fbpx

Julia Kijowska: Mam coraz mniej pewności siebie

Julia Kijowska, kadr z filmu "Drogówka"
fot. materiały prasowe Next Film

Mierząc się z czymś trudnym, masz szansę dowiedzieć się o sobie czegoś nowego – mówi Julia Kijowska, która zagrała w najnowszym filmie Wojtka Smarzowskiego, „Drogówka”.
Julia, czy jesteś zła, że nie dostałaś nagrody im. Cybulskiego w tym roku?

O nie, co to za pytanie (śmiech). Nie myślę o tej nagrodzie jako o wygranej w drodze zawziętej rywalizacji. Myślę, że nominacja to już sporo. Rola „W ciemności”, za którą byłam nominowana, to ważna praca i ogromne wyzwanie, bo ulepić musiałam osobę zupełnie inną ode mnie. Zdejmując po zdjęciach kostium, wydawało mi się, że ściągam także skórę.

Mam stuprocentowe poczucie, że zauważenie i nominowanie to już coś. Ale będę szczera, nie liczyłam, że ją dostanę. Może do 35. roku życia uda mi się jeszcze zrobić coś, czym sobie zasłużę na ponowne znalezienie się przed tą szansą. Ważne jest dla mnie to, żeby ludzie zapamiętali, że kiedyś zmierzyłam się z taką postacią i chyba się to udało.

Co jest, po takim rachunku sumienia, Twoim głównym motywatorem w tej robocie? W końcu twoja rola uznana została za ważną kreację.

Trudna sprawa. Uwaga, jaka zaczyna się na mnie koncentrować, jest miła i ważna. Doceniam zwłaszcza czas, jaki się poświęca, by zobaczyć filmy. Jednak jest to także obciążające. Miniony rok był dla mnie wspaniały, bo miałam wrażenie, że nastąpiła konstelacja pozytywnych zdarzeń. Dostaję propozycje i chcą się ze mną spotykać superciekawi ludzie. Z drugiej strony, nikt nic o mnie nie wie, dlatego nie jestem wystawiona na oceny, które potrafią ugłaskać, choć częściej bolą. Na razie ludzie są mnie ciekawi, mają dla mnie uważność i czułość. Oto stan idealny. Nie trwał długo, bo zaczął się nowy rok, który jest zbiorem owoców tego, co robiłam wcześniej. Boję się tego nieco.

Konfrontacji?

Tak, ale bardziej tego, że sama narzucę sobie potrzebę spełniania jakiś oczekiwań. Mam taką konstrukcję autodyscyplinującą i uwaga innych nie jest moją motywacją. Chciałabym, żeby nigdy się nią nie stała i na razie mi się to udaje. Łatwość polegała na tym, że dotąd nikt się mną nie interesował i o mnie nie pisał, choć byłam w środowisku chyba zauważona.

Czyli spotkanie z ludźmi daje kopa do działań?

Zdecydowanie. Wychodzenie do kogoś z poczuciem bezpieczeństwa, które umożliwia otworzenie się, jest idealne.

Kto dal Ci tego bezpieczeństwa najwięcej? Agnieszka Holland, Jacek Borcuch, Wojtek Smarzowski czy może Jerzy Radziwiłowicz?

Oni wszyscy po trochu dali mi wspaniałe poczucie bezpieczeństwa i chęć zmierzenia się ze sobą. Spotkanie z Agnieszką Holland było dla mnie niesamowicie intelektualne. Bardziej niż jakiekolwiek inne. Była to niezwykła przygoda. Cała praca przed planem była już superciekawa. Nie miałam zbyt wiele czasu na te rozmowy, bo dołączyłam do obsady najpóźniej. Do zdjęć zostało tylko dwa tygodnie, przez to zapamiętałam intensywność tych spotkań. W dodatku rola, którą musiałam odegrać, była naprawdę trudna.

Były napięcia?

Tak, to był nerwowy plan. Na planie nie miałam poczucia wyjątkowości w kontakcie z reżyserką. Nie rozmawiałyśmy wiele, nie prowadziła mnie jawnie za rękę. Dała mi niewiarygodnie dużo wolności. Chaja, którą grałam, wyzwoliła u mnie uczucie wielkiego napięcia, bo z tą rolą wiązała się ogromna odpowiedzialność. Dodatkowo znalazłam się wśród fantastycznych aktorów, ale w tej wielogłosowości, w jakimś sensie, łatwiej było wykrzyczeć coś bardzo swojego. Czułam, że mimo pozornego braku kontaktu, Agnieszka patrzy w ten monitorek i mnie widzi. Raptem kilka razy ściągała mi cugle.

Twój partner z innego filmu mówił mi, że chce być małym elementem czegoś większego.

Dobrze powiedziane. Nie myślałam tak o pracy przy „W ciemności”. To była raczej walka o przetrwanie, w której trzeba dokopać się do czegoś nowego. Trochę jak na wojnie, skoro mogę zginąć, warto na koniec krzyknąć coś swojego. Wydaje mi się, że coś takiego tam zostawiłam.

Okazuje się, że najlepsze, co może dać wielki reżyser aktorowi, to wolność.

Nie wiem. Z każdym pracuje się inaczej. Sławek Fabicki, reżyser „Miłości”, dał mi zupełne inne doświadczenie. Na planie wiele razy się spieraliśmy.

Przez to, że kręciliście przez dwadzieścia nocy?

Tak, to też było obciążające, ale my się spieraliśmy twórczo. Po prostu miewaliśmy różne pomysły na rozegranie jakiejś sceny. Reżyser mówił jedno, a ja myślałam zupełnie inaczej. Nieraz kręciliśmy zupełnie różne duble. Natomiast, wielkim doświadczeniem pracy z nim było to, że rzucałam się w jego propozycje, nawet jeśli bez przekonania, to uczciwie.

