Wyszła z anoreksji, została terapeutką. Rozmowa z byłą modelką Kają Funez-Sokołą

Kaja Funez-Sokoła przeszła przez piekło anoreksji, teraz pomaga innym z niej wyjść (Fot. Aleksandra Loska)

Okładki pism, popularność, świat wielkich pieniędzy, ale też piekło anoreksji i balansowanie na krawędzi – modeling pokazał jej obie twarze. Teraz Kaja jest terapeutką uzależnień i pracuje z nastolatkami. mówi im, że trzeba mieć w życiu cel, ale zawsze warto przygotować sobie wyjście awaryjne.

Przeszłaś długą drogę – od nastolatki chorej na anoreksję do osoby, która z chorymi na anoreksję pracuje. Jaki był tej drogi początek?
Byłam dzieckiem puszystym. Wyśmiewanym. Zakompleksionym tak, że nie chciałam chodzić do szkoły. Kiedy miałam 13 lat, dostałam anginy. Obłożone gardło, nie mogłam nic jeść przez dwa tygodnie. I bardzo schudłam. Wyładniałam. Mama i siostra zrobiły mi wtedy zdjęcia i wysłały na konkurs do agencji modelek D’vision i francuskiego oddziału Next.

To miał być lek na kompleksy?
Chyba nie, dla mamy, pięknej kobiety, uroda była po prostu ważna. Dla mnie stała się narzędziem pracy, ale właściwie nigdy do końca komfortowo się ze swoim wyglądem nie czułam. Na pewno w dużej mierze to sprawa urazu z dzieciństwa. Zewnętrznie się zmieniłam, ale w środku nie bardzo.

Sukcesy cię nie przekonały?
Modeling, który wydaje się fabryką pięknych dziewczyn, wcale tak nie wygląda. Wyobraź sobie piękną kobietę w przeciętnym tłumie – każdy zwróci na nią uwagę. Ale na castingach takich kobiet jest 200, czasem 300. I jak jesteś wśród nich, tracisz pewność siebie. Bo wszystkie są atrakcyjne, wszystkie też się porównują. Do tego dochodzi osąd ludzi z branży, wyrażany często dość brutalnie. Jeśli dojrzała kobieta usłyszy, że ma grube uda czy krzywy nos, to sobie z tym poradzi, bo wie, że ma inne wartości, które są dla niej ważne. Nastolatka może się załamać.

Ty się załamałaś?
Choroba dopadła mnie szybko, na samym początku kariery. Najgorszy czas to były lata między 14. a 16. rokiem życia. Szybko zaczęłam pracować. Byłam młoda, świeża, robiłam duże kampanie za granicą. W Polsce miałam okładki w magazynach – „Uroda”, „Votre Beaute”, „Elle”, „Sukces”. Świat mody zachłystuje się nowymi osobami, stajesz się popularna. Na zewnątrz wyglądało to fajnie, ale ja w środku czułam, że coś nie gra. Nie przystawałam do tego świata. Byłam dziewczyną, która lubiła poezję, romantyczką, w dodatku zależało mi na szkole, a to wszystko trudno było połączyć.

Do takiego łączenia trzeba chyba sporo siły i dyscypliny?
Tak. Czasem trzy razy w tygodniu latałam z Warszawy, gdzie pracowałam, do Wrocławia, gdzie mieszkałam, na zaliczenia przedmiotów, na klasówki, w liceum miałam indywidualny tok nauki, inaczej nie dałabym rady. Tak było przez pierwsze dwa lata, potem tych wyjazdów było więcej i więcej… Schudłam wtedy bardzo. Za bardzo. Ponieważ kiedyś byłam grubaskiem z kompleksami, nigdy nie byłam dla siebie wystarczająco szczupła. A agencje naciskały: jeszcze trochę, jeszcze schudnij. Mam szeroki rozstaw kości biodrowych, więc choć byłam już naprawdę wychudzona, nie robiłam takiego wrażenia.

Najgorszy był wyjazd do Tokio. Miałam 15 lat. Obce miasto, obcy świat. Musiałyśmy same sobie radzić, same jeździć na castingi i do pracy. To mnie przerosło. Codziennie dzwoniłam do mamy, czułam się strasznie. Wtedy w ogóle nie mogłam jeść ze stresu. Wróciłam wykończona. Nasza sąsiadka, lekarka, zorientowała się, co się dzieje. Powiedziała mi: „Albo idziesz do szpitala, albo tyjesz co najmniej trzy kilogramy”.

