fbpx

Adam Woronowicz: Tak tu sobie stoję

Adam Woronowicz: Tak tu sobie stoję
Fot. Łukasz Gawroński

Skąd wziął się Adam Woronowicz?
Z Białegostoku. Dorastał na blokowisku w centrum. Mówi, że przyjeżdżając do miasta, nie sposób tego miejsca nie zauważyć. Że zaraz za dworcem stoi ogromny wieżowiec. Za nim rozpościera się jego dzielnica, gdzie swego czasu napis na murze głosił: „Wjazd na Osiedle Przydworcowe na własne życzenie”.

Dorastałem sobie spokojnie wśród dziesięciopiętrowych bloków, jakich pełno w Polsce. Klasycznie: beton, piaskownica, drabinki. To znaczy, dorastałem od zerówki, bo pierwsze pięć lat mojego życia mieszkaliśmy z rodzicami w Czarnej Białostockiej, tuż pod Białymstokiem. Rodzice wynajmowali tam pokój z kuchnią. Potem tata dostał przydział na mieszkanie i się przeprowadziliśmy.

Napis o wjeździe na osiedle na własne życzenie był, ale jakby mi ktoś spróbował powiedzieć, że byliśmy blokersami! Śmiech na sali. U nas było trochę skinów, punków, trochę metalowców i depeszów. Teraz subkultury działają bardziej na poważnie, wtedy to była jednak trochę dziecinada. Ludzie słuchali na kaseciakach muzyki, jakoś się tam przebierali. O to w tym chodziło.

Ważnym dla nas miejscem był sklepik pod tytułem „Music for You”. Musiał się otworzyć jakoś krótko po stanie wojennym, w pierwszej połowie lat 80., kiedy teoretycznie zaczęła się mała stabilizacja – niby-wolny handel. Kłębiły się tam tłumy. Mieli najlepsze przeboje, nowości. Oczywiście, zgrywane nielegalnie, nikt z nas przecież wtedy nie kojarzył, że to jest piractwo. No gdzie tam. Ja z kolegami, cała nasza paczka, oczywiście, chodziliśmy do tego sklepiku, tylko że my nie angażowaliśmy się jakoś specjalnie w przebieranie.

Dzień na kranówce

Tata mój pracował w Państwowym Przedsiębiorstwie Transportu Handlu Wewnętrznego, był tam dyspozytorem, mama w zakładach mięsnych w Białymstoku. Praca dobra jak na tamte czasy, kiedy obowiązywały kartki. Ale to nie tak, że mama podprowadzała dla nas na lewo kilogramy mięsa. Jeśli już, to jakieś niewielkie ilości, poza tym cały system działał zupełnie inaczej, obowiązywał jakiś chory handel wymienny, niczego normalnie nie można było załatwić. Za dobrze nam się chyba jednak nie powodziło, bo pamiętam, że najbardziej wypasione imprezy, jakie się wtedy wyprawiało, czyli urodziny i imieniny rodziców, to był jedyny moment, kiedy widziałem na stole jakieś szynki, puszki, których przez cały rok potem nie było.

Choć akurat dla mnie w ogóle jedzenie jako takie nie stanowiło tematu. Dzieckiem byłem uroczym, z bujną czupryną blond, w co może trudno dzisiaj pani uwierzyć. Tylko że nie jadłem. Na maksa. Żywiłem się wodą z kranu, zjadłem z siostrą jedno jajko gotowane na spółkę i mogłem potem biegać cały dzień, a ruchliwy byłem straszliwie. Czasami się w domu skusiłem na serek homogenizowany: waniliowy albo o smaku kakaowym, jak się trafił. Poza tym nic. Dorośli się bali, że mam jakieś robaki, bo to przecież niemożliwe, żeby tak kompletnie nic nie jeść. Wreszcie na samym początku mojej podstawówki na forum rodzinnym została podjęta decyzja, że coś ze mną trzeba zrobić. Że się trzeba zwrócić do kogoś o pomoc.

Odczynianie

Pojechaliśmy z mamą do szeptuchy. Do miejscowości Orla. To już głęboki Wschód, mówi się po białorusku, stoją drewniane domy, ludzie przed domami na ławeczkach. Wspaniałe klimaty. Szeptucha to na Wschodzie nadal ważna instytucja. Jak się kury nie niosą, jak ktoś choruje, ludzie się nie zastanawiają, czy w to wierzyć, czy nie, tylko od razu idą po pomoc.

Nie wiem dokładnie dlaczego, ale pamiętam, że jak trafiliśmy wtedy do Orli, sporo osób przed nami czekało, ale my zostaliśmy przyjęci bez kolejki. Wchodzę z mamą, a tam taka typowa babcia. Odbył się cały obrzęd: miska na głowę, szmata, chodzenie dookoła ze świeczką. Trochę się bałem, ale wiedziałem, że mamie bardzo zależy. Na koniec szeptucha powiedziała, że wszystko będzie ze mną w porządku, dała nam tylko chleb, w chusteczce. Kazała go rozrzucić na rozstaju dróg. Trzeba było widzieć moją mamę, jak wracaliśmy do Białegostoku PKS-em, a ona uchyliła lufcik i starała się wypatrzyć ten rozstaj dróg i wypchnąć ten chleb. „żeby jedzenie do mnie wróciło”.

Ale nie wróciło i to jeszcze długo. Coś drgnęło w liceum. Należałem wtedy, jak zresztą wszyscy moi koledzy, do Oazy. A tam, na oazowych wyjazdach, w najgorszych kryzysowych czasach z posiłkami było marnie. Jakieś serki topione z zagranicznej paczki, co smakowały jak plastelina, jakieś mleko w proszku. Głodni byliśmy straszliwie i z tego głodu trochę mi się podejście do jedzenia zmieniło. Za to teraz odbijam sobie za wszystkie czasy.

Moje miasto

Miasto z mojego dzieciństwa nie istnieje. Chodzi mi o to, że tamten Białystok był zupełnie niepodobny do dzisiejszego, pięknego, europejskiego. Wystarczy sobie obejrzeć odpowiedni fragment filmu „Piłkarski poker”, żeby się zorientować, co się działo przed dworcem w Białymstoku. Nie ma co porównywać. Ja zapamiętałem krajobraz, w którym architektura PRL-u wymieszana była z drewnianą. Tamte drewniane domy, stojące na przykład wokół Starego Rynku, budowane w większości w roku 1900 albo tuż po, trudno było nazwać zabytkami. Większość z nich była koszmarnie zaniedbana.

Pamiętam miasto – mimo wszystko – dla nas kolorowe. Świat waty cukrowej na pochodach pierwszomajowych, trybunę na drodze prowadzącej od domu partii w górę, w kierunku filharmonii, ustawioną obok budynku Hortexu, machanie chorągiewkami. Te wszystkie pootwierane ciężarówy marki Star, które pełniły funkcję moblinych sklepów. Można w nich było dostać gotowane parówki, lody Bambino. I piwo dla starszych. Obecność na pochodach, oczywiście, obowiązkowa, sprawdzane były listy obecności.

Mam sentyment do PRL-u, z tego się nie wyzwolę, chociaż nie mam złudzeń, że panowała wtedy straszna bryndza. Umiem ją pięknie wspominać tylko dlatego, że była moim dzieciństwem. Teraz, kiedy mam własne dzieci (aż trójkę, jak byłem mały, zawsze mi się wydawało, że my z siostrą to jednak za mało, że kogoś w tym układzie brakuje), kiedy sam jestem ojcem, rozumiem więcej. Wyobrażam sobie, co musieli czuć nasi rodzice. Że nic specjalnego nas nie czeka, bo szanse, że wyrwiemy się jakoś z tej peerelowskiej beznadziei są nikłe.

Game Over

Do podstawówki chodziłem do „osiemnastki”. Jestem z pokolenia wyżu demograficznego, obowiązywała trzyzmianówka. Jak ktoś chodził na ostatnią zmianę, w zimie kończył lekcje po zmroku. Szkoła była imienia Stanisława Konarskiego, z naszego osiedla – prosto z górki. Mówi się, że jak ktoś ma do szkoły pod górkę, to źle. U mnie zdecydowanie gorzej było z drogą do domu.

Najfajniej, jak rano lał deszcz. Wtedy nie można było nie puścić zapałek. Woda spływała ulicami. Wyciągaliśmy pudełeczko i na trzy, cztery wypuszczaliśmy zapałki w dół. Czyja dopłynęła pierwsza do celu, ten wygrywał. Szło się powoli, po drodze były jakieś studzienki, dziurki. Jeśli twoja zapałka wpadła, to koniec. Game Over.

Trochę się już zaczynały komputery, ja nie miałem, chodziłem do kolegów na atari. Pamiętam dobrze tamto modlenie się, zaklinanie, ten pisk przeraźliwy i radość, że to już, już się wgrało! I depresję, jeśli nie. Bo przecież jedna gierka mogła się wgrywać i godzinę.

Z chłopakami namiętnie odwiedzaliśmy też Muzeum Wojska. Normalnie wchodziliśmy, kupowaliśmy bilety. Wkładaliśmy filcowe kapcie na gumki. W muzeum trzy sale na krzyż, ale dla nas coś cudownego. Znaliśmy na pamięć te wystawy, te dioramy rodów piastowskich, broń, zbroje. Nie czytaliśmy żadnych tabliczek, chodziło o samo oglądanie.

Fotosy z „Gwiezdnych wojen”

Tego to nie zapomnę. Rok 1985, premiera „Gwiezdnych wojen”. Kino Syrena. Teraz, gdybym miał tyle pieniędzy co Johnny Depp, to nie kupowałbym sobie wyspy, tylko kupiłbym właśnie Syrenę, odrestaurował i puszczał filmy za darmo.

Tam nie było żadnego holu, tylko ciasny przedpokoik, jedna kasa i mrowie młodych ludzi. Ściskałem w ręku 20-złotówkę i modliłem się, żeby się załapać na seans z kumplami. Kupowało się bilet nawijany ze szpulki, bileterka musiała przybić pieczątkę. Wchodziło się do sali, a tam po kostki łupiny po pestkach od słonecznika, dyni. Przez cały dzień między seansami nikt tego nie sprzątał, nie było czasu.

Pewnie, że „Gwiezdne wojny” wbiły mnie w fotel. Mam też à propos tego filmu inne wspomnienie, bo u nas na podwórku był taki jeden chłopak, którego mama pracowała w kinie. I on, przez tę mamę, jakoś zdobył czarno-białe fotosy z „Gwiezdnych wojen”. Proszę pani! Do niego, do mieszkania, szło się jak na pielgrzymkę. On otwierał, pokazywał. Jakiś obłęd.

I teraz uwaga, finał tego. Cięcie. Mija wiele, wiele lat, jestem już w liceum. Piątym Liceum na ulicy Miodowej. Porządkujemy stare szafy i nagle mój nauczyciel, profesor Jabłoński, mówi do mnie, że tu obok jest półeczka z fotosami, że to wszystko do wyrzucenia. Ja ją otwieram i co widzę? Dokładnie takie same fotosy! Zaniemówiłem. A jak odzyskałem głos, poprosiłem, żebym mógł je wziąć do domu.

Łobuziak na ministranta

Święci to my na pewno nie byliśmy. Mieliśmy nawet sprawę w sądzie dla nieletnich. Afera w pierwszy dzień ferii zimowych. Włóczyliśmy się, rzucając cegłówkami po ruderach w pobliżu Starego Rynku, o którym już mówiłem. W okolicy, gdzie dzisiaj znajduje się nowy budynek ZUS-u, a przed wojną były to dawne tereny starego kirkutu, cmentarza dla najuboższej ludności żydowskiej. W każdym razie pierwszego dnia ferii próbowaliśmy się włamać do jednego z mieszkań. Tak naprawdę to myśleliśmy, że jest opuszczone i że mogą w nim być butelki po robotnikach, które sprzedamy do skupu. Ale nagle pojawił się właściciel, złapał część chłopaków. Potem na posterunku jakoś się ze wszystkiego wytłumaczyliśmy. Afera ucichła, aż tu rok czy półtora później wracam z rekolekcji, a mama mnie wita, że mam wezwanie do sądu. Właściciel tamtego mieszkania nieźle naściemniał. W końcu nas uniewinnili, ale najedliśmy się strachu.

Gdzie chodziłem na rekolekcje? Do kościoła św. Rocha. Ja urodziłem się w rodzinie katolickiej, ale wiadomo, jak to w Białymstoku, połowa klasy była prawosławna. Nikt się nikogo nie pytał, jakiego jest wyznania, dla nas to nie miało znaczenia. Potem, jak byliśmy starsi, czasem z ciekawości zaglądaliśmy na przykład do cerkwi św. Mikołaja. Nie na mszę, tylko żeby sobie podejrzeć, jak oni mają.

Ja, oczywiście, byłem ministrantem. W ogóle wszystkich ministrantów u nas w parafii było chyba ze 300. Nie musieli mnie namawiać, strasznie chciałem. Absolutnie nie kłóciło mi się to z tym, że na co dzień byłem niezłym łobuziakiem. Kościół był wtedy dla mnie symbolem wolności. Przychodziła upragniona niedziela, bo soboty były pracujące, i rano po mszy ksiądz brał nas na przykład na rowery i jechaliśmy na wycieczkę. Kościół zawsze otwarty, wchodziło się, ksiądz na zakrystii zawsze był, wystarczyło zadzwonić i do ciebie wychodził.

Szara nyska

Dziennikarze często pytają mnie o historię związaną z księdzem Popiełuszką. Jego ciało trafiło do prosektorium w Białymstoku i ja widziałem, jak je wynoszono. Jak się o tym dowiedzieliśmy? Na pewno w dzienniku tego nie mówili, ale wieści rozeszły się błyskawicznie. Jak dotarły do mnie, graliśmy akurat z chłopakami w piłkę. Tak myślę. Pobiegłem razem z innymi, stanąłem wśród ludzi przed budynkiem prosektorium. Nie mogło być strasznych tłumów, bo wszystko widziałem. Wszystko to znaczy niewiele, trumnę pakowaną do szarej nyski. Tylko niech mnie pani nie pyta; „Co pan wtedy czuł, panie Adamie?”. Za każdym razem, jak słyszę coś takiego, to mam wrażenie, że ktoś chce, żebym powiedział: „Tak, już wtedy wiedziałem, że zostanę aktorem i zagram księdza Popiełuszkę”. No błagam. Byłem kompletnym dzieciakiem, miałem 11 lat. Dużo z tego nie rozumiałem, czułem tylko, że stało się coś bardzo złego.

Czego ty tu chcesz?

Babcia marzyła, żebym był stolarzem. To jak zostałem aktorem? Może zacznę od sprawy prozaicznej, ale jak się później okazało, dla mnie ważnej. Bo ja od początku byłem ewidentnie humanistą. Zresztą w czwartej klasie z powodu matmy nie zdałem i musiałem powtarzać rok. Za to w naszej podstawówce nie było ucznia, który by spędzał w bibliotece tyle czasu co ja. Uwielbiałem książki. Nie czytałem ich od deski do deski, no może niektóre czytałem, ale z resztą było tak, że je kartkowałem, przeglądałem, wynajdowałem różne informacje i robiłem sobie notatki. Potrafiłem wypożyczyć 12-tomową encyklopedię II wojny światowej.

Wyobraża sobie pani chłopca taszczącego takie 12 tomów do domu? Miałem nawet plan, żeby napisać własną książkę. W liceum moja nauczycielka, pani profesor Sytnik, szybko się zorientowała, że coś tam we mnie siedzi. Problem był tylko taki, że ja jednocześnie byłem potwornym dyslektykiem. Przez moje wypracowania bardzo trudno było przebrnąć. Błąd na błędzie. No i jak tu ocenić takiego ucznia?

W pewnym momencie pani profesor ogłosiła, że kto sam pójdzie do teatru i przyniesie na dowód bilet, ten dostanie z polskiego dobrą ocenę. Zorientowałem się, że to mi się może przydać, więc zacząłem chodzić. Jeździliśmy też dużo na spektakle z klasą.

Jedno z najważniejszych moich wspomnień wiąże się z warszawskim Teatrem Współczesnym, do którego w drugiej klasie liceum przyjechaliśmy na „Mistrza i Małgorzatę”. Proszę pani, ja tego nie zapomnę do końca życia. Wiadomo przecież, co się dzieje na takich wycieczkach szkolnych, raz to nawet przez nas przedstawienie przerwano, tak się zachowywaliśmy. Ale nie tym razem, nie tym razem. Pamiętam do dziś obsadę: Piętek-Górecka jako Małgorzata, Bargiełowski, Wakuliński, Kowalewski, coś niesamowitego. Obejrzałem pierwszy akt. Przerwa. Wszyscy wyszli, tylko ja zostałem na widowni. Podszedłem do rampy, a tam wyłączone światła. I tak się nie ruszam, tylko patrzę. Podchodzi do mnie nagle pani bileterka, trochę zaniepokojona, no bo przecież po licealiście w teatrze dużo dobrego się nie można spodziewać. „Czego ty tu chcesz?” A ja wydukałem coś takiego: „Czy ja mogę, proszę pani, tu jeszcze trochę postać”. I tak stałem i czułem, że coś mnie strzeliło. Strasznie silna emocja.

Skończył się spektakl. Wróciliśmy do Białegostoku. Coraz częściej pojawiałem się na białostockim oddziale lalkarskim, chodziłem na przedstawienia, na egzaminy studentów coś tam podpatrzyć. Koledzy powiedzieli mi o amatorskim teatrze. Poszedłem na przesłuchanie. Zapytano mnie, czy chciałbym zdawać do szkoły teatralnej. Odpowiedziałem, że nie. Wtedy wstydziłem się przytaknąć. Chodziłem dwa razy w tygodniu na zajęcia teatralne do białostockiej Mandragory.

Na peronie z walizką

Po maturze zdawałem do filmówki do Łodzi, nie dostałem się. Dwa tygodnie później były egzaminy w Warszawie i się udało. Zapamiętałem moment, jak stoję z torbą na peronie dworca PKP. I jak myślę sobie, że jadę na studia, a w weekend wracam do siebie do domu, do kolegów. W Warszawie zamieszkałem w akademiku na Jelonkach. Przydzielili mi pokój z chłopakiem z Grodziska. Marcinem Dorocińskim.

?>