fbpx

Dreszcze. Wywiad z Dorotą Masłowską

Dorota Masłowska - Między światami
fot. Rafał Masłow

Właśnie ukazała się książka „Więcej niż możesz zjeść”, zbiór felietonów nie do końca kulinarnych, które przez dwa lata pisała dla „Zwierciadła”. Oczywiście, jedzenie to jedynie pretekst. W sumie, jak mówi sama Dorota Masłowska, chodzi tylko o znalezienie jakiejś dziurki do podglądania rzeczywistości. A ta bywa mocno upiorna.

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow

Przyznajesz, że masz słabość do pewnej bardzo popularnej gazety z przepisami i zdjęciami dań nadsyłanymi przez czytelników. Oglądasz te wszystkie „mięsne jeże”, torty zrobione z galaretek w proszku, śmietany w spreju i pokruszonych herbatników. Pomysł pisania felietonów kulinarnych wziął się z tej fascynacji?

Nie, moje kupowanie „Przyślij przepis” to późniejsza historia. Najpierw był zamysł książki kucharskiej, a raczej antykucharskiej, bo chyba z moim obscenicznym nastawieniem do rzeczywistości nie byłabym w stanie tej pierwszej napisać. Już od dawna kołatał mi się po głowie pomysł na przepisy kulinarno-obyczajowe, które bardziej dokumentowałyby, co i jak się je, niż co i jak się jeść powinno. Zazwyczaj fakty w pisaniu o kuchni zastępuje romantyczna idea: pisze się o kruchej szynce długodojrzewającej, a kończy się mięsnym jeżem. A mnie właśnie bardziej interesuje ten jeż. Złożyłam więc w „Zwierciadle” pomysł takiego parafelietonu, pamiętnika spożywczego. Choć nie ma co ukrywać, że jedzenie to tylko pewien pryzmat, dziurka do podglądania rzeczywistości.

Jesteś podglądaczem jedzenia nie bardzo udanego, wręcz upiornego. Podczas kiedy wszyscy naokoło coraz częściej szukają właśnie w jedzeniu, w tym, jak się odżywiamy i co gotujemy, sposobu na dobre, udane życie.

Nie chcę nikomu tych poszukiwań zepsuć. Po prostu taki mam zawód, że parodiuję, sampluję i skreczuję różnymi narracjami, a tutaj akurat moją ofiarą padają te okołokulinarne. Przy stole spotyka się wszystko. To, co kupujesz, gdzie i dlaczego, jak to przyrządzasz, skąd czerpiesz przepisy, co usuwasz ze swojej diety, różne kulinarne mity, fantazje zdrowotno-prestiżowe, jakie pielęgnujesz w swojej kuchni – wszystko to bardzo ciekawe wątki. Jest tu i historia, i polityka, i olbrzymia doza psychologii, socjologii, a nawet myślę, że psychiatrii. Jedzenie jest bardzo ważne, a w ostatnich latach dostaliśmy hopla na jego punkcie. To na pewno rosnący dobrobyt, świadomość lifestyle’owa, pewne znudzenie „mieć” na rzecz „być”. Ale jedzenie to też w dużej mierze temat zastępczy. Żyjemy w rozpadającym się świecie, totalnie zniweczonym ekologicznie, którego dalsze losy są nie do przewidzenia. Kontrolowanie i cyzelowanie tego, co trafia na nasze talerze, daje nam poczucie, że panujemy nad czymś, co w rzeczywistości jest nie do opanowania. Prawdopodobnie wszystko, co pijemy i jemy, jest w jakimś stopniu trujące, nawet jeśli ma etykietkę „bio” i „eko”. Ratujemy się złudzeniem, że czytając etykiety produktów, dowiadując się, skąd pochodzą i jak zostały zrobione, jesteśmy w stanie uciec od przeznaczenia. Jedzenie staje się fetyszem, obiektem różnych obsesji. A fokus na wysublimowaną kuchnię sprzęga się z programami z Magdą Gessler leczącą polską gastronomię rodem z lat 90.

Odczuwasz ulgę, kiedy na ekranie Magda Gessler wyprowadza knajpę na prostą, wyrzuca z kuchni zupki instant i inne półprodukty i pokazuje, jak ugotować prawdziwy rosół?

Nie mam telewizora, ale widziałam ten program kilka razy w pokoju hotelowym, fascynuje on zresztą moją córkę. Myślę, że jest ciekawy, również w sensie dokumentalnym, i że za 15 lat będzie miał dużą wartość historyczną. Ale czy rzeczywiście jest to program misyjny? Uderza mnie, że większość tych restauracji prowadzona jest przez osoby pozbawione pasji, poczucia estetyki, nie mówiąc już o talencie kulinarnym, często zwyczajnie gnuśne. Magda Gessler uczy je, żeby nie gotować pomidorowej z keczupu, dobiera nowe zasłony, nazwę i stylistykę kuchni, tworząc kolejną mniej lub bardziej udaną restaurację Magdy Gessler. Obiektywnie wszystko jest lepiej, co nie zmienia faktu, że ci ludzie robią w życiu coś, czego kompletnie nie potrafią.

A ty? Pilnujesz tego, co jesz i gotujesz? W sklepie czytasz etykiety, w knajpach pytasz, czy jajka są z wolnego wybiegu?

Nie. W sumie miałam różne okresy wydziwiania, cyzelowania, ale mi przeszło. Raczej jem zdrowo, chociaż zdaję sobie sprawę, że „zdrowo” to pojęcie bardzo subiektywne. Nie lubię pizzy, frytek, makaronów, wieprzowiny, więc tego unikam. Ale przykładanie do jedzenia za dużej wagi uważam za antyspołeczne. Z kolei czasem wchodzę do jakiejś knajpy, bo podoba mi się brzydki żyrandol i opalizujące serwety, ale wtedy jem kaszę z surówką albo inne możliwie nietrujące rzeczy.

Nie sądzisz, że ten sentyment to nie tylko sprawa indywidualnych upodobań, ale i całego naszego pokolenia? Że ciągnie nas do takiej estetyki, w jakiej dorastaliśmy?

Na pewno. Tamten świat już powoli umiera, pod sidingiem i żółtym duluxem pokryty nowymi pokładami szpetoty, nowoczesnej albo aspirującej do nowoczesności. Z drugiej strony – to są właśnie najpiękniejsze niechlubne kolory naszego dzieciństwa: seledyn, brokat, stroboskop, perłowe tapety. Z desek, piór i sklejki budowana była imitacja świata zachodniego. Z widocznymi szwami i klejem wyłażącym z chybotliwych konstrukcji: społecznej i architektonicznej.

Tylko że u nas w Polsce te kiczowate lata 90. miały też dodatkowy wymiar. Nagle, wychowani w rzeczywistości PRL-u, z kompleksami, że jesteśmy zza żelaznej kurtyny, zyskaliśmy szansę, że staniemy się pełnoprawnymi Europejczykami. Myślisz, że to skaza czy błogosławieństwo?

Ja to doświadczenie lat 80. postrzegam jako potencjał, coś raczej ubarwiającego percepcję niż ją zubażającego. Nie możemy chyba uważać się za pokolenie, któremu komunizm połamał specjalnie życiorysy. Chociaż to trochę tak, jakbyśmy żyli kiedyś w innym kraju, jakbyśmy mieli podwójne obywatelstwo. To dobrze widać, kiedy się obejrzy np. serial „W labiryncie” – jak wszystko było inne, obyczajowość, stosunek do dzieci, miejsce kobiety w świecie. Inna rzeczywistość.

Pewnie też doświadczasz tego samego co ja, kiedy rozmawiam z osobami urodzonymi już po roku ’89. To ludzie, którzy dużo sprawniej poruszają się w obecnej rzeczywistości. Są sprawniejszymi konsumentami, są lepiej wyedukowani, bardziej ambitni, bardziej zorientowani na sukces.

Patrzę na swojego 11-letniego syna i cieszę się, że będzie znał języki, że dorasta bez tych wszystkich zahamowań, które miałam.

Tylko że tkwiące w nas kompleksy są przynajmniej jakąś ciekawostką, a paneuropejskie dzieci będą wszystkie do siebie podobne. À propos „W labiryncie” – moja córka ogląda to ze mną obsesyjnie. Tak samo lubi różne inne klasyki: „Niekończącą się historię”, „Gremliny”, „Goonies”. Tam jest coś, czego nie mają współczesne filmy dla dzieci, których treścią i konstrukcją rządzą badania fokusowe i triki marketingowe.