Wchodząc na maksa w postać.

Tak, szukając prawdopodobieństwa. Uwaga skaczę. To się chyba nie uda, ale idę w to. Na końcu zwykle miałam poczucie odkrycia. Rzeczywiście, Sławek zwykle miał rację. To napędzało moją ciekawość. Zaprowadził mnie w zupełnie inne rejony, burząc pewne wyobrażenia, które czasem przeszkadzają.

A Wojtek Smarzowski?

To jeszcze inna niezwykła przygoda, na osobny wywiad (śmiech). Była to praca, w której bardzo dużo wydarzyło się przed samymi zdjęciami. Wyciągał mi z głowy tą Madecką (bohaterkę w filmie „Drogówka” – przy. red.). Sam niewiele o niej wiedział, przyznał się zresztą do tego. Była to postać napisana gdzieś z boku całej historii. Trudno było określić, kim ona ma być w tym męskim świecie, i jaki właściwie miałby być ten pierwiastek kobiecy w takim filmie.

„Drogówkę” zaraz będzie można zobaczyć. A realizowana adaptacja Pilcha?

Znowu, trochę tak jak w „Drogówce”, w tej konstelacji postaci, jestem przede wszystkim kobietą. Chociaż ciągle nie jest dla mnie jasne co to właściwie znaczy (śmiech). Ale ta postać to też trochę takie marzenie, niespełnienie…

Kobiecość.

Jest to dla mnie zaskakująco trudne, chyba mam to ze sobą nieprzegadane.

Co Cię pcha do tak skrajnie trudnych ról? To trochę tak, jakbyś każde wakacje chciała spędzić na biegunie.

Trochę chciałabym tak spędzać wakacje (śmiech). Nie wiem tego. Przecież sama sobie tych ról nie wybieram, takie dostaje propozycje.

Możesz zawsze odrzucić propozycję.

Być może miałam trochę zadań specjalnych w ostatnim czasie.

Nie trochę, stajesz się ich specjalistką. Zaproszenie na galę nagród Cybulskiego tego dowodzi.

Na pewno jest jakiś powód dla którego wybiera się ten zawód. Ja miałam być skrzypaczką. Moim przeznaczeniem miała być gra w orkiestrze. Ale mój kolega z klasy już w szkole podstawowej grał na skrzypcach tak, że kiedy go słuchałam, to wydawało mi się, że on zbliża się do czegoś, co zawsze będzie poza moim zasięgiem. Ta świadomość sufitu, który jest nade mną i którego nigdy nie dosięgnę, bywa motywująca. Ciekawią mnie trudne role.

Chyba z chęci i ambicji?

Mierząc się z czymś trudnym masz szansę dowiedzieć się o sobie czegoś nowego. Zweryfikować swoje wyobrażenia o sobie i o świecie. Więc cenię sobie to, że dostaję takie propozycje.

Podróżując parę tygodni temu po Japonii, pomyślałam sobie, że chyba w ogóle takim naszym napędem tu, jest zadawanie sobie pytań i weryfikowanie swoich wyborów. Rodzimy się w pewnym kręgu kulturowym, wychowujemy w jakiejś religii, ale jednak w naszej świadomości nie zwalnia nas to z odnawiania decyzji czy chcemy w tym być czy nie, z ciągłych wyborów, cały czas coś podważamy. W tej podróży zdarzyło mi się spotkać wielu ludzi i zachwycić tym, jaką mają w sobie prostotę i zgodę wobec swojego życia. Jakby nie widzieli sensu czy potrzeby stawiania sobie pytań, dlaczego są tam, a nie gdzie indziej.

Kierujesz się intuicją czy rozumem?

Intuicją, jeśli intuicja polega na słuchaniu siebie. Staram się podążać za nią, nie tracąc czujności. Pani profesor Maja Komorowska mówi, że jeśli ciało podpowiada ci coś innego niż zakładałeś, zaskakuje cię jakąś swoją reakcją, to musisz sobie zadać pytanie, dlaczego tak jest. Chciałam np. żeby Madecka z „Drogówki” była dziewczyną, która jest w stanie stawić czoła chłopakom i być jedną z nich. Miałam twarde założenia. Na planie zrozumiałam jednak, że jest to niemożliwe i rozpadłam się w konfrontacji z nimi. Stałam się jakąś kobiecą galaretą. Jasne, można było mnie pozbierać, ale szybko powiedzieliśmy sobie z Wojtkiem Smarzowskim, że tak chyba musi być. Że jeśli wsiadam do autokaru z 60 nawalonymi facetami, nie mogę być jak oni. Jestem z innego świata. Nie wiem czy to dobrze ale poszłam za intuicją.

Do serialu ”Bez tajemnic” nie miałam wiele czasu na przygotowania, właściwie tylko na nauczenie się tekstu. Musiałam więc po prostu usiąść na kanapie, zacząć mówić i słuchać partnera. Tam też z ciałem i emocjami działy się momentami zaskakujące rzeczy, takie których nie możesz sobie zaplanować czytając tekst.

Co mówią Twoje role?

Nie wiem. Miałam do tej pory szczęście dostawać role znakomicie napisane, złożone. Takie, które niosą pytania, jakich potrzebujemy na co dzień.

Ta wiedza daje większą pewność siebie?

Coraz mniejszą (śmiech). Ale to moja konstrukcja, mam coraz mniej pewności siebie.

Do jakich trudów byłabyś gotowa, żeby dosięgnąć tego sufitu?

Zawodowo do wielu, chociaż pewnie są granice. Wiem to po tym intensywnym roku. Trud niesie za sobą pewne koszty.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze