1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. O pasji bez presji. Dr Asia Wojsiat w nowym cyklu „Coś dla mózgu”

O pasji bez presji. Dr Asia Wojsiat w nowym cyklu „Coś dla mózgu”

Dr Asia Wojsiat (Fot. Aleksandra Modrzejewska-Mitan)
Dr Asia Wojsiat (Fot. Aleksandra Modrzejewska-Mitan)
W czasach kultu produktywności, przekonania, że wszystko musi być nastawione na cel i mieć wymierną wartość, często mamy poczucie winy, gdy poświęcamy czas na hobby, które nie jest „użyteczne”. Tymczasem to właśnie dzięki niemu zyskujemy najwięcej – przekonuje neurobiolożka i biochemiczka dr Asia Wojsiat.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 3/2026.

Iza Nowakowska – Teofilak: Ludzie, którzy mają pasję, inwestują w nią każdą wolną chwilę i dostępne środki. Dla kogoś patrzącego z boku takie poświęcenie i zaangażowanie bywa trudne do zrozumienia, dlatego często pada pytanie: „Po co ci to?”. No właśnie – po co nam hobby?

Dr Asia Wojsiat: Najnowsze badania opublikowane w najbardziej prestiżowych i wpływowych magazynach naukowych na świecie, jak „Nature” czy „Science”, dowodzą, że posiadanie pasji jest realnym regulatorem pracy naszego mózgu i układu nerwowego, stanowi fundamentalny aspekt regeneracji, daje czas na dekompresję układu nerwowego, usprawnia nasze sieci neuronalne, zmniejsza poziom stresu i kortyzolu w organizmie, pięknie wpływa na plastyczność mózgu. A co najważniejsze, jest remedium na stres przewlekły, który, jak wiemy z danych epidemiologicznych, jest połączony z chronicznym stanem zapalnym, leżącym u podłoża większości współczesnych chorób autoimmunologicznych, psychicznych, neurodegeneracyjnych, a nawet tych związanych z metabolizmem.

Do niedawna nikt nie łączył na przykład cukrzycy typu drugiego czy zespołu metabolicznego z przewlekłym stresem. A dziś doktor Sławomir Murawiec, psychiatra, współautor książki „Ornitologia terapeutyczna”, mówi o tym, że na konferencjach diabetologicznych pokazywane są wyniki, które wskazują, że ludzie posiadający pasję związaną z naturą, taką jak na przykład obserwacja ptaków, mają stabilniejsze poziomy cukru. Kilkanaście lat temu uznano by to za jakieś new age’owe teorie, a dziś jest to wiedza ugruntowana w nauce, bo wyraźnie widzimy, że cała kaskada negatywnych zdarzeń w naszym organizmie zaczyna się od podwyższonego poziomu kortyzolu.

Dlatego coraz częściej mówi się też o posiadaniu hobby w kontekście prewencji chorób neurodegeneracyjnych, wypalenia, które często pojawia się u ludzi zestresowanych, żyjących szybkim tempem, ale też depresji, która w 2030 roku ma być pierwszą chorobą na świecie. Oczywiście nie jest tak, że kiedy osoba borykająca się z depresją czy demencją zacznie lepić garnki z gliny albo chodzić na ściankę wspinaczkową, to wyzdrowieje bez wsparcia terapeutów czy farmakoterapii, ale jeżeli mówimy o samej prewencji, to są twarde dowody na to, że życie z pasją działa ochronnie.

W badaniu z 2025 roku opublikowanym w magazynie „Nature” wzięło udział 1240 seniorów, których przebadano elektroencefalografem i wykazano, że mózgi osób zaangażowanych w różne kreatywn doświadczenia starzały się wolniej niż ich rówieśników, którzy nie posiadali żadnego hobby. Z kolei badanie kohortowe z 2023 roku, przeprowadzone na grupie prawie 100 tysięcy ochotników pochodzących z 16 krajów, dowiodło, że osoby, które posiadały pasję, wykazywały mniejsze objawy depresji, miały większe poczucie interoceptywne zdrowia, szczęścia oraz satysfakcji z życia. Wyniki były spójne kulturowo, niezależnie od nacji i szerokości geograficznej.

