1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Siedem mitów o związkach

Siedem mitów o związkach

123rf.com
123rf.com
Przekonania mają taką właściwość, że wierzymy w nie, nie zastanawiając się właściwie dlaczego. Na temat związków istnieje sporo stereotypów wątpliwej wiarygodności. Nie które z nich są nie tylko nieprawdziwe, ale również potencjalnie niebezpieczne. Mogą one bowiem utwierdzić ludzi, że ich przypadek jest beznadziejny lub skierować ich rozwój na niewłaściwe tory.

MIT 1 - zainteresowania łączą ludzi Owszem, wspólne zainteresowania mogą zbliżyć, ale ważniejsza jest jakość relacji między parą. Również w czasie, kiedy oddają się wspólnemu hobby. Partnerzy mogą na przykład uwielbiać górskie wycieczki. Dla jednych będą one cudowną okazją do spędzania czasu razem i jeszcze większego zbliżenia się do siebie. Inni zaś będą na górskich szlakach kłócić się, rywalizować, nie pomagać sobie, mieć zawsze inne zdanie na temat tego, którą drogą należy wchodzić oraz schodzić. Wcale nie musi to korzystnie wpływać na związek.

MIT 2 - przysługa za przysługę W udanym małżeństwie panuje idealna równowaga. Obydwoje partnerzy po tyle samo biorą i dają. Uśmiech za uśmiech, umycie łazienki za odkurzanie pokojów. Według tej teorii przyczyną kryzysów jest zachwianie szczęściodajnej harmonii. Strona mniej obdarowywana popada we frustrację. Wystarczy zawrzeć umowę i relacje między ludźmi się poprawią. To błędne myślenie. W szczęśliwym związku talerze myją się same. Bo szczęśliwi ludzie nie notują czy partner aby na pewno umył naczynia za przygotowanie romantycznej kolacji. Nie liczą też gestów. Pilnowanie kiedy i ile razy mąż czy żona wykonali jakąś czynność, wskazuje że ten obszar wspólnego życia może być przyczyną napięć w małżeństwie.

MIT 3 - unikanie konfliktów niszczy związek To ogromne uogólnienie. Nie we wszystkich związkach szczerość popłaca. Wiele ludzi żyje ze sobą przez lata szczęśliwie, nie zwracając na pewne sprawy uwagi i dobrze im z tym. Chodzi o to, że pary w różny sposób rozwiązują konflikty. Jedni unikają starć, inni awanturują się, jeszcze inni siadają i przegadują problem, nie podnosząc głosu, za to osiągając kompromis. Istota polega na tym, żeby dwie strony potrzebowały tego samego sposobu.

MIT 4 - nerwice i problemy osobowościowe rujnują związki Podobno człowiek, który ma problemy sam ze sobą, nie jest dobrym materiałem na małżonka. Badania wykazują jednak niewielki związek między nerwicami i zaburzeniami osobowości a miłością. Nerwice są problemem, ale nie muszą niszczyć związku. Ważne jest w jaki sposób sobie z nimi radzimy. Jeśli partner podejdzie do tego z troską, zaangażowaniem, szacunkiem, związek przetrwa. Wszyscy mamy swoje dziwactwa, nie zawsze zachowujemy się racjonalnie i mądrze, a to nie musi wpływać źle na nasze relacje. Kluczem do udanego związku nie jest normalność człowieka, ale odpowiednie dobranie się ludzi. Nie jest powiedziane, że kiedy osoba nadmiernie dominująca zwiąże się z uległą, będzie źle. Nie musi być, jeśli dwie strony zaakceptują ten układ.

MIT 5 - romanse są głównym powodem rozwodów Tak naprawdę jest odwrotnie. Problemy małżeńskie, które najczęściej prowadzą do rozwodu, sprawiają że ktoś szuka bliskości poza związkiem. W romansach bowiem nie szukamy seksu, tylko przyjaźni, wsparcia, zrozumienia, szacunku, uwagi, zainteresowania. To wszystko powinno dawać małżeństwo, a nie daje, skoro romansujemy. Ponieważ tak naprawdę już się oddaliliśmy od partnera. Zdrada jest tylko konsekwencją, a nie przyczyną rozpadu.

MIT 6 - mężczyźni są „biologicznie nieprzystosowani” do małżeństwa W następstwie przekonania, że właśnie zdrada jest główną przyczyną rozwodów powstała teoria, że mężczyźni z natury są niepoprawnymi kobieciarzami i monogamia jest nie dla nich. Prawo dżungli obowiązywało kiedyś - samiec starał się spłodzić jak najwięcej potomstwa, samica dążyła do zapewnienia potomstwu jak najlepszej opieki, a do tego potrzebna jej była wierność samca. Naturalne prawa rządzące gatunkami to jedno, a u ludzi w XXI wieku częstotliwość związków pozamałżeńskich zależy nie tak bardzo od płci, lecz od okazji. Odkąd kobiety zaczęły pracować, spełniać się poza domem, częściej zdradzają.

MIT 7 - kobiety i mężczyźni są z innych planet Bestsellery ogłosiły, że mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus. Coś pewnie w tym jest, jednak przecież istnieją szczęśliwe związki zawierane przez mieszkańców tych tak różnych planet. Różnice między płciami, których obecności nikt nie neguje, mogą się przyczyniać do kłopotów małżeńskich, ale same w sobie ich nie wywołują. Czynnikiem decydującym o tym, czy żonę satysfakcjonuje seks, romantyzm i namiętność w małżeństwie, jest w 70 proc. jakość przyjaźni pomiędzy małżonkami. Również 70 proc. mężczyzn opowiada się za tym czynnikiem. Wniosek? Mężczyźni i kobiety pochodzą jednak z tej samej planety.

Więcej w książce „Siedem zasad udanego małżeństwa”, John M.Gottman, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Gdy wraca dawna miłość... Dlaczego tęsknimy za przeszłością?

Powracający sen o dawnej miłości może być tak samo ważny jak wspomnienie. I jedno, i drugie jest sygnałem na coś ważnego, co dzieje się wewnątrz mnie. (fot. iStock)
Powracający sen o dawnej miłości może być tak samo ważny jak wspomnienie. I jedno, i drugie jest sygnałem na coś ważnego, co dzieje się wewnątrz mnie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Dawne miłości wracają, by służyć rozwojowi psychicznemu. - Z tamtą relacją mogą być związane jakieś niedokończone procesy. Coś się nie stało w tamtym związku. Coś, co potrzebuje dopełnienia. - tłumaczy Tomasz Teodorczyk, psychoterapeuta.

Dawne miłości wracają, by służyć rozwojowi psychicznemu. Może to być sen o dawnej miłości lub tylko wspomnienie. - Z tamtą relacją mogą być związane jakieś niedokończone procesy. Coś się nie stało w tamtym związku. Coś, co potrzebuje dopełnienia. - tłumaczy Tomasz Teodorczyk, psychoterapeuta.

Najpierw możemy mieć takie objawy jak sen o dawnej miłości, sny o byłym partnerze czy partnerce. Wspominamy, myślimy, w końcu zaczynamy szukać.
Tak. Wchodzimy na "naszą klasę", wyciągamy stare dzienniki, oglądamy zdjęcia. To się może przydarzyć w każdej chwili.

Z czego to wynika? Zjawisko to rzadko jest związane z realną osobą. Najczęściej oznacza tylko tyle, że coś ważnego wewnątrz nas się uaktywnia. Chodzi o nasze wewnętrzne procesy.

Skoro tęsknimy za przeszłością, to w obecnym życiu czegoś nam brakuje, tak?
Oczywiście. Myśli o dawnej miłości pojawiają się, kiedy satysfakcja z naszego życia jest niepełna. Jeżeli żyję całością siebie i wszystko, co robię, jest zgodne z moją ścieżką serca, to nawet jeśli przypomni mi się dawna miłość, będzie to miało inny charakter. Będzie miłym lub niemiłym wspomnieniem i tyle.

A jak jest to już coś więcej niż tylko wspomnienie?
To sygnał, że dzieje się w nas coś takiego, że powinniśmy zwrócić na to uwagę.

Z czym może to być związane?
Często mamy tu do czynienia ze zjawiskiem idealizacji. Wydaje nam się, że właśnie z nim czy z nią było najlepiej na świecie, tymczasem najczęściej chodzi o pewny próg w życiu. O przekonanie, że nasze aktualnie życie już nigdy nie będzie wspaniałe. Wydaje nam się, że już nic sensownego nie jesteśmy w stanie zrobić, więc idealizujemy przeszłość. Chcemy żyć tamtym w chwili obecnej. Tylko, że wydaje nam się, że to jest niemożliwe.

Za wizją romantyczną może się kryć realna pułapka.
Możemy niepotrzebnie wejść w niedobry układ, w którym jesteśmy rządzeni jakimś naiwnym sentymentalizmem, uwiązujemy się do „tamtej” osoby. A wszystko przez to, że mamy nierozwiązany jakiś kryzys albo, że potrzebujemy wprowadzić istotne zmiany w swoim życiu.

Z jakich jeszcze powodów wracamy do dawnej miłości?
Z tamtą relacją mogą być związane jakieś niedokończone procesy. Coś się nie stało w tamtym związku. Coś, co potrzebuje dopełnienia. Na przykład w tamtym związku nie stawałem za sobą, byłem niewrażliwy na swoje potrzeby, nie wykazywałem wystarczającej asertywności, ktoś mnie zdominował. I myśl o dawnej miłości wraca do mnie w formie złości. Z kolei przy powrotach z mocnymi pozytywnymi emocjami mówi się czasem o związkach karmicznych. Można to zjawisko, niezależnie od poglądów na ten temat, wyjaśnić psychologicznie. Jest to taki układ, w którym coś naprawdę istotnego dla mnie zaistniało. Albo tamta osoba coś mi otworzyła, coś pokazała po raz pierwszy - radość życia czy duchowe aspekty egzystencji. Kiedy w aktualnym życiu nie realizuję tego w wystarczającym stopniu, zwracam się w tamtym kierunku. Chociaż myśl wraca do tamtej osoby, najczęściej jest to tęsknota nie za nią, tylko za procesem, który ona wniosła w moje życie.

Często chcemy wracać do związków, bo tak naprawdę ich nie kończymy.
Tak, związki przerywają się z różnych powodów, natomiast my cały czas jesteśmy „uwiązani”. Może to mieć dwie przyczyny. Po pierwsze możemy mieć małą tolerancję na zmianę. Jest wiele osób, które mają sztywny, konserwatywny sposób życia. Dla nich, jeżeli związek się kończy i nawet jak z jakichś powodów muszą to zaakceptować, to i tak ta zmiana jest dla nich nie do przyjęcia. Jest to związane z trudnością w elastycznym przechodzeniu do kolejnych etapów życia. Jeśli moją tożsamość buduję na tym, że do końca życia będę z tym mężczyzną, to jeśli on zakocha się w innej, będzie mi trudno to przyjąć, bo oznacza to dla mnie zmianę, a ja przecież nie chcę zmian.

Jeśli związku nie skończymy naprawdę, wróci?
Tak, bo nigdy nie przestaje być. To miejsce jest we mnie cały czas zajęte. Uniemożliwia mi wejście w nowy związek, który może jest dużo lepszy.

Myślenie o dawnych miłościach często jest związane z niemożnością przyjęcia straty.
Strata to trudne słowo, trudna myśl. Człowiek kurczowo trzyma się wizji pewnej kobiety czy pewnego mężczyzny, bo nie jest w stanie oddać czegoś, co wydaje mu się, że kiedyś miał. Mówię „wydaje mu się”, bo co to znaczy „mieć kogoś”? Strata jest tu złudzeniem, bo nie możemy stracić kogoś, kogo nigdy nie posiadaliśmy. Nie możemy przyjąć też tego, że życie związane jest z traceniem jednych rzeczy a zyskiwaniem innych.

Nieprzeżyta żałoba po dawnym związku?
Ona wiąże nas w przeszłości, a nie prowadzi do przyszłości. Kiedy związek się kończy, warto poświęcić trochę czasu na jego zamknięcie, rozliczenia, zobaczenie tego kawałka drogi, który razem przeszliśmy, ustosunkowania się do całej historii. Zastanowienie się, czego to mnie nauczyło, na jakich progach mnie postawiło. Takie domykanie związku, zanim rozpocznie się następny, to niezwykle ważna sprawa.

