nowe znajomości i tworzyć własne wpisy. Zaloguj sie lub załóż nowe konto!
-
Mieszkanka
Możliwość przebywania w prywatnej sferze czyjegoś mieszkania bywa dla mnie czymś niezwykłym. Bardzo lubię swoje miasto, jego zakamarki, klimatyczne zakątki, ale zawsze mam świadomość, że poza tym co widać, co dostępne dla wszystkich, ukrywa się wielka zbiorowość prywatnych, osobnych przestrzeni domowych, przestrzeni pełnych znaków kierujących umysł i emocje do czasów minionych. Często układ przedmiotów sprawia, że widzę świat taki, jakim widziałem go będąc kilkuletnim chłopcem. Ożywiają wspomnienia, obrazy, zapachy, przed oczami stają postacie z przeszłości, czuję rodzaj serdeczności w jakim niegdyś się pławiłem i wszystko jest przez chwilę takie intensywne, chciałoby się powiedzieć namacalne.
Odwiedziłem niedawno małżeństwo, które swoje dzieci dawno już wypuściło w świat. Państwo mieszkają w bloku na osiedlu w bezpośrednim sąsiedztwie centrum miasta, w bloku, który wybudowany został gdzieś na początku lat siedemdziesiątych. Na osiedlu tym dziś mieszkają już tylko seniorzy. Nie widać dzieci w piaskownicy na placu zabaw, rzadko kiedy jakiś malec korzysta z huśtawki. Czasami można zobaczyć matkę popychającą wózek po chodniku ciągnącym się od sklepu do klatki schodowej budynku. Pamiętam te miejsca z czasów, gdy dziecięcy gwar wypełniał całą wewnętrzna przestrzeń podwórka.
W mieszkaniu zwróciłem uwagę na rodzaj mebli z innej epoki, komplety meblowe zgodne ze starym polskim wzornictwem. Żadna tam Ikea czy BRW. No i rekwizyty: kryształowe kieliszki w witrynce, świecznik z metaloplastyki, postać Matki Boskiej z Lourdes. Pierwotnie był to tylko pojemnik na wodę ze świętego źródła. Ale ta buteleczka od lat w wielu domach pełnił funkcję figurki Maryi. W biblioteczce dużo starych książek, takich jakie były nowościami wydawniczymi ponad trzydzieści lat temu. I jeszcze hebanowa sylwetka murzynki z nagim biustem i reprodukcje z martwą naturą na ścianach. Herbata w szklankach na robionych szydełkiem serwetkach. No i urok spokoju i jakiegoś wyciszenia, bo gospodarze żyją wolniej. W ich domu czas się dawno temu zatrzymał, pęd życia nie ma tu dostępu. Korzystają oczywiście z komórek i komputera z internetem, ale te elementy współczesności znajdują się gdzieś obok, są elementem niezauważalnym, wypchniętym na margines życia domowego. Gospodarze nie starają się w rozmowie kreować na nikogo, nie pozują, nie przechwalają się… Są raczej zainteresowani tym co ode mnie mogliby usłyszeć, bo ja tu jestem dla nich przybyszem ze świata. A ja nie mam wielkiej ochoty na opowiadanie im o możliwościach jakie daje technologia szybkiego przesyłu informacji, o zamienianiu się świata w globalną wioskę, o tym, że dożyliśmy czasów, w których żeby pracować nie potrzeba wychodzić z domu… Patrzę na nich i przypominam sobie postacie swoich cioć i wujków, które jako dziecko odwiedzałem z rodzicami, i których mieszkania były takie jak to, podobne w wystroju, a przede wszystkim w klimacie. Spotykaliśmy się, aby porozmawiać – nie po to by wspólnie pooglądać telewizję. Każdy uczestnik spotkania mógł poczuć się kimś ważnym w oczach innych. W rozmowach dużo było wspomnień odnoszonych do teraźniejszości. Wspomnienia były ważne, bo dzięki nim najmłodsi uczestnicy rozmowy dowiadywali się historii swoich najbliższych. Teraźniejszość była budowana z przeszłości, a przyszłość budowało się z elementów takiej właśnie nasączonej historią teraźniejszości.
Moi rozmówcy opowiadają mi o tym czym się zajmują, z jakich rozrywek korzystają. Zapisali się niedawno na kurs tańca. Aby sobie przypomnieć… ale przecież przy okazji kursu można dużo potańczyć, prawda… Byli w kinie, studyjnym, i opowiadają o filmie, który obejrzeli i który noszą jeszcze pod powiekami. Emocje bohaterów są jeszcze dziś ich emocjami. Snują refleksje, bo nie wystarczy przecież pójść do kina – o filmie trzeba porozmawiać.