Przeglądałam ostatnio twoje starsze książki „Wojnę polsko-ruską…” i „Pawia królowej”, zastanawiając się, czy zmienił się twój język, czy ty sama zmieniłaś się jako autorka.

Bardzo bałabym się konkluzji, że się nie zmieniłam. Muszę wysyłać dziecko na ósmą do szkoły, chodzić na wywiadówki, gotować obiady. Z pewnością trudno by było w tym kontekście pozostać zagniewaną nastolatką. Gdy zaczynałam pisać, dużo łatwiej przychodziła mi radykalność. Teraz, po zjedzeniu w życiu pewnych ilości dziegciu i zawarciu iluś tam kompromisów, dużo trudniej postrzegać mi rzeczy zerojedynkowo. Z drugiej strony – trudno prześledzić, jak to przekłada się na moją sztukę, bo na przestrzeni ostatnich lat robiłam bardzo różne formalnie rzeczy – od teatru, przez pisanie o jedzeniu, po muzykę. I tak za swój największy sukces uważam to, że udało mi się ocalić pasję. Że się nie próbuję samopowielać, odcinać kuponów od tego, co było.

Co złego jest w odcinaniu kuponów?

Złego może nic, ale coś szalenie nietwórczego. Mogłabym je odcinać, pewnie żyłabym lepiej niż teraz. Ale za bardzo jestem przywiązana do procesu twórczego.

Co w tym procesie jest najbardziej kuszące?

Metafizyczne dreszcze, których się doświadcza.

Chodzi o moment, w którym siedzisz jeszcze przed pustym ekranem, czy kiedy już jesteś „w ciągu” i piszesz?

Różnie, czasem jak już skończę i z pewnej perspektywy widzę, co napisałam. To takie poczucie przekroczenia siebie, uchwycenia czegoś, czego sama na co dzień nie widzę, sama do końca nie rozumiem, a co w jakiś sposób umiem złapać z powietrza. Mam wrażenie, że to najpiękniejsze, czego w życiu doświadczyłam, i nie jestem w stanie z tego zrezygnować dla poczucia bezpieczeństwa czy wygody.

A dlaczego nagrałaś płytę „Społeczeństwo jest niemiłe”? Po premierze zalała cię fala krytyki.

Fala krytyki zalewała mnie po wszystkim, co napisałam czy zrobiłam. Mam duże doświadczenie w byciu odsądzaną od czci i wiary i lęk przed tym nie rządzi moimi artystycznymi wyborami tak bardzo jak moje różne widzimisię. Zawsze byłam osobą atelewizyjną, amedialną. Przy moich warunkach wokalnych, z wadą wymowy i neurozą, prawdopodobnie powinnam trzymać się z daleka od mikrofonu. Tymczasem Mister D. to jeden z moich najszczęśliwszych epizodów artystycznych. Wydzieliła się przy nim olbrzymia punkowa energia, absurd, w który udało mi się wciągnąć różnych twórców: muzyków, reżyserów, aktorów, artystów wizualnych. Doszło do kilku supertwórczych spotkań. Dla mnie po latach pracy w trybie bardzo samotniczym to niesamowity czas, duże przewartościowanie. Gdybym wkręciła się w to biadolenie, jak bardzo seplenię i po co pisać piosenki o Kindze Rusin, raczej bym tego nie doświadczyła.

Dolałaś jeszcze oliwy do ognia i nagrałaś piosenkę „Tęcza” – komentarz do kolejnej próby podpalenia słynnej instalacji na placu Zbawiciela.

Bo „Tęcza” zasługiwała na piosenkę – jest przykładem dobrej sztuki współczesnej, obiektem, który w przestrzeni miejskiej staje się dyskusją, a w tym wypadku raczej awanturą, mordobiciem.

Spotkałaś się z jej autorką, artystką Julitą Wójcik?

Nie. Ale, oczywiście, bywam na placu Zbawiciela, zawsze przejmował mnie widok „Tęczy” do połowy tęczowej, a z drugiej strony zupełnie zwęglonej. Śledzę z zainteresowaniem temat par jednopłciowych w Polsce. W rozgrywającej się wokół niego dyskusji dobrze odbija się jeden z moich koników, czyli stosunek Polaków do inności. Spotykają się w nim różne wątki: katolicyzm, mentalność postkomunistyczna, często zwykła tępota. A jednak trudno mi się śpiewa na koncertach „Tęczę”. Robię to, ale to nie jest moja ulubiona piosenka.

Dlaczego?

Wiele osób mówiło mi, że dobrze, że to dla nich ważne, ale ja się średnio czuję ze swoim debiutem w kategorii: protest song. W tej sytuacji jest jakiś element populistyczny – w tym mówieniu wprost. Wolę swoje opary absurdu.

Tak czy inaczej w Internecie nieźle dostajesz po głowie. Dostaje ci się i z prawa, i z lewa. Dla lewicy jesteś „córką Rydzyka”, dla prawicy też kimś wysoce podejrzanym i niepożądanym.

Tak i często są to rzeczy hardcore’owe, totalnie nienawistne, kąpiel w kwasie. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że mnie to nie boli. Ale po iluś tam latach obcowania z taką retoryką mam pewne rozróżnienie siebie od swojej persony i ten ból nie wpływa na moje artystyczne wybory czy radość życia.

Chciałabyś mieszkać gdzie indziej? W innym kraju?

Mam na koncie testy, nieudane próby wyjazdu na stałe. Mam już za sobą odkrycie, że przez język jestem wrośnięta w tutejszą rzeczywistość, w żadną już nie wniknę tak głęboko. To, co potrafię robić, to, co jest moim życiowym powołaniem, jest ściśle związane z Polską i z językiem polskim. Co nie zmienia faktu, że bardzo dużo jeżdżę, więc i tak część mojego życia rozgrywa się za granicą.

A poczucie przynależności? Czujesz, że jesteś częścią jakiejś zbiorowości? Środowiska, klasy społecznej, lokalnej społeczności?

Z tą przynależnością zawsze był u mnie problem, bo jednak jestem indywidualistką. Towarzysko jestem wrośnięta w środowisko artystyczne, bo w sumie nie ma ze mną za bardzo o czym innym pogadać. Natomiast tożsamościowo? Na pewno ważne jest to, że jestem z małego miasta, z blokowiska, że moi rodzice byli osobami nieaspirującymi, tak zostałam wychowana i lubię to w sobie. Nie skończyłam studiów, jestem dość słabo umocowana w mieszczańskich rytuałach, mój status materialny nie jest wybujały i – pod warunkiem że mam wygodnie i bezpiecznie – nie musi być. Boję się osaczających nas przedmiotów, fałszywych pragnień, w które jesteśmy nieustannie wpychani. Ale mówię te wszystkie mądrości jako zakupoholiczka.

W sztuce dla dzieci „Jak zostałam wiedźmą” piszesz o reklamach, które krzyczą „więcej, więcej i więcej”, i potwornych dzieciach, które nic, tylko grają na konsolach i nowych iPhone’ach.

My mamy jeszcze jakiś dystans, pamiętamy czasy, kiedy tego wszystkiego nie było, ale nasze dzieci urodziły się w świecie sztucznie pompowanych potrzeb i pragnień. Myślę, że to jest ważne, żeby ćwiczyć ten mięsień – silną wolę. Bo ona jednak daje wolność. Trzeba w sobie wyrabiać umiejętność szukania gęstości życia gdzie indziej.

Oceniasz innych po tym, co czytają?

Oczywiście. Ale aż strach pomyśleć, jak ja jestem oceniana, gdy czytam „Pamiętnik Anastazji P.”, który sobie niedawno kupiłam.

Powiesz, nad czym teraz pracujesz?

Niechętnie. Boję się, że jak powiem, to od razu zacznę z przekory robić coś zupełnie innego.

Dorota Masłowska rocznik 1983. Dorastała w Wejherowie. Za debiutancką powieść „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” otrzymała Paszport Polityki. Za drugą – „Pawia królowej” – Nagrodę Literacką „Nike”. Jest też autorką powieści „Kochanie, zabiłam nasze koty”, dramatów „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku”, „Między nami dobrze jest” i „Jak zostałam wiedźmą”. Jako Mister D. nagrała płytę „Społeczeństwo jest niemiłe” i piosenkę „Tęcza”. Najnowsza książka „Więcej niż możesz zjeść” ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.Wywiad pochodzi z numeru 5/ 2015

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>