fbpx

Marcin Dorociński: W połowie żelazny

Marcin Dorociński: W połowie żelazny
Fot. Rafał Masłow

Jeszcze trzy, cztery lata temu można było powiedzieć, że oprócz talentu ma po prostu szczęście do dobrych filmów. Ostatnimi rolami, także tą najnowszą – w „Obławie” – udowodnił, że to coś więcej niż szczęście. Intuicja, instynkt, charyzma? Co takiego ma Marcin Dorociński, czego nie mają inni?

Fot. Rafał Masłow

Obserwowałam cię podczas sesji zdjęciowej. Ani razu nie stałeś zupełnie nieruchomo. Nosi cię, bez przerwy przebierasz nogami, stukasz palcami o ścianę. Jakbym widziała swojego dziewięcioletniego syna.

To stres. Nie lubię być fotografowany.

A co to za różnica stać przed obiektywem czy przed kamerą?

Ogromna! Przed kamerą jestem „w postaci”, a tu stoję w swoim imieniu i się krępuję. Otaczają mnie obcy ludzie, muszę stroić miny, jestem ubrany w nie swoje rzeczy. Mało komfortowa sytuacja. To wszystko mnie stresuje, jestem wstydliwym człowiekiem.

Nie przeszkadza ci to w pracy?

Zostałem aktorem nie po to, żeby stać w błysku fleszy. To nie było to, co mnie interesowało i przyciągnęło do aktorstwa. Kocham ten zawód i spełniam się w nim, bo dzięki niemu mogę robić rzeczy, których normalnie nie miałbym szansy nawet spróbować. Jestem nieśmiały, mam swoje kompleksy.

Ale to się przydaje, bo problemy i kompleksy mogę upchnąć w bohatera. Zbudować dzięki temu postać z krwi i kości, która czerpie z moich słabości. W normalnym życiu nigdy nie byłem specjalnie wyrywny, chociaż jak trzeba, jeśli warto się o coś bić, to walczę.

A o co warto się bić?

Pytasz za ogólnie. Nie potrafię tak odpowiadać.

O rolę warto?

Nie pcham się na siłę nieproszony, ale też jak mi na czymś zależy, to nie mam oporów, żeby zadzwonić, poprosić o cokolwiek, walczyć, choć nie przychodzi mi to łatwo.

Nawet epizod? Widziałam cię niedawno w filmie „Jesteś Bogiem”. Mignąłeś na kilka sekund w dwóch scenach. Tę rolę mógł zagrać każdy, po co ci to było?

Chciałem być częścią tego projektu. Mógłbym w tym filmie nawet statystować. Nie mam manii wielkości. Temat jest mi bardzo bliski: był czas, kiedy słuchałem Paktofoniki i Kalibra 44 non stop, to moja młodość. Jak umarł Magik, poczułem tęsknotę za człowiekiem, którego nie znałem. Dlatego kiedy dwa lata temu na festiwalu w Gdyni dowiedziałem się, że powstaje o nim film, podszedłem do producenta Jurka Kapuścińskiego i spytałem o „Jesteś Bogiem”. Powiedziałem, że mam świadomość, że jestem za stary na któregoś z głównych bohaterów, ale jeśli jest jakakolwiek rola, którą mógłbym zagrać, to chciałbym to zrobić. Dla mnie to pamiątka na całe życie.

Masz jakiś klucz, według którego dobierasz role?

Kluczem jest zawsze dobry scenariusz.

Słyszałam, że potrafisz się wycofać, jeśli źle się czujesz na planie.

Bywało, że się wycofywałem.

Mówili potem, że Dorociński stroi fochy?

Nawet jeśli tak mówili, to co z tego. Jeśli czułem, że gdzieś nie pasowałem, to dla wszystkich stron lepiej było się rozstać.

Działam intuicyjnie, nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ignoruję to, co podpowiada mi intuicja. Ale to nie jest też tak, że zamykam oczy i nie oglądam się na nikogo. Zobacz, z iloma do tej pory debiutantami pracowałem: Borys Lankosz, Bartek Konopka, Kasia Adamik. Słyszałem komentarze w stylu: masz takie doświadczenie, a oni nie. I co z tego? Oni bardzo dobrze wiedzieli, jakie chcą robić filmy.

