1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Misia Furtak: "Mój temat - odwaga"

Misia Furtak: "Mój temat - odwaga"

Misia Furtak (Fot. Bartek Warzecha)
Misia Furtak (Fot. Bartek Warzecha)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Misia Furtak - trochę jak PJHarvey, a trochę jak Björk? Świadoma poszukująca artystka na scenie muzycznej od 15 lat. Od niedawna robi karierę solową. W ubiegłym roku wydała album "Co przyjdzie?". Co miesiąc prezentuje w radiu nową interpretację piosenek z tej płyty.

Co to są reworki? Zastanawiałam się, czy z moich intymnych, dość przejrzystych aranżacyjnie piosenek można wycisnąć coś bardziej esencjonalnego. Miałam pomysł na wersje solo piano – proste aranże na pianino bez wokalu. Tak Hania Rani zrobiła rework mojej piosenki „Tysiąc”. Ale miała premierę swojej płyty i pofrunęła dalej. I pewnie nic by więcej nie było, gdyby nie Miron Grzegorkiewicz. Kiedy usłyszałam, co zrobił z „Go to Sleep”, byłam pewna, ze moje piosenki wyruszają w bardzo ciekawa podróż, a moja historia przestaje być jedynie moja.

Różni artyści sięgają po twoje piosenki, jakby stawiali przed tobą lustra. Na każde inaczej pada światło, w każde patrzysz pod innym katem. Jaka siebie w nich widzisz? Chociaż ich piosenki są Šzupełnie inne od moich, widzę siebie dokładnie taka, jaka pokazałam siebie na płycie. Odsłonięta, a przy tym szorstka w dialogu ze światem. Bezpośrednia, skupiona i na dystans.

Dystans jest potrzebny? Jest buforem bezpieczeństwa. Bardzo potrzebuje go przy pisaniu płyty, bo zapuszczam się głęboko w nowe przestrzenie i szybko mogę się w nich zatracić albo zapomnieć, po co w ogóle zaczęłam ten akurat obszar eksplorować. Po chwili nie wiesz już, czy to, co robisz, ci się podoba i jak to się stało, ze dotarłeś tam, gdzie jesteś.

A w życiu? Tu dystans pozwala mi się poczuć mniej odsłonięta. Skoro ludzie już mnie taka widzą, to przynajmniej nie mogą za blisko podejść.

Fot. Piotr Czyż Fot. Piotr Czyż

Słuchając kilkakrotnie twojej płyty „Co przyjdzie?”, miałem wrażenie, że wróżysz światu niezbyt dobrze, ale podajesz to słuchaczom jak osobisty prezent. Skąd to czarnowidztwo? Na pewno miało na to wpływ mocne tąpniecie w moim prywatnym życiu, jakim było rozstanie. Były tez inne drobne okoliczności. Stwierdziłam, ze naprawdę mam o czym pisać. Ale najważniejsza była moja refleksją nad światem, bardzo dojmująca.Nie jestem odcięta od rzeczywistości, wiec przyglądam się jej trochę zmartwiona.

Będzie gorzej dla wszystkich, tak śpiewasz. A nie jest lepiej mieć realistyczne podejście do życia? Poza tym to nie jest takie jednoznaczne, jak mówisz, bo śpiewam: „Zamiast deliberować, trzeba szalupy budować – dla wszystkich, bo będzie gorzej”. Dla mnie to pozytywny manifest – jakimś cudem się dogadajmy, zacznijmy działać, a coś dobrego się zacznie. Na pewno nie namawiam, by zamknąć oczy i wpaść w czarną otchłań.

Czyli spełnienie wróżby zależy od interpretacji? Interpretacja zmienia cały kontekst. Często słyszę, w jaki sposób ludzie odbierają moje piosenki, i to jest ciekawe, bo więcej mówi o nich niż o mnie i o tych numerach. Jeśli się w nich przejrzeli albo od nich odbili, to znaczy, że były im potrzebne.

Trzeba być pewnym siebie, żeby się odsłonić? Pewność siebie nie była u mnie od razu. Nie wiem, czy teraz jest jej tyle, ile potrzebuje, ale na pewno dużo dał mi proces pisania tej płyty. Zajmuje się muzyka od 15 lat, ale dopiero teraz odważyłam się wziąć sprawy w swoje ręce – sama wyprodukowałam płytę i jak zwykle napisałam teksty i większość muzyki. Wcześniej pisanie było dla mnie tożsame z byciem w zespole, z jego życiem. Od rozpadu zespołu très.b nie czułam się całkowicie gotowa do samodzielności, choć po drodze była jeszcze płyta „Epka”, którą nagrałam jako Misia Ff. Bedąc w très.b, przynosiłam do sali prób szkic i razem pisaliśmy piosenkę. Najczęściej nowe pomysły miał Olivier, czasem Tom, ale którekolwiek z nas byłoby autorem pierwszego szkicu, kończyliśmy go razem, siedzieliśmy w studiu i graliśmy koncerty.

Misia Furtak (fot. BEW) Misia Furtak (fot. BEW)

Jak się poznaliście? Znalazłam w Danii szkołę muzyczna, złożyłam aplikacje. Studiowałam akurat w Warszawie, robiłam w Brukseli, Warszawie i na Cyprze z telewizja belgijska odcinek serialu „Europe: 10 Points”, pokazującego stolice krajów wchodzących wtedy do Unii Europejskiej. Potem pojechałam na miesiąc do Kanady odwiedzić rodzinę i tam dostałam odpowiedz od Duńczyków. Wróciłam do Polski przepakować walizkę. Szkoła była na północy Danii, pośrodku niczego. Kampus na terenie szkoły. Dostaliśmy śpiewniki, co rano spotkania zaczynały się od pieśni. Olivier Heim jest Holendrem urodzonym w Stanach, Thomas Pettit pół Duńczykiem, pół Anglikiem urodzonym w Luksemburgu. Poza nami studiowali sami Duńczycy, rozmawiali ze sobą po duńsku, a my nie nadążaliśmy za tym, co mówią, co się dzieje. To nas połączyło. Zaczęliśmy spędzać ze sobą czas, mieliśmy poczucie wspólnej wrażliwości, w końcu zaczęliśmy razem grać. Najpierw covery, a później też pisać piosenki. Pamiętam taką scenę: w małym skandynawskim kościołku, gdzie odbywała się uroczystość na zakończenie szkoły, zagraliśmy „Jóge” Björk. To zrobiło na wszystkich piorunujące wrażenie. Ta piosenka była tam odczuwalnym zakończeniem ważnego rozdziału.

Zamiast wrócić do swoich krajów, założyliście zespół? Chłopaki chciały wyjechać w podróż po Kanadzie, ja miałam wracać na studia do Polski, bo wzięłam urlop dziekański. Ale postanowiliśmy przeprowadzić się razem do Kopenhagi, pograć. Mieszkaliśmy we trójkę w jednym pokoju, w drugim mieszkały bliźniaczki. Zaczęliśmy żyć jak w rodzinie. Postanowiliśmy zdawać na studia. Jako jedyna się nie dostałam z powodu błędu formalnego, podobno jakiś dokument się nie załączył. Chłopaki  się dostały. Powiedzieli, że to nie jest mój problem, ale nasz problem, wiec może przenieśmy się gdzieś, gdzie wszyscy będziemy mogli studiować. Ich rodzice są w Luksemburgu, mają znajomych w Maastricht, może tam będzie łatwiej. Złożyłam papiery na media culture i po tym, jak się dostałam, chłopaki znalazły dla siebie inne kierunki i również zostały przyjęte. Spakowaliśmy tobołki do jednego samochodu i pojechaliśmy do Maastricht, a później w dalsza drogę do Amsterdamu i do Warszawy, gdzie eis rozstaliśmy. Ale to wspólne doświadczenie całkowicie uformowało mnie muzycznie.

Graliście na świecie, mieliście uznanie, dostaliście Fryderyka i Paszport „Polityki”. Co się stało, że w tym najlepszym momencie przestaliście razem pracować? Być może mogłam coś przewidzieć, ale wszystko, co wówczas robiłam, oparte było na jak najlepszych intencjach i wierze, że to jest dobra droga. Kiedy mieszkaliśmy w Danii czy Holandii, nigdy nie byliśmy stamtąd. I nagle we wrześniu 2010 roku przyjechaliśmy do Polski na premierę płyty „The Other Hand”, w maju 2011 roku już dostaliśmy Fryderyka. Było zainteresowanie. Tymczasem okazało się, ze jedno z nas miało wszystko – język, środowisko, kontekst. Kiedy chodziliśmy na wywiady, dziennikarze pytali głównie mnie, pewnie ze względu na język. Zdarzało się, że chłopaki stały przez godzinę i słowem się nie odezwały. Pojawiło się pękniecie. Ale tyle dobrego się działo, że wydawało mi się, że to działa i wszystko się poukłada. Oni mieli poczucie, ze mam parcie na szkło, ja uważałam, że nie są w stanie mnie odciążyć. To proste mechanizmy. Każdy artysta ma swoje ego. Nie udało nam się zachować tego, co dotąd miało największą wartość, że byliśmy właściwie rodzina. Każdy poszedł w swoja stronę.

Potrzebowałaś odwagi? Dzisiaj myślę, że odwaga to jest mój temat.

Pamiętasz taki moment w życiu, kiedy po raz pierwszy poczułaś się odważna? Nie czułam tego wtedy, ale myślę, że to było, kiedy postanowiłam zostać w Holandii. Musiałam podjąć pracę fizyczną. Dużo mnie to kosztowało. Byłam kelnerka, odkurzałam hale wystawowe po nocach, byłam pokojówką w pensjonatach, pracowałam za barem i w recepcjach hoteli. Miałam poczucie przegranej. Zaczynałam siebie definiować jako sprzątaczkę, a nie jako muzyczkę. Ale poukładałam to sobie. Pracowałam, żeby mieć zespół, grać. Dzisiaj myślę, ze to było zdrowe. Po pierwsze, wiedziałam, że dostanę pieniądze, a po drugie, to były konkretne zadania, szybki rezultat – było coś do odkurzenia, wiec odkurzyłam. W muzyce rezultat odłożony jest w czasie.

Gdzie szukasz inspiracji? Coś usłyszę, przeczytam, chodzę na wiele koncertów. Teraz oglądam też więcej  filmów i seriali. Dużo rozmawiam z ludźmi. Ale kiedy pracuje nad płyta, staram się totalnie odcinać od bodźców, zwłaszcza od muzyki.

Bo przeszkadza? Zabiera koncentrację. Kiedy pisałam „Co przyjdzie?”, starałam się odłączyć od świata, nawet zlikwidowałam profil na Facebooku.

Twoja rodzina jest rozśpiewana? Dziadkowie byli. Śpiewanie było dla nich i ich rodzeństwa sposobem spędzania czasu, bycia ze sobą. Chwile pogadamy, a potem pośpiewajmy.

Znasz ich piosenki? Nie znam. Wiem, że siostry mojego taty znają te pieśni.

Ukraińskie, łemkowskie? Myślę, że oni tego nie rozróżniali. Chcieli śpiewać i tyle. Interesuje mnie przeszłość rodziny, coraz bardziej pociąga mnie ta inność, która mam po swoich przodkach. To ciekawe, ale zaczęłam się utożsamiać z genami łemkowskimi, kiedy wyjechałam z Polski. Nagle każdy ze znajomych miał skomplikowaną przeszłość, złożoną tożsamość. Pomyślałam, że we mnie też jest całkiem sporo różnych barw. Że jest we mnie coś więcej niż to, że jestem z Polski.

Kobiety w twojej rodzinie były odważne? Jedna z moich babć opowiadała, jak do jej wsi wpadało UPA i podpalało domy nowo zasiedlonych Polaków. Pamiętała, że spali na górze domu, za zakręcana na zawór klapa, bo w nocy często ktoś przychodził wykradać jedzenie. W czasie wojny w ich stodole mieszkał niemiecki oficer z psem i kucharzem, który często dla nich gotował. Nie wiadomo, co się z nim stało, ale oficer uciekł, kiedy dowiedział się o wkroczeniu do Polski Armii Czerwonej. Babcia śmiała się, że „w lekkich butach poleciał”, bo zostawił oficerki, w których ona i jej siostry chodziły jeszcze przez kilka lat. To były kobiety doświadczone od dziecka. Kiedy były dziewczynkami i paliła się wieś, pradziadek zapakował je na wóz i zawiózł na polane pod lasem, gdzie spędziły cała noc. Patrzyły na płomienie, aż zasnęły. Moi dziadkowie przeżyli akcje „Wisła”. Musieli pogodzić się z wysiedleniem, mieć umiejętność adaptowania się, budować nowe życie. Mam do tego dużo szacunku.

A muzycznie poszukiwałaś po tamtej stronie? Od dawna myślę o zrobieniu projektu związanego z pieśniami łemkowskimi, ale nie mam na to muzycznego pomysłu. Nie chcę zrobić płyty folkowej, tylko nowoczesna, mająca źródło w tamtej muzyce, a to jest bardzo trudne. Dotąd nie udało mi się znaleźć odpowiedniego kontekstu. Chciałabym zrobić więcej niż zaśpiewać piosenki po łemkowsku.

Czujesz się związana z Warszawą? Bardziej, niż kiedyś mi się wydawało. Kiedy tu wróciłam, dziesięć lat temu, był supermoment. Ludzie zaczęli wychodzić, siedzieć w kawiarnianych ogródkach, otwierały się perspektywy. Zwróciłam wtedy uwagę na to, ze zachowują się, jakby nigdy nie było inaczej. Dzisiaj Warszawa jest na pewno najbardziej kolorowym miastem w Polsce. Państwem w państwie, jak Berlin w Niemczech. Nie jest idealna, bo ma jakiś rodzaj ciśnienia, którego nie czuje w innych wielkich miastach w Europie, jakby ciągle chciała coś udowodnić, a mogłaby już zluzować. Dlaczego stale tak ostro na siebie patrzy?! Lubie Warszawę też za różne mikrośrodowiska, które szukają otwartości, za przestrzeń, za to, ze moja płytę mogłam pisać w Otwartej Pracowni na Jazdowie, na osiedlu drewnianych domków w centrum miasta. To prawda, ze fotografujesz niebo? Tak. Dzisiaj zobaczyłam przez chwile takie ciepłe światło, fajne niebo do złapania. Dziesięć minut później było już wybledzone, wiec nie zdążyłam. Ale różni ludzie wiedzą, że je fotografuję, i przysyłają mi zdjęcia swojego nieba.

A twoje jakie jest? To niebo we mnie? Czuje się fragmentem większej całości, która mnie nie pożera, tylko daje mi siłę. Jestem sobą, a jednocześnie mam wokół siebie fragment świata, który działa, nawet jeśli zawodzi.

Jakie piosenki teraz piszesz? Zauważyłam, że są w trybie rozkazującym, jakbym nagle zaczęła krzyczeć. Zmieniłam ich ton. Ale może ten tryb ma dodać innym odwagi? Na pewno jej dzisiaj brakuje. Nawołuję do mobilizacji, by robić to, co się kocha. Świat nie będzie idealny, ale pozwólmy sobie dać mu nasza wrażliwość. Róbmy swoje. Mamy więcej, niż nam się wydaje.

Misia Furtak, kompozytorka, wokalistka, basistka, autorka tekstów i dziennikarka. Razem z zespołem très.b laureatka Paszportu „Polityki” i Fryderyka. Solo jako MisiaFf uhonorowana m.in. Nagrodą Artystyczną Miasta Torunia im. Grzegorza Ciechowskiego za płytę „Epka”. W 2019 roku wydała solowy, wyprodukowany przez siebie album pod tytułem „Co przyjdzie?” (wyd. Agora). Zagrała kilkaset koncertów w Europie i Japonii.

4 maja ukazał się nowy utwór Misi Furtak zatytułowany Energia. Singiel jest zapowiedzią kolejnych muzycznych kroków artystki. “Energia” to piosenka, o poczuciu wspólnoty i o tym, że warto uwierzyć w swoją sprawczość. 

“W obliczu pandemii ten utwór zyskał dodatkowe znaczenie. Co, jeśli już nigdy nie będziemy mogli zrealizować planów, które odkładaliśmy na później? Za czym tęsknimy na kwarantannie? Czy odkrywamy, na co przed przymusową izolacją traciliśmy zbyt dużo czasu, a co robiliśmy zbyt rzadko? Czego w biegu nie docenialiśmy? Na poprzedniej płycie, “Co przyjdzie?” (2019), zadawałam pytania o przyszłość. Teraz mamy jeszcze mniej danych, żeby na nie odpowiadać. Znajdujemy więc spokój w codzienności i jej rytuałach. Gotując dla siebie i bliskich, chodząc na spacery, okazując sobie serdeczność i bawiąc się z psem, odkrywamy, że czasem nie potrzeba wielkich czynów, aby wpływać na otaczający nas świat. Może więc to najlepszy moment, aby określenie „głupie rzeczy”, którego używam w refrenie piosenki, zdefiniować na nowo? ” - mówi Misia Furtak. 

https://www.youtube.com/watch?v=iNQquX6zQ3g&feature=youtu.be

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Płyty miesiąca - nowości muzyczne

Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dobrej muzyki nigdy za dużo. Wieczór z dobrą płytą to idealny sposób na relaks. W tym  miesiącu polecamy kilka nowości, które mogą wzbogacić waszą płytotekę.

