fbpx

Płynę nie zbaczając z kursu

Płynę nie zbaczając z kursu
fot. Iza Grzybowska/MAKATA

 

Nie potrafi prowadzić boeinga,ale przed kamerą jest panią sytuacji. Anita Werner doskonale czuje się w męskim świecie. Niezależna i profesjonalna. Dzięki konserwatywnemu wychowaniu i życiowemu doświadczeniu już wie, co jest ważne, a co ważniejsze.

 

– Ile czasu zajęło pani udowadnianie, że piękna kobieta ma mózg i może być na przykład dziennikarzem?
– (Śmiech) Parę lat. Rzeczywiście zaczynałam od udowadniania. Była grupa, która patrzyła na mnie jak na kandydata na dziennikarza, oraz grupa widząca we mnie tylko byłą modelkę. Na początku nawet mój szef Maciej Sojka był ostrożny i uważnie mi się przyglądał.

– Co najbardziej pomogło?
– Ciężka praca. Do TVN 24 przyszłam bez doświadczenia w telewizji informacyjnej. Wiedziałam, że przede mną są schody i że będę się wspinać powoli, bo jeśli się za szybko biega po schodach, to można się wywrócić. W domu uczono mnie, że wszystko osiąga się wyłącznie dzięki własnej pracy. Nie liczyłam na taryfę ulgową. Wchodząc do nowej firmy, chciałam się uczyć. I robiłam to dla siebie, nie dla kogoś.

– W programach informacyjnych kobiecość jest stonowana. Ubranie jest rodzajem munduru, makijaż subtelny.
– Każdy zawód ma jakiś kod. Gdybym chciała epatować kobiecością, może bym się znalazła w zespole tańca latynoamerykańskiego. Jest mnóstwo miejsc, gdzie kobiety z ekspansywną osobowością czują się doskonale. Każdy ma swoją dyscyplinę. Ja swoją znalazłam w dziennikarstwie informacyjnym.

– Dlaczego zagrała pani w filmie „Słodko-gorzki” Władysława Pasikowskiego?
– Kompletny przypadek i postanowiłam z niego skorzystać. Kiedy się jest w liceum, ma się 17 lat i dostaje propozycję zagrania w filmie, to dlaczego nie?

– Jak pani na to dziś patrzy? Z uśmiechem pobłażania?
– Jak na przygodę. Nawet jeśli ten etap jest już dawno zamknięty, to wspaniale go wspominam. Nie ma nic wspólnego z tym, co robię teraz, ale to kawałek mojego życia.

– Nie drzemało w pani choć trochę pasji aktorskiej?
– Zupełnie nie.

– A jakieś inne artystyczne ścieżki? Może chociaż wiersze pani pisała?
– W dzieciństwie. Mama była nimi zachwycona. Gdy byłam nastolatką, pisałam teksty, które oczami wyobraźni widziałam jako słowa piosenek. Kiedyś nawet je wydrukowałam i oprawiłam u introligatora, więc jeden jedyny egzemplarz stoi gdzieś schowany w domu. Nawet nie wiem gdzie. Moją pasją była też muzyka. I śpiew. Skończyłam szkołę muzyczną w klasie fortepianu.

– Nie szkoda pani, osobie o tak szerokich horyzontach, że media zmierzają w stronę sensacji i dramatu, a tak mało promują kulturę?
– Dramatów niestety dostarcza nam życie. Niektóre dni składają się z tego, że ojciec zgwałcił córkę, a matka zamordowała dziecko.

– Codziennie obcuje pani z takimi informacjami. Czy do tragedii można się przyzwyczaić?
– Coś w tym jest, że jesteśmy trochę bardziej znieczuleni niż inni. Oglądamy w pracy dużo okropieństw. Przed emisją często widzimy znacznie więcej niż później widzowie. Ale to znieczulenie polega wyłącznie na pierwszej powierzchownej reakcji. Wewnętrznie, na mnie, na człowieku, okropieństwa zawsze robią wrażenie.

– A zdarzyło się pani w trakcie programu przeżyć załamanie od nadmiaru tragedii?
– Najbardziej traumatycznym momentem był dla mnie dramat w szkole w Biesłanie, który relacjonowałam na żywo. Dziennikarz relacjonujący wydarzenia w takich sytuacjach jest jak sito, przez które przelatują informacje, ale musi też wziąć widza za rękę i przez to przeprowadzić. Jest przewodnikiem, a przewodnik musi być opanowany, rzeczowy, konkretny. Tymczasem ja patrzyłam na to, co się dzieje, i czułam, że nie jestem w stanie tego ogarnąć, bo jestem tylko człowiekiem. Uniform, w który byłam wówczas wsadzona, po prostu pękał, łamał mi się głos. Pamiętam, gdy Wiktor Bater, który był na miejscu tragedii, wpadł w jakieś zamieszanie i widziałam go na zdjęciach na żywo niesionego przez służby specjalne. Tam się działa historia, która wydawała się nieprawdopodobna.

– Ile czasu trzeba, żeby dojść do siebie?
– Po kilku godzinach relacji poszłam zmyć makijaż i się poryczałam. Puściły mi wszystkie szwy. To reakcje, które są poza człowiekiem. Choć wykonujemy swoją pracę, to cały czas jesteśmy tylko ludźmi. Możemy się na coś nie godzić, coś nas może bulwersować, przerażać, w coś nie jesteśmy w stanie uwierzyć. Ale to jest świat, w którym żyjemy i który opisujemy. Cały czas ten świat nas dziwi.

– Prowadzi pani rozmowy z osobami, z których poglądami często się nie zgadza. Jak wówczas opanować zdenerwowanie?
– Nie ma miejsca na żadne moje emocje, bo zdenerwowanie byłoby osobiste, czyli nieprofesjonalne. Ja mam tam inne zadanie. Jeśli ktoś kłamie, powinnam sprawić, żeby wyszło to na jaw, a jeżeli mówi bzdury, muszę to udowodnić. Mam dosyć spokojną naturę, trudno by było wyprowadzić mnie z równowagi. Dociekam i drążę, zadając pytania, ale nie jestem pit bullem, który sprowokowany zagryza na śmierć w afekcie.

– Towarzyszy pani czasem podczas programu na żywo stres?
– Mogę być zestresowana wyzwaniem w postaci trudnego rozmówcy, ale nie z powodu programu na żywo. Zestresowana byłabym, gdybym miała prowadzić boeinga 737, bo tego nie umiem robić.

– Od początku miała pani pewność siebie, świadomość, gdzie i jak spojrzeć?
– Gdyby pani zobaczyła demo z początków mojej pracy, to obie parsknęłybyśmy śmiechem. Kiedyś miałam wyższy ton głosu. Nie wiedziałam, jak się nim posługiwać. Reakcje przed kamerą też miałam inne. Luz wynika z pewności siebie, a to przychodzi z czasem.

– A może stała się pani po prostu dojrzalsza i bardziej stonowana?
– Z pewnością. Podobno kobieta po trzydziestce się zmienia, a to jest rok moich 30. urodzin, więc mogę potwierdzić: sporo w tym prawdy, że przechodzimy metamorfozę.

– Co jest w niej najprzyjemniejsze?
– Ciężko mi o tym mówić, bo w tym roku zmarła moja mama, a żegnałam ją właśnie w dniu moich 30. urodzin. To nabrało zupełnie innego wymiaru. Ale rzeczywiście czuję się bardziej świadoma siebie, swoich potrzeb. Z drugiej strony zawsze byłam bardzo samodzielna, zaradna i życiowo niezależna.

– Dzięki rodzicom?
– Myślę, że niezależność wynikała z konserwatywnego wychowania. To pomaga płynąć, nie zbaczając z kursu. Wcześnie zaczęłam obracać się w środowisku osób sporo ode mnie starszych. Zorientowałam się, że rówieśnicy nie są dla mnie partnerami do rozmowy. Nie interesowały mnie imprezy, na których się rozrabiało. Wolałam się spotkać, pogadać, potańczyć, ale w innej atmosferze. Dom rodzinny miał w tym duży udział. Wychowanie dało mi kręgosłup, stałą listę zasad. Może to staroświeckie, ale ważne. Przychodzi mi do głowy tytuł książki prof. Bartoszewskiego „Warto być przyzwoitym”. Skrupulatnie wybieram osoby, które należą do grona moich przyjaciół.

– Wszystko według planu?
– „Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach”. Gdybym przypadkiem nie znalazła „Gazety Wyborczej” z ogłoszeniem o naborze do TVN 24, pewnie byłabym w zupełnie innym miejscu. Ktoś tam na górze całkiem nieźle to układa. Otwiera nam furtki. Niektóre przymyka, jeszcze inne uchyla, a my tak jak w grze planszowej poruszamy się po różnych uliczkach. Poczułam to, kiedy kilka lat temu miałam wypadek samochodowy w Austrii. Byłam pasażerem, trzymałam mapę na kolanach i przegapiłam zjazd z autostrady. Musieliśmy zawrócić, minęło trochę czasu i kiedy wjechaliśmy w nasz zjazd, zza zakrętu wjechała w nas czołowo jakaś kobieta. Gdybyśmy nie przegapili zjazdu i wjechali tam wcześniej, to nie spotkalibyśmy tej kobiety. Ale istniał jakiś proces, który doprowadził nas do tego momentu. Nic nie dzieje się bez przyczyny i ktoś tam, na górze, jest niezłym scenarzystą.

– Trafiła pani kiedyś w tej grze na mur nie do przebicia?
– Chyba nie. Z wyjątkiem śmierci bliskiej osoby, kiedy człowiek bezradnie staje przed murem. Stoi na tyle długo, że może sobie wiele przypomnieć, przemyśleć, wyciągnąć wnioski.

– Co nadal jest dla pani wyzwaniem?
– Bycie żoną i mamą. Co również łączy się z ciężką pracą.

– Jest pani gotowa?
– Ta ciężka praca automatycznie staje się przyjemnością, gdy jest się z odpowiednią osobą. Jeśli pewnie stoi się nanogach i ma swoją hierarchię wartości, wie się, które rzeczy są ważne, a które ważniejsze, to nie widzę problemu.

– Typ mężczyzny, który wzbudzi zainteresowanie?
– O tym nie chciałabym rozmawiać. Ten, który miał je wzbudzić, już je wzbudził.

– Jak widzi pani partnerstwo w dzisiejszych czasach? Chyba facetom jest coraz trudniej?
– Dlaczego?

Foto: Iza Grzybowska/MAKATA

– Bo kobiety są coraz bardziej samodzielne i niezależne. Zresztą trudno mi wyobrazić sobie panią w sytuacji kobietki „jestem taka mala”…
– Każda kobieta bywa czasami małą dziewczynką, ale zazwyczaj wie o tym tylko osoba najbliższa. I w domu, i w pracy mam takie same cechy, jestem otwarta, potrafię się śmiać i dobrze czuję się z ludźmi. Praca jednak narzuca pewien rygor zachowań, czasem chłodny, rzeczowy. Żeby wyegzekwować konkretną pracę od zespołu, trzeba być czasem ostrym. Natomiast w domu nie napinam mięśni. Nie muszę być permanentnie w świetle reflektorów. Praca w pewnym sensie stawia mnie przed kurtyną, a nie za nią. W domu jest odwrotnie.

– A co z partnerstwem?
– Wszystko zależy od osobowości dwojga ludzi. Gdy odpowiednie osoby na siebie trafią, to żadna definicja nie jest potrzebna, bo najważniejsze jest uczucie. Poza tym szacunek, zaufanie. Ważne jest poczucie spokoju.

– A potrafi się pani przyjaźnić z mężczyznami?
– Tak.

– Czego unikać, żeby nie przeradzało się to we flirt?
– Albo przyjaźń, albo flirt. Zawsze miałam bardzo dużo kumpli. W dzieciństwie biegałam po lesie i grałam z chłopakami w podchody. Do 20. roku życia nie miałam problemu z flirtem, bo wszyscy moi koledzy byli ode mnie niżsi, trochę się mnie bali i traktowali jak kolegę, a nie kobietę. Podchodzili do mnie jak do jeża i taki układ mi odpowiadał. A potem nagle zauważyłam, że coś się obok mnie zmieniło. To, że wówczas nie zbłądziłam, zawdzięczam wpojonym zasadom.

