Po prostu się zatrzymaj. Co daje nam praktyka mindfulness?

Lato to idealny czas, by zacząć praktykę mindfulness, fot. iStock

Lato to idealny czas, by zacząć praktykę mindfulness. Piękna pogoda i przyroda w rozkwicie zachęcają, by doświadczać życia wszystkimi zmysłami. O tym, co oprócz dostrzegania drobnych przyjemności może nam dać ta jedna z najbardziej popularnych technik medytacyjnych, opowiada psycholog Wojciech Eichelberger.

Dlaczego nurt mindfulnes stał się taki popularny?
We współczesnym przepełnionym bodźcami świecie, w którym ciężko na czymś się na chwilę zatrzymać i skupić, coraz więcej ludzi zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że życie przecieka im przez palce. Są rozproszeni i przestymulowani, non stop między przyszłością a przeszłością, nigdy tu, gdzie siedzą na tyłku, gdzie idą, gdzie jedzą, gdzie patrzą na kogoś. Oprócz tego, że obniża im to jakość życia i uniemożliwia adekwatne funkcjonowanie w sytuacjach zagrażających, typu stres, to powoduje też ogromne wydatki energetyczne, wyczerpuje i może prowadzić do depresji. Wrażliwi ludzie to widzą i zaczyna im to doskwierać.

Czyli stoi za tym motywacja „chcę podnieść jakość mojego życia“?
Jednych motywuje myśl: „chcę podnieść jakość moich relacji“. Albo: „chcę zwiększyć swoją skuteczność w pracy“. Jeszcze inni mówią: „mnie zależy na zdrowiu, to rozproszenie kosztuje mnie zbyt dużo energii“. Jest jeszcze motywacja duchowa, czyli „chcę się dowiedzieć, kim jestem“. Ludzie są ciekawi tego, jak odpowiedzą sobie na pytanie, kim są, gdy w ich głowach nie będzie ani jednej myśli. Skoro Kartezjusz uznał, że przejawem i dowodem naszego istnienia jest to, że myślimy, więc arcyciekawe staje się pytanie o to, kim jestem, gdy nie myślę – i czy w ogóle jeszcze jestem. Czy wówczas rozróżnienie: jestem – nie jestem ma jeszcze jakiś sens? A może to tylko nasz myślący słowami i pojęciami umysł tworzy słynny hamletowski dylemat: być albo nie być? Mistrzowie życia, mistycy twierdzą, że prawda o naszej tożsamości nie mieści się w kategoriach „być albo nie być”. Ich odpowiedź na pytanie Hamleta brzmiałaby najpewniej: „ani być, ani nie być”.

To co zostaje?
No właśnie. Można powiedzie: „nic” albo „pustka”, bo w naszym myśleniu opartym na dychotomiach nie ma na to słowa. Ale można tego doświadczyć.

Jako pierwszy we współczesnej psychologii odkrył mindfulness Abraham Maslow. Pod koniec swojej kariery zainteresował się ludźmi deklarującymi, że mieli w swoim życiu jakieś ważne wydarzenie, które ich całkowicie odmieniło. On to przeżycie nazwał „peak experience”, czyli doświadczenie szczytowe, a ludzi, którzy je przeżyli, nazywał „typ B“ od „beeing”, czyli bycie. W odróżnieniu od „typu A“, czyli „action” – działanie. Okazało się, że peak experience tych ludzi to nie były doświadczenia wywołane jakimiś szczególnymi sytuacjami, w większości przypadków wyzwalały je sytuacje zwykłe, codzienne.

By wytłumaczyć, na czym polega mindfulness, posługuję się często metaforą zaczerpniętą z Biblii i dotyczącą cudu w Kanie Galilejskiej. W powszechnej interpretacji polegał on na tym, że Chrystus, by ratować reputację gospodarza jakiegoś wesela, któremu zabrakło wina, zamienił zapas wody w zbiorniku w wino i wszystkich uszczęśliwił. Ale to mi nie nie korespondowało z misją i klasą Jezusa. Aż w końcu, dzięki moim doświadczeniom medytacyjnym, zrozumiałem, że Jezus najprawdopodobniej nie bawił się w zamienianie wody w wino, lecz tak wpłynął na stan umysłów gości weselnych, że mogli doświadczyć absolutnej wartości wody – stała się dla nich tak wspaniała jak najlepsze wino. Niezależnie od trafności tej interpretacji, ilustruje ona to, do czego prowadzi praktyka mindfulness, czyli do czynienia tego, co wydaje się znane, zwyczajne i powtarzalne, czymś nadzwyczajnym, cudownym i świeżym.