego, co jemu się wydaje, że dziecko powinno umieć, bo to jest zwyczajne i konieczne. No i z tej perspektywy powiem ci, że to świetnie, kiedy rodzic jest w stanie zaakceptować to, że jego dziecko nie zawiązuje sznurówek tak sprawnie, jak on by chciał, i kupić mu buty na rzepy.

Ja bym się bała, że jeśli odpuszczę, to dziecko nauczy się odpuszczać i w życiu sobie nie poradzi. Nie da się wszystkiego zapiąć na rzepy!
To właśnie, to właśnie różne lęki rodziców powodują podkręcanie dzieciom śruby. Rodzic, który myśli, że dziecko sobie w życiu nie poradzi, jak teraz nie nauczy się sznurowa butów – tak naprawdę uważa, że nie wolno ułatwiać mu życia. Że trzeba mu to życie utrudniać! Oczywiście taki rodzic tłumaczy to sobie następująco: „Przygotowuję moje dziecko do życia. Stawiam mu wciąż nowe wyzwania”. Zgadza się, dzieci lubią wyzwania, ale te muszą uwzględniać ich możliwości rozwojowe. Na przykład dwulatek może nie umieć zawiązać sobie buta, schylając się nad nim. Ale umie zawiązać dużego zabawkowego buciora leżącego na stole. W ten sposób można nauczyć dziecko nowej umiejętności w sposób dostosowany do jego możliwości.

Tabele, jakie są możliwości rozwojowe dziecka, można znaleźć w Internecie, ale czy to nie jest przycinanie dziecka do wzoru?
Dzieci różnie się rozwijają i zdarza się, że w tym rozwoju przeszkadzają im sami rodzice. No bo jeśli jakaś mama przeczyta, że dziecko „powinno” już umieć zawiązywać sznurówki, to najczęściej zacznie wymagać, żeby zawiązywało, choć go nie nauczyła, jak ono ma to robić. Rodzice mają dziecko nauczyć, i to nauczyć zawsze w zabawie, zawsze w dobrej, ciekawej relacji z nim. Ta nauka ma być ciekawa, śmieszna, może być związane z piosenką…

Proszę o piosenkę o wiązaniu butów!
Proszę bardzo: „Sznureczek, sznureczek, sznuróweczka! La la la…”. Można coś takiego zaśpiewać i wtedy jest to dla dziecka ciekawe… Najgorsza sytuacja jest wtedy, kiedy zakładamy, że dziecko coś powinno umieć, choć go tego nie nauczyliśmy. Czasem pokażemy: „rób to tak” i już myślimy, że wystarczy. Dopiero, kiedy dziecko opanuje nową umiejętność, możemy ją egzekwować. Ale „egzekwować” nie oznacza wydawać polecenia: „Umiesz, więc to zrób!”. Egzekwowanie polega na tym, że cieszymy się wspólnie z dzieckiem z tego, że ono to umie! „Pokaż, jak pięknie sam zawiązujesz buty. Super! Jak profesjonalny zawiązywacz!”. Ale jeśli spróbujemy różnych metod i nadal nauka się nie udaje, to może nasze dziecko ma jakąś dysfunkcję? Albo tak po prostu brak mu tej zdolności? Nie każdy przecież może zostać konstruktorem rakiet. Jak i profesjonalnym zawiązywaczem sznurówek! I tak było z moim Maksem, nie jest to dysfunkcja, tylko zwyczajnie brak zdolności. Może będzie całe życie nosił buty na rzepy? A może kiedyś zacznie je wiązać? Ja w tym nie widzę problemu i dlatego te sznurówki nie zakłóciły jego rozwoju w innych przestrzeniach i nie podkopały wiary w siebie.

Nie każdy rodzic jest doktorem nauk medycznych i psychoterapeutą i może sam ustalić, czy dziecku można odpuścić, bo to zwyczajny brak umiejętności czy dysfunkcja, która wymaga terapii.
Dlatego jeśli coś nas niepokoi, to zanim zaczniemy cokolwiek robić na siłę, warto iść do pediatry, bo takie proste rzeczy jak dysfunkcja rozwojowa lekarz może rozpoznać. No i jeśli okaże się, że dziecko ma problem z sznurówkami, z zapamiętywaniem, z trzymaniem ołówka czy z rysowaniem szlaczków, bo jest zagrożone dysleksją, to nie ma sensu wymagać od niego, żeby sznurowało, pamiętało czy rysowało jak od linijki. Wtedy trzeba dostosować swoje oczekiwania do możliwości dziecka, zaakceptować je. Dziecko nauczy się pisać, ale zapewne w połowie lekcji będzie bardziej zmęczone niż jego koledzy, a wtedy dobrze, żeby mogło pisać dalej na laptopie. I już. Dziecku z dysgrafią będzie czytać, ale łatwiej mu będzie kiedy teksty odpowiednio sformatujemy: większe litery, wyrazy szerzej rozstrzelone, częstsze akapity… Deficyt trenujemy ale po konsultacji ze specjalistą – poruszając się w tym obszarze, który wyznaczają ograniczenia dziecka.