Rodzaj hobby też nie miał znaczenia?

Najważniejsze jest to, aby była to aktywność, która nas rozwija i w którą angażujemy się dla radości samej w sobie, bez presji osiągnięcia konkretnego celu czy rywalizacji. Pasja ma nas luzować, a nie wkładać w klatkę kolejnego przymusu. Nasz mózg nie odróżnia stresu wywołanego zbliżającym się deadline’em od tego związanego z konfrontacją z lwem czy niedźwiedziem. W obu przypadkach wprowadza nasz organizm w taki sam stan zagrożenia, a wtedy rozregulowuje się metabolizm, zaczynamy mieć duże problemy z pamięcią i realnym traceniem tkanki mózgowej, bo kiedy organizm jest cały czas w stresie, to wyhamowuje się proces neurogenezy. A już w 1998 roku wykazano, że wbrew wcześniejszym przekonaniom proces powstawania nowych, w pełni funkcjonalnych komórek nerwowych zachodzi nie tylko w okresie prenatalnym i dziecięcym, ale również u ludzi dorosłych, którzy dbają o odpowiednią ilość ruchu, dietę przeciwzapalną i potrafią się relaksować.

Czytaj także: Czy masz już modną pasję? – pyta przewrotnie Wojciech Eichelberger

Oddawanie się pasji zmniejsza toksyczne działanie stresu na hipokamp i neurogenezę. Jak mawiał prof. Jerzy Vetulani: use it or lose it, czyli działaj albo strać neurony i synapsy. Proces ten doskonale widać u osób starszych, które po śmierci wieloletniego partnera lub partnerki tracą również pewną rutynę, zapał do życia, chęć do wychodzenia do ludzi. W rezultacie momentalnie zaczyna się u nich postęp choroby neurodegeneracyjnej, bo nieużywany, niebodźcowany mózg dosłownie obumiera. „W mózgu nie ma zasiłku dla bezrobotnych” – mówił prof. Vetulani, czyli kiedy nic nowego mu nie dajemy, nie dostarczamy mu pracy innej niż utrzymywanie gotowości stymulowanej stresem, to liczba synaps, czyli połączeń między neuronami, się kurczy, widać to w neuroobrazowaniu. A to nie wszystko. Kiedy funkcjonujemy w chronicznych przymusach i dużym napięciu, ciało migdałowate podlewane kortyzolem zwiększa swoją objętość, staje się bardziej emocjonalne i lękowe.

Czytaj także: Mózg zalany kortyzolem to równia pochyła do wszystkich zaburzeń. Rozmowa z biolożką dr Asią Podgórską

Tymczasem zaangażowanie się w coś, co daje bezkresną radość, znacząco zmniejsza ilość hormonu stresu i aktywuje korę przedczołową, która jest kluczowa dla regulacji emocji, kontroli impulsów i zachowań społecznych. Działając jak centrum dowodzenia, hamuje gwałtowne reakcje układu limbicznego i pozwala na bardziej przemyślane, adaptacyjne odpowiedzi na bodźce emocjonalne. Dzięki temu stajemy się bardziej kreatywni i potrafimy lepiej racjonalizować. Kora przedczołowa reguluje też nadmierną aktywację osi stresu, czyli osi podwzgórze–przysadka–nadnercza (HPA). Inaczej mówiąc, pobudzenie zastępowane jest relaksacją. Organizm przechodzi z trybu fight or flight (walcz lub uciekaj) na tryb rest and digest (odpoczywaj i traw). Można więc powiedzieć, że dzięki pasji wychodzimy ze stanu wiecznego wkurzenia, rozemocjonowania i znów zaczynamy być sobą.