– I nie zakochała się pani w żadnym łobuzie?
– W łobuzie nie, ale kiedyś w łajdackich oczach.

– Dobrze zna pani męski świat. Jest ciekawszy od kobiecego, od tematów krawcowych, kosmetyczek i spa?
– Jest bardziej czarno-biały i prostszy. Mniej czasu się w nim marnuje, przepraszam za wyrażenie, na pierdoły. Można fascynować się kosmetykami albo znaczkami. To nie jest kwestia wartościowania, tylko znalezienia swojego miejsca. Mnie nigdy nie interesowało rozmawianie o kosmetykach, ciuchach i chłopakach.

– Ale zrobiła pani program „Dama pik” poświęcony kobietom w polityce. Rozmawiała pani z tymi z pierwszej ligi światowej. Co mają ze sobą wspólnego?
– Są twarde. Samodzielne. Samowystarczalne. Z dużym poczuciem własnej wartości. Mają w sobie pierwiastek niezniszczalności, nie potrafię tego wytłumaczyć, ale to jest niebywała siła. Nie skupiają się na szczegółach, tylko idą do celu, nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. I cholernie ciężko pracują.

– Co wyniosła pani dla siebie z tych spotkań?
– Sumę tych wszystkich wymienionych cech. Moja najbliższa przyjaciółka Martyna Wojciechowska napisała książkę o swoim wejściu na Mount Everest pod tytułem „Przesunąć horyzont” i to jest idealne określenie. To tylko kwestia przesuwania horyzontu – jak się chce więcej, to można więcej.

Czy dzięki tym spotkaniom swój horyzont też pani przesunęła?
– Na pewno. To było fantastyczne doświadczenie i ogromne przeżycie. Program był prawdziwie autorski, od początku do końca. Był takim moim dzieckiem. Połączyłam wszystkie dotychczasowe umiejętności i zrobiłam kolejny krok do przodu. To mi dało siłę i mogę powiedzieć, że przesunęłam swój zawodowy horyzont.

– Kogo jeszcze chciałaby pani spotkać?
– Jest sporo takich kobiet. I wciąż pojawiają się nowe.

– Bo coraz więcej kobiet trafia na eksponowane stanowiska?
– Tak. Pani minister spraw zagranicznych Izraela być może zostanie premierem, pani minister obrony Hiszpanii wizytowała w ciąży oddziały wojska, kobieta jest ministrem obrony także w Czechach, a we Włoszech była miss Mara Carfagna (przepiękna kobieta i ulubienica moich kolegów z redakcji) jest ministrem do spraw równouprawnienia.

– Co doradziłaby pani kobietom planującym karierę w polityce?
– To samo co wszystkim innym. Warto wyciągać wnioski z doświadczeń i wierzyć w siebie. Ciężko pracować, ale też nie stać się kobietą tylko z żelaza.

– Często mówi się, że za sukcesem mężczyzny stoi mądra kobieta. Ale za sukcesem kobiety niekoniecznie kryje się mężczyzna.
– Zgadzam się. Ale znowu dochodzimy do podziałów, które są niepotrzebne. Faceci w swoich dziedzinach też sami dochodzą na szczyt.

– Co jest najprzyjemniejszym komplementem, bo pewnie sporo ich pani słyszy?
– Niektóre są puste, a w takie się nie wsłuchuję. W sprawach zawodowych niezwykle sobie cenię dobre słowo od osób, które podziwiam. Ale na koniec dnia nie to jest najważniejsze, co ktoś zrobił w pracy, tylko jakim jest człowiekiem. Co z siebie dał innym, czy uśmiechnął się do osoby bliskiej, powiedział jej, że ją kocha, i czy był w domu ze swoją rodziną.

ANITA WERNER ur. w 1978 r. w Łodzi, dziennikarka. Ukończyła szkołę muzyczną w klasie fortepianu. Jest absolwentką filmoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim. Jako 17-latka zagrała w filmie „Słodko-gorzki” (1996) Władysława Pasikowskiego, wystąpiła też w serialu „Zostać miss”. Związana z TVN oraz TVN 24 od początku istnienia stacji. W 2004 roku otrzymała Wiktora w kategorii największe odkrycie telewizyjne.