A ja słyszałam, że nie lubisz, kiedy reżyser narzuca ci swoje zdanie.

To nie tak. Mam swoją wizję, ale konfrontuję ją nie tylko z reżyserem, ale także z innymi aktorami. Nie chcę grać jedynie na siebie, chcę, żeby film był dobry, a tego się w pojedynkę nie da zrobić. Może kiedyś, gdy byłem młodszy, myślałem jakoś inaczej. Wydawało mi się, że to ja mam rację. Teraz myślę sobie: „A na cholerę mi taka racja?”.

Widziałam właśnie twoje najnowsze wcielenie w „Obławie”, nowym filmie Marcina Krzyształowicza. Grasz żołnierza AK, partyzanta i egzekutora. Człowieka, o którym trudno wydać jakikolwiek sąd. Historia została opowiedziana tak, że widz co chwila zmienia zdanie. Pomyśli: „bohater”, a za chwilę: „kanalia”.

Dlatego tak spodobał mi się ten scenariusz. Jest taki, jak lubię. O ludziach w sytuacjach krytycznych, o ich słabościach. „Obława” mówi o tym, że nie należy nikogo oceniać za szybko, bo możemy się bardzo pomylić. Że w czasie wojny, w tak potwornych czasach, każdy wybór jest sto razy trudniejszy. Wiedziałem, że w „Obławie” są kawałki historii rodzinnej Marcina, że jego ojciec miał w wojsku taki sam pseudonim, który nosi mój bohater: „Wydra”. Oglądałem jego czarno-białe zdjęcia w mundurze. Rozmawiałem też z ojcem mojej żony, który walczył w AK. Dużo mi to dało.

To prawda, że w obsadzie zastąpiłeś Roberta Więckiewicza?

Tak. Z początku do zagrania miałem inną, mniejszą rolę, którą teraz gra Andrzej Zieliński. Od razu wiedziałem, że wchodzę w ten projekt, bo scenariusz był fantastyczny, ale szczerze powiem, że zazdrościłem Robertowi takiego materiału, jakim jest rola Wydry. Kręciłem w tym czasie „Miłość” Sławka Fabickiego, która będzie miała swoją premierę najprawdopodobniej w styczniu przyszłego roku. Mieliśmy aż 20 nocy zdjęciowych. Pamiętam, leżałem wykończony na łóżku, aż tu nagle telefon od Marcina Krzyształowicza. „Słuchaj – mówi do mnie – Robert Więckiewicz będzie grał u Wajdy Wałęsę, nie pogodzi dwóch rzeczy”. Spytał, czy ja bym w takim razie nie zagrał. Zgodziłem się, upewniłem się tylko, że nic nie dzieje się poza Robertem.

Na planie spotkałeś się z Weroniką Rosati. Ostatnim razem graliście w „Pitbullu”, filmie, który i dla ciebie, i dla niej był przełomowy. Bardzo się zmieniliście przez te siedem lat?

Ja na pewno się zmieniłem, ale za Weronikę nie mogę się wypowiadać. Mam do niej i do „Pitbulla” wielki sentyment. Weronika jest naprawdę dobrą aktorką i świetną dziewczyną.

Zresztą praca nad „Obławą” była dla mnie swojego rodzaju podróżą sentymentalną. Z Maćkiem Stuhrem nie pracowałem od czasu filmu „Solidarność, Solidarność” sprzed siedmiu lat, a z Sonią Bohosiewicz ostatni raz spotkałem się na planie „Show” w 2002 roku. Szmat czasu.

„Obława” to mocne i mroczne kino. Kiedy grałeś w „Róży” u Wojciecha Smarzowskiego, mówiłeś o tym, jak trudno wcielać się w takie postaci, wrócić po czymś takim do normalnego życia. Tym razem było łatwiej? Zahartowałeś się, zobojętniałeś?

Zahartowałem się na pewno. Kręciliśmy zimą, po lesie biegałem w samym swetrze i w pewnym momencie poczułem się tak, jakbym naprawdę był na wojnie.

Pracowaliśmy po 12 godzin prawie miesiąc z rzędu. W końcu przyzwyczaiłem się do tej temperatury i już mi nie przeszkadzała. Człowiek to jednak stworzenie, które może dużo znieść. A już poważniej rzecz ujmując: nie, nie zobojętniałem. Jak mógłbym zobojętnieć na to, że komuś dzieje się krzywda? Pewnie, że zagrać to nie to samo, co przeżyć coś naprawdę. Mógłbym sobie założyć, że to mnie nie dotyczy: w końcu moja robota to tylko udawanie, ale to i tak odkłada się gdzieś w organizmie. Aktorstwo to nie jest zawód, z którego można wyjść po godzinach. Ja jem, śpię, żyję z kimś, kogo gram, od rana do wieczora, i to czasem bywa niezła męka. Dla mnie i dla moich najbliższych.

Kiedy jedziesz na plan albo na spektakl, to na luzie, czy lepiej się wtedy do ciebie nie zbliżać?

Każdy dzień jest inny, ale jeśli chodzi o teatr, to zazwyczaj przyjeżdżam na godzinę przed spektaklem i już się zaczynam denerwować. Strasznie się denerwuję, niepotrzebnie, a może i potrzebnie…

I co z tym robisz?

A nic, jakoś to trzeba rozchodzić. Tak samo jest przed pierwszym dniem zdjęciowym. Nie mogę spać. Emocje.

Nie ma różnicy, czy to film, który ma szansę na Złote Lwy, czy serial telewizyjny?

Nie ma. I tu, i tu solidnie wykonuję swoją pracę, przychodzę porządnie przygotowany. Jak mówił Marlon Brando, nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie „łączenie z górą”, kiedy praca rzemieślnika zamieni się w coś więcej. Na te chwile zawsze czekam.

Jest coś, czego jako aktor nigdy byś nie zrobił?

Według mnie wolno wszystko, ważne, żeby drugiej osobie na planie nie zrobić przykrości i krzywdy.

Chodziło mi raczej o poczucie obciachu. Przychylnie patrzysz na znanych aktorów reklamujących środki na niestrawność?

Pamiętam profesorów ze szkoły teatralnej, którzy mówili, że teatr przede wszystkim, a przyjęli rolę w serialu, pamiętam kolegów, którzy zarzekali się, że nigdy nie wezmą udziału w serialu, a grali w reklamach. Życie weryfikuje ideały, szczególnie kiedy się ma rodzinę do utrzymania. Dlatego trzeba być wyrozumiałym.

Wśród starych gazet znalazłam artykuł o tobie, a w nim zdanie: „Marcin Dorociński najbardziej sprawdza się w produkcjach gangstersko-policyjnych”. Był rok 2005, teraz nikt o tobie tak nie napisze. Kiedy przestano cię tak szufladkować? Pamiętasz moment, w którym dla ciebie jako aktora coś się zmieniło?

Pamiętam, jak Kasia Adamik zaproponowała mi rolę w „Boisku bezdomnych”. Zdziwiłem się: „Jak to? Tak po prostu bez castingu proponujesz mi rolę?”. To było miłe uczucie, kiedy Kasia powiedziała: „Widziałam to, co do tej pory zrobiłeś, to mi wystarczy”.

Nie twierdzę, że właśnie wtedy nastąpił przełom, bo i potem słyszałem, że nikogo poza policjantem albo złodziejem nie zagram, ale to też mnie bardzo zmobilizowało, żeby się z tego jakoś wyrwać. Żeby pokazać, że mogę grać różne role.

Opowiadałeś w wywiadach, jak w technikum mechanicznym w Grodzisku, gdzie uczyłeś się obróbki skrawaniem, nauczycielka od historii zaczepiła cię i zapytała, czy nie myślałeś o szkole teatralnej. Dlaczego spośród tylu uczniów wybrała właśnie ciebie?

To pytanie skierowane do pani Izy Kust, która zresztą była u mnie niedawno, w teatrze Ateneum, na spektaklu „Merylin Mongoł”. Dostałem od niej liścik i kwiaty, było to bardzo wzruszające.