Wiele osób dzięki hobby może doświadczyć słynnego flow. Ja sama uprawiałam różne dyscypliny sportu, ale dopiero jazda konna sprawiła, że pierwszy raz w życiu byłam tu i teraz. Ta przerwa w gonitwie myśli, kompletne oderwanie się od codzienności były niezwykle ożywcze. Uznałam, że to właśnie jest to słynne flow. A co o tym zjawisku mówi nauka?

Z naukowego punktu widzenia flow to niesamowity fenomen biologiczny, który doskonale opisał węgierski psycholog Mihály Csíkszentmihályi. Zauważył, że flow wycisza sieć stanu podstawowego DMN, która stanowi nasz neuronalny ekwiwalent ego, czyli odgrywa istotną rolę, bo jest związana z jaźnią, z samostanowieniem. Kiedy jednak działa zbyt intensywnie, cały czas tworzymy w głowie jakieś narracje o sobie. A ten dialog wewnętrzny kompletnie odrywa nas od tu i teraz, prowadzi do ruminacji, przeżywania wspomnień, analizowania tego, co było, i tego, co będzie.

Gdy wchodzimy w stan flow, ta galopada myśli natychmiast się wyłącza, zaczyna wspaniale pracować kora przedczołowa, czyli mamy boost kreatywności, tracimy poczucie czasu i zapominamy o wszystkich problemach i zmartwieniach. Tak bardzo zanurzamy się w danej czynności, że poniekąd stajemy się jej integralną częścią. Kiedy stan flow się kończy, mamy wrażenie, że wróciliśmy z wakacji od życia, że przez chwilę przebywaliśmy w innym wymiarze. To m.in. efekt tego, że stan flow na maksa obniża nam kortyzol, dzięki czemu mamy lepszą sensytyzację na bodźce, więcej czujemy, widzimy. Przez moment mamy poczucie wolności, możemy być kimś innym, wyjść z roli matki, nauczycielki, dziennikarki czy lekarki. Pasja daje nam możliwość budowania narracji o sobie poza czymś, czym na co dzień się zajmujemy.

Każda czynność wykonywana z pasją może nas wprowadzić w stan w flow?

Niestety to nie jest takie proste. Według Csíkszentmihályiego, aby wejść w stan flow, nasze umiejętności muszą być współmierne z poziomem zaangażowania, czyli ktoś, kto dopiero uczy się jazdy konnej, boi się upadku, kontuzji, nie zna jeszcze zachowań tych zwierząt, jest totalnie przejęty i trochę przerażony – nie ma szans na to, by poczuć flow. Do tego potrzebny jest pewien poziom umiejętności, dający swobodę i komfort, ale nie na tyle, by spocząć na laurach, bo potrzebna jest też dawka ekscytacji, poczucia, że wciąż jeszcze mogę się czegoś nauczyć. Kluczowa jest uwaga, bez której nie możemy wejść w stan totalnego zatopienia. Zadanie nie może być więc ani zbyt łatwe, ani zbyt trudne. Żeby poczuć flow, muszę całą sobą skupić się na danym procesie, kompletnie oddać się jakiejś czynności, bez udawania, przymusu czy zewnętrznych nacisków.

Czytaj także: Flow - sposób na pełniejsze życie i bystrzejszy umysł zamiast utraty koncentracji. Jak go osiągnąć?

Wspomniałaś, że presja, przymus i rywalizacja zabijają pasję. Czy zatem smartwatche i aplikacje, dzięki którym możemy wytyczać sobie kolejne cele i porównywać wyniki swojej aktywności z innymi użytkownikami, czegoś nam jednak nie odbierają?

W filmie dokumentalnym „Jak ruchem zmieniać umysł”, który współtworzyłam z Mojo Movies i Fundacją Veritas, pokazujemy, jak szeroko pojęta aktywność fizyczna wyciągała ludzi z różnych, czasami skrajnie trudnych stanów, takich jak próby samobójcze, depresja, anoreksja czy uzależnienie od narkotyków. Można więc powiedzieć, że wszystko, co motywuje do wyjścia z domu, do podjęcia jakiejś aktywności, nam służy, również nowe technologie. To dobroczynne działanie kończy się jednak w momencie, kiedy przyjemność staje się brzemieniem, gdy nie możemy bez tego prowadzić normalnego życia. Jeśli człowiek budzi się ciągle z chochlikiem, który mu coś każe, to sygnał, że pasja przeistacza się już w uzależnienie. Sama jakiś czas temu wpadłam w tę pułapkę. Dużo trenowałam, bo sport od zawsze był dla mnie superważny, ale w pewnym momencie poczułam, że te wyznaczane nieustannie cele i przymus wykonania treningu pomimo zmęczenia czy braku czasu, sprawiają, że zaczynam czuć niechęć do tego, co dawniej sprawiało mi przyjemność. Musiałam więc wszystko sobie przewartościować. Nadal używam smartwatcha, ale to nie on dyktuje już moją aktywność. Uważniej wsłuchuję się w to, co czuję, czego potrzebuję, nie karcę się już, jeśli nic nie zrobię. Nie dobijam na siłę do 10 kilometrów ciężko zmęczona, bo zegarek powiedział mi, że nie osiągnęłam jeszcze wyznaczonego celu.

Czytaj także: Uważaj! Pasja może stać się obsesją – przestrzega psychoterapeuta Robert Rutkowski

Psychiatra dr hab. Andrzej Silczuk mówi, że życie, jak krzesło, powinno opierać się na kilku nogach. Jedną z nich może stanowić rodzina i inne społeczności, drugą regeneracja, czyli czas na sen i wypoczynek, trzecią szeroko pojęta kultura, a czwartą na przykład sport. Taka różnorodność daje nam poczucie bezpieczeństwa, dobrostanu i stabilności. Jeśli oprzemy życie wyłącznie na jednym filarze, w jednej chwili może załamać się wszystko.

Wizja absolutnego poświęcenia się pasji jest kusząca, ale aby zachować zdrowe proporcje, hobby powinno być jedynie uskrzydlającym dodatkiem do codzienności. Koktajl biochemiczny w naszym organizmie działa najlepiej wtedy, kiedy jesteśmy właściwie wyregulowani. Dopamina płynąca z pasji nie ma nic wspólnego z pikiem, który znika równie szybko, jak się pojawia, pozostawiając po sobie silny głód kolejnych wrażeń, co często prowadzi do uzależnienia. Posiadanie hobby to źródło stabilnej dopaminy, dzięki czemu możemy uwrażliwić swoje receptory na małe, drobne przyjemności. Na przykład uda mi się zrobić coś na szydełku i jest to przyjemność sama w sobie. Nie muszę się z nikim porównywać, pokazywać swojej pracy całemu światu, żeby czerpać z tego radość. Pasja, którą traktujemy lekko, bez presji, wywołuje również wzrost serotoniny, która jest wodą na dopaminowy ogień i mówi nam: „Jest wystarczająco dobrze, nic więcej nie musisz”. To dzięki niej czujemy ukontentowanie i lekkość.

Zastanawiam się, jak to, co mówisz, ma się do słynnego powiedzenia przypisywanego Konfucjuszowi: „Wybierz pracę, którą kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia w swoim życiu”. W czasach influencerów i mediów społecznościowych wcielenie tej koncepcji w życie wydaje się łatwiejsze niż kiedykolwiek. Pytanie, czy wtedy nadal będziemy mieć pasję?

Nie potrafię na to odpowiedzieć, bo sama trochę tkwię w takim konflikcie. Pasjonuję się tym, o czym opowiadam w swoim podcaście, na uczelni i w książkach, a jednocześnie jest to przecież moja praca. Dlatego staram się ją wykonywać jak najbardziej na własnych warunkach, bez zewnętrznej presji. Gdy czuję, że robię coś z musu, to jeśli tylko mogę, wycofuję się z tego na jakiś czas. Na przykład przeprowadzka, remont i urządzanie nowego domu tak mocno mnie ostatnio wyeksploatowały z zasobów kreatywnych, że pisanie kolejnej książki stało się dla mnie męczarnią. Słowa, które zawsze same płynęły, nagle przestały się układać w logiczne ciągi, dlatego zrobiłam sobie przerwę od pisania pomimo zbliżającego się nieuchronnie deadline’u. Myślę, że każdemu, kto łączy pasję z pracą, jest potrzebna przestrzeń na oddech, ale też uważność.

Czytaj także: Pasje w związku – czy mogą być przeszkodą?

Kiedy rozmawiałam z Mateuszem Kusznierewiczem, mówił mi, jak bardzo ważne jest, żeby oddzielić pasję od sportu zawodowego, dostrzec moment, w którym to, co kochamy, zaczyna nas za bardzo angażować, obciążać, wypalać. Warto mieć wtedy plan B. Dla mnie odskocznią od pracy naukowej i badawczej są sport, książki, kino. Z miłości do tego ostatniego powstał cykl spotkań „Neuroprojekcje” we wrocławskim Kinie Nowe Horyzonty, który prowadzę razem ze swoim partnerem Dominikiem Sobolewskim. Raz w miesiącu organizujemy seans filmowy, po którym odbywa się panel dyskusyjny łączący neuronaukowe spojrzenie z refleksją nad tym, co dzieje się w nas podczas seansu. Analizujemy zarówno treść, jak i formę – od biologii emocji po ciekawostki z planu zdjęciowego. Kino jest więc pretekstem do rozmowy o umyśle, świadomości i naturze ludzkiego postrzegania, czyli niby nadal rozmawiam o tym, czym zajmuję się zawodowo, ale łączę to jednak z inną swoją zajawką, co działa bardzo ożywczo. Poza tym w tych spotkaniach uczestniczy 400-500 osób i odkrywanie ich percepcji, postrzegania danego filmu jest niesamowicie fascynujące. Spotkania kończą się zazwyczaj późno w nocy, przez godziną dwudziestą trzecią, ale wychodzę z nich tak pozytywnie naładowana, że zupełnie nie czuję zmęczenia. W tym łączeniu pracy z pasją chodzi więc chyba o to, by mieć jednak w zanadrzu coś, co w ramach tych zawodowych obowiązków robimy nie dla zysku, tylko dla funu, bez napięcia. A czasem wystarczą po prostu odpowiednie proporcje.

Jakiś czas temu odkryłam fenomenalny kanał na YouTubie, Outdoor Boys, prowadzony przez mieszkającego na Alasce Luke’a Nicholsa, który pokazuje bushcraftowe wyprawy ze swoimi trzema synami w różne ekstremalne miejsca. Ubrany w stare spodnie i kurtkę kręci te filmy od pięciu lat. Nie ma Instagrama, żadnych social mediów, nie współpracuje z firmami, komentarze na YouTubie są wyłączone. Po prostu od czasu do czasu pokazuje jakiś urywek życia, swojej pasji, ale nie szuka splendoru i sławy, nie interesuje go zachęcanie kogokolwiek do oglądania tych materiałów czy wchodzenie w interakcje z obserwatorami. Wydaje mi się, że najważniejsze jest, by nie przekroczyć punktu, w którym najistotniejsze jest nasze zaangażowanie w sam proces, a nie to, co z tego wynika, jak oceniają i odbierają to inni, czego od nas oczekują.

Problem jest też wtedy, gdy tak bardzo koncentrujemy się na pracy, że nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na pytanie, co właściwie w życiu lubimy, co sprawia nam przyjemność.

To prawda. Niestety, nie ma suplementu na zdrowie psychiczne, musimy o nie zadbać sami. Wiemy, że w dzisiejszym świecie mamy ogromne niedobory neuroprzekaźnika uspokojenia, wyciszenia i relaksacji, czyli kwasu aminomasłowego GABA. Problem polega na tym, że nie da się go syntetycznie wyprodukować, bo biologia wymyśliła to tak, że musimy go sobie wytworzyć sami poprzez relaks, sen, regenerację, praktykę jogi, odłączenie od trybu walki i ucieczki. Okazało się, że u studentów, którzy byli badani przed egzaminami, czyli w dużym stresie, posiadanie hobby realnie zwiększało poziom wytwarzania GABA między sesjami, bo kiedy robimy coś, co nas pochłania i sprawia nam przyjemność, powstaje ta wspomniana biochemiczna zupa, która sprawia, że mózg rozkwita. Profesor Małgorzata Kossut, badaczka neuroplastyczności, nazwała to pocałunkiem dla synapsy. Aby to poczuć, musimy jednak sami wykonać całą pracę.