A czy może być tak, że ludzie są razem, ale się rozstają, i za jakiś czas się spotykają i wtedy mogą być już ze sobą?
Takie sytuacje zdarzają się bardzo rzadko. Tu należałoby się zatrzymać nad myślą, czym w istocie są związki. Zazwyczaj wchodzimy w nie z osobami reprezentującymi te aspekty psychiczne, które są nam potrzebne. Po to, żeby się tak nie stało, musiałbym wewnętrznie sam być pełnią. Wtedy nie musiałbym szukać tej drugiej połówki na zewnątrz siebie. Bycie pełnią to poziom oświeconego Buddy. Jeżeli mam szczęście, mogę to osiągnąć w wieku lat 70 i być może wtedy stworzę taki związek. Ale wcześniej, w wieku lat 30 czy 40, kiedy mam parę rzeczy do przerobienia, to raczej niespecjalnie. Wtedy dawne miłości będą służyły temu, żeby wywołać to wewnętrzne zakręcenie, wewnętrzne poruszenie różnych rzeczy, które są potrzebne do mojego rozwoju psychicznego. To może być dokuczliwe głównie z tego powodu, że nie rozumiemy co się z nami dzieje.

Jak sobie pomóc?
Odczytać, jaki jest przekaz tej całej historii. I jeżeli przypomina mi się partner, z którym miałam kolorowe życie i zaczynam myśleć, żeby go odnaleźć, to warto się zastanowić, w jaki sposób sprawić, żeby to kolorowe życie wieść teraz. Jak wprowadzić to do aktualnego związku. Dobrze jest potraktować to jako sygnał, że to, co myślę że jest tam, potrzebuję zrobić tu. Jeżeli da się, to super. Jeśli nie - czeka nas zmiana.

Tomasz Teodorczyk: współzałożyciel Akademii POP. Dyplomowany psychoterapeuta i nauczyciel pracy z procesem Research Society for Process Oriented Psychology w Zurichu, posiada Licencję Psychoterapeutyczną i Trenerską Polskiego Towarzystwa Psychologii Zorientowanej na Proces. Pracą z procesem zajmuje się od 1988 r.

  1. Seks

Nadużycia w związku. Na czym polega przemoc seksualna i emocjonalna? Gdzie szukać pomocy?

Najważniejszą rzeczą jest przyznanie się do bycia ofiarą nadużycia przed samym sobą, a potem opowiedzenie o nim komuś innemu.(Ilustracja: iStock)
Najważniejszą rzeczą jest przyznanie się do bycia ofiarą nadużycia przed samym sobą, a potem opowiedzenie o nim komuś innemu.(Ilustracja: iStock)
Między dwojgiem dorosłych ludzi wiele rzeczy jest dozwolonych. Pod warunkiem, że obydwoje się na nie godzą. Bo tylko w głupim żarcie „nie” oznacza „być może”... Na czym polega przemoc seksualna, kiedy mamy do czynienia z napastowaniem i molestowaniem seksualnym oraz jakie są nadużycia w sferze seksu i uczuć, tłumaczy psychoterapeuta Michał Pozdał. Wyjaśni też, jakie są formy przemocy seksualnej oraz gdzie szukać pomocy, gdy doświadczyło się molestowania.

Każdy człowiek biorący udział w akcie seksualnym może go w dowolnym momencie zatrzymać. Hasło „stop” powinno być czytelne w każdej fazie stosunku czy jakichkolwiek innych zachowań erotycznych. Przysługuje obu stronom, i wszystko, co druga osoba zrobi potem w celu zaspokojenia swojej potrzeby, ale wbrew woli partnera czy partnerki, jest nadużyciem. Będzie to więc nie tylko gwałt rozumiany jako przestępstwo karne, ale również przemoc emocjonalna, taka jak szantaż, groźby, wywoływanie poczucia winy czy używanie seksu jak narzędzia manipulacji.

W formie kary i nagrody

Na terapię do mnie często trafiają pacjentki, które przy odmowie seksu spotykają się z szantażem ze strony męża: „Jeśli mi nie dasz, to pójdę do prostytutki” czy pacjenci z dysfunkcją seksualną, którzy słyszą: „Zmień to albo cię zostawię”. Powtarzany i wzmacniany szantaż staje się groźbą. Przy czym groźba może dotyczyć zarówno sfery emocjonalnej („zdradzę cię”), finansowej („nie dam ci pieniędzy”), jak i fizycznej („pobiję cię”). W ten sposób jedna ze stron skłania drugą do form współżycia przez nią nieakceptowanych albo zachowań, na które nie ma ochoty. Przemoc emocjonalna ma wywołać poczucie winy – odmawiasz, więc mnie krzywdzisz. Obarczanie winą tylko jednej strony jest jednak nie fair i w niczym nie pomaga – na brak seksu zapracowują zwykle obie strony. Odmowa seksu na zasadzie kary lub późniejszej nagrody też jest nadużyciem. Osoba, która odmawia lub unika seksu, w tym obszarze związku ma władzę. Kiedy przychodzą do mnie pary z takim problemem, często okazuje się jednak, że po sprawdzeniu, jak partnerzy dzielą się obowiązkami domowymi, opieką nad dziećmi, jaki mają wkład w związek – osoba reglamentująca współżycie jest tak zdominowana, że seks jest jedynym obszarem, w którym może powiedzieć „nie”. Formą nadużycia jest też ignorowanie komunikatów drugiej strony: włączanie filmu pornograficznego podczas stosunku, niepożądane gesty czy wulgaryzmy, których druga strona sobie nie życzy i które ją poniżają. Trauma bycia uprzedmiotowionym przez bliską osobę, która miała nas kochać i chronić, jest podwójna, bo nie dość, że ktoś narusza nasze granice, to jeszcze zawodzi nasze zaufanie.

Między słowami

Niestety, żyjemy w kulturze, w której panuje przyzwolenie na ciągłe komentowanie atrybutów kobiecości. Młodzi mężczyźni często zwracają się do młodych kobiet słowami: „świnko”, „suczko”, „foczko”, „dupencjo”. Rodzice wspólnie z dziećmi podśpiewują piosenki, w których jest dużo zamaskowanego nadużycia w warstwie językowej. Jeśli kobiety zgodzą się na taką formę komunikacji, potem będzie tylko gorzej. Słowami można ranić do żywego. Zrozumiałe jest, że ludzie pod wpływem emocji mówią sobie różne przykre, a nawet okrutne rzeczy. Ale wejście na poziom komentowania zachowań seksualnych jest przekroczeniem granicy, zza której może nie być powrotu. Wypowiedzianych słów nie da się cofnąć. Takie zachowania najczęściej mają miejsce po alkoholu i są odwetem na partnerze za poniżenie czy odtrącenie. Oprócz mocnych słów są też takie lżejsze formy przemocy, które trudno opisać wprost: aluzje, spojrzenia, gesty, które w całości odczytać może tylko ich adresat. Powtarzane regularnie oznaczają działanie celowe z zamiarem skrzywdzenia.

Złapani w sieć

Nadużyciem jest też publiczne opowiadanie szczegółów wspólnego życia intymnego. I nie ma znaczenia, czy z tych wyznań przebija swoista forma uznania dla umiejętności albo atrybutów partnera, czy jest to krytyka oziębłości, sprawności seksualnej lub szczegółów anatomicznych. W dobie nowych technologii w równy sposób można kogoś pogrążyć upublicznieniem intymnej historii, jak i wrzuceniem do Internetu filmiku lub zdjęć. Zatem lepiej zawczasu dobrze zastanowić się, czy ufamy danej osobie na tyle, żeby zgodzić się na nagie zdjęcie czy zmontowanie wspólnej sextaśmy. Dopóki wszystko układa się w związku dobrze, takie materiały są ukryte, ale po zerwaniu łatwo mogą krążyć między znajomymi, a nawet przypadkiem trafić do pracodawców. Ceną za bezgraniczne zaufanie może być nasza reputacja, również zawodowa.

Gwałt

Najmocniejszą formą nadużycia jest gwałt, i nie chodzi tu tylko o napaść w miejscu publicznym, ale też, a może nawet głównie, stosunek ze stałym partnerem czy wykorzystanie przez kolegę po wspólnej imprezie. Najczęściej sprawcami przemocy są osoby bliskie: mężowie, partnerzy i chłopcy, a ofiary gwałtu nawet nie mają świadomości, że do niego doszło. Wciąż pokutuje wzorzec myślenia: „Miałam mini, całowałam go i dlatego zostałam zgwałcona”, gdzie „zostałam zgwałcona” oznacza „poddałam się gwałtowi”. Ale przecież to ktoś zgwałcił! Niezależnie od tego, jak dziewczyna czy kobieta była ubrana, nie ma w tym jej żadnej winy. A z takich słów i nastawienia rodzi się przyzwolenie na przemoc. Z praktyki terapeutycznej znam historie dziewczyn, które od miesięcy nie mają ochoty na seks i nie rozumieją tej nagłej oziębłości. W trakcie rozmowy okazuje się, że dziewczyna pamięta jakąś imprezę z alkoholem i trawką, na której była ze swoim chłopakiem. W pewnej chwili chłopak zaczął się do niej „dobierać”, potem zaczął to jeszcze robić ktoś inny i jeszcze ktoś. Same nie myślą o tym jak o gwałcie, lecz ich ciało się broni. Zdarzają się także odwrotne reakcje na gwałt – zapamiętanie w seksie, któremu towarzyszy  przekonanie, że wszystko jest pod kontrolą. Niezależnie jednak od scenariusza ofierze gwałtu często towarzyszą zaburzenia lękowe, zaburzenia odżywiania, może pojawić się depresja, a nawet myśli samobójcze.

Przepracować traumę przemocy seksualnej. Gdzie szukać pomocy?

W przypadku gwałtu ważna jest szybka obdukcja lekarska i zgłoszenie na policji. Następnie warto zadbać o pomoc emocjonalną – wielu doświadczonych terapeutów przyjmuje w przychodniach, szpitalach i w placówkach prywatnej opieki zdrowotnej w ramach NFZ. Można również zgłosić się do odpowiedniej fundacji, stowarzyszenia czy grupy wsparcia dla ofiar przemocy. Najczęściej ofiara – niesłusznie! – wstydzi się i ukrywa fakty. Dlatego najważniejszą rzeczą jest przyznanie się do bycia ofiarą nadużycia przed samym sobą, a potem opowiedzenie o nim komuś innemu. Nie wszystkie sprawy nadają się do ścigania przez prokuraturę. Wiele rzeczy – takich jak przewlekła krytyka, szantaże czy wymierzane kary – mogą być przejawem złej woli partnera czy chęci zemsty. Ale trzeba o tym mówić. Najpierw partnerowi – wyrazić swoją niezgodę na takie zachowania, a jeżeli rozmowa nie wystarczy, dobrze pójść po poradę do przyjaciela lub terapeuty. Żeby znaleźć rozwiązanie problemu, wystarczy czasami pojedyncza sesja konsultacyjna, nie musi to być wielomiesięczna terapia. Warto też zadać sobie pytanie, czy podobne doświadczenia zdarzyły mi się już w innych relacjach. Jeżeli faktycznie tak jest, oznacza to, że wiecznie odtwarzamy traumę z przeszłości. Ale ból jest bólem, niezależnie od głęboko ukrytych przyczyn. I trzeba go uleczyć.

Co może świadczyć o tym, że doświadczasz przemocy seksualnej i nadużycia w związku?

  • Z jakiegoś powodu obawiasz się swojego partnera.
  • Partner poniża cię przed innymi osobami.
  • Partner zmusza cię do robienia rzeczy, na które nie masz ochoty.
  • Odmowa wykonania życzenia partnera rodzi w tobie obawę przed karą lub zerwaniem relacji.
  • Partner powtarza ci, że nie jesteś normalna lub że powinnaś się leczyć.
Michał Pozdał, psychoterapeuta, seksuolog, wykładowca Uniwersytetu SWPS. Prowadzi terapię indywidualną oraz par.

  1. Styl Życia

Samotność z wyboru. Dlaczego ludzie decydują się na samotne życie?

Samotne życie to wybór czy konieczność? Jakie profity czerpiemy z życia solo? (fot. iStock)
Samotne życie to wybór czy konieczność? Jakie profity czerpiemy z życia solo? (fot. iStock)
Bycie razem, nie tylko od święta, wychodzi nam coraz gorzej. Coraz lepiej natomiast - życie w samotności, choć usilnie próbujemy budować związki. Koniec końców wielu z nas wybiera niezależność, wolność, możliwość samorealizacji. A człowiek ponoć jest istotą stadną. Dziwne, prawda?

Badania nie pozostawiają złudzeń – tradycyjna rodzina nie ma się już tak dobrze, jak miała, przynajmniej w deklaracjach Polaków. Dotychczas, od wielu zresztą lat, to ona plasowała się na pierwszym miejscu w hierarchii wartości. Od mniej więcej 2010 roku (o czym mówią badania CBOS) rodzina ustąpiła miejsca sferze zawodowej. I to głównie za sprawą młodych ludzi, między 18. a 34. rokiem życia. Okazuje się, że 66 procent z nich nad rodzinę przedkłada ambicje zawodowe, a tylko 20 procent wskazuje sferę bliskich relacji jako wartość najistotniejszą. Badania pokazują także, że blisko jedna czwarta Polaków żyje dzisiaj w pojedynkę. Samotne życie to nie jest tylko okresowa moda, ale zjawisko opisane przez socjologów i psychologów.