Mama tego nie widziała?
Rodzice często długo nie widzą. Może nie chcą dopuścić do siebie myśli, że z dzieckiem jest źle. To jakiegoś rodzaju wyparcie.

Przytyłaś?
Tu dobrze widać, jak działa umysł osoby chorej. Lekarka mówi: „Musisz jeść, bo umrzesz”. A ja myślę: „Nie mogę się dać zamknąć w szpitalu, bo wypadnę z rynku. To utyję teraz te trzy kilo, a potem zrzucę i będzie w porządku”.

Nie przestraszyłaś się?
Lekarka powiedziała mi, że to choroba śmiertelna, że mogę któregoś dnia upaść i nie wstać. Zresztą miałam taką przygodę: zemdlałam na ulicy przed jadącym samochodem, sekundy dzieliły mnie od śmierci. Ale nie czułam strachu. Byłam zagubiona. Z jednej strony widziałam, że garściami wypadają mi włosy, że skórę mam jak pergamin, że to nie wygląda dobrze, a z drugiej – potwornie bałam się przytyć. W gruncie rzeczy cały czas balansowałam na krawędzi. Na granicy życia i śmierci. Między pracą a zatraceniem. To były niszczące dwa lata. Potem się poprawiło, ale dopóki nie wyszłam z modelingu, mój kontakt z jedzeniem nie był zdrowy.

Jak to się dzieje: patrzysz w lustro, widzisz szkielet i jednocześnie nie widzisz?
No właśnie, jak? Przeżyłam to, potem zdobyłam wykształcenie psychologiczne, pracuję z osobami z zaburzeniami odżywiania i nie, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Psychologia też nie potrafi. Dziewczynom z anoreksją robi się test: mają narysować siebie. I rysują kogoś innego. Grubszego, większego. Zaburzona percepcja jest w tę chorobę wpisana. Innych też widzą nieprawdziwie. O kimś przeciętnej tuszy mówią: „O Boże, jaki grubas!”. Czasem organizowane są kampanie przeciw anoreksji. Na billboardach przerażająco chude dziewczyny, widać, że na granicy życia i śmierci – a anorektyczki piszą na swoich forach: „To ideał!”.

I z tobą tak było: patrzyłaś w lustro i widziałaś inną siebie?
W ostatnich momentach choroby wiedziałam, że jestem za szczupła, ale potwornie bałam się przytyć. Ten strach zaburzał mi ogląd rzeczywistości. W dodatku cały czas dostawałam sprzeczne sygnały. Byłam potwornie chuda, w agencjach mówili: „Super”. Ubrania świetnie na mnie wyglądały, to było najważniejsze. Przyszedł w końcu taki moment, kiedy powiedzieli: „OK, więcej nie chudnij”, ale wcale nie tak łatwo utrzymać balans. Kiedy przed sesją czy pokazami wiedziałam, że muszę być, jak mówili w agencji, w superformie, czyli bardzo chuda, po prostu nie byłam w stanie jeść. I w nocy budziłam się przerażona, bo śniło mi się, że zjadłam cały tort.

Takie miałaś koszmary?
Tak. Alkoholik budzi się czasem na suchym kacu przerażony, że wypił trzy butelki piwa, a anorektyczka – że zjadła tort.

Jak rodzi się anoreksja, jakie bywają źródła problemu?
Są trzy grupy przyczyn: rodzinne, społeczne i indywidualne. Często, choć, oczywiście, nie zawsze, choroba ma źródło w trudnych relacjach z matką. Kiedy matka jest dominująca, zimna, nadmiernie kontrolująca, oceniająca. I córka ma potrzebę przejęcia kontroli nad jednym choćby obszarem życia. Bywa, że to jest właśnie jedzenie.

Co powinno nas alarmować?
Nadmierne skupienie na jedzeniu, a jednocześnie niechęć do jedzenia posiłków z rodziną. Smutek, apatia albo odwrotnie
– wybuchowość. Wycofanie się z relacji towarzyskich. Izolacja od rodziny i przyjaciół. I, to jasne, drastyczna utrata wagi.

Co robić?
Rozmawiać. Okazywać miłość, akceptację. Mówić o tym. Konieczna jest też psychoterapia – nie tylko dziewczyny. Cała rodzina musi się sobie przyjrzeć. To bywa niełatwe, ale ważne.

