O co chodzi w tych gwiazdkach na twarzy? Popularne naklejki przeciw wypryskom mają zmniejszać zmiany skórne i zapobiegać powstawaniu blizn. Czy kamuflują niedoskonałości? Wręcz przeciwnie – przyciągają uwagę. Być może to lepsza metoda niż obsesyjne zakrywanie pryszczy toną korektora i szpachlą, co było moją codzienną praktyką w latach nastoletnich. I okazuje się, że zanim do tego wniosku doszły współczesne kobiety, uważały tak już przedstawicielki europejskiej arystokracji przed kilkoma stuleciami.
Tego, że czarne gwiazdki na twarzy nie są niczym nowym, dowodzi choćby alegoryczny obraz powstały w drugiej połowie XVII wieku, przedstawiający popiersia dwóch kobiet – czarnej i białej. Obie damy mają na twarzy plastry w różnych kształtach: kropki, gwiazdki, księżyce i kwiatki. Obie ubrane są w suknie okrywające ramiona, mają perłowe naszyjniki i kręcone włosy. Czarna kobieta wskazuje palcem na twarz białej. Nad nimi znajduje się prawie niewidoczny napis: I black with white bespott you white with blacke this evil proceeds from thy proud hart then take her, Devill. Co można przetłumaczyć jako: „Ja czarna z białymi znaczkami, ty biała z czarnymi – to zło w sercu twym dumnym ma swe źródło. Zatem weź ją, diable”. Napis dowodzi, że funkcja obrazu była moralizatorska.
„Alegoryczny obraz dwóch dam” („Allegorical Painting of Two Ladies”), dzieło nieznanego artysty (ok. 1650). (Fot. Photopower)
Obsesja patriarchalnej kultury, która z jednej strony premiuje kobiety za bardzo konkretne cechy, z drugiej gani jednostki za próbę dostosowania się (a raczej nieszkodliwą próbę zhakowania systemu), to mechanizm, który znamy do dziś. Od wieków krytykowano nas za podążanie za kanonami piękna, za używanie kosmetyków, a nawet zakładanie drogiej biżuterii. Wysyp takich tekstów nastąpił w erze nowożytnej. Pisarze nazywali kobiety próżnymi, wyśmiewali je za przywiązywanie wagi do wyglądu, czasami wręcz utożsamiano wszelkiego rodzaju zabiegi z dziełem szatana. To wyjątkowo absurdalne, biorąc pod uwagę, że przecież nasze przodkinie robiły to wszystko po to, by zdobyć jakąkolwiek władzę. Nawet przedstawicielki wyższych sfer nie miały praw równych mężczyznom: często nie mogły decydować o sobie, wchodziły w skład majątku rodzinnego, potem majątku rodziny męża. Atrakcyjność była jedyną płaszczyzną, która dawała im możliwość zdobycia choć minimalnej formy sprawczości, wkupienia się w łaskę męskich zwierzchników. I właśnie stąd zdaje się krytykowanie tegoż upiększania, straszenie nim i łączenie z piekielnymi mocami. Kobiece piękno było ostatnią deską ratunku przed zniewoleniem, więc próbowano je ukrócać poprzez prawo.
Wiele państw czy miast wprowadzało restrykcje dotyczące wyglądu dam. W Anglii w 1650 roku wniesiono projekt ustawy zakazujący naklejania ozdobnych plastrów. Nie został on uchwalony, ale stanowi dowód na popularność tego problematycznego dla ówczesnych trendu. W „Rozprawie przeciwko pudrowaniu włosów, nagim piersiom, czarnym plamom i innym nieprzyzwoitym zwyczajom” (!) z 1653 roku znajdziemy grafikę przedstawiającą personikację Cnoty – kobietę z zakrytymi włosami w skromnej sukni – oraz personikację Występku – kobietę z dekoltem, kręconymi włosami i naklejkami na twarzy. Jej stylizacja jest bardzo podobna do stylizacji naszych dam.
Sprawę naklejek chętnie komentowali pisarze i pisarki, którzy nie zawsze wiązali je z diabłem, jak w przypadku napisu na naszym obrazie. Czasami jedynie uważali za powód do żartów. XVII-wieczna autorka poradników Hannah Woolley wyśmiewa tę modę w jednym z tekstów, prawdopodobnie stosując hiperbolę. Pisze, że w Londynie plasterki dostępne są dziś w każdym możliwym kształcie: księżyca, gwiazd, słońca, zamku, ptaka, bestii i wszelkich ryb… Naturalne pieprzyki były wtedy uważane za atut, szczególnie te znajdujące się na policzkach. (Według legend bogini miłości Afrodyta miała mieć ciemne znamiona, które podkreślały bladość jej cery i stanowiły pociągający, niedoskonały element, będący dowodem na jej wyjątkowość.) Tyle że z czasem coraz trudniej było jednoznacznie ocenić, czy są naturalne, czy sztuczne, naklejki były bowiem robione z aksamitu, skóry, jedwabiu i skutecznie udawały dary Matki Natury. Klejone były za pomocą żywicy lub śliny, a trzymane w specjalnych, misternie wykonanych puzderkach. Niektóre szkatułki były srebrne, inne złote, bywały takie w kształcie główek z perukami czy wysadzane szlachetnymi kamieniami. Zrobił się z tego cały biznes. Rosnąca popularność naklejek, która zaczęła się w nowożytnej Francji, wiązała się ze stosunkowo nowym zwyczajem toalety – czyli wszelkimi czynnościami dotyczącymi dbania o ciało, co zaczęto uwieczniać na płótnach jako element dworskiego życia.
Zaklejanie znamion i naklejanie pieprzyków – poza krytykowanym upiększaniem – miało też być swego rodzaju zabawą towarzyską i wskazówką dla potencjalnych kochanków i kochanek. Znaczenie miały nie tylko kształty, ale i miejsca, gdzie naklejano pieprzyki. Umieszczenie ozdób mogło zdradzać cel matrymonialny, ale mogło też być zaszyfrowaną informacją o znaku zodiaku. Naklejka w okolicy lewego oka symbolizowała Wodnika.
Same plastry (bez puzderek) nie były drogie, wręcz bardzo przystępne cenowo. Stąd po jakimś czasie oprócz kręgów arystokracji objęły swoim zasięgiem także bogacącą się burżuazję, a potem niziny społeczne. I zdaje się wówczas zaczęły powstawać wspomniane teksty krytyczne oraz satyryczne przedstawienia. Jak każda moda, i ta najpierw została brutalnie zawłaszczona (ozdabianie twarzy to prawdopodobnie spadek po jakichś obrzędach ludowych), następnie kultywowana przez klasy wyższe, żeby potem zyskać popularność wśród grup aspirujących, klasy średniej i wreszcie proletariatu, a finalnie stać się pośmiewiskiem elit…
Moda na pieprzyki przemija i wraca właściwie nieprzerwanie od nowożytności. W XX wieku były modne dzięki gwiazdom filmowym – Clarze Bow i Jean Harlow, potem Marilyn Monroe, Sophii Loren czy Elizabeth Taylor. Nadal uważane są za atrybut seksapilu, szczególnie jeśli są odpowiedniego rozmiaru i w odpowiednim miejscu, jak w przypadku Cindy Crawford, Sherilyn Fenn czy Evy Mendes. W drugiej dekadzie lat 2000 Marina Lambrini Diamandis, walijska piosenkarka znana jako Marina and the Diamonds, malowała lub naklejała sobie znamię w kształcie serca pod lewym okiem. Niestety nie poznała XVII-wiecznych rebusów – jest zodiakalną Wagą.W nowożytnej Anglii naklejanie znamion wiązano czasami z zakrywaniem blizn powstałych w wyniku zakażenia chorobami wenerycznymi, co oczywiście stanowiło paliwo do moralizatorskich komentarzy, uderzających tym razem w kolejny grzech, czyli kobiecą rozwiązłość i próbę jej tuszowania. Zbyt duża liczba naklejek na twarzy w pewnym momencie stała się synonimem biedy i obciachu oraz dowodem na przesadną aktywność seksualną. Satyryczne ryciny z serii „Kariera nierządnicy” Williama Hogartha z 1732 roku przedstawiają Moll Hackabout, wiejską dziewczynę, która przybywszy do Londynu, zostaje przechwycona przez Elisabeth Needham – stręczycielkę prowadzącą jeden z najbardziej znanych i ekskluzywnych burdeli. Jej twarz pokrywają naklejki, co stanowi wręcz atrybut jej profesji.
William Hogarth, cykl 6 grafik „Kariera nierządnicy” (ok. 1731–1732). (Fot. Alamy/BE&W)
Warto jednak pamiętać, że plastrami tuszowano także inne blizny, jak te po ospie prawdziwej, która, zanim wynaleziono szczepionki (koniec XVIII wieku), niszczyła cerę w potworny sposób.
Mężczyźni także korzystali z naklejek, zasłaniając blizny po chorobach lub po urazach wojennych. W ich przypadku niemal zawsze uchodziły za oznakę odwagi i heroizmu, mimo że przecież pełniły podobną funkcję jak u kobiet – miały zwracać uwagę i wskazywać na pewne pożądane przez potencjalnych partnerów lub partnerki cechy charakteru. U mężczyzn nigdy nie stały się powodem do śmiechu i szyderstwa.
Plastry dość często pojawiają się na portretach, szczególnie od połowy XVII wieku, choć bywały zamalowywane przez dawnych konserwatorów, którzy być może mylili je z jakimiś wtórnymi zanieczyszczeniami. W Niderlandach prowadzących intensywną wymianę dóbr z Anglią naklejki nie miały tak złej sławy jak u wyspiarzy, a wręcz przeciwnie. Uważa się, że mogły być remedium na różne schorzenia, w tym migrenę, bo – tak jak te dzisiejsze – nasączane były olejkami eterycznymi.
Wspomniany obraz – z dużym prawdopodobieństwem satyra wyśmiewająca ozdobne plastry – ma tajemnicze pochodzenie. Dziś znajduje się w zbiorach Galerii Sztuki Compton Verney. Dzięki dotacjom udało się go kupić do państwowych zbiorów po tym, jak na aukcji w 2021 roku został nabyty przez prywatnego kolekcjonera za 220 tysięcy funtów (!), mimo że jego wartość szacowano na dwa do czterech tysięcy funtów. Skąd taka cena, skoro obraz nie jest przykładem dzieła o wysokim poziomie artystycznym?
Po pierwsze, to malarskie przedstawienie moralizatorskich grafik – rzecz rzadka. Po drugie, na tym obrazie mamy do czynienia z dość równościowym potraktowaniem białej i czarnej kobiety.
W sztuce europejskiej czarne osoby bardzo często stanowiły dowód na zamożność ich białych właścicieli, raczej pojawiały się jako atrybuty władzy, część świty, służący czy damy dworu. Na portretach były zwykle w jakiś sposób zmniejszone względem białych osób, często dosłownie: były niższe, na dalszym planie lub w skłonie. Bywa, że portretowani arystokraci kładą władczo rękę na głowie czarnych służących, żeby pokazać swoją wyższość. W naszej alegorii wyjątkowo jak na XVII wiek kobiety są sobie równe, ubrane jednakowo i mają taką samą biżuterię. Czy to ranga czarnej kobiety została podniesiona, czy może ranga białej została zdegradowana?
Spośród wszystkich grup dyskryminowanych białe arystokratki miały prawdopodobnie najlepsze możliwe życie, ale ich los zależny od mężów, ojców i braci stanowi dowód na próbę niszczenia każdego, kto próbuje odebrać władzę rządzącym.
XVIII-wieczny portret Marii Kazimiery Sobieskiej. (Fot. Wikimedia Commons/Domena Publiczna)
Zamykanie kobiet w domu, przemoc, gwałty, tresura, zakazy, wpływanie na tak elementarne sprawy jak wygląd – były (i są) strategią polityczną. Ciała kobiet (białych w mniejszym stopniu niż czarnych) stanowiły pole walki o utrzymanie i rozwój systemu feudalnego, a potem kapitalistycznego.
Napis wspominający o diable też ma czytelne odniesienie do czarnej bohaterki. Kobieta jako instrument diabła, która uwodzi biednych mężczyzn i prowadzi ich na manowce, to motyw pojawiający się co najmniej od starożytności. Połączenie czarnej kobiety z diabłem jest zabiegiem zdecydowanie celowym, związanym z nowożytnością i ekspansją kolonialną. Ideologia rasowa, rozwijana po to, by bez konsekwencji i wyrzutów sumienia dokonywać eksterminacji Afrykańczyków i rdzennych Amerykanów, zakładała, że czarny człowiek to pomiot diabła.
Czarnoskóra modelka to też swoista ilustracja, skąd modne w XVII wieku naklejki miały pochodzić. Zdaniem ówczesnych badaczy z Anglii dekorowanie twarzy było dowodem na barbarzyństwo i podludzki charakter osób spoza Europy. Przejmowanie tych zwyczajów było dla uczonych niezrozumiałe, a wręcz groźne.
Na „Alegoryczny obraz dwóch dam” można więc patrzeć jak na dowód moralnej paniki, strachu przed kobiecą seksualnością, a więc władzą, a także część rasistowskiej propagandy. To, że najczęściej krytykowali ten trend Anglicy, prawdopodobnie miało związek z faktem, że moda na naklejki była szalenie popularna wśród ich największych wrogów i rywali w podbijaniu świata – Francuzów…
Współcześnie można odczytać go jako zachętę do dekolonizowania naszego myślenia o feminizmie jako ruchu mającym wyzwolić nie tylko białe Europejki, ale przede wszystkim urasowione kobiety, które od setek lat przez kolonialną ekspansję zmagają się z wyzyskiem. Jesteśmy już w innym momencie historii niż nasze XVII-wieczne przodkinie. Nie musimy wyszarpywać wolności, wciskając się w nieosiągalne kanony, możemy czerpać radość z malowania się i eksperymentowania, ale też zupełnie się go wyrzec. Najważniejsze, żeby patrzeć dalej niż czubek własnego nosa. À propos nosów – przeczytajcie, kto i w jakich warunkach wydobywa mikę do naszych rozświetlaczy.