Życie samotnika: nie wiem, jak chcę, ale wiem, jak nie chcę

Psycholożka Anna Nowakowska zauważa, że przyczyny tego zjawiska są pochodną przemian kulturowych i obyczajowych.

– W Polsce, zwłaszcza w wielkich miastach, nie istnieje już presja społeczna wymuszająca określony styl życia, tym bardziej zawieranie małżeństw. Młodzi ludzie nie do końca wiedzą, jak chcą żyć, ale za to wiedzą, jak nie chcą, czyli tak jak ich rodzice, którzy latami trwali w nieudanych związkach. Życie w pojedynkę wybierają jednak nie na zawsze, tylko na krótką metę, do czasu, kiedy się dorobią, kupią mieszkanie, samochód. Ale ta lista wciąż jest aktualizowana, więc samotne życie się przedłuża.

Psychologowie podkreślają, że samotność dorosłych ma często źródło w ich dzieciństwie. A ściślej w tym, czy rodzice okazywali im uczucia. Jeśli nie okazywali, jeśli wychowywali w emocjonalnym chłodzie, to wielce prawdopodobne, że oni też tego nie potrafią i w dorosłości nie będą umieli zbudować bliskich relacji. Wybiorą życie samotnika.

Anna Nowakowska: – Ale często zamiast coś z tym zrobić, na przykład pójść do terapeuty, ludzie deprecjonują wartość bliskich relacji, odrzucają je, twierdząc, że związek to zamach na ich niezależność, wolność, rozwój, samorealizację. A bliskość nie wyklucza wolności i niezależności każdego z partnerów. Wszystko zależy od ustalenia granic. Bo jeśli te granice są sztywne, związkowi grozi rutyna. Jeśli z kolei granice są zbyt słabe i każdy dryfuje w swoim kierunku, jedność pary jest zagrożona. Czasem, paradoksalnie, pomaga sformalizowanie związku. Daje partnerom poczucie, że nawet jeśli się oddalą, to trudniej niż w związku nieformalnym, ot, tak sobie, spakować walizki i odejść.

Życie w samotności to także konsekwencja różnych lęków. Między innymi przed tym, że w bliskim związku o wiele więcej stracę, niż zyskam. Będę zajęty domem, a w tym czasie coś ważnego może mnie ominąć! Ten lęk ma już nawet swoją nazwę, FOMO (fear of missing out), i jest widzialny gołym okiem. Ludzie nie podnoszą głów znad tabletów i smartfonów, bo tyle ciekawego tam się dzieje. A w realu? Nuda.

Kolejny lęk – że kiedy z kimś zamieszkam, a więc kiedy się otworzę, obnażę, to wyjdą na jaw wszystkie moje skrywane, często urojone, wady. Samotność to także efekt rozwodów, prawdziwej plagi ostatnich lat. W Polsce rozpada się już ponad jedna trzecia małżeństw z krótkim stażem. Po takich doświadczeniach ludzie nie chcą sparzyć się po raz drugi, wolą życie samotnika.

Samotny wilk w opałach - jakie konsekwencje może mieć życie w samotności?

Zanim powiesz: „Wybieram samotność”, zastanów się, czy to ci się opłaca. Po pierwsze, grozi ci depresja. Amerykański psycholog, profesor Richard Booth, już w 2002 roku alarmował, że długotrwałe życie w samotności może prowadzić do depresji, i postulował zaklasyfikowanie jej do zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Po drugie, jesteś bardziej niż niesamotnicy narażona na stres. Badaczka wpływu samotności na nasze zdrowie, dr Lisa Jaremka z Uniwersytetu w Ohio, dowiodła, że życie w samotności przez długi czas działa jak silny stresor. Z jej badań wynika, że organizm samotnej osoby wytwarza o ponad dziesięć procent więcej hormonów stresu niż takiej, która przebywa w otoczeniu innych ludzi.

Po trzecie, wybierając życie samotnika, fundujesz sobie choroby, ponieważ stres osłabia nasz system odpornościowy. Organizm samotnika produkuje także więcej cytokiny – wydzielanego przez białe krwinki białka, które przyspiesza procesy nowotworowe. Osoby, które prowadzą samotne życie częściej chorują na alzheimera. Inne badania, przeprowadzone przez dr Uri Gouldborta z Tel Awiwu, pokazują, że życie w samotności szczególnie niebezpiecznie wpływa na mężczyzn. Ryzyko śmierci wskutek udaru mózgu jest o 64 procent większe u samotnych mężczyzn niż u pozostających w związkach.

Jak radzimy sobie z życiem w samotności? Badania nad samotnymi studentami, jakie przeprowadził psycholog Warren Jones, pokazały, że zupełnie nieskutecznie. Młodzi ludzie, którzy prowadzą samotne życie – zamiast zapraszać znajomych, wychodzić do miejsc, gdzie spotykają się rówieśnicy – oglądają telewizję, uciekają w jedzenie lub używki. Kiedy już znajdą się w towarzystwie, zachowują się tak, że zrażają do siebie ludzi: milczą albo za dużo mówią o sobie, nie interesują się interlokutorem. Dodatkowo pogarszają swoją sytuację tym, że mają nierealistycznie wysokie wymagania zarówno wobec siebie, jak i wobec innych.

Anna Nowakowska: – Ludzie, którzy twierdzą, że wybrali życie w samotnika, przychodzą do mnie po ratunek, bo cierpią. Przed światem udają, że życie w pojedynkę jest super, że mogą robić, co chcą, ale w gabinecie przyznają, że to ściema. Zachęcam ich do zainwestowania w relacje, póki jeszcze nie jest za późno. Bo wraz z upływem czasu coraz trudniej przestawić się na inny styl życia, ciężko zmienić codzienne nawyki samotnika, znaleźć przestrzeń – i tę dosłowną, i mentalną – dla innej osoby, podzielić się z nią swoim życiem. Mówi się, że ludzie samotni dziwaczeją, i jest w tym dużo prawdy. Z moich obserwacji wynika, że łatwiej otworzyć się na związek samotnym z konieczności, wdowom, porzuconym, rozwiedzionym. Ich motywacja do zmiany swojej sytuacji, potrzeba skontaktowania się z drugim człowiekiem jest dużo większa niż tych, którzy deklarują samotność z wyboru. Ale zanim wejdzie się w nowe, dobrze zamknąć stare, przeżyć żałobę, rozstanie. Pobyć tylko ze sobą, ze swoimi myślami, w ciszy. Takie praktykowanie bycia samemu ze sobą działa jak lekarstwo. Bo samotność nie jest tylko zła, czasem okazuje się zbawienna. Chociaż na dłuższą metę nie da się jej obronić.

