fbpx

Małgorzata Rejmer: Żebracy i mordercy

Małgorzata Rejmer: Żebracy i mordercy

Mówi się, że komedie nie podróżują – jeśli są nasączone lokalnym kolorytem, mają zawiesiste dialogi, aluzje do historii danego narodu, to umarł w butach – zagraniczna publiczność na pewno nic nie zrozumie, nic się nie zaśmieje.
Komedia, która w jednym kraju jest hitem, w innym nie wzbudzi żadnych emocji; ta, która świetnie sprzeda się w Europie Wschodniej, w Zachodniej będzie nieprzetłumaczalna. Pamiętam jak oglądając w Warszawie rumuńską komedię „Wszyscy z naszej rodziny”, płakałam ze śmiechu za sprawą nieprawdopodobnej litanii wymyślnych przekleństw bryzgających z ekranu, które okazały się fantastycznie łatwe do przetłumaczenia na polski. To, że w obrębie rodziny, w małżeństwie, w konkubinacie można okładać się najokrutniejszym, najżałośliwszym słowem, też nie wydało mi się dziwne. Ale co z tego filmu zrozumie Niemiec, który ma raptem trzy przekleństwa na krzyż? Jak mu przetłumaczyć strugi rumuńskiej plwociny, która w swojej abstrakcyjności stwarza nowe światy, buduje nową rzeczywistość językową? Wyobraźcie sobie na przykład taki rumuński wulgaro-obrazek: „będę dymał wszystkich bogów twojej matki”. Albo: wytrę jaja o koliwę (ciastko pogrzebowe) twojej matki”. Albo: „zerżnę twoją matkę na lodzie”. My też mamy wyższą grupę językową w kategorii przekleństwa, ale do poziomu zaawansowania Rumunów brakuje nam fantazji.

Wracając jednak do tematu komedii, obejrzałam tu w Bukareszcie, po dziesięciu latach, „Kilera” Juliusza Machulskiego i z czułością, która cechuje mój nowy, rozpłoniony patriotyzm, odnotowałam, że jednak nie jesteśmy takimi strasznymi niedojdami w temacie kręcenia komedii, raz na dwadzieścia lat udaje nam się zrobić śmieszny film. Rozczuliła mnie przede wszystkim bijąca z co drugiej sceny powszechna tęsknota za sympatycznym, życzliwym mordercą, który zrobiłby wreszcie porządek na tym kaprawym świecie i wyrwał chwasty, gęsto zarastające polską ziemię. „Panie Kiler, niech pan pamięta o emerytach!”, woła za nieszczęsnym, poczciwym Jurkiem jowialny emeryt polski i gdzie Jurek nie postawi nogi, wszędzie znajdzie się ktoś, kto ma zaskórniaki i jakąś osobę na myśli, którą powinna wyskoczyć z butów.

To sparodiowane „człowiek człowiekowi wilkiem” w ogóle się nie zestarzało, nie straciło na aktualności. Piętnaście lat po premierze „Kilera” nadal jesteśmy narodem emocjonalnej nadpobudliwości i agresji, narodem z nerwami trzeszczącymi na postronkach, narodem, który żegna się przed wejściem do tramwaju, żeby dobry Bóg ustrzegł przed ludzką przemocą i przytrzymał naszą pięść, gdyby nam się zachciało zrobić z tym wszystkim porządek. Biedni Polacy w zjednoczonej Europie – kogo mają nienawidzić? Skoro Niemcy dają nam pieniądze, a Rosjanie grzecznie zapewniają, że nie zabili nam prezydenta, to do nienawiści zostaje tylko Polak, pan zostaje, pani, państwo.

Mam wrażenie, że moi rumuńscy znajomi nic by z „Kilera” nie zrozumieli. Szczerze wątpię, czy ktoś by tu wpadł na pomysł komedii, w której morderca na zlecenie staje się wybawcą i celebrytą. Natomiast hitem komercyjnym na miarę „Kilera” była w Rumunii komedia „Filantropica” Nae Caranfila (2002), o hucpiarskim przemyśle żebrania i wyłudzeń, powszechnie uwielbiana, wspominana i rozdrabniana na cytaty. Głównym bohaterem jest nauczyciel, który dorabia do nędznej pensji, chodząc z podstawioną żoną po ekskluzywnych restauracjach Bukaresztu i naciągając zgromadzonych gości na opłacenie uroczystego – tak naprawdę fikcyjnego – obiadu z okazji rocznicy ślubu. Intryga jest pomysłem diabelskiego mafiosa, trzymającego w szachu cały rynek bukareszteńskiego żebractwa, wymyślającego dla każdego nędzarza historię, dzięki której łatwiej będzie mu wyłudzać pieniądze od litościwych obywateli. Ów biznesmen jest jednocześnie okrutny i wspaniałomyślny, bezwzględny i wyrozumiały i to on, od początku do końca, pociąga za wszystkie sznurki, na których wisi rumuńskie społeczeństwo – od mediów po sierotkę z pieskiem. Rumuni kochają ten film, bo w prześmiewczy sposób pokazuje on, że w ich kraju nic nie ma sensu, a za wszystko odpowiadają „ci na górze”, którzy myślą tylko o własnych interesach. Przeciętny Rumun jest dobrotliwy i współczujący, pełen empatii i miłosierdzia – ale co z tego, skoro cała ta poczciwość rozmywa się wśród łajdactwa decydentów, wsiąka w struktury jak krew w piach.

Rumuni, mam wrażenie, świetnie sobie radzą na poziomie lokalnym, podwórkowym, poziomie bezpośrednich więzi społecznych, podczas gdy wielka polityka ma tu charakter ordynarnej pyskówki, która maskuje nieudolność. Słabsi są tu naprawdę słabi – wskutek obojętności państwa – i dlatego rolę pomocy społecznej przyjmują zwykli obywatele, ci trochę lepiej sytuowani. Bezdomne psy są tu utuczone jak serdelki. Starsze panie, które stoją pod piekarniami, zawsze mogą liczyć na pomoc. Żebraków nie brakuje, a szczególnie przygnębiający jest widok dzieci, krążących po ulicach w środku nocy. Nic dziwnego, że „Filantropica” okazała się tu hitem. Skądinąd dialogi, które weszły do języka potocznego, nam mogą wydać się niezrozumiałe: „Wyciągnięta ręka, bez żadnej historii, nic nie dostanie”. „Nie jest wstydem prosić, wstydem jest nic nie dostać”.

I „Filantropica”, i „Kiler” to dwa krzywe zwierciadła, które przechadzają się po dziedzińcu; nic dziwnego, że zarówno Polacy, jak i Rumuni, tak bardzo je lubią, bo widoku siebie w lustrze mogliby nie znieść.