Zapraszają mnie do wizyty w Narodowym w niedzielę, bo – mówią – po dwudziestu latach odtworzono tam galerię malarstwa europejskiego i w niedzielę właśnie będzie można zwiedzać ją z przewodnikiem, który opowiadać będzie o tym co zostało udostępnione. To w ramach działań edukacyjnych instytucji. Uczenie się i poznawanie jest przecież jedną z życiowych przyjemności.
Coraz bardziej intensywnie przypominam sobie rzeczy, o których nie wiedziałem – bo zapomniałem, że istnieją. Ożywiła się pamięć przeszłości i poczułem niezwykłą rzecz – istnienie przeszłości w teraźniejszości. Słyszę głosy niegdyś spotykanych ludzi, rozróżniam barwę tych głosów. Dziwne, bo przypominam sobie zapachy, każdy dom ma swój zapach i te zapachy też zostały gdzieś w pamięci zapisane. Nie ma czasu. Nie ma tego co było i tego co jest. Przeszłość cały czas istnieje równolegle, obok nas, tylko trzeba umieć ją dostrzegać. Czuję się jakbym skorzystał z jakiegoś azylu od współczesności, jakbym wypadł z pociągu codzienności. Dziwię się, że świat nie pędzi. Dziwne jest to, że w ogóle jest to możliwe. Pęd zdarzeń można spowolnić. Jak ocalić to wrażenie i nie dać się znowu porwać temu co na zewnątrz?
-
Użytkownik Pan Deserek zaktualizował swój stan: 2013-05-22 08:19:32 · Wyświetl
-
ogon
Mogliśmy odejść jak wszyscy, ciągnąc za sobą własny sznur pojazdów wypchanych po brzegi ludźmi, bydłem, elektronicznym sprzętem gadającym i piętrzącymi się w nieskończoność bagażnika zapasami ekologicznej żywności. Jaskrawy, krzykliwy korowód przewalał się pod naszymi oknami w takim dziwnym, trochę odświętnym nastroju. Z mieszaniną strachu i ciekawości patrzyliśmy na tę nietypową procesję ucieczkowiczów, złażących ze wszystkich pięter tonącego płytowca.
Zapytaliśmy jednego, dokąd idą. Podniósł ochoczo rękę, mając na celowniku palca wskazującego jedyną słuszną drogę, lecz nagle zawahał się i wzruszył ramionami. On już przecież nie widzi tych, co są na początku, więc nie ma pewności, czy cały pochód, z tej nagłej potrzeby parcia do przodu, przypadkiem nie depcze im po piętach. Zatrzymaliśmy więc jeszcze paru – mówili o tym, który szedł kiedyś pierwszy, ale minąwszy wszystkich i jakiś cień samego siebie, idzie teraz na końcu i kto wie, może właśnie tam jest nowy początek.
Ktoś od nas wyrwał się przed szereg i poszedł w tę drugą (czy może pierwszą lub którąś z kolei) stronę, nie oglądając się za siebie. Ludzie trącali go łokciami, wytykając palcami tę oddalającą się jasną czuprynę. Potem przystawali i drepcząc w miejscu, żeby nie wypaść z rytmu, obracali się o sto osiemdziesiąt stopni, podążając wzrokiem za szybko znikającymi plecami (to ci potem będą opowiadać, że widzieli go na własne oczy).
Spotkaliśmy go po trzech, czy czterech razach. Patrzyliśmy pytająco, nie mając wcale pewności, czy ma w sobie jeszcze coś poprzedniego, czy jest już jakimś, całkowicie nowym, początkiem.
Zdaje się, że to właśnie wtedy dołączyliśmy do reszty. Kolorowy wąż zatoczył koło i zaczął gryźć swój własny ogon w którymś z kolei wszechświecie.
-
Matki i córki.
Cwaniutka ta moja mama. Egoistyczna – też.
Ale mogę być najbardziej wściekła na jej pomysły, to i tak ja kocham. Powiedziała mi, że ona tak sobie myślała, że to byłoby fajnie mieć oby dwie córki koło siebie. Teraz. Teraz nagle chce mieć nas koło siebie. A tak całe lata siedzi za granicą. Gdzie tak naprawdę nie ma takiej potrzeby.Nie potrafię być na nią zła. Nawet jak się wściekam.
Powiedziałam jej wyraźnie, że ja nie chcę mieszkać w tym domu. Ale byłam zupełnie grzeczna i spokojna. Choć…jak tak sobie pomyślę – brakuje mi jej i to bardzo. Brakuje mi po prostu jej bliskości. Rozmów do rana jak kiedyś gdy przychodziłam z dyskoteki.Wiem. Potrafiłabym z nią mieszkać. Ale czy tego naprawdę chcę. Tego, co stracone już nie nadrobimy. Czasu nie pozbieramy w słoiki.
Rozmawiałam teraz z siostrą. Ta po rozmowie z mamą. Ta ostatnia po rozmowie ze swoją znajomą – zgadza się na zakup mieszkania. Więc… może od przyszłego roku będę miała swoje mieszkanie. Bo oglądałam dzisiaj mieszkanie 52 m za 203.000 zł - piękne. Tyle tylko, że do oddania w kwietniu przyszłego roku.
-
Juz nie jestem singielka...
Juz nie jestem singielka… Powiedziała mi przed chwila dziewięcioletnia córka…moja… Na pytanie, czemu, odpowiedziała, iż z Fabianem zrobili sobie tygodniowa przerwę, by zobaczyć jak to jest…Samotnie… Kurwa, jaki ja już stary jestem… Taka niewinność… całowanie… Teraz, ten, kto kocha, całuje tam, gdzie kobieta lubi być całowana…i cieszy sie z jej przyspieszonego oddechu…to najlepszy, i niezawodny miernik męskości, nie wielki Wacek……oddech kobiety… Pamietam jak w czwartej klasie podstawówki całowałem się w sanockim parku z Agnieszka P. Pistolet na korki w kieszeni, scyzoryk, obstawa kumpli w krzakach…i delikatne, kilkusekundowe zbliżenie warg… Kto słyszał wtedy o jakichś singlach? Wspomnienia które nie tracą na wartości, pomimo upływu lat…Takie niewinne całowanie… Ile emocji wtedy… dziś wargi to dopiero preludium…czasem w pospiechu pomijane, tak okrutnie lekceważone…
-
GPS-owa niespodzianka !
Kochani, zobaczcie jaką niespodziankę sprawił mi Autoguard:) Całą podróż można śledzić za pomocą systemu GPS, który zamontowany jest w GS. Ściemy nie ma.. No chyba, że ktoś pociągnie GS-a na sznurku przymocowanym do Vespy:) Szkoda, że Wy mnie możecie widzieć a ja Was nie…
”….Nasza dzielna podróżniczka, Ania Jackowska dojechała już na słoneczną Sycylię i znajduje się w miejscowości Ganzimi. ”Kobieta na motocyklu” kieruje się w stronę Mesyny, starożytnego miasta założonego przez Greków w VII wieku p.n.e. Miasto zostało prawie całkowicie zniszczone w 1908 roku przez falę tsunami, dziś to trzecie pod względem wielkości miasto na wyspie…”
Użytkownik Ania Jackowska zaktualizował swój stan: 2013-05-21 18:45:23 · Wyświetl
-
Kolejny raz ...
Kolejny raz cisza, a mnie jakby łatwiej i głębiej oddycham i nawet uśmiecham się do siebie zastanawiając się komu to tak naprawdę jest potrzebne?

Przede mną nocka, około dwudziestki dzieci i pisanie pracy. Nie mam za wiele czasu, ale adrenalina mi pomaga w skupieniu się i drążeniu głębiej tematu.Zastanawiam się… co ja będę robić kiedy ten cały szał się skończy ?
Praca, dom i Chłopcy ??? Chyba czas nauczyć się szydełkować
-
Nieprzespana noc w szpitalnym łóżku i nagła świadomość że…żyję na karuzeli.Wsiadłam na nią w jednym z wesołych miasteczek życia. Początkowo czułam wiatr we włosach,przyjemne zawroty głowy.Kiedy zamykałam oczy wydawało mi się że latam.Karuzela kręciła się nadal.Wiatr splątał włosy.Zawroty doprowadziły do torsji a lot- zbyt długi lot sprawił, że zaczęłam pragnąć ziemi pod stopami.Mój krzyk,moje prośby żeby tę karuzelę zatrzymać odbijały się echem o mury zbudowane wokół niej…
Wczoraj zdałam sobie sprawę że jestem w stanie z niej zsiąść skacząc w dół…raniąc się lub zabijając duszę.Nie ma innej drogi…
Wczoraj zdałam sobie sprawę że lęk przed końcem karuzelowego błędnego koła nie wynika tylko ze strachu przed upadkiem ale bardziej ze strachu przed twardym lądem po którym na nowo musiałabym nauczyć się stąpać….
Szpitalny czas spowodował że zwalniając tempo życia dopuściłam do głosu przemyślenia…i zaczęłam czuć ich przytłaczającą prawdę.
Użytkownik Wiktoria Fibelkorn zaktualizował swój stan: 2013-05-21 16:05:47 · Wyświetl
-
Bieganie z widokiem na Cieśninę Messyńska
Zdjęcie z porannego biegania… Cieśnina Messyńska od rana zatłoczona. Silny wiatr. Pokrzykiwania sprzedawców ryb. W Lago Grande pochylone sylwetki wyciągają świeże mule. Kawiarnie na chwile zapełniają się. Filiżanki espresso po chwili puste. Ktoś podaje mi un bicchiere di acqua. I mogę biec dalej…
Użytkownik Ania Jackowska zaktualizował swój stan: 2013-05-21 13:34:26 · Wyświetl
-
wtorek
Wczoraj szybki i gwałtowny wywiad do Super Ekspressu, o polityce. Kiedyś odmawiałem tabloidom, teraz wszystko jest tabloidem…/ / Antoś nie chce do szkoły, wola ” bo najpierw jest Pan Bóg i angielski.. ///
Antoś przed zaśnięciem ma fazę anielską. Jakie słodkie i śmieszne rzeczy gada. Nagle rozczula się ; będę tęsknił, będę bardzo tęsknił…Za czym pytam…Za tobą, jak umarniesz tata…///
Na targach Janusz K. …mam twój tomik na biurku obok łóżka, pisz wiersze . To wracam do poezji, wetuję steki kartek z próbami wierszy z ostatnich lat, jak mało tam dobrego, a jak wiele złego, aż wstyd …kosz już pełen. ///
Użytkownik Tomasz Jastrun zaktualizował swój stan: 2013-05-21 05:32:40 · Wyświetl
-
Sprawy niezałatwione.
Nieraz myślałam, że już nic mnie nie zdziwi, ale…życie wciąż i nadal mnie zaskakuje. Raz gorzej raz lepiej, ale zaskakuje. Wczorajsza nieprzespana noc i utrzymujące się rano zmęczenie. Gdzieś pod tym wszystkim niewytłumaczalny smutek. Może to pytanie: dlaczego i jak długo jeszcze?
Niepokój, który we mnie zagościł zdał się połączyć z pewnym przeczuwaniem tego, co ”nieuniknione” – jak to pisze Coelho w swoich książkach, a głównie w Piątej Górze. Niepokój spowodowany tym, że muszę w końcu z nią porozmawiać. A unikam kontaktu od lata zeszłego roku, kiedy to będąc u mojej siostry chciałam jej wytłumaczyć, że nie chcę żadnego domu.
Wczorajszy wpis i…za chwilę telefon mojej siostry. ”Wiesz, mama kupuje dom naszej sąsiadki.” Może powinnam się cieszyć. Przecież jak to powiedział wczoraj mój szwagier ”Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda”. Ale tu nie chodzi ani o konia, ani o jego zęby. Chodzi o dom. Jak na mój ogląd za duży, za ciemny, za smutny. Przy ruchliwej ulicy gdzie nawet nie siądziesz przed tym domem. Dom, który jak moja mama uważa można od razu zamieszkać. Tymczasem moja siostra mówi nieco inaczej – wchodzisz i za drzwiami grzyb. Ogrzewanie kiepskie. Żadnych chodników, kostki, garażu. A więc kochana - tak na dobrą sprawę jak chcesz mieszkać po ludzku to możesz bawić się w remonty przez wieczność i…i tak nie uzyskasz tego czego naprawdę chcesz.
Dom, to przede wszystkim ja sama. Ten dom – nieistotne czy to będzie mieszkanie czy mały domek (choć raczej to pierwsze mam na myśli) – ma być domem moich marzeń. Miejscem, w którym w końcu poczuję się jak u siebie. Bo przez całe życie szukałam siebie i swojego miejsca na ziemi. Dziś wolę mieć 54 m kw do własnej dyspozycji, ale takie metry, że będę czuć się w nich dobrze. Dlatego też chcę mieć nowe mieszkanie. Nowe. I tylko moje.
Nie chodzi o to ”moje” jako własność materialna, ale o takie ”moje”, które przylega zarówno do ciała jak i do duszy. A teraz?
Rok temu moja mama przyjechała na srebrne wesele mojej siostry. Była chyba 3 tygodnie. W tym wielkim zgiełku, pomiędzy ilością przybyłych gości nie miałam nawet czasu usiąść z nią i porozmawiać. Kiedy pojechałam się pożegnać zagadnęłam o tym, że nie chcę żadnego domu. Każdy mnie odradza. Siostra mówi – po co dom. To ciągłe koszenie trawników. Z przodu. Z tyłu. Wszędzie. Ona sama jest już tym czasem zmęczona.
Moja mama przebywa za granicą dobre paręnaście lat. Nie rozumie naszych warunków życia. Nie rozumie nas i naszych dzieci. Zdziczała przez ten czas. Straciła wszystko co jest ”pomiędzy”. Tyle rzeczy się wydarzyło gdy jej nie było. Przez ostatnie lata nie mam już komu powiedzieć, że jest mi smutno i źle. Może O., ale on…ze swoimi dziwnymi aluzjami…mimo iż wczoraj się z nim umówiłam wolę trzymać się od niego z daleka. A chyba ostatnio znowu popuściła sznureczek. Nie wiem, co ten facet sobie myśli.
Człowiek zostaje sam na sam ze swoimi trudnymi sprawami do załatwienia. Sam na sam ze swoim lękiem przed…przed trudną rozmową, która w końcu musi się odbyć w realu. Czy ona kiedykolwiek mnie zrozumie? Czy zrozumie to jak się zmieniłam? Czy zrozumie choć jedno słowo z mojej książki, która jest obrazem ”mnie”.
Nie potrafię zrozumieć jednej prostej sprawy – jak można załatwiać coś takiego poza osobą zainteresowaną. Jak można w ogóle mnie o to nie spytać. Jak można nie szanować własnej córki. To boli. Boli okrutnie. Jakbym nadal była tą mała dziewczynką, która dwadzieścia lat temu chcąc wyrwać się spod skrzydeł matki postanowiła wyjść za mąż. Akt desperacji, który po kolejnych 18 lata zakończył się katastrofą.
Nasza mama nie potrafi zrozumieć, że jest w takim wieku, że może wypada już dać sobie spokój z pewnymi sprawami. Że może dość tej gonitwy i pracy w celu bez celu. Co ona chce nam udowodnić? Że ona potrafi? To chwała i cześć jej za to, bo my nie jesteśmy siłaczkami. Ani moja siostra, ani ja.
Jest mi po prostu smutno. I boję się, że w trakcie rozmowy zwyczajnie się rozkleję albo rzucę słuchawką. Że nie dokończę tego, co mam jej do powiedzenia.
-
Serdeczności i pozdrowienia dla Zoe; dedykuję tę piosenkę:
Wczytuję subskrypcje
-
Wiersz
Prawdziwy wybuch kwiatów. Bzy, stokrotki, konwalie, irysy. I bratki. Spoglądają na mnie swoimi podkrążonymi oczmi z balkonowych skrzynek, rabatek przed domem, trawników i przywołują mój ukochany wiersz Bolesława Leśmiana.
Odjazd
Gdym odjeżdżał na zawsze znajomym gościńcem,
Patrzyły na mnie bratków wielkie, złote oczy,
Podkute szafirowym dookoła sińcem.
Był klomb i rój motyli, i błękit przezroczy,
I rdzawienie się w słońcu dojrzałej rezedy.
A gdy byłem już w drodze, sam nie wiedząc kiedy
I czemu – przypomniałem te oczy, przyziemnie
Śledzące mą zadumę i wpatrzone we mnie
Tym wszystkim, czym się można wpatrzeć
w świat i dalej.Co widziały te oczy, nim w tysiącu alej
Zginąłem, jedną chatę rzucając za sobą?
I czemu, z szafirową zawczasu żałobą
Patrzyły w ten mój odjazd poprzez zieleń rdzawą
Rezedy, co pachniała, przytłumiona trawą?
I dlaczego te oczy były coraz łzawsze?
Czy nie wolno nic nigdy porzucać na zawsze
I zostawiać samopas kędyś – na uboczu?
Czy nie wolno odjeżdżać znajomym gościńcem
I oddalać się zbytnio od tych złotych oczu,
Podkutych dookoła szafirowym sińcem?window.parent.CKEDITOR._["contentDomReadyblog_post_form_body"]( window );
-
Umieram...
” Pamiętam, jak pewnego dnia poszedłem do British Museum, aby poczytać o metodzie leczenia pewnej dolegliwości, która w stopniu śladowym u mnie wystąpiła – bodajże katar sienny.
Zdjąłem książkę z półki i przeczytałem wszystko, co na ten temat znalazłem.Potem, z czystego roztargnienia, zacząłem bezmyślnie przewracać kartki i leniwie przyswajać sobie wiedzę o różnych chorobach, bardzo ogólną.
Wyleciało mi z głowy, w jaką dolegliwość zagłębiłem się na początku – na pewno w jakąś straszliwą, śmiercionośną zarazę – lecz zanim dotarłem do połowy listy „objawów ostrzegawczych”,
nie miałem najmniejszych wątpliwości, że mnie dopadła.
Dłuższą chwilę siedziałem zmartwiały z przerażenia; potem, zobojętniały z rozpaczy, zacząłem znów wertować książkę.Doszedłem do tyfusu – przeczytałem objawy – odkryłem, że mam tyfus, i to od wielu miesięcy – pomyślałem sobie, ciekawe, co jeszcze mam.
Przewróciłem stronicę na taniec św. Wita: zgodnie z oczekiwaniami stwierdziłem, że i pląsawica mi nie przepuściła.
Postanowiłem zapoznać się ze swoim przypadkiem dogłębnie.
I tak, rozpoczynając alfabetycznie, przestudiowałem chorobę Addisona, stwierdziłem, że na nią zapadam, a faza ostra czeka mnie za jakieś dwa tygodnie.
Z ulgą się dowiedziałem, że choroba Brighta występuje u mnie w formie złagodzonej i, jeśliby na tym się skończyło, mogę liczyć na wiele lat życia.
