„(Nie)znajomi”, czyli jak dobrze znasz swojego partnera

Film "(Nie)znajomi" w reżyserii Tadeusza Śliwy można oglądać w kinach od 27 września. (Fot. materiały prasowe)

Bohaterowie filmu „(Nie)znajomi” przyjaźnią się od lat, a jednak kryją przed sobą wiele tajemnic… O sekretach w relacjach i lęku przed ich ujawnieniem – rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: „(Nie)znajomi” to polski remake filmu „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”, jest jeszcze wersja francuska, hiszpańska, koreańska. Kłamstwa i kłamstewka to chleb powszedni naszych związków, więc siła tego scenariusza polega chyba na tym, że widz bez trudu potrafi odnaleźć się w przedstawionej sytuacji.
Grażyna Torbicka: Każdy z nas z taką łatwością utożsamia się z bohaterami, bo podobnie jak oni ukrywamy się za możliwościami, jakie daje nam świat wirtualny. To tam rozgrywają się wszystkie relacje, a telefon komórkowy stał się centrum komunikacji ze światem. Tyle że to nie jest prawdziwy świat. Przecież ci ludzie dobrze się znają, wydawałoby się, że są przyjaciółmi, a jednak zabawa, na którą się decydują, odkrywa kolejne prawdy o ich życiu. Przyjęło się, że do telefonu drugiej osoby nie należy zaglądać. Chyba że mamy na to pozwolenie. I dotyczy to także relacji z partnerem, bo w ten sposób szanujemy jego sferę intymności. A oni godzą się na to, że będą czytać na głos przychodzące do nich w trakcie spotkania SMS-y…

Dlaczego się na to decydują?
Pomysł rzuca kobieta, która ma najmniej do ukrycia, jednak każdy z tych bohaterów ma jakieś wątpliwości i obawy. I rzeczywiście na światło dzienne wychodzą tajemnice, to wywołuje różne zachowania, ujawnia brak tolerancji na pewne sprawy. Okazuje się, że inaczej zachowujemy się pod nieobecność osób, wobec których żywimy jakieś uprzedzenia – wtedy pozwalamy sobie na żartowanie z nich czy wręcz na ataki. Dopiero gdy one są obecne, pokazujemy, jacy jesteśmy tolerancyjni, uważni, wrażliwi.
Zabawa pozwala przyjrzeć się ukazanym w filmie związkom. Na przykład Anna, którą gra Maja Ostaszewska, wreszcie ma szansę na to, żeby powiedzieć, co uwiera ją w życiu. Z kolei gospodyni kolacji Ewa, czyli Kasia Smutniak, ma okazję zobaczyć swojego męża w innym świetle. Wcześniej postrzegała go jako zwykłego gadżeciarza, mężczyznę, który lubi mieć w smartfonie przyciski do sterowania światłem, a widzi zupełnie innego faceta… Gdy słucha, jak rozmawia z córką przez telefon, uświadamia sobie, jak fantastyczną relację potrafił z nią stworzyć. Powie mu później, że chciałaby mieć takiego ojca jak on.

A może ci bohaterowie zgodzili się na grę, bo podświadomie mieli już dość życia w kłamstwie…
Na pewno ta sytuacja pomogła im ujawnić różne ciężary, które nosili w sobie, oczyścić atmosferę w ich związkach. Nie jestem jednak przekonana, czy byli świadomi, dokąd zaprowadzi ich ta zabawa. Nie sądzę, żeby ktoś z nich mógł przewidzieć, ile pytań może wywołać jeden przeczytany na głos SMS. To był impuls do rozmowy, która uruchomiła kolejne tematy i w końcu pokazała im, że zabrnęli w ślepą uliczkę.

Zgodziłabyś się na taką zabawę? Ja nie, bo uważam, że w przyjaźni i w miłości lepiej nie wiedzieć wszystkiego. To akurat bardzo dobrze pokazała wersja francuska.
Tak, ja bym w to weszła, ponieważ dla mnie najważniejszy jest wewnętrzny spokój. Nie znoszę dwuznacznych sytuacji, zawodowych czy prywatnych, i gdy coś takiego wyczuwam, odsuwam się i obserwuję z dystansu. W tym filmie przypadkowa zamiana telefonów sprawiła, że jedna z kobiet wyrzuciła z siebie wszystko, co było dla niej bolesne od dawna, jednak nigdy nie odważyłaby się wyznać tego wprost swojemu mężowi. A ten film pokazuje, że lepiej jest wyrzucić wszystko z siebie.

Szczerze, ja nie miałabym siły na taką kolacyjkę…
W tym towarzystwie drugiej takiej kolacji na pewno już nie będzie. Jesteśmy świadkami zabawy, która pokazała rodzaj „terapii grupowej przez przypadek”. A czy taka terapia ma sens? Chyba tak. Widzę tu więcej plusów niż minusów. Największym plusem jest dla mnie fakt, że pary dostrzegają to, czego nie widziały wcześniej. Decydują się walczyć o siebie. Jednak nie wiemy, na ile to, co bohaterowie zobaczyli, czego się o sobie nawzajem dowiedzieli, wpłynie na ich życie.

Polska wersja jest bardziej terapeutyczna niż oryginał. Pokazuje moc oczyszczenia.
Faktycznie, przypomina nawet telenowelę albo serial telewizyjny. Bez niedopowiedzeń sprawa się domyka, a bohaterom pozostaje nadzieja. Dlatego uważam, że z tej zabawy wyszło więcej dobrego niż złego.

Ten film każe mi się zastanowić, czy wolę pełną jawność czy dopuszczam jakieś kłamstewka i półprawdy. Jawność wiąże się z ogromną ulgą, ale bywa bardzo trudna.
Ja nie mam żadnych wątpliwości. Uważam, że warto żyć wyłącznie rzeczywistością prawdziwą. Tak zwane podwójne życie czy udawanie kogoś innego jest destrukcyjne dla każdego człowieka. Życie w zakłamaniu niszczy naszą duszę. Jednak bardzo wielu ludzi kłamie. Choćby w ten sposób, że sami przed sobą nie przyznają się do tego, że coś im w związku nie pasuje. To jest właśnie wygoda wynikająca z kalkulacji. Wracając do filmu, to każda z przedstawionych par żyje pozorami. I nawet jeśli pomógł im przypadek, to w końcu zaszli tak daleko, że nie mogli się już wycofać. Okazało się, że pod powierzchnią wiele się gromadzi, ale wystarczy otwartość, szczerość i wzajemne zrozumienie, żeby oczyścić atmosferę. To naprawdę niewysoka cena za uświadomienie sobie, że każdy ma swoje słabości i jeżeli coś się przydarzy, to trzeba o tym porozmawiać.

To historia świetna na terapię dla par. Film nie przytłacza widza od razu całym ciężarem, powoli sprowadza go coraz głębiej. Poza tym rozbraja mechanizmy obronne, bo zaskakuje, więc chcemy dowiedzieć się, co będzie dalej.
Warto obejrzeć ten film i porozmawiać ze swoim partnerem czy partnerką o relacjach, które zobaczyliśmy na ekranie. Spróbować dostrzec, w jaki sposób różnimy się w ich odbiorze. Dzięki temu łatwiej będzie wyznać, co nas boli i uwiera w związku. Im wcześniej to zrobimy, tym ból będzie mniejszy. A jak już mówiłam, zawsze lepiej powiedzieć sobie prawdę.

Myślisz, że warto urządzać co jakiś czas takie minikolacyjki?
Jeśli ma być autentyczna, jak w tym przypadku, to może udać się tylko raz. Zresztą po co? Jeśli będziemy na nie zapraszać takich ludzi jak filmowy Czarek grany przez Michała Żurawskiego, którzy nie chcą się zmienić – to nie pomoże nawet tak ciężkostrawna kolacja.