  1. Psychologia

Matematyka miłości - czy można obliczyć szansę na udany związek?

To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wydaje się, że nie ma dwóch bardziej odmiennych dziedzin. Jedna jest królową nauk, druga – serc, a przecież każdy powie, że emocje nie mają nic wspólnego z logiką. Okazuje się jednak, że miłość może zadziwiająco wiele zawdzięczać matematyce.

Matematyka otacza nas niewidzialnym kokonem. Pewnie o tym nie wiesz, ale gdy patrzysz na Drogę Mleczną, liście paproci albo muszlę ślimaka czy własne odbicie w lustrze, widzisz proporcje liczbowe, wyrażone odkrytą już przez starożytnych Greków złotą liczbą – fi (1,618). A jeśli matematyczny porządek można odkryć zarówno w budowie płatków śniegu, jak i gigantycznych galaktyk, dlaczego nie miałby istnieć także w naszych uczuciach?

Ciekawość, pierwszy stopień do wiedzy

Matematyka to wspaniała dziedzina, ale nawet gdy ją kochasz, po sześciu godzinach wykładu możesz mieć serdecznie dosyć. Jak więc zainteresować studentów równaniami różniczkowymi? Kazać im policzyć, jakie szanse na przetrwanie miłosnych zmagań mieli Romeo i Julia! Na ten genialny pomysł wpadł w latach 80. XX wieku amerykański matematyk Steven Strogatz. Zachwyceni studenci zaprzęgli do opisu relacji między najsłynniejszymi kochankami świata układy dynamiczne (struktury matematyczne pozwalające przewidzieć stan układu w przyszłości, jeśli znamy jego stan w bieżącej chwili, oraz jego – chwilowe – tendencje zmian). Badali, jak na trwałość związku wpływają nastroje partnerów. – Romeo kocha Julię, ale Julia jest kapryśna. Im bardziej on okazuje miłość, tym bardziej ona usiłuje od niego uciec. Wtedy zniechęcony Romeo wycofuje się, a Julia zaczyna dostrzegać jego atrakcyjność. Romeo działa jak echo Julii: pozytywne emocje rosną, gdy Julia go kocha, a kiedy nienawidzi, narastają negatywne – wyjaśnia model tego układu dynamicznego dr Urszula Foryś z Instytutu Matematyki Stosowanej i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Miłosnomatematyczne zmagania tak spodobały się studentom, że zaczęli liczyć szanse przetrwania związków kolejnych ikonicznych par, od Pięknej i Bestii po Cyrana de Bergerac i jego umiłowaną kuzynkę. Do zabawy dołączyli wkrótce kolejni naukowcy (m.in. profesor teorii systemów Sergio Rinaldi, który pisał o równaniach miłosnej dynamiki u Petrarki, i fizyk Clint Sprott, zajmujący się matematycznymi modelami miłości i szczęścia). Bo choć nie da się wyczuć, kogo, gdzie i kiedy porazi strzałą ten mały drań Amor, skutki jego działań są już dużo łatwiejsze do przewidzenia. Zakochanie, miłość, ślub, rodzicielstwo – to jeden z kilku schematów, według których przebiega nasze miłosne życie. A matematycy kochają schematy. I potrafią zrobić z nimi prawdziwe cuda.

Mózg elektronowy

– Matematyka może zaproponować nowy sposób spojrzenia na niemal wszystko – przekonywała uczestników konferencji TED na Binghamton University w Nowym Jorku Hannah Fry. Płomiennie rudowłosa i uroczo zaróżowiona przypominała bardziej irlandzkiego elfa z ciętym poczuciem humoru niż poważną brytyjską matematyczkę: – Chyba wszyscy się zgodzimy, że matematycy są znani z trafnego doboru partnerów. Nie tylko dzięki naszym wspaniałym osobowościom, wyjątkowym umiejętnościom konwersacji oraz schludnym piórnikom. Zawdzięczamy to również ogromnej ilości obliczeń wykonanych w poszukiwaniu sposobu na znalezienie idealnego partnera. W brawurowym wykładzie (ponad 5 mln wyświetleń) Fry zaprezentowała matematyczne wskazówki mogące ułatwić XXI-wieczne poszukiwania drugiej połówki, statystycznie najczęściej odbywające się przez Internet. Bazowała m.in. na badaniach twórców kultowego portalu randkowego OkCupid (założonego przez… matematyków, którzy przez blisko dekadę szukali schematów, według jakich działali randkowicze w sieci). Fry przekonywała, że szansę na wymarzoną miłosną interakcję ma każdy, bo najbardziej popularni nie są wcale ci superatrakcyjni (co udowodniła stosownym działaniem). Wyjaśniła też, że z matematycznego punktu widzenia nie powinniśmy wiązać się z pierwszą osobą, która się nami zainteresuje, ale też lepiej nie zwlekać zbyt długo z wyborem partnera. Posługując się metodą optymalnego punktowania: jeśli zaczynamy randkować w wieku 15 lat i chcemy wziąć ślub około 35. roku życia, przez pierwszy okres (stanowiący 37 proc. czasu randkowania) powinniśmy odrzucić wszystkich kandydatów, a potem wybrać pierwszą osobę, która wydaje się lepsza od poprzedników. – Matematyka udowadnia, że takie postępowanie maksymalizuje szanse na znalezienie idealnego partnera – twierdzi Hannah Fry. I zaraz dodaje, że całe wyliczenie bierze w łeb, jeśli trafimy na Pana Idealnego podczas pierwszych 37 proc. czasu. Nie jest to więc stuprocentowo pewna, ale za to statystycznie dająca najlepsze rezultaty metoda. Najważniejsze jednak, że stosujemy się do niej nieświadomie, randkując ostro koło dwudziestki, a szukając życiowego partnera, gdy zbliżamy się do trzydziestki. To według Fry, która jest również autorką książki „Matematyka miłości”, potwierdza zasadność użycia równań i algorytmów w służbie uczuć. – To dowód, że nasze mózgi są zawczasu skonstruowane tak, by działać według matematycznych schematów.

https://www.ted.com/talks/hannah_fry_the_mathematics_of_love?utm_campaign=tedspread&utm_medium=referral&utm_source=tedcomshare

Komputerowy model miłości

Dr Urszula Foryś zajmuje się głównie zastosowaniami matematyki w biologii i medycynie. I podobnie jak Hannah Fry uważa, że matematyka to wszechstronne narzędzie, które może pomóc nam niemal w każdej dziedzinie życia. Od leczenia nowotworów po miłość. – Nauki przyrodnicze i społeczne są wciąż empiryczne. Jeśli czegoś nie zobaczymy w doświadczeniu, to nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy może się zdarzyć. Gdy pracujemy nad modelowaniem dynamiki terapii nowotworów, sprawdzamy m.in., jak łączyć terapie, kiedy i jak wprowadzać leczenie niestandardowe. Eksperymentalista nie jest w stanie sprawdzić wszystkich możliwych kombinacji, a co dopiero zbadać ich w praktyce, bo przecież musiałby eksperymentować na ludziach. My robimy to w komputerach – tłumaczy.  Kilka lat temu, zainspirowana m.in. pracami Stevena Strogatza, postanowiła również swoim studentom zadać miłosne równania. Wybór padł na stworzenie matematycznego modelu związku romantycznego, który pozwoli prognozować, czy dana relacja przetrwa, czy się rozpadnie – z uwzględnieniem tego, jak rzutują przeżycia jednego z partnerów na reakcje drugiego, czyli tzw. zjawisko opóźnienia. Okazało się, że może mieć ono spore znaczenie dla przyszłości kochanków. – Poprzez modelowanie matematyczne możemy opisać każdy proces, który nas interesuje. Na przykład relację między dwojgiem ludzi i jej możliwe wyniki – tłumaczy dr Foryś. – W modelu możemy jednemu partnerowi zmienić jakąś cechę – uznając, że popracuje z psychologiem nad jej zmianą – i zobaczyć, jaki będzie miało to wpływ na cały związek. Wyliczymy, czy warto pracować nad zmianą tej cechy, bo co, jeśli lepiej skupić się na innej? Możemy zbadać efekty wszystkich możliwych zmian i wybrać najlepszą strategię. Polskim matematykom przyszło do głowy stworzenie serwisu internetowego, w którym na podstawie badania zachowań partnerów można oszacować, jakie reakcje będą dla związku optymalne: – Moglibyśmy informować partnerów, które z nich powinno być bardziej refleksyjne, a które musi reagować szybciej. Serwis miałby służyć tym związkom, którym grozi rozpad. Niestety, pozostaje tylko bytem teoretycznym, bo nie udało się zdobyć grantu na dalsze prace. Na razie polscy zakochani nie będą więc mieli osobistego pożytku z prac matematyków. – Jeśli chcemy przekładać wyniki modelowania matematycznego na rzeczywistość konkretnej pary, zmienne używane w równaniach muszą być zmierzone. I tu matematyk potrzebuje psychologa, który pomoże mu zmierzyć i usystematyzować ludzkie reakcje – mówi dr Foryś.

Równania przeciw rozwodom

Jak dotąd jedynym psychologiem, który przeprowadził badania ilościowe i we współpracy z matematykiem przełożył równania na konkretne porady dla par, jest amerykański terapeuta John Gottman. Od ponad 30 lat prowadzi Instytut Badania Związków, instytucję, która zaprzęgła matematykę do walki z plagą rozwodów (w USA rozstaje się co drugie małżeństwo). Jak wspomina w książce „Principia Amoris. The New Science of Love”, opisującej matematyczne reguły życia uczuciowego, Gottman w młodości sam nie miał szczęścia w miłości. Zaczął więc badać małżeństwa w nadziei, że znajdzie w ich zachowaniach złoty wzór na to, jak żyć długo i szczęśliwie (chyba mu się udało, bo dr Julie Schwartz Gottman, którą poślubił ponad 30 lat temu, nazywa „swoim klejnotem, genialną i przepiękną żoną”. Trzecią, jeśli mamy być skrupulatni). Wraz z Robertem Levensonem, najlepszym przyjacielem i podobnym miłosnym nieudacznikiem, przebadał setki par, nie tylko przysłuchując się ich rozmowom, lecz także nagrywając je, monitorując badanym tętno, ciśnienie krwi, przewodnictwo skóry, mimikę. Odkryli, że najważniejszym wskaźnikiem rozwodu jest nastawienie partnerów w rozmowie: negatywne – zwiększało ryzyko rozstania aż o 90 proc. Ale w odkryciu, jak i dlaczego pary wpadają w spiralę negatywnej energii, pomógł im dopiero matematyk James Murray. Stworzył równania rozpisujące szanse na to, jakie nastawienie w następnej rozmowie będą mieli małżonkowie, biorąc pod uwagę takie zmienne, jak ich nastrój (gdy są sami i kiedy przebywają z partnerem) i to, jak wpływa na nich osoba współmałżonka.

Dziś pary stojące na krawędzi są w instytucie Gottmana badane jak kosmonauci przed startem. Ich emocje, kodowane za pomocą systemu liczb, są przepuszczane przez skomplikowany wzór matematyczny, w wyniku czego powstaje unikalny wzorzec interakcji pary, „DNA małżeństwa”. Wystawiana na jego podstawie prognoza trwałości związku sprawdza się z dokładnością do 94 procent! Gottman chwali się oszałamiającymi wynikami – aż 70 procent par, które wprowadziły w życie otrzymane w jego instytucie zalecenia, zawraca znad rozwodowej przepaści i żyje dalej długo i szczęśliwie. Okazuje się więc, że matematyka może naprawdę pomóc miłości. Jak mówiła Hannah Fry: – Równania i symbole mają głos, który wyraża ogromny urodzaj natury i oszałamiającą prostotę w schematach, które kręcą się, zaginają i ewoluują wokół nas. I opisują wszystko, od sposobu, w jaki działa świat, po nasze zachowanie. Już Galileusz uważał matematykę za alfabet, za pomocą którego Bóg opisał wszechświat. Być może, by miłość trwała, nie wystarczy kochać, ale trzeba też jasno i logicznie myśleć. I dostrzegać schematy i równania nie tylko w książkach, lecz także we wszystkim, co nas otacza. Zwłaszcza w naszych związkach.

  1. Psychologia

Rozumienie zamiast zrozumienia

Rozumienie polega na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. (Fot. Getty Images)
Rozumienie polega na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. (Fot. Getty Images)
Porozumienie jest raczej cudem niż realnością. Dlatego proponuję inny cel: rozumienie. Jeśli ono zakiełkuje, pojawia się szansa na poprawę relacji – mówi filozof, profesor Leszek Koczanowicz z Uniwersytetu SWPS.   

Różnimy się, ale żyjemy razem, więc powinniśmy się jakoś dogadać. Dlaczego nie potrafimy?
Chcę powiedzieć jasno, że nie za bardzo wierzę w pełne porozumienie. Ono jest raczej cudem niż realnością. Normalnym stanem, co potwierdza literatura, psychologia, socjologia, wydaje się raczej konflikt, ścieranie się interesów. Porozumienie jest niemożliwe z jednego powodu – dlatego że i tak wszystko odnosimy do siebie, że nie jesteśmy w stanie z siebie zrezygnować. Już Jezus w słynnym kazaniu na górze Synaj powiedział: kochaj bliźniego jak siebie samego, a nie: kochaj siebie samego jak bliźniego swego. Zakładał zatem, że każdy z nas jest w naturalny sposób egocentryczny.

Ale od czego mamy rozum?
Politolodzy zauważają zgodnie, że przekonania polityczne nie są racjonalne. Ludzie mogą, oczywiście, przedstawiać takie czy inne argumenty, ale one tak naprawdę mało kogo przekonują. To znaczy: te argumenty są potwierdzeniem albo też radykalnym zaprzeczeniem tego, co ludzie już i tak z góry wiedzą, do czego są przekonani. Podobnie jest w życiu małżeńskim, co potwierdzają psychoterapeuci zajmujący się terapią par. Otóż okazuje się, że ludzie kierują się bardzo mocno schematami życiowymi, w psychologii nazywa się je skryptami albo utrwalonymi postawami. I w zasadzie bardzo trudno jest je przełamać, być może nawet to niemożliwe.

To brzmi strasznie pesymistycznie.
Raczej realistycznie. Zaproponowałem politykom, ale ta propozycja może odnosić się do ludzi w ogóle, żeby przyjęli inny cel: rozumienie, a nie porozumienie. Moim zdaniem najważniejsze jest to, żeby spróbować zrozumieć drugą stronę mimo dzielących nas różnic, czasem bardzo głębokich.

Na czym to rozumienie ma polegać?
Na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. My się nie musimy z tym zgadzać, powinniśmy jednak dopuścić to do siebie. Do takiej koncepcji zainspirowały mnie rozmowy z ludźmi, między innymi z moją żoną, która opowiedziała mi o tym, jak była zszokowana, kiedy jako młoda dziewczyna usłyszała od koleżanki:  „Rozumiem cię, ale tego nie akceptuję”. Mojej żonie wydawało się, że jak się kogoś rozumie, to znaczy, że trzeba to zaakceptować. Ale nie na tym polega rozumienie. Ważne jest, po pierwsze, samo otwarcie się, chęć wejścia w dialog, słuchanie drugiej osoby. To już jest wyraźne przełamanie, bo oznacza wyjście poza samego siebie, próbę umieszczenia w sobie kogoś innego. Po drugie, to nigdy nie jest proces bez konsekwencji. Przyjmując argumenty kogoś innego, otwierając się na inne racje, trochę także zmieniamy siebie. Ale na ogół nie jest to radykalna zmiana, choć, oczywiście, i takie się zdarzają, gdy na przykład ludzie nagle się na coś nawracają, co psychologowie nazywają konwersją. Generalnie jednak takie otwarcie się na drugą osobę, jeżeli ten proces jest niezakłócony, ma charakter spirali, to znaczy raz mówi interlokutor, a my słuchamy, a potem odwrotnie. No i jeżeli obydwie strony zaakceptują ten proces, to można go ciągnąć właściwie w nieskończoność.

Załóżmy nawet, że wzajemnie się rozumiemy, nikt jednak nie ma zamiaru ustąpić. Co dalej?
Z punktu widzenia mojej koncepcji jedno rozwiązanie jest takie, że ktoś po prostu narzuci swoje zdanie, a inni się mu podporządkują. Jedni chętnie, inni niechętnie. W większości przypadków jest to wygodne. Drugie wyjście, bardziej optymistyczne, polega na tym, że wszyscy nawzajem zaczynają rozumieć swoje postawy, że się zastanawiają: „Dla niego to niesłychanie ważne, a czy dla mnie również?”. Mechanizm takiego rozumienia, które nazywam za rosyjskim filozofem Michaiłem Bachtinem refleksyjnym, wydaje mi się kluczowy w relacjach międzyludzkich.

Bać się różnorodności?
Zdecydowanie nie, to cecha demokracji. Jedność natomiast jest cechą systemów totalitarnych. Demokracja to ciężki system do życia, bo nic nie jest z góry określone. Dlatego po jakimś czasie dochodzi do głosu mechanizm zmęczenia różnorodnością, tęsknota za porządkiem, twardą ręką. Jak wynika z badań socjologicznych, postawy niedemokratyczne wielu Polaków wynikają właśnie ze zmęczenia różnorodnością. Jedna z moich doktorantek trafnie określiła demokrację jako system neurotyczny, bo wymaga od nas akceptacji punktów widzenia absolutnie nam obcych. W systemie totalitarnym wszyscy mówią tym samym głosem, co najwyżej narzekają po kątach. No, ale wiemy, że systemy totalitarne się nie sprawdzają.

Także te domowe.
Oczywiście. Do czego bowiem doprowadza narzucona jedność? Do unieszczęśliwienia rodziny albo do jej rozpadu. Poszanowanie różnorodności jest po prostu zdrowsze. I wzbogaca obie strony. Jeżeli kobieta ustępuje mężowi z miłości, bo na przykład rozumie, że on tak został wychowany, to on to doceni, a potem też będzie starał się ją zrozumieć, a wtedy z kolei ona to doceni. Tu nie chodzi o wymianę, ale o samo rozumienie drugiej strony. Jeśli ono zakiełkuje, to życie małżeńskie, społeczne, polityczne ma szansę rozkwitnąć.

Leszek Koczanowicz profesor doktor habilitowany, filozof z Wydziału Zamiejscowego Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu. Zajmuje się filozofią współczesną, teorią polityczną, filozofią polityczną, a także metodologią nauk społecznych. Wykładał na Uniwersytecie w Buffalo i na Columbia University w Nowym Jorku. Autor m.in. książki „Wspólnota i emancypacje: spór o społeczeństwo postkonwencjonalne”. Laureat konkursu „Mistrz” Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.