Cholerę miałem z poważnymi powikłaniami, a z dyfterytem chyba się urodziłem.Sumiennie przebrnąłem przez wszystkie litery alfabetu i jedyną chorobą, której mogłem się nie obawiać, było zapalenie kaletki maziowej rzepki (cierpią na to sprzątaczki, które dużo klęczą).
Z początku zrobiło mi się dość przykro.
Czułem się spostponowany. Dlaczego nie mam zapalenia kaletki maziowej rzepki? W czym jestem gorszy od sprzątaczki?
Po chwili jednak wzięły we mnie górę mniej zachłanne uczucia.
Zreflektowawszy się, że miałem wszystkie pozostałe choroby znane medycynie, powściągnąłem swój egoizm i postanowiłem się obyć bez zapalenia rzepki.Podagra, w swej najbardziej złośliwej postaci, dorwała mnie, jak się zdaje, bez mojej wiedzy; na żółtaczkę zaś najwyraźniej cierpiałem od dzieciństwa.
Po żółtaczce nie było już żadnych innych chorób, doszedłem zatem do wniosku, że nic więcej mi nie grozi.
Siedziałem pogrążony w myślach. Jakimże ciekawym muszę być przypadkiem z punktu widzenia nauki, jakimż cennym byłbym nabytkiem dla adeptów medycyny!
Mając mnie, żywy almanach wszystkich chorób, nie musieliby chodzić od szpitala do szpitala.
Ja sam wystarczałem za szpital, za materiał na pracę dyplomową dla wszystkich studentów.Potem zacząłem się zastanawiać, ile mi jeszcze zostało życia. Spróbowałem się zbadać. Ująłem palcami przegub. Z początku w ogóle nie wyczuwałem tętna.
Potem ni stąd, ni zowąd jakby się wzbudziło. Wyjąłem zegarek i zacząłem mierzyć.
Wyszło mi sto czterdzieści siedem na minutę! Położyłem dłoń na sercu. Nic nie czułem. Przestało bić.
Później doszedłem do przekonania, że cały czas jest na swoim miejscu i pracuje jak należy, tylko ja nie potrafię tego dowodnie stwierdzić.
Opukałem się po całym tułowiu, od talii aż po głowę, zahaczając odrobinę o boki i górną część pleców.
Niczego się jednak nie domacałem ani nie dosłuchałem. Spróbowałem obejrzeć sobie język.
Wysunąłem go maksymalnie do przodu, zamknąłem jedno oko i usiłowałem mu się przyjrzeć drugim.
Widziałem tylko koniuszek, co nic mi nie dało, prócz tego, iż utwierdziłem się w przekonaniu, że mam szkarlatynę.Wszedłem do czytelni jako szczęśliwy, zdrowy człowiek. Wyszedłem jako niedołężny wrak……”
-
poniedziaek
Chyba wysiadam z karuzeli Wiednia i Tragów Książki, jeszcze w głowie mi się kręci..///
Wczoraj: Antoś i Franio szaleli, Antoś chciał wszystko kupować, a Franio po prostu sobie brał i w nogi…//
Wielki deszcz, a potem grad jak przepiórcze jajka. Franio martwi się o mrówki: a mlówki, a mlówki…???
Użytkownik Tomasz Jastrun zaktualizował swój stan: 2013-05-20 14:32:52 · Wyświetl
-
czysta biel :-)
Do wyboru…ale w jednym kolorze:) Chyba podrzucę swoje.. Usiądę i popatrzę czy równo schną… To znaczy popracuję sobie po włosku:)
Użytkownik Ania Jackowska zaktualizował swój stan: 2013-05-20 06:18:37 · Wyświetl
-
130 letnia WŁOSKA waga :-)
Czy mój kask waży tyle samo wg oceny konstruktorów i wg 130-letniej wagi Salvatore, sprzedawcy owoców w okolicach Positano?:) Wg. sprzedawcy ważył ciut więcej.. Ale to nie ołów, którym czasem handlarze podklejają wagi, to ta szara taśma którą masz obklejony kask.. Tak mi wyjaśnił włoski ekspert:) Uwielbiam ten kraj!:)
Użytkownik Ania Jackowska zaktualizował swój stan: 2013-05-20 06:14:02 · Wyświetl
-
Poranne przemyślenia przed śniadaniem.
Poznałam i na warsztatach Krystynę. Powiedziała, że napisze książkę o tym, że była ofiarą. A ja zastanawiam się czy ja też mogłabym o sobie powiedzieć. W pewnym sensie tak. Byłam żoną przez 18 lat. W międzyczasie były lata chude i tłuste. Gdy wychodziłam za maż mieszkanie było już wyposażone i pięknie wyremontowane. Wielu ludzi mi zazdrościło. Jeździliśmy na urlopy, zmienialiśmy samochody. Po jakimś czasie każde z nas miało swój – używany, ale swój własny. Czy mogłam wtedy narzekać? I…czy po tym wszystkim mogłam przypuszczać, że mój mąż zachowa się tak, a nie inaczej.
Kiedy przyszedł kryzys i posypały się finanse jako żona postanowiłam wspierać męża. Nie wiedziałam, że tego typu wsparcie jest niedopuszczalne. Że żaden normalny facet nie powinien zgodzić się na takie ryzyko żony. Że pozostawienie mnie sam na sam z pewnymi sprawami było nie fair. Na dodatek od pewnego czasu zaczął się nade mną pastwić psychicznie. A ja zwyczajnie za długo czekałam. Pewnie byłam przez jakiś czas ofiarą i nie zamierzam od tego sformułowania uciekać, ale nie mogę też powiedzieć, że moje małżeństwo od samego początku skazane było na taki, a nie inny los.
Zawsze jest jakiś wybór. Zawsze może być inaczej. Chociaż w bardzo maleńkim stopniu. Tym najmniej widocznym. Teraz ten etap mam już za sobą. Czas zastanowić się co dalej z tym kramem mam zrobić.
Zrobiłam rezerwację mieszkania. Na ten moment do dzisiaj. Czuję, że powinnam coś zrobić. Że ”ta” sytuacja za bardzo mnie spala. Nie śpię po nocach i tylko poczekać aż wykluje się z tego jakaś choroba. Muszę poważnie porozmawiać z moją mamą. I tego się boję.
Moja starsza siostra była alkoholiczką. Mama kupiła jej dom. Pomieszkała w nim kilka lat po czym poszła w długą zostawiając kilkunastoletnią córkę. Dziś siostra nie pije. Wychowuje 10-letnie syna. Sama. Marzy o przeprowadzce w góry. Ale dramat, który wtedy się rozpoczął trwa dalej. Jej córka nie ułożyła sobie życia. Tydzień temu wzięła ślub z facetem, który zrobił jej pierwsze dziecko. Teraz trzecie ponoć jest w drodze. A facet jest totalnym nieudacznikiem i śmierdzącym leniem, który nigdy nie pracował.
Z siostrą utrzymuję teraz dobry kontakt, ale…zadaję sobie pytanie: dlaczego ja nie miałabym prawa poprosić moją mamę o pomoc. Nie zostawiłam córki samopas. Pomagałam mężowi, który wpadł w wir finansowych problemów. I nikt po rozwodzie nie zapytał mnie jak właściwie należy mi pomóc. A właściwie to znaczy tak, żeby ta pomoc została wykorzystana dobrze. Bo moja siostra nie mieszka w tym domu – kupionym przez moją mamę – od parunastu lat.
Ludziom wydaje się, że jak pomogą komuś to wystarczy. Tymczasem ważne jest jak pomagamy. co z tego wynika. Jak zostaje to wykorzystane. Nic nie jest trwałe, a moja mama chce zainwestować w coś trwałego. Dom na pozór jest czymś trwałym, ale pusty dom – dom bez ludzi, miłości i ciepła – jest niczym. Jest marnotrawstwem czyjejś energii. Choć…może nie do końca. Bo myślę, ze jest zakup ten nie był złym zakupem i można go teraz dobrze wykorzystać.
Boję się tej rozmowy, ale wiem, że w końcu musi do niej dojść.
-
Wroclove
Trochę mnie tu nie było, a to z powodu wyjazdu do Wrocławia na objazd naukowy i wahań energii. Pokochałam Wrocław. On tętni sztuką, barwami, pozytywnymi emocjami. Mocniej w nim oddychałam i naprawdę odżyłam. Poznawaliśmy jego architekturę, od tej o średniowiecznym rodowodzie, po modernistyczną. Bardzo cenne było dla mnie obejrzenie kilku wystaw. Na poddaszu Muzeum Narodowego znajduje się ekspozycja ze sztuką polską XX wieku, a tam – m.in. prace mojego ulubionego Władysława Hasiora, parasole Tadeusza Kantora, ”Postacie siedzące” Magdaleny Abakanowicz, rzeźby Aliny Szapocznikow. Widziałam nową instalację wideo Mirosława Bałki we WRO Art Center. Jest ona zupełnie inna od jego dotychczasowych prac. Artysta filmuje np. swoją pracownię w Otwocku – „z ręki”, nocą, jako przestrzeń pełną tajemniczych kształtów, wyłaniających się z mroku. Intrygujące filmy są wyświetlane na ekranach, które wiszą w ciemnej sali. W tle słychać wycie wilków. Niedługo napiszę recenzję o tej wystawie, którą pokażę też tutaj. Podobała mi się również ekspozycja Grupy Luxus, która gra z kulturą popularną… i wiele, wiele innych, np. ”Pierścienie Saturna” w dawnym pałacu Ballestremów. Znajdowały się w nim mieszkania komunalne. Ich przestrzenie zostały zaadaptowane do potrzeb multimedialnych instalacji, co sprawiało surrealistyczny efekt (wyobraźcie sobie kasetony, fototapety, odrapane ściany, rury, a pośród nich kolejne prace) Przykład https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=0toUrqENA4A ”Black garden”, czyli sztuczne rośliny, które falują, wydają dźwięki, wydzielają zapachy.
Spotkałam się na wrocławskim rynku z Olą, z którą znałyśmy się długi czas przez internet. Pogadałyśmy od serca. Cieszę się, że się zobaczyłyśmy i pozdrawiam ją! Spędziłam dużo czasu z przyjaciółmi ze studiów. Były nocne tańce, w tym: na ulicy, kąpiel w fontannie, czyli wesołe szaleństwa, które bardzo lubię. Czułam się we Wrocławiu bezpiecznie, nawet w nocy. Wykreowałam go na miasto moich marzeń i obiecałam sobie, że kiedyś tam zamieszkam. On kontrastuje z Łodzią na jej niekorzyść. Jest zadbany i pełen światła, przestrzeni. Wciąż dzieje się w nim coś nowego! Pulsuje. Łódź jest bardziej depresyjna. Darzę ją chwiejnym uczuciem, raz ją uwielbiam, innym razem nienawidzę…”Moje” Koluszki nie budzą we mnie tylu sprzecznych emocji, są miejscem, gdzie mieszkam, piszę i odpoczywam.
Wróciłam do domu i wpadłam w depresyjny nastrój. Znów szara rzeczywistość, obowiązki itd. Dziś nastąpiło apogeum złego samopoczucia i zajadania go. Snucie się po domu w pidżamie i nerwowe telefony po dużą pizzę to jest to
Dla uzupełnienia telenoweli dodam, że pokłóciłam się z A. i nie odzywamy się. To jest dla nas dobre rozwiązanie. Poznałam go równo rok temu, co uczciłam tak, jak opisałam w akapicie powyżej. Jestem pewna, że on nie pamięta o tej dacie.
Będzie mnie mniej na blogu, a to dlatego, że a) skupiam się na nowej powieści b) co pewien czas wpada mi artykuł o sztuce do stworzenia c) „komponuję” pracę magisterską, bo inaczej nie da się tego określić; panuje w niej na razie chaos. Jednak na pewno będę dawać znać o nowych tekstach i o tym, że żyję
Kilka zdjęć z Wrocławia umieszczę tu niebawem, bo otrzymam je w przyszłym tygodniu. Dzisiejszego wieczoru słucham, oglądam i uwielbiam Użytkownik Marta Motyl zaktualizował swój stan: 2013-05-19 19:13:46 · Wyświetl
Marto, życzę Ci, by wróciła do Ciebie ta pozytywna ”wrocławska” energia! Pisz, twórz, ”komponuj” – niezmiennie trzymam kciuki za Twoją magisterkę i Twoją powieść! Czekam na zdjęcia z Wrocławia! Pozdrawiam
Dziękuję Ci Mary za wspieranie mnie w tym wszystkim
Pozdrawiam!Marto, mnie też jest tu mniej, choć powody zdecydowanie nie tak spektakularne
Po prostu wielu ulubionych osób ,, nie zastaję w domu”. Kocham Wrocław od urodzenia. Tu była siedziba firmy mojego ojca i dwa razy w misiącu czekaliśmy na jego powrót z delegacji, opowieści i przysmaki, tu studiował mój starszy brat i od niego dowiadywałam się o niepowtarzalnym klimacie tego miasta, tu w końcu studiowałam ja, tu wyszłam za mąż i mieszkałam przez 10 lat. To dziwne, że nawet teraz mój mąż, który się w nim urodził i mieszkał lat prawie 30, tęskni za nim mniej niż ja. Pozdrawiam Cię serdecznie i trzymam kciuki za nowe wyzwania
Dhof: cieszę się, że zajrzałaś do mnie
Widzę, że dla Ciebie Wrocław też wiąże się z bardzo miłymi wspomnieniami i nie dziwi mnie, że za nim tęsknisz. Dziękuję Ci za dobre życzenia. Pozdrawiam serdecznie!
-
Suchy prowiant w wersji włoskiej:)
Udko pod ramie i moge jechac dalej. Udko nie byle jakie bo sezonowane, z pieczeciami i apetycznym tluszczykiem. W roli glownej Prossciutto di Parma, od pieciu pokolen produkowane przez rodzine Gualerzi. Udko zabieram ze soba. Niestandardowa wersja suchego prowiantu;)
Użytkownik Ania Jackowska zaktualizował swój stan: 2013-05-19 15:31:26 · Wyświetl






Wysyłam...