W podstawówce rodzina zmuszała mnie, żebym czytała na głos na środku pokoju, bo z czytaniem miałam kłopot. Nie pomogło, za to miałam potem problem z publicznymi wystąpieniami…
Z dysfunkcji czy braku umiejętności dziecka w jakieś przestrzeni nie robimy sprawy, po prostu się dostosowujemy! Postępujemy tak, żeby dziecko tego swojego deficytu nie zauważyło: żeby mogło z czytania i pisania czerpać radość, choć robi to inaczej niż większość dzieci w klasie.

Ale może być i tak, że dziecko po prostu nie chce wiązać butów czytać czy pisać równo? Buntuje się.
No to wtedy sięgamy do książki „Niezwykły rodzic” i szukamy odpowiedzi na pytanie, dlaczego to dziecko nie chce wiązać butów. Może nie chce iść do przedszkola, bo ma silne lęki separacyjne? Albo boi się, bo tam jest pani, która krzyczy na dzieci? No więc żeby dziecko te buty zawiązało, musimy się dowiedzieć, co mu w tym przeszkadza, co się dzieje w jego głowie.

No właśnie, w głowie! Ma tróję, a ja chcę, żeby miało szóstkę!
Możemy wymagać od dziecka tyle, ile mu dajemy. A więc jeśli chcę, żeby moje dziecko miało szóstki, to ile ja w to wkładam wysiłku? Nie: ile wysiłku w to wkładają opłaceni przeze mnie korepetytorzy. Ale czy ja sam interesuję się tym, co dziecko robi w szkole? Czy mnie to ciekawi? Czy wiem, co myśli o trenach Kochanowskiego? Czy wie, jak obliczyć pierwiastek z 235? Mam się tym ciekawić, towarzyszyć dziecku w jego świecie. Poznawać je, a nie tylko pytać: „Co tam w szkole? Lekcje odrobione?”.

No właśnie, kiedy mama czy tata mają wziąć za siebie a nie za dziecko?
Na pewno powinni się wziąć za sobie ci, którzy używają dzieci do komunikacji z drugim rodzicem. Na przykład mama, która w sklepie spożywczym mówi do córki: „Nie kupimy, nutelli, bo tata całą zje!”, nie umie zadbać o swojego partnera, dogadać się z nim, jak dorosła osoba i coś tam z nim rozgrywa, używając do tego dziecka.

No, ale co ma zrobić, skoro tatuś jest gruby?
To, że tatuś jest gruby, wszyscy widzą. Ale mówiąc dziecku, że nie kupimy nutelli, bo tatuś ją zje, zmusza dziecko do tego, żeby przestało lubić tatę, bo przez niego dziecko nie zje sobie smakołyku. Nawet jakby mama ją kupiła, to tata by ją zjadł! Stawia więc dziecko w sytuacji, kiedy albo będzie złe na tatę, albo zacznie mu współczuć! A obie te sytuacje są dla jego rozwoju toksyczne. Dziecko, które zaczyna współczuć tacie, przestaje tacie ufać. Bo rodzic jest po to, żeby dziecku nigdy nie zabrakło jedzenia! A nie po to, żeby wyjadać mu nutellę! Dziecko traci poczucie bezpieczeństwa i zaczyna to sygnalizować – choćby złością podczas zakupów.

Wszystkie kłopoty z dziećmi są sygnałem, że rodzic ma coś do przepracowania?
Zwłaszcza zachowania konfliktowe, które się powtarzają i są natarczywe. Na przykład, nastolatek nie chce otwierać drzwi do swojego pokoju, a klamkę od zewnątrz wymontował. Stawiam na to, że rodzice nie szanowali granic syna i teraz jest problem, bo dziecko zbudowało sobie mur. Czy rodzice mają to zaakceptować, czy wezwać ślusarza? Myśleć mają, co zmienić swoje zachowanie, żeby dziecko nie bało się mieć otwartych drzwi. Może szanować jego chęć bycia samemu ze sobą? Zapewnić, że nim wejdą, to zapukają, i nie będą u niego przesiadywać godzinami? Może nie grzebać jego kieszeniach, nie krytykować sposobu w jaki spędza czas wolny w swoim pokoju? Pytanie o to, czy mam się zgodzić na to, co robi moje dziecko czy wymagać zmiany, to pytanie o granice mojej akceptacji i jest zazwyczaj przejawem oporu przed zmianą. Bo rodzice zazwyczaj chcą, żeby było tak jak dawniej. Albo tak jak oni by chcieli. Ale tu potrzebna jest zmiana ze strony rodzica – czyli jego praca nad sobą polega na tym, żeby dostrzec indywidualność dziecka, zwłaszcza tego dorastającego.