Anoreksję można wyleczyć? Tak do końca? Czy tak jak jest niepijący alkoholik, jest i jedząca anorektyczka?
Można, ja z tego wyszłam. Choć w gruncie rzeczy bliższy jest mi pogląd, że raczej tę chorobę oswajamy. Zawsze coś się w nas tli, może być tak, że jakaś iskra znowu to ognisko rozpali. Poważny stres, trauma – i proces uruchamia się od nowa.

Gadałaś o tym, co przeżywasz, z mamą, z siostrą?
Nie, u mnie w rodzinie o problemach się nie rozmawiało, nie było przyzwolenia na okazywanie słabości. Poza tym winiłam siebie, bałam się, że to ze mną dzieje się coś nie w porządku.

Czułaś się winna, że teoretycznie masz cudowne życie, a nie potrafisz się nim cieszyć?
Właśnie tak. Po maturze zrobiłam sobie rok przerwy. Byłam wtedy w Nowym Jorku. Lubiłam to miasto, no i się zakochałam. Mój pierwszy poważny związek zaczął się, kiedy miałam 16 lat. Związałam się z mężczyzną o 20 lat starszym. I bardzo bogatym. Zaręczyliśmy się, trwało to trzy lata. Żyłam w świecie wielkich pieniędzy. Prywatne samoloty, najdroższe hotele, ochroniarze, którzy przez te trzy lata chodzili za mną krok w krok. Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Nowego Jorku, mieszkałam w malutkim mieszkaniu z czterema innymi modelkami. Z Aleksem przez kilka miesięcy w Four Seasons… Wiedziałam, że moja mama zarabia miesięcznie tyle, ile on jednego dnia wydaje na buty. Trudno mi to było ogarnąć, złapać dystans do tych pieniędzy i tego, co się dzieje w moim życiu.

Ale było ci chyba dobrze i wygodnie?
Z jednej strony tak. Z drugiej – wiedziałam, że to nie jest normalne życie, i miałam świadomość, że na dłuższą metę tego nie chcę. Fajnie, zabawa, a w środku pustka. Kiedy teraz wracam do swoich pamiętników, jestem przerażona: strona po stronie smutek. Czasem dobre momenty: zrobiłam okładkę, kupiłam mieszkanie – ale na co dzień depresja.

Chciałam iść do szkoły aktorskiej w Nowym Jorku, ale narzeczony powiedział „nie”. Mówił mi: „Jak lubisz pokazy, to możesz oglądać je z widowni”. A ja chciałam i chodzić na wybiegu, i siedzieć w pierwszym rzędzie. Rozstaliśmy się. Na szkołę aktorską zabrakło mi pieniędzy. Miotałam się, w końcu postanowiłam pojechać́ do Polski i zacząć studia. Dostałam się na psychologię, ale po roku wzięłam urlop dziekański i wróciłam do Stanów. Zatęskniłam za tamtym życiem.

W żadnym ze światów nie czułaś się dobrze, ale każdy z nich w jakiś sposób cię pociągał?
Tak. Byłam ambitna. Ciągnęło mnie do świata filmu, napisałam scenariusz, zrobiliśmy ze znajomym fotografem film, który odniósł sukces na tamtym niezależnym rynku. Ale potem napisałam kolejne scenariusze i one przepadły. Kroplą, która przelała czarę goryczy, był związek z aktorem, wielokrotnie nominowanym do Oscara. Przeniosłam się na trochę do Los Angeles, chciałam wrócić do szkoły, ale zabrakło na to miejsca przy jego sukcesach. Ten etap odebrałam jako porażkę. Postanowiłam wrócić do Polski. Modeling nigdy nie był dla mnie celem, w pewnym momencie zaczął mnie wręcz przerażać. Dziewczyny, które cały czas chudły, które rozmawiały tylko o jabłkach i sałacie, no i o imprezach, nie mogłam tego wytrzymać. Zrezygnowałam. Miałam 23 lata i byłam wrakiem.