W kwestii właściwej diety czy treningu możemy liczyć na pomoc specjalistów, ale nikt nie wymyśli nam pasji, nie zmusi nas do czerpania przyjemności z określonej aktywności. Umysłu nie oszukamy, wejście w stan flow jest możliwe tylko wtedy, gdy subiektywnie poczujemy, że robimy to, co chcemy. Nie musi to być nic wielkiego, w ten stan mogą nas wprowadzić proste rzeczy. Zjedzenie kanapki na ławce w parku, cieszenie się komorebi, czyli promieniami światła słonecznego przenikającymi przez liście drzew, czy czerpanie zwykłej, codziennej radości z tego, że się wstało, że jest jakiś cel – tak jak bohater filmu Wima Wendersa „Perfect Days”. To się bardzo wpisuje we współczesne badania związane z dobrostanem, z których wynika, że tym, co utrzymuje nas przy życiu, są zdrowe, wartościowe, niestresogenne relacje i właśnie poczucie sensu. Warto pamiętać, że dobrobyt nie równa się dobrostanowi. Możemy zarabiać krocie, mieć mnóstwo pieniędzy na koncie i jednocześnie być samotni, wypaleni i bez iskry.

Myślisz, że w pewnym wieku może być już za późno na znalezienie pasji?

Z badań wynika, że przez całe życie pakujemy sobie metaforyczny plecak z orężem przeciwko neurodegeneracji. Im wyższy mamy poziom wyjściowy funkcji poznawczych, tym wolniej starzeje się nasz mózg, dlatego warto swoje dzieci zarażać pasją, pamiętając o tym, że przykład działa lepiej niż wykład.

Mówi się, że okres 30+ to kluczowy moment, żeby zadbać o serce i mózg, zbudować sobie tę cenną rezerwę plastyczną, ale prawda jest taka, że nie ma momentu granicznego, w którym jest za późno. Badania z udziałem ludzi po 60. roku życia pokazują, że nawet u osób starszych, które mają już zaczątki zmian w mózgu, objawy demencji się nie rozwijają, kiedy angażują się oni w jakieś działania zajawkowe. I to jest absolutnie magia, która wchodzi w biochemię, bo kiedy w badaniach obrazowych widzimy już zmiany w mózgu, to zgodnie z logiką choroba powinna się manifestować, tymczasem pasja, zaangażowanie, często mocno związane z poczuciem wspólnotowości, hamują zmiany neuropatologiczne, realnie zatrzymują procesy alzheimerowskie. Dlatego tak ważne jest, by nieustannie szukać nowych aktywności. Sama kupiłam sobie ostatnio 100 jolek i rozwiązywaliśmy krzyżówki całą rodziną. Im więcej nowych wyzwań będziemy dostarczać mózgowi, tym lepiej nasze neurony będą się bronić przed typowymi zmianami patologicznymi. Ale powtórzę jeszcze raz: te wyzwania mają być przede wszystkim zabawą, odskocznią, relaksem, a nie kolejnym obowiązkiem, bo tych mamy aż nadto.

Dr Asia Wojsiat, biolożka molekularna, neurobiolożka (neurochemiczka) PAN. Edukatorka, popularyzatorka nauki, wykładowczyni akademicka. Autorka podcastu „Wojsiat ogólnie” w Newonce oraz solo projektu „Umyślnie”. Kocha przebywanie w naturze, jazdę rowerem szosowym, długie spacery, książki, muzykę i dobre filmy. Związana z buddyzmem zen.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE