Judi Dench: „Nie zamierzam iść na emeryturę”

W wieku 81 lat za namową córki Finty zrobiła sobie tatuaż „Carpe diem” na prawym nadgarstku. (Fot. East News)

„Młodość nie jest kwestią wieku biologicznego, a stanem umysłu” – mówi aktorka Judi Dench. W wieku 85 lat jest nie tylko nadal aktywna zawodowo, ale też najbardziej doceniana i samoświadoma. W ostatnim czasie dała się namówić nie tylko na ponowne wejście w szpiegowski świat, ale i na rozmowę o radości życia oraz korzyściach z późnych początków.

Joan Stanley, tytułowa bohaterka w filmie „Tajemnice Joan” (w polskich kinach mogliśmy go oglądać w czasie wakacji) zostaje aresztowana za szpiegostwo na rzecz Rosji. Jest przesłuchiwana przez wywiad brytyjski. Jakie to uczucie dla M, czyli byłej szefowej Jamesa Bonda?
Dość zabawne. Tym razem byłam po drugiej stronie lustra w pokoju przesłuchań. Ale nie spędza mi to snu z powiek (śmiech). Pamiętam za to, że kiedy grałam M, to zostałam zaproszono na lunch do słynnego budynku agencji wywiadu brytyjskiego MI5 na South Bank w Londynie. Gdy zapytałam, o której godzinie mam przyjść, powiedziano mi, że służby wywiadowcze wyślą po mnie samochód. I proszę sobie wyobrazić, że… nie mogli znaleźć mojego domu. Szukali przez trzy kwadranse, zanim w końcu do mnie dotarli!

Nie lubi pani powtarzać się w swoich rolach?
Tak, to ostatnia rzecz, jakiej pragnę. Często zadaję mojemu agentowi pytanie, kiedy wreszcie znajdzie mi rolę afgańskiej kobiety, która uczy się chodzić po linie, a na koniec zamienia się w smoka…

Joan w smoka się nie zamienia, co zatem zaintrygowało panią w tej postaci?
Zgodziłam się ją zagrać z kilku względów. Po pierwsze towarzyskich – Trevor Nunn, autor książki, na podstawie której powstał scenariusz, to przyjaciel z czasów moich początków w Royal Shakespeare Company. Zrealizowaliśmy wspólnie wiele spektakli. Poza tym producentem „Tajemnic Joan” jest David Parfitt, także mój stary przyjaciel. Drugi powód był taki, że zafascynowała mnie ta historia. Pierwowzorem mojej postaci jest Melita Norwood, która pracowała dla wywiadu KGB. Bohaterka jest zwyczajną kobietą, która dokonuje nadzwyczajnych rzeczy.

Nie taką zwyczajną. W młodości studiowała w Cambridge, a tuż przed wybuchem II wojny światowej pracowała w ośrodku badań nad bombą atomową…
Kiedy jej ukochany prosi ją o przekazanie Rosjanom tajnych akt, Joan staje przed wielkim dylematem. Musi wybierać między miłością do mężczyzny a zdradą kraju, między nielojalnością wobec bliskich a ich ocaleniem. W efekcie przez prawie 
40 lat przekazywała KGB informacje objęte tajemnicą państwową. Kiedy zdemaskowano Melitę Norwood, w wywiadzie dla „The Times” stwierdziła, że nie czuje się winna, bo pomagając Rosji, nie zdradzała swojego kraju… To, co robiła, było dla niej wybieraniem mniejszego zła.

Jej tłumaczenie nie wszystkich przekonało. Czy ta opowieść może być aktualna także dziś?
Dla wielu ludzi Joan była szpiegiem, ale ja tak nie uważam. Naprawdę! Myślę, że ona była kimś, kto wierzył, że nie jest właściwe, by uzbrajać jeden kraj kosztem innych, bo w ten sposób dochodzi do zachwiania równowagi militarnej, a to sprzyja pokusom ataku ze strony kraju silniejszego na słabsze. Joan była idealistką i osobą, która w swoim myśleniu zachowała pewien rodzaj czystości, niewinności. Podziwiam ją za to. Ona nie była wcale naiwna i doskonale zdawała sobie sprawę z realiów. Na pewno była nietuzinkową postacią. Była wewnętrznie rozdarta, niejednoznaczna. W tym sensie to bohaterka jak najbardziej uniwersalna i współczesna.

Żyjemy w czasach, w których stereotypowe postrzeganie innych coraz częściej zawodzi. Trudne wybory, tragiczne dylematy, w których nie ma dobrych rozstrzygnięć, to wcale nie są odosobnione przypadki.

Judi Dench jako Joan w „Tajemnicach Joan” w reż. Trevora Nunna (Fot. Nick Wall/ materiały prasowe)

Zostańmy jeszcze w klimacie szpiegowskim. Wystąpiła pani w siedmiu filmach o przygodach agenta Jej Królewskiej Mości. Następny film o Bondzie będzie reżyserował Amerykanin Cary Fukunaga. I znów nie będzie w nim pani…
Zagrałam u Cary’ego w „Jane Eyre” i uważam go za absolutnie słodkiego człowieka. Jestem pewna, że wniesie do serii coś nowego i odświeżającego. I zrobi to doskonale. A M zagra, jak się spodziewam, ponownie Ralph Fiennes…

Ciężko było rozstać się z M?
Nie. W rzeczywistości zagrałam nie w siedmiu, ale w ośmiu Bondach, wliczając „Spectre”, choć w tym odcinku pojawiłam się epizodycznie. Pewnie panią zdziwię, ale do tej pory nie widziałam go na dużym ekranie.

A nie uważa pani, że Bonda powinna wreszcie zagrać kobieta?
Jeżeli tylko będzie dobra w profesji agenta, to nie widzę przeszkód, byśmy doczekali się żeńskiej wersji Bonda.

Pani w swojej profesji jest świetna. Kiedy poczuła pani po raz pierwszy, że chce zostać aktorką?
Nie było jakiegoś szczególnego i jednego momentu. Uczyłam się scenografii teatralnej. W połowie lat 50. przyjechałam do Stratfordu i wzięłam udział w przygotowaniu spektaklu „Króla Leara” z Michaelem Redgrave’em. To była najbardziej niezwykła inscenizacja, nad jaką pracowałam, i najbardziej szalony projekt, w jakim wzięłam udział. Decyzje zapadały często w nocy. To była wyczerpująca, ale i fascynująca przygoda – wtedy zakochałam się w teatrze. Starszy brat chciał być aktorem i właściwie on mnie przekonał, żebym poszłam do szkoły dramatycznej. Moją pierwszą poważną rolą była Szekspirowska Ofelia w teatrze Old Vic. Niestety, zostałam za nią dosłownie zmiażdżona przez krytyków. Na szczęście byłam już wtedy zatrudniona na kilka sezonów do przodu. To był oczywiście wielki cios dla mnie, ale zawzięłam się i postanowiłam udowodnić, jak bardzo krytycy się pomylili. Ostro wzięłam się do pracy i dopięłam swego.

Co oznacza dla pani sukces? Jego definicja zmieniała się w ciągu kilkudziesięciu lat pani kariery?
Nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie… To, jak wiele znaczyło i dalej znaczy dla mnie moja praca, pokazuje chyba ten moment, gdy popłakałam się na dzień przed premierą „Komedii pomyłek”…

Dlaczego? Co się wtedy stało?
Kończył mi się kontrakt w teatrze i bałam się, że nikt mnie więcej nie zaangażuje, a ponieważ już połknęłam bakcyla sceny, nie wyobrażałam sobie życia bez grania. I do dziś ten lęk we mnie pozostał. Przyjaciele ciągle mnie pytają, dlaczego nie idę na emeryturę. Ale w mojej rodzinie w ogóle nie istnieje takie słowo. Zwykle osoby starsze przechodzą na emeryturę z myślą, że wreszcie będą miały czas na swoje, dotąd nierealizowane pasje – hobby, coś, co lubią lub kochają – a z różnych względów nie mogły ich realizować. To może być malowanie, podróże albo chodzenie na długie spacery. Dla mnie pasją i miłością jest moja praca. Uwielbiam się uczyć i spotykać nowych ludzi. Gdyby mi to odebrano, nie wiem, co bym zrobiła.

Czy dla dojrzałych aktorek są dziś dobre role? Jest pani zadowolona ze scenariuszy, jakie pani otrzymuje?
Cóż, mój telefon ciągle dzwoni… Otrzymuję naprawdę różne propozycje, ale może mam w tej kwestii dużo szczęścia… W końcu nie codziennie dostaje się do zagrania szefową krasnoludków w nowym filmie Kena Branagha „Artemis Fowl”, realizowanym dla Disneya. Ale tak, mam poczucie uprzywilejowania. Dojrzałych aktorek w wieku 60+, których telefon nie milczy, jest zaledwie kilka: Hellen Mirren, Maggie Smith, Meryl Streep. Jestem więc szczęśliwa i spełniona.

Podobno miała pani tremę, grając prawdziwą Filomenę Lee w filmie „Tajemnica Filomeny”. Czy to możliwe dla tak doświadczonej i znakomitej aktorki?
Im jestem starsza, tym bardziej się stresuję… To pewnie kwestia większej świadomości siebie, a doświadczenie nie ma tu nic do rzeczy. Każdą nową rolę traktuję, jakby była pierwszą. Kiedy grałam królową Elżbietę albo w ogóle wcześniej w teatrze kobiety Szekspirowskie – to byłam bardziej wyluzowana. W przypadku filmu „Tajemnica Filomeny” musiałam się zmierzyć z żyjącą postacią. To wielka odpowiedzialność.

Dla tych, którzy kojarzą panią głównie z roli szefowej Bonda, kreacja Filomeny, ale też wcześniej role w „Notatkach ze skandalu”, w „Iris” czy w realizowanej niedawno drugiej części „Hotelu Marigold” mogą być szokiem, a co najmniej zaskoczeniem.
Dlaczego pani tak myśli?

Bondowska M sprawia wrażenie kobiety zimnej, powściągliwej, do bólu profesjonalnej, podczas gdy bohaterki „Tajemnicy Filomeny”, ale i „Tajemnic Joan” są rozedrgane, dziecięco naiwne i rozbrajające.
Ależ M to wulkan emocji, tylko głęboko schowanych! Maska, gra pozorów, ukrywająca kruchą kobietę. Oczywiście przy Bondzie nie może się rozkleić. W końcu jest agentką i jego szefową. To jedyna kobieta w serii o przygodach agenta 007, która potrafiła wygarnąć Bondowi jego męski szowinizm, egoizm albo mocno pojechać mu po ambicji. Jestem dumna, że zagrałam w tej serii w aż siedmiu odcinkach: czterech z Piercem Brosnanem i trzech z Danielem Craigiem. Odtąd zaczęłam podpisywać autografy kolegom mojego 15-letniego wnuczka Sama. Jego przyjaciele uznali, że jestem „cool”. W moim wieku!

No właśnie. Nie żałuje pani, że karierę filmową rozpoczęła w wieku, w którym inne aktorki odchodzą na emeryturę? Gdy zadebiutowała pani na dużym ekranie filmem „Pokój z widokiem”, to, przepraszam że to wypominam, skończyła pani 51 lat.
Nie, nie żałuję, że tak się potoczyła moja kariera, bo zawsze kochałam i nadal kocham teatr. W nim zagrałam najwspanialsze role, a poza tym ma on coś, czego na planie mi brakuje – kontakt z żywym widzem. W teatrze każdy spektakl jest inny, bo każdego wieczoru przychodzi inna publiczność. My, aktorzy, już po kilku minutach rozpoznajemy, z jakim rodzajem widza mamy do czynienia, i też inaczej gramy, zaskakując często samych siebie – na tej nieprzewidywalności i spontaniczności polega magia teatru. Nie czekałabym tak długo na debiut filmowy, gdyby nie mój pierwszy casting. Producent powiedział, że kamera kompletnie nie czuje mojej twarzy, że nie łapię z nią kontaktu. A że byłam ambitną osobą – nigdy więcej nie poszłam na żaden casting.

Czasem żartuję sobie, że skoro późno rozpoczęłam przygodę z kinem, to nie mogę jej wcześnie zakończyć. Choć stuknęło mi 85 lat, to wciąż czuję w sobie energię i potrzebę działania. Może to wynika z poczucia, że gdybym teraz nagle zrobiła sobie przerwę, to potem już nie byłabym w stanie znów wziąć się do pracy. Od kiedy mój mąż zmarł na raka płuc, a stało się to w 2001 roku, pracuję więcej. Dzięki temu nie rozpamiętuję samotności i opuszczenia, odsuwam od siebie myśli o śmierci i mniej dotkliwie odczuwam dolegliwości starzenia się. Mam, jak każdy człowiek w moim wieku, problemy ze wzrokiem, pamięcią czy chodzeniem, ale się nie poddaję. I na razie nie zamierzam iść na emeryturę…

Musi panią irytować, że młodzi ludzie traktują osoby starsze jak zbędne i kłopotliwe albo postrzegają je jedynie w charakterze babć i dziadków.
Tak. I to bardzo. Nie wiem, kto dał im do tego prawo. Tak łatwo zapomina się, że ludzie – dopóki żyją – mają takie same potrzeby i pragnienia. Wszyscy. W „Notatkach ze skandalu” sportretowałam samotną, dojrzałą kobietę, która pod wpływem skandalu obyczajowego odkrywa z zażenowaniem graniczącym z ciekawością swoją własną tłumioną przez lata seksualność. Z kolei w filmie „Hotel Marigold” gram wdowę, która choć już na nic w życiu nie liczyła, spotyka mężczyznę, z którym nie łączy ją namiętność, ale przyjaźń, przywiązanie i bliskość psychiczna. W hotelu dla emerytów odnajduje towarzystwo, którego od śmierci męża bardzo jej brakowało. Ma z kim pójść do teatru, na spacer, wypić kawę.

Bo miłość nie ma terminu przydatności do spożycia. Podobno dostaje pani listy miłosne od swoich fanów?
Tak. I zapewniam, że są wśród nich także całkiem młodzi mężczyźni. To nie są wprawdzie płomienne wyznania, raczej słowa sympatii dla mojej pracy i ról, ale to szalenie budujące. I dodaje energii. Wie pani, myślę sobie, że młodość nie jest kwestią wieku biologicznego, a stanem umysłu. Oczywiście nie ja pierwsza doszłam do tego wniosku, ale im dłużej żyję, tym bardziej utwierdzam się w tym przekonaniu. I dopóki my sami, czyli ludzie dojrzali, nie uświadomimy sobie tego, nie oczekujmy, że młodzi zaczną nas partnersko traktować w naszych pragnieniach, potrzebach i marzeniach. To my najpierw musimy sobie przyznać do nich prawo.

Judi Dench ur. 2 grudnia 1934 roku w Yorku jako Judith Olivia Dench. Jej matka pochodziła z Dublina, ojciec z Dorset w Anglii. Przez wiele lat była aktorką teatralną Royal Shakespeare Company, National Theatre i Old Vic Theatre. Dziesięciokrotna laureatka brytyjskiej nagrody BAFTA (w tym za serial „A Fine Romance”, w którym grała ze swoim mężem Michaelem Williamsem).