Ale jednak zaczęłaś nowe życie.
Tak. Wiedziałam, że nie ma wyjścia. Albo podejmę drastyczne kroki, żeby wyjść na prostą, albo… Samobójstwo było dla mnie wtedy całkiem realnym rozwiązaniem. Narzuciłam sobie dyscyplinę jak sportowiec, który przygotowuje się do olimpiady. Perfekcjonizm, który w anoreksji tylko pogłębia chorobę, teraz pomógł. Najważniejsze było dla mnie zrealizowanie planu. Choć kiedyś miałam do zdania 20 egzaminów w sesji…

Pracę magisterską pisałaś o modelingu. Wybór tematu był oczywisty?
Nie. Promotorka mi to zaproponowała. „Kaja, jesteś w tym świecie naszą wtyczką, wykorzystajmy to, zróbmy coś, co pomoże innym”. Ja myślałam: „O nie, znowu ten cholerny modeling, nie chcę do tego wracać…”.

Nie miałaś poczucia misji?
Wtedy jeszcze nie. To rosło stopniowo. Kiedy widziałam, jak dziewczyny się przede mną otwierają, zrozumiałam, że faktycznie mogę zrobić coś sensownego właśnie dlatego, że przeżyłam to, co przeżyłam.

Teraz potrafisz patrzeć na modeling bez emocji?
Staram się… Choć bywa to trudne. Kiedy robiłam badania do pracy magisterskiej, 75 procent przebadanych przeze mnie modelek przyznało, że były namawiane przez agencje do rygorystycznych diet i strofowane, że są za grube, przez co występowały u nich zachowania kompensacyjne, żeby zrzucić wagę, czyli albo wymioty, albo obsesyjne ćwiczenia. Mam też swoje prywatne obserwacje i doświadczenia. Ale kiedy jest się w branży, nie da się otwarcie mówić o trudnych sprawach, dziewczyny boją się, że stracą pracę. Zresztą kiedy jedna modelka powie drugiej: „Widzę, że masz problemy z odżywianiem, może powinnaś więcej jeść”, a obie startują w tych samych castingach, to tamta pomyśli: „Wiem, co robisz – chcesz, żebym przytyła i nie dostała pracy”.

Pracujesz jako terapeutka uzależnień, chodzisz na spotkania w szkołach. Jakie są reakcje?
Super. Dziewczyny – ale coraz częściej i chłopcy – otwierają się, opowiadają własne historie. Ważne dla nich jest to, że z tego wyszłam. Że widzą kogoś, komu się udało. Mówię im otwarcie o pracy w modelingu. Wiem, że dużo dziewczyn o tym marzy i absolutnie nie o to mi chodzi, żeby je zniechęcać. Ale zawsze mówię jedno: „To cholernie ważne, żeby mieć plan B”.

A jak się jest wysoko na modelingowej drabince, jest na ten plan B czas i przestrzeń w głowie?
Musi być. Tego nie wolno odpuszczać. Pamiętam, ile czasu trwałam w samotnej depresji, w rodzaju obezwładnienia. Ile mnie to kosztowało. Nawet jak się chce zostać w tym świecie, to są inne drogi poza chodzeniem na wybiegu. Można uczyć się fotografii, można pisać o modzie. Kariera w modelingu? To tak, jakbym powiedziała: „Daję sobie teraz pół roku na to, żeby wygrać w totka i zostać milionerką”. Są szanse, ale raczej małe. Na tysiące dziewczyn, które próbują, wybija się może sto…

Czy w anoreksji jedzenie smakuje?
Nie. Nie ma żadnego smaku. Jedzenie to ciągłe rozdarcie: czy to dobrze, że jem, czy źle. I ciągłe wyrzuty sumienia. I te sny
– niby wiesz, że nie jadłaś, ale podświadomość mówi ci co innego. Spotkania ze znajomymi też są stresujące. Jedzenie staje się koszmarem, a koszmar przyjemności nie daje.

Teraz czujesz smaki? Jedzenia i życia?
Tak. Długo walczyłam o to, żeby życie nabrało kolorów, ale udało mi się. Od trzech lat jestem mężatką. Spotkałam swoją bratnią duszę – Sebastiena. Jestem z nim i sama z sobą szczęśliwa. Bliska jest mi maksyma Junga: „Nie jestem tym, co mnie spotkało. Jestem tym, kim wybrałem być”.

Kaja Funez-Sokoła , przez wiele lat była modelką. Brała udział w pokazach na całym świecie, jej zdjęcia pojawiały się w prestiżowych magazynach, m.in. „V Magazine”, „Vogue’u”, „Harper’s Bazaar”. Dziś pracuje jako psycholog kliniczny, psychoterapeuta uzależnień. Robi doktorat z psychiatrii. Jest członkinią Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.