Odlot bez powrotu, czyli czy podkręcanie doznań w sypialni rujnuje seksualność?

Z potrzebą nieustannego zwiększania doznań wiążą się seksualne maratony, połączone z przyjmowaniem narkotyków, które określa się mianem chemsexu.

Choć łączenie seksu i substancji odurzających znane i praktykowane jest od starożytności, to dopiero współczesne czasy uczyniły z narkotyków rekwizyt erotyczny. Dla wielu dopalacze to nowoczesne afrodyzjaki. Podkręcają doznania w sypialni czy raczej rujnują seksualność?

Dopalacze to potoczna nazwa substancji psychoaktywnych, działających na ośrodkowy układ nerwowy. Ich poetyckie nazwy (takie jak Cząstka Boga Rama czy Czereśniowy Dym) odwracają uwagę od faktu, że dopalacze nie są bezkarnym dodatkiem do dobrej zabawy. Już w samym słowie „dopalacz” jest zresztą coś niepoważnego i niegroźnego – zupełnie jakbyśmy kupowali napój energetyczny.

– To może sugerować, że sięganie po dopalacze jest mniej groźne niż zażywanie innych narkotyków, picie alkoholu czy palenie papierosów – mówi psycholog Radosław Krąpiec ze Smart Life Clinic. Jego zdaniem wszystkie substancje psychoaktywne, nawet jeśli to „tylko” dopalacze, powinniśmy nazywać narkotykami.

Ukryte pragnienia

Motywy sięgania po dopalacze mogą być różne, od chęci poeksperymentowania po ucieczkę od rzeczywistości, ale znacząco rośnie liczba osób, które zażywają je po to, by zwiększyć doznania seksualne i dodać sobie odwagi w realizacji nietypowych fantazji.

Substancje odurzające sprawiają, że wyłącza się potrzeba kontroli, nie czujemy skrępowania, śmielej decydujemy się na rzeczy, które na trzeźwo, z różnych powodów, byłyby dla nas trudne, choćby BDSM czy stosunek z osobą tej samej płci.

– Moi pacjenci mówią, że dzięki dopalaczom stają się bardziej wyzwoleni w seksie – potwierdza Radosław Krąpiec. Ukryte pragnienia bywają tak głęboko zawstydzające, że po fakcie, gdy już wytrzeźwiejemy, wywołują poczucie winy, które przytłumić może jedynie sięgnięcie po kolejną odurzającą substancję – i tak powstaje błędne koło kompulsji. Całkowite wyzbycie się kontroli sprzyja też ryzykownym zachowaniom seksualnym, choćby stosunkowi bez prezerwatywy.

Kolejną, choć często połączoną z poprzednią kwestią jest chęć zintensyfikowania doznań. Orgazm po narkotykach może być kosmicznym doświadczeniem. Może, ale nie musi. Wiele substancji wręcz utrudnia jego osiągnięcie. Czasem taki zresztą jest cel, bo opóźnienie wytrysku może pozwolić na wielogodzinny seksualny maraton, który byłby zwyczajnie niemożliwy w warunkach na trzeźwo. Jednocześnie w takiej sytuacji rodzi się ryzyko zarażenia HIV oraz chorobami przenoszonymi drogą płciową, a na te – z racji fizjologii – bardziej narażone są kobiety. U mężczyzn dopalacze nierzadko powodują zaburzenia erekcji, skłaniając ich do sięgnięcia po środki zwiększające potencję. Nie każdy ma świadomość, jak bardzo taki miks substancji może być dla organizmu obciążający (a czasem wręcz śmiertelny!).

Wstęp do chemseksu

Z potrzebą nieustannego zwiększania doznań (a czasem wręcz uzależnieniem od seksu) wiążą się seksualne maratony, połączone z przyjmowaniem narkotyków, które określa się mianem chem-sexu. Od czasów głośnego filmu „Chemsex” z 2015 roku o tym zjawisku mówi się coraz głośniej. Choć początkowo utożsamiano je głównie ze środowiskiem gejowskim i kilkudniowymi seksualnymi orgiami, coraz częściej zdarza się, że na chemsex decyduje się ludzie znudzeni monotonią swoich związków i życia intymnego. Czasem są to pary, czasem single decydujący się na jednorazowy seks. Czy to rzeczywiście najlepszy sposób na jego urozmaicenie?

Skoro nawet pozornie niewinna marihuana, która sto razy wprowadzała kogoś w dobry nastrój, za sto pierwszym może doprowadzić do ataku paniki – trudno się dziwić, że bardziej skomplikowane w składzie substancje brane w celach seksualnych mogą również dobrze wywołać działania niepożądane.

Na przykład stosowane podczas chemsexu GHB, czyli kwas 4-hydroksybutanowy, niesie wzrost popędu seksualnego i rozluźnienie, jednak w zbyt dużych dawkach może powodować utratę świadomości, a wręcz amnezję. Alkohol maskuje jego smak, więc w klubach bywa dodawany do drinka i wykorzystywany jako substancja ułatwiająca gwałt na osobie, która go nieświadomie wypiła – stąd potoczna nazwa „pigułka gwałtu”.

Inny specyfik – poppers, czyli najczęściej roztwór azotanu amylu, którego opary się wdycha, krótkotrwale rozszerza naczynia krwionośne, prowadząc do uczucia rozluźnienia. Przyjęty tuż przed orgazmem zintensyfikuje go. Powoduje także rozluźnienie mięśni gładkich, w tym odbytu, co sprawia, że jest używany jako preludium do stosunku analnego. W połączeniu ze środkami na potencję może jednak powodować utratę przyjemności, a nawet śmierć.

Z kolei wszelkie substancje pobudzające, np. amfetamina czy mefedron, zwiększają ochotę na seks, ale często jednocześnie uniemożliwiają, a co najmniej opóźniają orgazm. Wreszcie jest kwestia substancji tak silnie oddziałujących na receptory przyjemności, że w wyniku ich stosowania seks na trzeźwo przestaje dawać satysfakcję.

Co się za tym kryje?

– Od 2013 roku w Polsce stale i szybko rośnie liczba osób decydujących się na chemsex – przyznaje Radosław Krąpiec. – Uprawiają go głównie mężczyźni, choć nie tylko. Pracuję również z kobietami, dla których taki styl życia w pewnym momencie stał się problemem- dodaje ekspert.

– Zaryzykowałbym stwierdzenie, że najważniejszym krokiem bez którego nie ma szans na uzdrowienie, jest uświadomienie sobie, że z czymś się źle czujemy i samodzielnie nie dajemy sobie z tym rady. Wspólnie ze specjalistą możemy nie tylko dokopać się do motywów naszych zachowań, ale też zrozumieć, że ujawniające się po substancjach psychoaktywnych potrzeby jesteśmy w stanie realizować bez nich, w zdrowy, niekrzywdzący nas sposób – tłumaczy Radosław Krąpiec.

Bardzo często okazuje się, że na głębszym poziomie chodzi nam na przykład o potrzebę bycia zauważonym i docenionym, a chemsex daje obietnicę bycia obiektem pożądania co najmniej kilku adoratorów. Czasem jest to najzwyklejsza potrzeba bliskości, przed którą, z racji osobistych uwarunkowań, do tej pory uciekaliśmy. Bywa, że tylko w ten sposób jesteśmy w stanie zagłuszyć samotność. – Gdy to odkryjemy, możemy razem z terapeutą przepracować krzywdzące nas wzorce zachowań, pamiętając przy tym, że będzie to wymagało czasu i cierpliwości – dodaje ekspert.

 

Radosław Krąpiec – psycholog, terapeuta, nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim