Dolinę Trzech Stawów ponownie wypełniła w ten weekend feeria dźwięków. Było międzygatunkowo, niesztampowo, momentami zaskakująco i przede wszystkim bardzo różnorodnie. Najlepszym podsumowaniem OFFa jest podróż po brzmieniach skrajnie od siebie różnych, która pozwala eksplorować alternatywną scenę muzyczną i poszerzyć swoje playlisty o nowych, wyjątkowych artystów. Dopełnieniem obrazu były strefy parterów zaprojektowane tak, by dać uczestnikom miejsce do relaksu i chłonięcia muzyki oraz, żeby mogli skorzystać z przygotowanych atracji.
To właśnie mieszanie gatunków i łamanie muzycznych schematów od początku było jednym z założeń festiwalu. Tegoroczny program rozłożył się na siedem scen, prowadząc publiczność od gitar i eksperymentalnej elektroniki, przez hip-hop i jazz, aż po artystów, których twórczość trudno zamknąć w jednej gatunkowej szufladce.
W rozmowach z festiwalowiczami regularnie przewijał się też temat kameralności tego wydarzenia - i dla nas to jeden z największych atutów OFF-a. W przeciwieństwie do gigantycznych festiwali tutaj wszystko jest blisko. Kilka minut wystarczy, żeby znaleźć się pod kolejną sceną, zatrzymać się po drodze na jedzenie albo odpocząć w strefach partnerów. Dobrze zorganizowane punkty gastronomiczne i sceny, które jedna po drugiej przejmują muzyczną pałeczkę, sprawiają, że po festiwalowym miasteczku porusza się intuicyjnie i bez poczucia ciągłego pośpiechu.
Fot. Zwierciadlo.pl
Zachwyty nad organizacją to jednak nic w porównaniu z line-upem, który czekał na festiwalowiczów w tym roku. OFF po raz kolejny udowodnił, że na jednej imprezie można zestawić ze sobą największe nazwiska alternatywy, mocne gitarowe brzmienia, elektronikę, jazz i artystów dopiero budujących swoją pozycję.
Piątkowym wydarzeniem, którego nie można było przegapić, był powrót The Flaming Lips. Amerykański zespół pojawił się na OFF-ie po 16 latach, a jego koncert przypomniał, że w tym przypadku określenie „show” naprawdę ma znaczenie. Monumentalne dmuchane postacie, konfetti, ogromne balony i eksplozja kolorów stworzyły widowisko niemal surrealistyczne, ale za całą spektakularną oprawą stał przede wszystkim bezbłędny muzyczny występ.
Jedną z ważniejszych przestrzeni tegorocznej edycji była Scena ORLEN, na której przez trzy dni pojawili się m.in. Current Joys, Oklou, Earl Sweatshirt, Einstürzende Neubauten, Deafheaven, Clams Casino, Nu Genea czy Los Thuthanaka.
W piątek zatrzymaliśmy się tutaj na Current Joys. Projekt Nicka Rattigana okazał się idealnym wejściem w ten charakterystyczny dla OFF-a stan lekkiego muzycznego zawieszenia: melancholijny, surowy, chwilami nostalgiczny, a jednocześnie niezwykle wciągający. To właśnie takie koncerty najlepiej pokazują sens tego festiwalu - przychodzisz z ciekawości, a wychodzisz z kolejnym nazwiskiem zapisanym na swojej playliście.
W sobotę ta sama scena zmieniła klimat diametralnie za sprawą Oklou. Francuska artystka mistrzowsko poruszająca się na pograniczu ambient popu, dream popu i eksperymentalnej elektroniki stworzyła aurę balansującą pomiędzy snem a psychodeliczną hipnozą. Jej głos był tak intymny, że niemal otulał, a muzyka stopniowo niosła coraz bardziej zasłuchany tłum.
Ogromną rolę odegrała też fantastyczna oprawa wizualna koncertu. Operatorzy poruszali się za Oklou po scenie, śledząc jej ruchy niemal krok w krok, a rejestrowany przez nich obraz był na żywo wyświetlany na ekranach. Dzięki temu nawet na dużej festiwalowej scenie występ zachował coś niezwykle bliskiego i intymnego. Oklou zdecydowanie znalazła się na naszej liście największych odkryć tegorocznego OFF-a.
Fot. Zwierciadlo.pl
OFF ma jednak tę zaletę, że atrakcje nie kończą się wraz z zejściem spod sceny. Pomiędzy koncertami w centralnej części festiwalu można było zajrzeć do stref przygotowanych przez partnerów festiwalu: skorzystać z fryzjera, zagrać w ping-ponga, kosza czy zrobić pamiątkowe zdjęcie polaroidem. Strefa ORLEN od wejścia zwracała uwagę magią kolorów i świateł, które idealnie wpisywały się w klimat wydarzenia. Na miejscu, można było odpocząć, złapać coś w food trucku Stop.Cafe, zakręcić kołem fortuny i zdobyć festiwalowe gadżety. Dodatkowo, ORLEN we współpracy z Teatrem Wilkim Operą Narodową przygotował recital fortepianowy Marcina Pękały.
Fot. Zwierciadlo.pl
Fot. Zwierciadlo.pl
Fot. Zwierciadlo.pl
Niedziela przyniosła jeden z tych koncertów, dla których warto było zostać na OFF-ie do samego końca. Na jednej ze scen pojawił się Johnny Marr - gitarzysta i współtwórca The Smiths, a przy tym jeden z najbardziej wpływowych brytyjskich gitarzystów ostatnich dekad.
W repertuarze znalazły się zarówno jego własne kompozycje, m.in. „Armatopia”, „Generate! Generate!” czy „Easy Money”, jak i utwory, na które czekała ogromna część publiczności - klasyki The Smiths. Wybrzmiały m.in. „This Charming Man”, „Bigmouth Strikes Again”, „Please, Please, Please Let Me Get What I Want”, „How Soon Is Now?” i na finał „There Is a Light That Never Goes Out”.
Trudno było nie pomyśleć, jak niezwykłe jest to, że zespół, który w zaledwie kilka lat działalności stworzył muzykę tak mocno wpisaną w historię brytyjskiej alternatywy, wciąż potrafi porwać całe pokolenia słuchaczy. Marr bez nostalgicznego odcinania kuponów od przeszłości połączył własny dorobek z utworami The Smiths i przypomniał, dlaczego jego charakterystyczne gitarowe brzmienie pozostaje tak rozpoznawalne.
I chyba właśnie tym koncertem najlepiej było zakończyć trzy dni na OFF-ie. Festiwal zaczynasz z listą artystów, których chcesz zobaczyć, a kończysz z nowymi nazwiskami, nowymi utworami zapisanymi w telefonie i ochotą, żeby muzykę eksplorować trochę bardziej.
My wiemy jedno: za rok wracamy.