Jakie są inne sygnały świadczące o tym, że mama i tata powinni iść na kurs dla rodziców?
Kiedy przerzucają na dziecko odpowiedzialność za swoje priorytety i na przykład tata mówi: „Wrócę dziś ok 21.00, bo muszę zapracować na komputer dla ciebie”. Albo: „Nie skończyłem studiów, bo ty się urodziłeś”. Dziecko jest wtedy używane przez rodzica do różnych rzeczy. Taki rodzic często chce dać dziecku to, czego sam nie dostał. Czyli dać to tak naprawdę sobie. Albo chce podbudować swoje poczucie wartości tym, że zostanie uznany za superrodzica, bo dał dziecku superkomputer. Tak czy siak postępując w ten sposób, nie widzi swojego dziecka i jego prawdziwych potrzeb. Bo może jego dziecko wolałoby grać z nim w piłkę czy po prostu być razem niż dostać tak drogi komputer, a ojca nie widywać?

Kiedy jeszcze czas na lekcje z rodzicielstwa?
Gdy rodzice za bardzo dążą do forsowania swojego zdania, do tego, żeby dziecko uznało, że ich decyzje są najlepsze. „Zostaw ten telefon, zajmij się książkami!”. A jak dziecko nie chce, to czują taką złość albo napięcie, że nie mogą się niczym zająć. A powinni wtedy zaciekawić się tym telefonem. Pośmiać z tego, co tam znalazło w necie… Spróbować wejść do jego świata, żeby nie czuło się samotne i nierozumiane. Może wtedy częściej wyłączy telefon i pogada z mamą?

Nadajemy się do korekty też chyba wtedy, kiedy bijemy, wyzywamy czy krzyczymy?
Zdecydowanie tak. Powinniśmy też pracować nad sobą, kiedy się cieszymy, że dziecko wykonało, co kazaliśmy, bo tak je nastraszyliśmy. Czyli kiedy osiągamy skutek wychowawczy strachem, przemocą. Pracować nad sobą mamy zawsze, jeśli w relacjach z dzieckiem doświadczamy skrajnych emocji: krzyczymy, krytykujemy, bijemy albo obrażamy się i mamy focha. Ale też wtedy, kiedy reagujemy smutkiem na brak sukcesów wychowawczych, kiedy płaczemy, bo dziecko nie pościeliło łóżka albo dostało cztery mniej. Wtedy zaburzamy jego rozwój, bo wypadamy z roli bezpiecznego przewodnika i opiekuna, czyli z roli rodzica. Pracę nad sobą powinien zacząć też rodzic, który denerwuje się, kiedy jego dziecko się nudzi. Uważa, że dziecko wciąż powinno się uczyć, szkolić, rozwijać. Że zabawa to strata czasu i energii. A przecież dziecko uczy się właśnie przez zabawę. Także rodzic, którego denerwuje to, że dziecko nie jest doskonałe, albo smuci się z tego powodu, bo nie może się nim chwalić – powinien zastanowić się nad sobą.

Kiedy mogę powiedzieć, że jestem wystarczająco dobrym rodzice?
Kiedy przez co najmniej 98 procent czasu, który spędzam razem z moim dzieckiem, nie czuję skrajnych emocji związanych z tym, co mówi lub robi. Nie czuję się obrażony czy lekceważony albo wściekły, kiedy moje dziecko nie chce ubrać czapki czy zjeść zupy. I kiedy nie czuję wspaniały, kiedy ono to robi, bo ja chciałem, żeby zrobiło.

Tata czuje się kochany nawet wtedy, kiedy dziecko nie chce jeść szpinaku!
W skrócie – tak, to się do tego sprowadza. Dziecko nie powinno mnie denerwować, ale też pocieszać, bo taki jestem biedny, czegoś nie umiem czy nie mogę. Kiedy z tego powodu dziecko z czegoś rezygnuje, dlatego że ja jestem smutny, to jest zły znak. Sam tego doświadczyłem, bo kiedy mój syn zaczął się wspinać na ściance, chwaliłem go przesadnie, porównując ze sobą, że ja tak nie umiem! I jemu się bardzo smutno zrobiło, zaczął mnie pocieszać. Przedtem nie mówiłem mu, że czegoś nie lubię albo nie chcę, na przykład lodów, które on lubi, tylko ich sobie nie kupowałem. Nie mówiłem też, że coś lubię i robię to dla siebie, na przykład idę na rower sam. A więc Maks doświadczał mnie jako kogoś, kto sobie nic nie daje, żałuje, nie umie….Kiedy dostrzegłem, że dziecko zaczyna rezygnować ze wspinaczki czy lodów, bo tata nie może czy nie umie, zacząłem pracę nad sobą.

 

Tobasz Srebrbnicki – certyfikowany terapeuta poznawczo-wychowawczy, stały ekspert SENSu.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>