Wtedy w technikum wystawialiśmy różne rzeczy: z okazji 11 Listopada czy 3 Maja i innych poważnych świąt państwowych. Chyba nam całkiem nieźle wychodziło. Przed kilkuset chłopakami próbować mówić rzeczy poważne, typu „Reduta Ordona”, nie było łatwo. Jedni się śmiali i krzyczeli: „weź, Marcin, przestań”, ale ktoś tam jednak tego słuchał. Pani Iza podeszła do mnie po tym, jak wystawiliśmy z kolegami „Święto wiosny”. Takie wygłupy w auli, śpiewaliśmy, zdaje się, „Śpiewać każdy może trochę lepiej lub trochę gorzej […]”. Wtedy zadała mi pytanie, które okazało się fundamentalne.

Gdyby tego nie zrobiła, rozmawialibyśmy tu teraz?

Nie mówię, że sam gdzieś podświadomie tego nie czułem, ale potrzebowałem drugiej osoby, kogoś, kto by wypowiedział te słowa za mnie. Sam bym się nie odważył. Przed studiami w teatrze byłem tylko raz.

Na czym?

No właśnie, kiedy zapytano mnie o to na egzaminach wstępnych, nie potrafiłem sobie przypomnieć, co wywołało u komisji konsternację. Jestem wdzięczny, że moi egzaminatorzy mimo wszystko uznali, że może się przydam w tym zawodzie.

Rodzice się ucieszyli?

O tym, że wybrałem aktorstwo, powiedziałem im po egzaminach. Tacie trochę dłużej zajęło, żeby okazać radość, niż mamie. Chyba nie potrafił sobie wyobrazić, co to za zawód ten aktor. Zresztą ja też nie potrafiłem.

Myślę, że gdybym nie został aktorem, to byłbym teraz strażakiem. Skończyłbym szkołę strażacką w Warszawie, tu niedaleko, na Potockiej. Cenię ludzi, którzy mają bezpośredni wpływ na ratowanie ludzkiego życia.

Twoi trzej bracia zostali policjantami. Jakie wartości wpajano wam w domu?

Że danego słowa trzeba dotrzymać, że trzeba mieć szacunek do drugiego człowieka, że zawsze trzeba mówić „dzień dobry” i „dziękuję”, przepuszczać kobiety w drzwiach. Takie proste, podstawowe sprawy. Ale bez zbędnego gadania. Od taty ewidentnie mieliśmy przekaz: „patrz, co robię”, a nie „słuchaj, co do ciebie mówię”.

Mama?

Większą wagę niż tata przywiązywała do słów, potrafiła mówić o tym, co robi, co czuje. Niedawno leżeliśmy sobie na łóżku, opowiadała mi różne rzeczy z przeszłości, wspominaliśmy sobie, leżałem z nią tak samo jak wtedy, kiedy byłem na początku podstawówki. Pamiętam, jak czytała mi książki. Każdego z nas wychowała trochę inaczej, bo też między moimi braćmi a mną jest spora różnica wieku: siedem lat dzieli mnie od starszych i siedem lat od młodszego.

Ty dorastałeś za Gierka.

Kiedy byłem w przedszkolu, to Gierek nawet był w Kłudzienku. Wizytował jakieś maszyny rolnicze i wybudowane specjalnie na tę okazję minimiasteczko przyszłości, całe, oczywiście, z tektury, z malowaną na zielono trawą. Przyjechał do nas ze swoją świtą peugeotami, chyba 504, a odleciał helikopterem. Wleźliśmy z dzieciakami z przedszkola na śmietnik i machaliśmy w niebo. Byłem wtedy starszakiem, ale nie bardzo kojarzyłem, kto to taki ten Gierek. Machałem bardziej na zasadzie: panie pilocie, dziura w samolocie.

Stan wojenny też pamiętam jako niezrozumiałe dla mnie wydarzenie. Wieczorem zjeżdżaliśmy z górki na miskach czy na tyłkach po śniegu i nagle zobaczyliśmy czołgi, nie wiedzieliśmy, o co chodzi, a potem wszędzie zaczęli kręcić się żołnierze. Z tego czasu pamiętam też mistrzostwa w piłce nożnej w Hiszpanii. Pierwsze mistrzostwa, które świadomie oglądałem, pamiętam nasze trzecie miejsce, trzy gole i Bońka. Oglądaliśmy mecze u rodziny pod Nową Hutą na telewizorze Rubin. Pamiętam wreszcie nasze zabawy na podwórku. Chowanego, berka. Jak graliśmy w syfa.

W co?!

W syfa. To taki przedłużany berek. Brało się coś brudnego w rękę i w kogo trafiłeś, ten był berkiem.

Coś z tego dzieciństwa chciałbyś przekazać własnym dzieciom?

Że dobrze być w grupie. Jako dzieci z kolegami lataliśmy i próbowaliśmy upolować bażanta albo zająca, wkoło Kłudzienka jest mnóstwo pól i lasów. Uwielbiałem też wyjazdy pod Tarnów, skąd pochodzi moja mama.

Teraz też staram się z dziećmi jeździć dużo na wieś, na Podlasie, na Mazury. Nie chcę, żeby zwierzątka znały tylko z książek i telewizji.

Jesteś typem ojca zamartwiającego się?

Może nie ojca zamartwiacza, ale generalnie na widok dzieci, nie tylko moich, uruchamia mi się takie myślenie, że trzeba uważać. Na zęby, na kolano.

A kiedy kręcisz „Obławę” przez te 30 dni poza domem, to wracasz i masz wyrzuty sumienia, że cię tyle nie było?

Jest na szczęście tak, że staram się skupiać na pracy najdłużej, jak potrafię, ale potem miesiąc, dwa czy nawet trzy mogę być z rodziną. Przez ten czas nic innego nie robię, tylko codziennie odwożę rano dzieci do przedszkola, potem je odbieram. I to też w mojej pracy jest super. Ja bardzo lubię normalne życie, chodzenie do sklepu, rozmowy wieczorem z żoną, to wszystko buduje mnie jako człowieka, a nie byłbym takim aktorem, gdybym nie był takim człowiekiem, jakim jestem.

Jest w twoim zawodzie coś, do czego dążysz? Wytyczyłeś sobie jakiś cel?

Dziennikarze prawie zawsze mnie o to pytają. O cel, o rolę życia, o aktorskie marzenia. Nigdy czegoś takiego nie miałem. Zawsze, głupi, myślałem, że będzie dobrze. Po prostu.

Sporo się u ciebie ostatnio zmieniło. Trenujesz, jesteś w świetnej formie, mówiłeś również o rzuceniu palenia i faktycznie siedzimy tu od rana, a ty ani razu nie poszedłeś z innymi na papierosa.

Nie palę od ponad dziesięciu miesięcy, dokładnie od 13 grudnia. Ale nie przeszkadza mi, że ktoś inny przy mnie pali, nawet to lubię, lubię zapach dymu.

To dlaczego rzuciłeś?

Bo dałem słowo. W zeszłym roku zobowiązałem się, że wezmę udział w triatlonie. Wspieraliśmy w ten sposób fundację Synapsis i akcję „Biegiem na pomoc”, ale chodziło też o to, żeby propagować triatlon, który uważam za jedną z najpiękniejszych sportowych dyscyplin.

Dla mnie samego to była niesamowita szansa, bo po kilku latach zastoju, intensywnej pracy, palenia papierosów i zajmowania się dziećmi chciałem sprawdzić, czy jeszcze potrafię. Chciałem się zmierzyć sam ze sobą. I sprawdzić, czy przed czterdziestką jestem w stanie się odgruzować fizycznie. Teraz jestem w połowie Ironmana.

Co to znaczy?

W triatlonie udało mi się przepłynąć prawie dwa kilometry, przejechać na rowerze 90 kilometrów i przebiec 21. Ten dystans to tzw. połówka Ironmana.

Kiedy pokonam dwa razy więcej, a za jakiś czas bardzo chciałbym tyle pokonać, będę całkowicie żelazny.

Marcin Dorociński rocznik 1973. Wychował się w Kłudzienku pod Warszawą, ukończył warszawską Akademię Teatralną. Przełomowy okazał się dla niego film „Pitbull” Patryka Vegi, który przyniósł mu m.in. Nagrodę im. Zbigniewa Cybulskiego oraz Jantar 2005 na Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film”. Aktor dwa razy odbierał w Gdyni Złote Lwy: w 2009 r. za drugoplanową rolę męską w „Rewersie” Borysa Lankosza i w 201 1 r. za główną w „Róży” Wojciecha Smarzowskiego. Prywatnie jest mężem scenografki Moniki Sudół, wychowują wspólnie troje dzieci. Najnowszy film „Obława”, z Marcinem w roli głównej, wchodzi do kin 19 października.