Marta Waszkiewicz - Zakazana miłość, mroczny sekret i napięcie, którego nie da się zapomnieć. Ten film z Mią Wasikowską znów zachwyca na HBO Max
00:00
05:29
Żadna miłość nie jest prosta, ale jak narkotyk odurza tylko pierwsza – podobnie jak „Jane Eyre”, ekranizacja odważnej powieści Charlotte Brontë z Mią Wasikowską i Michaelem Fassbenderem – po latach wciąż odurza widzów atmosferą, romantyczną chemią między głównymi bohaterami oraz historią, w której uczucie musi zmierzyć się z mrocznym sekretem. Nic więc dziwnego, że film znów jest hitem, a obecnie znajduje się nawet w top 10 platformy HBO Max w Polsce.
Są takie filmy, do których wraca się nie tylko dla fabuły. „Jane Eyre” z 2011 r., która ostatnio na nowo zachwyca widzów HBO Max, jest właśnie takim przypadkiem. To adaptacja klasycznej powieści Charlotte Brontë, która wychowała miliony nie zawsze rozważnych romantyczek na całym świecie – porywająca opowieść o miłości, samotności, pragnieniu bliskości i uczuciu, które pojawia się wtedy, gdy najmniej się go spodziewamy.
(Fot. materiały prasowe)
Jane Eyre (Mia Wasikowska) nigdy nie miała łatwego życia. Najpierw osierocona dziewczynka trafiła pod opiekę krewnych, którzy nie potrafili dać jej ani ciepła, ani poczucia bezpieczeństwa, dlatego ostatecznie wylądowała w surowej szkole z internatem. Odrobinę niezależności w końcu przyniosła jej dorosłość, którą widzimy w filmie. Jane zostaje bowiem guwernantką i trafia do posiadłości Thornfield House zamieszkałej przez srogiego Edwarda Rochestera (Michael Fassbender) – człowieka tajemniczego, szorstkiego, zamkniętego w sobie i niełatwego do rozgryzienia. W ponurym domu odnajduje jednak upragniony spokój i bezpieczeństwo: zaprzyjaźnia się z córką swojego szlachetnie urodzonego pracodawcy, a jemu samemu oddaje swoje serce. Wszystko to zostaje jednak wystawione na ciężką próbę, gdy Jane odkrywa przerażający sekret swojego chlebodawcy.
(Fot. materiały prasowe)
Największą siłą filmu nie jest więc sama historia romansu. „Jane Eyre” wygrywa przede wszystkim nastrojem i aurą tajemniczości, która napędza fabułę. Zamglone wrzosowiska, posępne zamki, smagane wiatrem bezdroża i przygaszone światło tworzą piękny, ale jednocześnie niepokojący świat. To XIX-wieczna Anglia pokazana niemal jak sen – romantyczny, surowy i odrobinę złowrogi. Twórcy nie próbują więc zrobić z powieści Brontë cukierkowego melodramatu. Przeciwnie: w historii tej jest sporo ciszy i niedopowiedzeń. I właśnie dzięki temu uczucie Jane i Rochestera ma w sobie napięcie, a ich relacja opiera się przede wszystkim na rozmowie, spojrzeniach i wyczuwalnej chemii.
(Fot. materiały prasowe)
Duża w tym zasługa świetnie dobranej obsady aktorskiej, w szczególności znakomitej Mii Wasikowskiej. Jej Jane nie jest jednak bezradną romantyczką czekającą na zbawienie. Jest inteligentna, powściągliwa i silna, a aktorka bardzo dobrze pokazuje emocje swojej bohaterki bez przesadnej egzaltacji. Michael Fassbender jako Rochester jest natomiast szorstki i nieprzewidywalny, a razem tworzą genialny duet, któremu naprawdę chce się kibicować, chociaż coraz bardziej zagadkowe, niepokojące wręcz zachowanie gospodarza sprawiają, że romantyczna historia szybko nabiera gotyckiego posmaku.
(Fot. materiały prasowe)
Ważną rolę odgrywa też audiowizualna strona filmu: przepiękne zdjęcia (każdy kadr wygląda niemal jak wyjęty z romantycznego malarstwa), dopracowana scenografia, stylowe kostiumy i wspaniała muzyka, które budują spójną, niemal teatralną atmosferę.
(Fot. materiały prasowe)
„Jane Eyre” nie jest jednak ekranizacją, która za wszelką cenę uwspółcześnia klasykę. Jej siła tkwi właśnie w wierności duchowi pierwowzoru. To po prostu spokojne, wyważone i bardzo zmysłowe kino, które koi i skłania do refleksji. Porusza pięknem, urzeka teatralnością, surowym wiktoriańskim klimatem, spójnością narracji, subtelnością i prostotą. Jeśli lubisz więc kostiumowe melodramaty z zaskakującymi zwrotami akcji i trzymającą w napięciu intrygą, a do tego doskonale zagrane (kapitalna rola Wasikowskiej) i solidnie zrealizowane, „Jane Eyre” to film dla ciebie.
(Fot. materiały prasowe)
„Często do niego wracam. Za każdym razem wzrusza mnie jeszcze bardziej” – piszą widzowie.
Oczywiście, tempo filmu może momentami nużyć widzów przyzwyczajonych do bardziej dynamicznych romansów, ale w tej opowieści pośpiech byłby wręcz nie na miejscu. To piękna, choć smutna historia miłości, która nie jest ani łatwa, ani oczywista. I tak jak pierwsza wielka miłość odurza, odbiera rozsądek i zostaje w pamięci na długo. A jeśli powieść Brontë to pokarm dla duszy, adaptacja jej dzieł to istna uczta dla oka.
„Jane Eyre” obejrzeć można na platformie HBO Max.