Zaskoczenie

Pat Metheny „Road To The Sun”

Pat Metheny wydał już kilkadziesiąt płyt (za które dostał aż 20 nagród Grammy), ale takiej w swojej dyskografii jeszcze nie miał. Własne kompozycje powierzył bowiem pięciu innym gitarzystom: czterem weteranom z Los Angeles Guitar Quartet oraz gwiazdorowi filharmonicznych sal – Jasonowi Vieaux. Sam materiał to dwie kilkuczęściowe suity, którym zdecydowanie bliżej do muzyki kameralnej niż jazzu. Równie zaskakujący, co interesujący debiut Metheny’ego w nowej roli.

Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner

Sprawdzona formuła

Mogwai „As The Love Continues”

Szkockie Mogwai od ćwierć wieku nagrywa na przemian nowe płyty studyjne i soundtracki (ostatnio do serialu „Zero Zero Zero”). Niespecjalnie zmienia się też jego muzyka. Wciąż może ona służyć za definicję post-rocka: cicho, głośniej, kulminacja, znów cicho, powtórz. Ale jak słusznie zauważają sami Szkoci, gdy ten gatunek podbijał muzyczny rynek, wielu obecnych słuchaczy jeszcze nie było na świecie. A starszym fanom ta formuła i tak nigdy się nie znudzi.

Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS

Lekcja muzyki

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”

Trzy lata temu pewien szwedzki producent udał się do rybackiej wioski w Senegalu, by nagrać improwizacje tamtejszych muzyków. Później materiał szlifował z nimi zdalnie. Teraz możemy posłuchać efektów tej przygody w wykonaniu ponad 20 muzyków, dla których afrykański jazz, blues, dub i pieśni sufickie są jak „różne gatunki ryb pływające w tym samym oceanie”. Usłyszymy tu też chór dziecięcy, bo ta płyta to jedno wielkie wezwanie, żeby edukować i uwrażliwiać przez sztukę.

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds

Żywiołowo

Julia Stone „Sixty Summers”

Julia Stone tym razem bez brata, za to w innym doborowym towarzystwie. Australijska gwiazda folku nie przestaje muzykować z bratem pod szyldem Angus & Julia Stone, jednak po długiej przerwie od solowej kariery postanowiła przejrzeć dziesiątki swoich próbnych nagrań z ostatnich lat i wybrać tuzin najlepszych. Nie robiła tego sama, bo współproducentką nowej płyty jest mistrzyni pogmatwanych piosenek Annie Erin Clark, znana jako St. Vincent, a wśród gości pojawiają się Matt Berninger oraz Bryce Dessner z zespołu The National. Wspólnymi siłami pomogli Stone oderwać się od akustycznych łagodności – choć ich tu rzecz jasna nie brakuje – i popróbować syntezatorowego popu czy funku. Żywiołem Stone pozostaje jednak scena. Warto więc zajrzeć także na jej kanał YouTube, na którym opublikowała cały koncert z premierowym materiałem. Przy okazji zbierała fundusze dla poszkodowanych przez pandemię muzyków.

Julia Stone „Sixty Summers”, Warner Julia Stone „Sixty Summers”, Warner

  1. Kultura

Marta Gardolińska - pierwsza w historii opery francuskiej dyrektorka muzyczna

Marta Gardolińska - dyrygentka
Marta Gardolińska - dyrygentka
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Wiadomość, kto obejmie stanowisko dyrektora muzycznego Opery Narodowej Lotaryngii, wywołała ostatnio sporo zamieszania. Bo to kobieta – pierwsza w długiej historii tej instytucji. Polka, i to zaledwie 33-letnia. Kim jest Marta Gardolińska?

Szacowna Opéra National de Lorraine z siedzibą w Nancy, jedna z pięciu oper narodowych we Francji, jest sceną z tradycją sięgającą XVIII wieku. Dyrygenta pełniącego funkcję dyrektora muzycznego szukano tu już od pewnego czasu. Wybór Marty Gardolińskiej jest tym bardziej znaczący, że wzięto pod uwagę także głosy muzyków orkiestry i reszty zespołu opery. Znali Gardolińską, mieli okazję z nią pracować.

– To była próba ognia, z której wyszliśmy obronną ręką – wspomina Marta tamtą współpracę.

Do próby ognia jeszcze wrócimy, tymczasem sukces Polki jest wyjątkowy także z innego powodu. Tak, Gardolińska to pierwsza w historii francuskiej opery dyrektorka muzyczna, ale chodzi też o dyrygenturę w ogóle. Jeśli spojrzymy na światowe statystyki, w zestawieniu 150 najbardziej rozpoznawalnych dyrygentów znalazło się zaledwie pięć dyrygentek. Te dane pochodzą sprzed kilku lat i to w tym przypadku pocieszająca wiadomość. Bo, jak mówi sama Marta, czasy zmieniają się bardzo szybko, a ona jest tej zmiany – która gwałtownie przyśpieszyła akurat w czasie jej nauki i wchodzenia w zawód – częścią i naocznym świadkiem. Co nie znaczy, że po drodze nie miała wątpliwości, czy to zawód dla niej.

Ciało

Miała zostać fizjoterapeutką, która zajmuje się muzykami. Pomysł pojawił się jeszcze w liceum, na warszawski AWF zdała z pierwszą lokatą. Zawsze była wysportowana, rodzice bardzo o to dbali. Już jako trzylatka chodziła na basen, potem doszły kolejne dyscypliny, między innymi akrobatyka. A konkretnie: skoki na (tu Marta zgadza się, że w kontekście jej dzisiejszego zawodu brzmi to zabawnie) batucie. Różne osiągnięcia przychodziły jej z łatwością, nawet jeśli przez szkołę muzyczną nie mogła trenować tak intensywnie jak koleżanki. Skoki skończyły się, kiedy w wieku dziesięciu lat doznała poważnej kontuzji. Kompresyjne złamanie kręgosłupa, wynikające z dużych obciążeń w okresie intensywnego wzrostu. Chodziła w gorsecie, przeszła rehabilitację i fizykoterapię. Marta: – Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wszystko dzieje się po coś. Do mnie dzięki tamtemu doświadczeniu dotarło, jak ważna jest praca z ciałem i że można je zregenerować. Sport w jej życiu został. Utrzymywał ją w dobrej formie, ale też dał sporo pewności siebie. Uśmiecha się: – Mam starszego brata i często trenowałam z nim i z jego kolegami. To, że udało mi się zrobić więcej pompek lub wyprzedzić któregoś z nich na torze, było powodem do dumy i zbudowało we mnie przekonanie, że jeżeli się postaram, zawezmę i popracuję, mogę być tak samo silna czy szybka jak moi koledzy. Nadal jest w niej duch rywalizacji. Nie cierpi, kiedy ktoś daje jej fory. Poczucie, że zdobyła w życiu cokolwiek nie dlatego, że była obiektywnie najlepsza, ale z jakichkolwiek innych względów, jest dla niej ujmą na honorze.

Muzyka

Dyrygenturę symfoniczną miała studiować równolegle z AWF. Taki, a nie inny kierunek muzyczny wybrała, bo jako nastolatka – właściwie przypadkiem – odkryła, że dyrygując, wyraża się dużo lepiej, niż grając na instrumencie. Znikała paraliżująca trema, która gnębiła ją podczas występów solo. Miały być więc dwa kierunki studiów, tyle że kiedy już po egzaminach porównała oba rozkłady zajęć, zorientowała się, że pogodzenie ich jest fizycznie niemożliwe. No dobrze, niech więc najpierw będzie dyrygentura, dostać się było na nią niezwykle trudno, na rok przyjmowano tylko pięć osób. Marta zakładała, że studia muzyczne skończy na licencjacie, po czym zrealizuje swój pierwotny plan. I chociaż w rezultacie sprawy potoczyły się inaczej, znamienne jest, że dziś, wspominając kobiety, którym wiele zawdzięcza, na pierwszym miejscu wymienia Gertraud Berkę-Schmid. Profesorkę na Akademii Muzycznej w Wiedniu, śpiewaczkę operową, ale także psycholożkę, lekarkę specjalizującą się między innymi w osteopatii, ćwiczeniach fizjoterapeutycznych, technikach relaksacyjnych. Berka-Schmid łączy w swojej pracy holistyczną wiedzę o tym, kim jest muzyk i jak powinien prawidłowo funkcjonować, a Marta była słuchaczką na jej wykładach i jej pacjentką. Mówi, że swoją postawę – dosłownie: prawidłową postawę na scenie przed orkiestrą, bez bólu i napięć, ale też postawę życiową, podejście do pracy, rozumienie swojej roli jako dyrygentki – zawdzięcza pani profesor.

Tylko ten jeden raz

Jest absolwentką wiedeńskiej Akademii Muzycznej, dokąd trafiła po dwóch latach studiowania w Warszawie. Na uczelni siedziała codziennie od 8 do 22, czyli tak długo, jak było otwarte. Czego uczy się student, żeby zostać zawodowym dyrygentem orkiestry symfonicznej? Nauka techniki dyrygowania zaczyna się zwykle od zajęć z dwoma fortepianami. Ale to szybko przestaje wystarczać, trudno porównać to do kierowania zespołem liczącym od 50 do nawet 120 muzyków. Poza tym technika jest jakąś składową tego zawodu. Marta żartuje, że gdyby prześwietlić pod kątem stylu niektórych gigantów dyrygentury, mogliby nie zaliczyć egzaminów na uczelni. Tu już wchodzi w grę metafizyka – potęga talentu i interpretacji. Co zatem w edukacji przyszłego dyrygenta jest ważne? Zasadne jest porównanie do studiów reżyserskich. Zdobywa się jak najszersze wykształcenie. Historia muzyki, analiza dzieł, nauka repertuaru, wyrabianie w sobie muzykalności. Reszty człowiek tak naprawdę uczy się sam, zdobywa doświadczenia, kierując orkiestrami, między innymi amatorskimi, a kiedy uczy się i mieszka w takim mieście jak Wiedeń, wykrada grafiki Filharmoników Wiedeńskich, po czym przechodzi z pewną siebie miną obok portiera i ukradkiem wchodzi na ich próby. To właśnie ten czas, gdy zmiany w środowisku muzycznym zachodziły na oczach Marty. Kiedy studiowała, powstał w Akademii instytut gender studies, rektora zastąpiła rektorka, wprowadzono program parytetów. Do tego doszedł jeszcze ruch #MeToo, który odbił się szerokim echem w środowisku muzyków klasycznych. Dla kobiet pootwierało się wiele drzwi, ale Marta, świeżo upieczona absolwentka dyrygentury, została z tym samym dylematem, który ma większość młodych ludzi tuż po uczelniach artystycznych. Co dalej? Bardzo ważne było zdobycie stypendium u słynnej amerykańskiej dyrygentki Marin Alsop i jej mentoring, ale przełomowym momentem okazał się kontrakt w Bournemouth w Anglii. Zwłaszcza że w tamtym momencie Marta właściwie już się poddała, była sfrustrowana ciągłym poszukiwaniem stałej pracy, od kilku lat jeździła na konkursy i przesłuchania, spotykając na nich wciąż tych samych dyrygentów z całego świata, którzy tak jak ona szukali dla siebie miejsca.

– Zaproszenie na przesłuchanie w Anglii dostałam tuż przed ślubem – wspomina Marta. – Zajmowałam się głównie poprawkami sukienki i listą gości. Miałam raczej podejście, że się nie uda. Tak naprawdę to mój przyszły mąż [także muzyk – przyp. red.] mnie przekonał, żeby jeszcze ten ostatni raz spróbować.

Stanowisko: „młody dyrygent współpracujący”, dwa lata kontraktu w sezonie 2018/2019. Prowadzisz koncerty dla szkół i te z lżejszym repertuarem, ale jeśli któryś z kierujących Bourne­mouth Symphony Orchestra, zespołem znanym i poważanym, nie może poprowadzić próby lub koncertu, wskakujesz na jego miejsce. Marta nie tylko zdobyła ten kontrakt, ale niemal od razu miała zastępstwo, potem kolejne. Coś kliknęło między nią a orkiestrą, pracowało się im doskonale. Mówi, że to początek „zielonej fali” w jej zawodowym życiu. Dostrzegli ją ludzie z Askonas Holt, jednej z największych i najbardziej cenionych agencji muzycznych na świecie, trafiła do Stanów, na stypendium do samego Gustava Dudamela. Legendy, dyrektora muzycznego Orkiestry Filharmonii w Los Angeles. Miała okazję współdyrygować z nim czwartą symfonią Charlesa Ivesa. Nagranie z koncertu, wydane w wytwórni Deutsche Grammophon, właśnie nominowano do nagrody Grammy.

Koncert z Los Angeles Philharmonic w Walt Disney Concert Hall (2019). (Fot. Bartek Barczyk) Koncert z Los Angeles Philharmonic w Walt Disney Concert Hall (2019). (Fot. Bartek Barczyk)

Klucz

Rok 2019. Opera w Nancy zaprasza Martę do współpracy nad jedną z premier w kolejnym sezonie. Późnoromantycznym „Görgem Marzycielem” Aleksandra Zemlinsky’ego, operą rzadko graną i bardzo wymagającą. Nikt nie mógł wtedy wiedzieć, że premiera przypadnie na sam środek pandemii. Przez cały czas trwania prób nie byli pewni, co się za chwilę stanie. Czy znowu nie nastanie lockdown? Czy ktoś z zespołu nie zachoruje, a reszta zostanie objęta kwarantanną? Po drodze zrezygnował tenor i trzeba było na gwałt znaleźć zastępstwo. No i jeszcze rozporządzenie o półtorametrowym odstępie między muzykami. Żeby zmieścić zespół w orkiestronie, trzeba było podjąć decyzję o zredukowaniu składu muzyków i przepisaniu dla nich całej partytury. Wszystko to w szaleńczym tempie. Udało się, zdążyli zagrać przed kolejną falą koronawirusa, pojawiły się entuzjastyczne recenzje. Francuska prasa podkreślała jej doskonałą współpracę z zespołem. Ta według Marty jest kluczem do tego zawodu. Słyszała różne rady od kolegów po fachu. Że do orkiestry trzeba wyjść i od razu zarządzić żelazną dyscyplinę. Żeby nigdy nie przechodzić na „ty”. Z jej doświadczenia wynika, że takie podejście to tylko kolejne warstwy zbroi, która ma cię chronić przed potencjalnym atakiem, a to utrudnia wzajemny kontakt. Fakt, ma w pamięci takie zdarzenia z przeszłości, jak zaczepne gwizdnięcie, które usłyszała za plecami ze strony jednej z sekcji orkiestry, czy publiczne kwestionowanie jej decyzji, które miało ją zbić z pantałyku. Nie zapomni konkursu, kiedy to zdobyła trzecie miejsce, a od jednego z członków jury usłyszała, że owszem, powinna wygrać, ale jest taki problem, że kobiety nie wykształciły jeszcze damskiej techniki dyrygowania i że to niedobrze wygląda, bo dyrygentki albo przypominają mimozy, albo żandarmów. Potwierdza, że ze względu na płeć nieraz miała pod górkę, ale, uczciwie mówiąc, bywało, że i z górki dzięki wprowadzanym parytetom. Wielu muzyków się przeciwko nim buntuje. Marta, będąc tak blisko sporu, widzi, jak bardzo złożona jest sytuacja. Zmiany o tyle nie powinny być za szybkie, że kobiet w zawodzie jest na razie niewiele, a kształcenie na dyrygenta zajmuje i musi zajmować bardzo dużo czasu. Każdy absolwent dyrygentury przechodzi swoją próbę ognia. Bo kiedy osoba bez doświadczenia staje na czele ponad setki muzyków – w większości profesjonalistów z długim stażem – powinna sobie na zaufanie zapracować. Wielką nadzieję dla wyrównywania szans kobiet Marta widzi w zmianach oddolnych. Popularyzowaniu wśród rodziców i profesorów idei, żeby dziewczyny szły na dyrygenturę. A przede wszystkim większej decyzyjności w rękach zespołów muzycznych. To członkowie orkiestry powinni mieć ostateczne zdanie w kwestii, z kim chcą pracować. Stereotypy i uprzedzenia tracą na sile w zderzeniu z indywidualnymi doświadczeniami dobrej współpracy.

Nadzieja

Trzyletni kontrakt w Nancy, który zacznie obowiązywać we wrześniu, nie oznacza, że Marta sprowadzi się na stałe do Francji. Wiedeń to na razie dobra baza wypadowa. Tymczasem odkąd trwa pandemia, każdy z tych koncertów, których nie odwołano (są zwykle nagrywane i puszczane w sieci lub w radiu), to walka o morale. Gdy nie ma publiczności i na sam koniec nie słyszysz za plecami oklasków, czujesz się, jakby zabrakło ci tlenu. Ale nawet takie występy dają dużo nadziei, trzymają przy życiu orkiestry, które, żeby istnieć, muszą ze sobą ćwiczyć i występować. Jeśli Marta miałaby wymienić jakąkolwiek jasną stronę tej sytuacji, powiedziałaby, że w pandemii zobaczyła, że środowisko potrafi się jednoczyć. Odnowiła wiele kontaktów, powstały liczne fora, na jednym z nich prowadziła kurs online dla dyrygentów z pracy nad postawą, ciałem, z podstaw anatomii. Spotykamy się tuż przed jej wyjazdem do Katowic na koncert z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia. Potem, jeśli nic się nie zmieni, Bournemouth, Barcelona, Drezno, Stambuł. Aż wreszcie nowy sezon w Nancy. Poznała tam dotąd tylko okolice starego miasta z siedzibą opery na placu, pośrodku którego stoi pomnik Stanisława Leszczyńskiego. Bo teatr, który dał początek operze narodowej, a także plac i okolica powstały za lokalnych rządów byłego króla Polski, którego znają tu nawet lepiej niż u nas w kraju i nazywają Stanislasem, nie mogąc wypowiedzieć jego nazwiska. Z nazwiskiem Marty powinno być nieco łatwiej.

 

  1. Kultura

Hania Rani - dwa światy na nowej płycie

Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Hania Rani odważnie przekracza granice. Nie tylko te muzyczne.

Pomysł był prosty. Artyści mieli wzajemnie przetwarzać swoją muzykę, a rezultatem jest piękne, wspólne dzieło. Dwa odległe muzyczne światy połączyły się w jeden” – tak w brytyjskiej wytwórni Gondwana Records zachwycano się współpracą Hani Rani z londyńskim Portico Quartetem.

30-letnia pianistka, wokalistka i kompozytorka zasłynęła najpierw jako połowa duetu Tęskno, a później solowymi nagraniami. Ma na koncie lawinę wyróżnień krajowych, z Fryderykami włącznie, ale jej muzyka zawsze przekraczała granice. Także w sensie geograficznym – już debiutancką „Esję” artystki wydała wspomniana Gondwana.

„Byliśmy fanami Rani od tamtego pierwszego albumu” – deklarują panowie z Portico Quartetu, słynnego na cały świat, łączącego transowy jazz z elektroniką. Tak się składa, że to jeden z ukochanych zespołów Hani Rani. Ich style łatwo się więc „polubiły”, a jako całość płyta brzmi nastrojowo, filmowo. I prosi się o ciąg dalszy.

https://www.youtube.com/watch?v=1SWAKUIkvws

  1. Kultura

Olga Bończyk o pracy nad swoją nową płytą "Ślady miłości"

Olga Bończyk (Fot. materiały prasowe/Maria Winek)
Olga Bończyk (Fot. materiały prasowe/Maria Winek)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Choć ostatnio życie daje nam mocno w kość, Olga Bończyk przekonuje, że zawsze warto je kochać. Artystkę pytamy o pracę nad jej nową płytą „Ślady miłości”.

Wiele osób jest zblokowanych tym, jak świat zmienił się przez ostatni rok, pani natomiast nagrywa nową płytę. Co wyzwoliło tę kreatywność? A może była to forma autoterapii i wyrażenia swoich emocji w twórczy sposób? Myślę, że wszystko to jest na swój sposób prawdą, ale zacznę od tego, że planowałam nagranie płyty półtora roku temu, zanim jeszcze przyszła pandemia. A kiedy przyszła i minął już początkowy szok, to jednym z mechanizmów obronnych dla mnie samej było to, żeby ten czas efektywnie wykorzystać, żebym nie utonęła w poczuciu bezradności i pewnej paniki, która też mnie powoli dopadała. Zaczęłam zatem intensywnie pracować nad „rozgrzebaną” płytą. I nawet pomyślałam sobie, że to dobrze się składa, bo gdybym pracowała tak intensywnie jak wcześniej, to kto wie, jak długo bym ją nagrywała. A w tych okolicznościach mogłam się nad nią skupić, napisać nowe teksty, dopieścić ją, bo nic mnie nie rozpraszało.

Ale jednocześnie było to swego rodzaju balsamem na duszę, rozedrganą, zaniepokojoną tym, co będzie dalej, kiedy wrócimy w trasę, kiedy będziemy mogli mieć bliski kontakt z publicznością. Wiem, że każdy artysta zadawał sobie podobne pytania. We mnie zrodziła się wtedy nawet taka wątpliwość, czy gdy skończy się pandemia, my, artyści, będziemy jeszcze komuś potrzebni. Ta niepewność napędzała mnie ogromnym stresem. Zwłaszcza że w pewnym momencie kultura zaczęła przenosić się do Internetu, oczywiście, dobrze, że była dostępna w ten sposób, ale pojawiły się pytania, jak to wpłynie na widzów, czy w ogóle będą chcieli jeszcze przychodzić na koncerty, do teatru... Jednak kilka ostatnich tygodni, od kiedy znów teatry są otwarte, pokazało, jak bardzo publiczność jest stęskniona bezpośredniego kontaktu z żywym aktorem i trochę mnie to uspokoiło, i dało mi nadzieję, że jest do kogo wracać. Bo przecież jako artyści nie istniejemy bez widza!

Czy nagrywając płytę, mogła pani poczuć się trochę bardziej „normalnie”? Praca w studiu jest pewnym wyłączeniem się ze świata i można zapomnieć o tym, co na zewnątrz. Zdecydowanie. Nagrania w studiu, potem montaż, teledyski, których łącznie jest pięć – to wszystko odbywało się w normalnych warunkach. Zresztą praca zawsze odcina mnie od tego, co jest na ulicach. To jest mój świat i kocham go też za tę możliwość odosobnienia i odrealnienia. Wierzę, że ta dawka normalności, którą dostałam przy okazji pracy nad płytą, pomogła mi przetrwać najtrudniejsze chwile.

Tę normalność częściowo sama pani tworzyła, pisząc teksty piosenek. Wśród 12 większość jest pani autorstwa. Tak, dziewięć tekstów jest moich, trzy dostałam w prezencie. Moje teksty powstawały przez wiele lat, najstarszy ma blisko 20 lat, ale jak się okazało, zupełnie się nie zestarzał. Inne mają kilka lat, a trzy napisałam w zeszłym roku i one są trochę inne, oddają energię czasu pandemii. W jednym piszę na przykład o tym, jak to by było stworzyć świat na nowo.

A jakie słowo klucz dla tej płyty mogłaby pani wskazać? Myślę, że „miłość”... można by jeszcze dodać: „dojrzała”, bo na miłość patrzę już z mniejszym szaleństwem. Oczywiście nie ma nic złego w oderwaniu, które niesie to szaleństwo miłości, kiedy motyle w brzuchu potrafią wzbudzić wiele niezwykłych uczuć, lecz wiem już także, jak mocno można się przy tym poranić, i cenię trzeźwość, którą niesie dojrzała miłość. Ale wątek miłości, który przewija się na płycie, dotyczy nie tylko relacji między kobietą a mężczyzną, choć zawsze było to dla mnie ważne. To też miłość do życianiezależnie od tego, co ono przynosi. W piosence „Życie, taka gra” – to jeden z tych podarowanych tekstów, autorką jest Anna Ignaszewska – ten motyw powtarza się regularnie. Z perspektywy życiowej mogę już powiedzieć, że liczą się nie tylko porywy serca do drugiej osoby, ale i umiejętność kochania siebie, innych ludzi, świata...

Olga Bończyk, 'Ślady miłości', Wytwórnia muzyczna MTJ Olga Bończyk, "Ślady miłości", Wytwórnia muzyczna MTJ

  1. Styl Życia

Na progu wiosny - inspiracje na kwiecień

Biżuteria z kwiatowym wzorem to świetny wybór na początek wiosny. Motyw stokrotki przypomina o magii natury i daje nadzieję na nowy początek. (Fot. materiały prasowe)
Biżuteria z kwiatowym wzorem to świetny wybór na początek wiosny. Motyw stokrotki przypomina o magii natury i daje nadzieję na nowy początek. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Z jednej strony bardzo chcemy, by wszystko już zakwitło i ruszyło z kopyta. Z drugiej – odczuwamy jakąś taką słabość i rozdrażnienie. Oto, co pomoże w tym czasie.

Czytelnicze zaległości

Jeśli po zimie wyrzucasz sobie nie tylko przybrane kilogramy, ale i nieprzeczytane książki, przynajmniej w tej drugiej kwestii służymy podpowiedzią. Oczywiście niemożliwością byłoby przeczytać teraz wszystkie najgorętsze premiery, ale zwłaszcza dwóm z nich warto poświęcić kilka wieczorów. Nagrodzona Nike baśniopowieść Radka Raka oraz wyróżniona Paszportem Polityki książka Miry Marcinów to opowieści z krwi i kości oraz dowód wielkiego talentu.

Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne. Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne.

Zrollowana

Masażery do twarzy z naturalnych kamieni to hit ostatnich miesięcy. Już kilkuminutowy masaż nimi pobudza krążenie krwi i limfy, redukuje opuchliznę i obrzęki pod oczami. Ujędrnia skórę i rozluźnia spięte mięśnie twarzy. A kojący chłód kamienia orzeźwia i zamyka pory.

Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas. Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas.

Okadź się

Kadzidła są stosowane w ceremoniach leczniczych, ale i duchowych. Coraz częściej korzystamy z nich również w domach lub biurach, by oczyścić powietrze, zabić przykre zapachy lub pomóc sobie w skupieniu. W Ruah Store można kupić dowolne kadzidło: palo santo, yerba santa, białą szałwię, sosnę, kopal, sweetgrass lub eukaliptus.

Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe) Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe)

Dłuższa chwila relaksu

Dziwiło mnie, gdy słyszałam, że koleżanka obejrzała podczas kąpieli odcinek serialu lub przeczytała rozdział książki. Czy to znaczy, że trzymała książkę cały czas mokrymi rękami? Gdzie ustawiła smartfon, żeby dobrze widzieć ekran? Aż odkryłam dobrodziejstwa półek do wanny. Na takiej stabilnej podpórce można zamontować uchwyt na smartfon, ale też ustawić świece czy nawet kieliszek prosecco.

Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe) Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe)

Motyw stokrotki

Kwiatowe wzory biżuterii Pandora Garden symbolizują magię natury i nadzieję na nowy początek. A czyż nie wszyscy tego właśnie teraz potrzebujemy? Urocze i delikatne pierścionki, ale też charmsy i zawieszki z motywem różowej lub fioletowej stokrotki nadadzą lekkość i świeżość nawet domowej stylizacji. „Ta kolekcja ma inspirować do spojrzenia na świat z nutą dziecięcej niewinności” mówią Francesco Terzo i A. Filippo Ficarelli, dyrektorzy kreatywni marki.

Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe) Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe)

Bardzo intymnie

Ten preparat wypełnia lukę w pielęgnacji ciała. Bo choć troskliwie dbamy o wszystkie części ciała, to najmniej czasu poświęcamy okolicom intymnym. Olejek Your Kaya w aż 99 proc. jest pochodzenia naturalnego. Zawiera ekstrakt z nagietka, aloesu oraz olejki jojoba, z nasion konopi i ze słodkich migdałów. Dzięki czemu łagodzi podrażnienia, nawilża, odżywia i uelastycznia skórę okolic intymnych.

Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł. Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł.

Kąp się, kąp

Jak wynika z badań University of Oregon regularne kąpiele mogą obniżać ciśnienie krwi. A według National Center for Sport and Exercise Medicine podczas godzinnej kąpieli w gorącej wodzie tracimy tyle samo kalorii co w trakcie półgodzinnego spaceru. To, co przyjemne, może być też prozdrowotne. Lubisz, jak kąpiel pięknie pachnie, pieni się, a mimo to działa łagodząco? Spróbuj nowych płynów Farmony.

Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł. Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł.

Zasłuchaj się

Kasi Miller zawsze warto słuchać. A jak cudownie posłuchać jej piosenek! Psycholożka, psychoterapeutka i mentorka wielu kobiet wydała właśnie swoją debiutancką, w pełni autorską płytę. Nie tylko na niej śpiewa, ale jest też autorką słów piosenek i ich melodii. Jak powiedziała w wywiadzie dla SENSu: „Nie znam nut, ale muzycy zapisują mi to, co wyśpiewam”. Aranże do płyty przygotowali muzycy z Live Art Group, którzy są również producentami płyty. Solidna dawka muzykoterapii na jednym krążku!

Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ. Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ.