fbpx

Stereotypy relacyjne (1)-wywiad z psychoterapeutą Michałem Dudą

Relacje_kobieta_mezczyzna
123rf.com

Stereotypy nie zmuszają do rozwoju, nie stawiają na progach, nie dotyczą tego, jaki ja powinienem być, raczej tego jaka powinna być żona, co powinien robić mąż.
Aleksandra Nowakowska: Z perspektywy gabinetu terapeutycznego chyba widać, że na temat relacji posiadamy pewną wiedzę, która nam szkodzi. Są to stereotypy.

Michał Duda: Stereotypy należą do sfery mitu. To taki mit uproszczony, spłaszczony. Z pewnością nie należy brać stereotypów dosłownie, ale nie znaczy to, że nie ma w nich ziarna prawdy. Niestety, często stereotypy stają się narzędziem manipulacji. Wspierają uprzedzenia, interesy jednej ze stron. Pozwalają wymagać rozwoju lub zmiany od kogoś, unikając spojrzenia na siebie. Jest mnóstwo przekonań na temat relacji, według których ludzie żyją, uważają za normę i stosują wobec siebie, a częściej wobec innych. Myślę, że stereotypy są wygodne. Podtrzymują ten wzorzec relacji, którego chcemy i szukamy. Popierają naszą wizję relacji, związek ma przecież spełniać oczekiwania. Stereotypy nie zmuszają do rozwoju, nie stawiają na progach, nie dotyczą tego, jaki ja powinienem być, raczej tego jaka powinna być żona, co powinien robić mąż.

Mamy na ten temat sztywne przekonania, utarte schematy.

Tak. Jest na przykład bardzo utarty schemat myślowy, że w związku mężczyzna nie może mieć zbyt silnej relacji z matką, tylko raczej z żoną. Świetny stereotyp. Zresztą moim zdaniem to całkiem mądry pomysł. Problem polega na tym, że w drugą stronę on już nie jest taki oczywisty – to znaczy, że kobieta nie powinna mieć zbyt silnej relacji z ojcem, tylko powinna być raczej z mężem.

Rzeczywiście, na to się mniej zwraca uwagę.

ZAMÓW

E-WYDANIE

No właśnie. Dlatego mówię o wybiórczym stosowaniu, bo drugi pogląd jest równie słuszny. Przekonanie o złym wpływie zbyt bliskich relacji z rodzicem na związek z partnerem sprawdza się w obu przypadkach. Jednak najczęściej nie zajmujemy się stereotypem na własny temat. Zazwyczaj jest tak, że kobieta intensywnie reaguje i mocno pilnuje, żeby jej mężczyzna za blisko z mamusią nie był i jednocześnie chroni, pielęgnuje swój związek z ojcem lub matką.

I pojawiają się kłopoty, bo mężczyzna nagle znajduje się w trudnej sytuacji między dwiema ważnymi dla siebie kobietami.

Tak, są duże oczekiwania. Oczywiście, on ma tutaj swoje do zrobienia i to dla niego jest dobre, żeby się od tej mamusi jednak oderwać i zacząć tworzyć związek ze swoją żoną. Ciśnienie, jakie jest tworzone wokół tego przez żonę, może mieć dwa podłoża. Jedno takie – chcę mieć męża i z nim być, i razem tworzyć rodzinę. I drugie – chcę mojego męża dołączyć do rodziny mojego taty. Chcę go wcielić w szeregi rodziny, którą tata zarządza, ja jestem jego oczkiem w głowie, matka jest trochę na marginesie, a mój mąż ma się w tym wszystkim jakoś znaleźć. Ta motywacja, żeby wyrwać męża z rodziny pochodzenia, mniej służy relacji. Jeśli kobieta działa z tego miejsca, mąż temu jakoś mniej ufa.

Inaczej to wygląda, jeśli przyjęta zostaje postawa – ok, rozstałam się ze swoim gniazdem, chciałabym żebyś ty też się rozstał ze swoim i żebyśmy stworzyli razem nasze gniazdo. Wtedy nie mamy do czynienia z podstępem, żeby go wcielić do swojej rzeczywistości. Wtedy też mężczyzna inaczej to czuje i inaczej reaguje. Podobnie jest w drugą stronę, kiedy chłopak chce, żeby jego dziewczyna dołączyła do jego mamy. To są dosyć powszechne przekonania, zwłaszcza w początkowych fazach bycia w związku czy małżeństwa. Dochodzi wówczas do konfliktów wokół tego, u kogo spędzamy święta, dokąd jedziemy na wakacje. A jest to związane z nową tożsamością rodziny, która musi się określić.

W poprzedniej rozmowie o prawdzie w relacjach mówiliśmy, że kiedy się rozwijamy i zmieniamy, zaczynają nas interesować inne relacje. Wiąże się to z tym, że często trzeba się rozstać. A rozstania są trudne, bo stereotypowo postrzegane są jako zło.

Jest sporo przyczyn takiego stanu rzeczy. Zwykle łatwiej się rozstawać z tym, co było złe, trochę trudniej z tym, co było dobre. Łatwo jest powiedzieć – mam dosyć tego i tego, i z ulgą to złe pozostawić, wychodząc z relacji. Później okazuje się, że już nigdy nie pójdziemy nad morzem na spacer, nie będziemy trzymać się za ręce albo już nigdy nikt nie będzie tak na mnie patrzył i że tego nam brakuje. Zwykle jak się ludzie rozstają, szybko przechodzą przez fazę numer jeden, a kiedy zaczyna się faza numer dwa, zaczynają się też problemy: wahania, tęsknoty, powroty, znowu rozstania… sprawa rozciąga się w czasie. Trudna jest też kwestia wzięcia odpowiedzialności za rozstanie. Chętnie delegujemy ją na drugą stronę. Możemy „z bólem” zaproponować rozstanie, ale zazwyczaj uważamy, że nie jest to z naszej winy. Są też ludzie, którzy biorą wszystko na siebie, zrzekają się wspólnych dóbr, bo chcą mieć kontrolę nad tym procesem i nie chcą być odrzuceni. Myślę jednak, że po wszystkim, jak się nad tym zastanawiają, czują, że zostali skrzywdzeni.

Po co jest nam ta wina przy rozstaniach?

Temat winy jest jakoś nieodłączny, gdy myślimy o rozstaniu. O ile lubimy, żeby związek powstał troszeczkę z woli bożej, o tyle rozstania zwykle same się nie stają. Ktoś coś musiał popsuć, żeby to przestało funkcjonować. Rzadko ludzie mówią – było, skończyło się i ja się z tym godzę. Częściej albo sami poczuwają się do winy, albo myślą, że ta druga osoba nie spełniła oczekiwań, albo robiła coś, co jest przeciwko tej relacji. Kwestia ta jest dokładnie „wałkowana” z przyjaciółmi, widać to także przy sprawach rozwodowych.

Wina jest nam potrzebna, żeby się rozstać.

Rozstawanie się nie ma dobrego public relations. Zawsze zakończenie związku jest dużym przeżyciem. Trzeba je jakoś uzasadnić, jakoś sobie wytłumaczyć. Stereotyp winy bardzo się tu przydaje, bo upraszcza sprawę i daje prostą, wygodną i wiarygodną odpowiedź – zamiast zrozumienia i świadomości co się właściwie stało.

Jak to wszystko uprościć? Z jednej strony nasz wewnętrzny rozwój popycha nas do innych relacji, a z drugiej – są przecież ludzie, którzy żyją w jednym związku przez dziesięciolecia. Czy oni są stworzeni do monogamii, czy oni tak żyją, bo rozstanie jest dla nich zbyt trudne?

Myślę, że ten temat wykracza poza psychologię, dotyczy pewnego rodzaju wzorców społecznych, kulturowych, religijnych. Rozstanie nie jest tylko indywidualną, osobistą decyzją, zwłaszcza jeśli chodzi o małżeństwa. Zawiera się je publicznie, w kontekście społecznym i tak też się je kończy. W zależności, w jakim kręgu kulturowym żyjemy, rozstanie jest mniej lub bardziej możliwe. Małżeństwo związane jest z wizją rodziny, ze społeczną funkcją, jaką ona pełni. Z tego miejsca nie ma akceptacji dla łatwego zmieniania partnerów. Są uzasadnienia społeczne, ale są też i psychiczne. Jeśli na przykład w związek z mężczyzną kobieta ucieka przed dominującą matką, to od tego faceta łatwo nie odejdzie. Z takiego związku trudno wyjść, bo zanim to nastąpi coś innego musi przejąć funkcję buforu, ochrony przed matką albo musi zniknąć źródło dyskomfortu czy zagrożenia. Oczywiście można też rozwiązać realną relację z rodzicem, a to zwykle wydaje się wielu ludziom ponad ich siły, chociaż nie jest niemożliwe.

Dlaczego rozstania cały czas są „złe”?

Rozwód był „zły” do lat 60-tych, potem zaczęło się to chwiać, a teraz co druga para się rozwodzi, robi się to normalniejsze. Kultura rozwija się w taką stronę, że jest mniejsze ciśnienie społeczne dookoła rozwodów. Ich ilość wskazuje nie tylko na kondycję relacji i rodziny ale też na to, że ludzie czasem mają po prostu potrzebę, żeby się rozstać, nie przejmując się tak bardzo stereotypem. Często rozstanie jest ucieczką, szantażem, manipulacją, ale czasem jest to najlepsza rzecz jaka może spotkać związek i partnerów, którzy go tworzą.

Inne wywiady z Michałem Dudą:
Stereotypy relacyjne cz. 2
Prawda w relacjach
Ryzyko w związkach

MICHAŁ DUDA – psycholog, psychoterapeuta. Nauczyciel i superwizor w Instytucie Psychologii Procesu. Pracuje w Ośrodku Poza Centrum w Warszawie.

 

 

 

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>