Iwona Bielska: Takiej królowej Elżbiety nie znacie

Iwona Bielska
Fot. Rafał Masłow

Myślę, że jestem dowcipna i że ludzie tak mnie postrzegają. Wszystko to, co nie dotyczy nieszczęścia, czyli choroby, śmierci i biedy, wydaje mi się komiczne. A najbardziej komiczna wydaje mi się rozmowa o sobie… – mówi Iwona Bielska, jedna z najbardziej żywiołowych polskich aktorek.

Iwona Bielska
Fot. Rafał Masłow/więcej w galerii

– Kiedy Iwona zjawia się na planie, to poziom adrenaliny u wszystkich gwałtownie rośnie. Zaraża swoją witalnością i entuzjazmem – mówi z uśmiechem Dorota Kolak, która z Iwoną Bielską gra w serialu „Przepis na życie”.

Aktorką nie została przez przypadek. Pamięta, jak w czasie niedzielnych śniadań ojciec, inżynier chemik, recytował wiersz „Alarm” Antoniego Słonimskiego.

– Fascynowało mnie to, w jaki sposób zmienia się jego głos i mimika – wspomina Iwona Bielska.

Potem były szkolne akademie, do których pisała scenariusze, lekcje polskiego z panią Ireną Plocer w łódzkim liceum i wygrana olimpiada z języka polskiego, która gwarantowała jej przyjęcie bez egzaminów na wybrany kierunek studiów. Wyjątkiem były studia artystyczne. Właśnie one interesowały Iwonę najbardziej. Postanowiła zdawać na wydział aktorski w Łodzi (na świadectwie miała same piątki).

– Podczas egzaminów pewna pani profesor powiedziała, że mam bardzo chory głos i nigdy nie będę aktorką. Zaproponowała mi, żebym sobie dała spokój – mówi.

Uwierzyła jej na dwa lata. W tym czasie studiowała polonistykę na Uniwersytecie Łódzkim, angażowała się w życie polityczne (do tej pory interesuje ją świat rządzony za pomocą polityki) i występowała w teatrach studenckich. – Za pomocą sztuki mogliśmy powiedzieć to, czego nie można było głośno mówić poza sceną.

Na drugim roku polonistyki pomyślała: „Mam nie próbować w Łodzi, ale dlaczego mam nie spróbować np. w Krakowie?”. Spróbowała. Odpadła po pierwszych eliminacjach.

– Pamiętam, że siedziałam na schodach w ciemnych okularach, zapłakana, i czekałam na kolegę z Łodzi, który też zdawał. Nagle na korytarzu rozległ się tubalny głos dziekana: „Bielska tu gdzieś jest?”. „Jest”, odpowiedziałam, łkając. „Przyjdź jutro o ósmej na dodatkowy egzamin”.

Ktoś z komisji stwierdził, że Bielska ma fantastyczny głos, ale totalnie zaniedbaną dykcję. Jeden z profesorów zaproponował, że on nad tą dykcją popracuje. Przyszła na dodatkowy egzamin i już w Krakowie została. Tuż po szkole dostała angaż do Teatru im. Juliusza Słowackiego.

O mały włos, a wcale by z Łodzi nie wyjechała. Na drodze do aktorstwa mogła jej stanąć siatkówka. Była zawodniczką ŁKS Łódź i drużyny juniorów reprezentacji Polski. Kiedy się dostała do Krakowa, musiała wybrać: kariera sportowa albo aktorstwo. Wybrała aktorstwo. – Nigdy nie żałowałam tej decyzji – mówi z uśmiechem.

Lektura pięciolatki. „Dywizjon 303”

Komediodramat od początku był wpisany w jej życie. Urodziła się 7 września 1952 r. w domu dziadków przy ul. Świerczewskiego w Łodzi. Poród trwał trzy dni. Nad mamą czuwała akuszerka i lekarz. Dziewczynka urodziła się całkiem sina i nieruchoma. Lekarz złożył mamie wyrazy współczucia i wyszedł. – Położna chwyciła mnie za nogi i tłukła tak długo, aż wydobyła ze mnie pierwszy krzyk – mówi Iwona Bielska. Po chwili dodaje, że lekarz nazywał się Gałczyński.

Kiedy miała kilka lat, jej rodzina zamieszkała w bloku przy ul. Łagiewnickiej (dzielnica Bałuty). Jako dziecko stale coś czytała, biegała na basen, lekcje baletu i pianina.

– Ciągle przynosiła piątki. Okropnie mnie tym denerwowała – uśmiecha się Elżbieta Bielska-Graczyk, siostra pani Iwony.

Najbardziej magicznym miejscem dla małej Iwonki była biblioteczka taty. – Patrzyłam na książki w zielonych oprawach i marzyłam o tym, żeby je kiedyś wszystkie przeczytać – wspomina. Zaczęła, gdy miała pięć lat, od „Dywizjonu 303” Arkadego Fiedlera. Do tej pory pamięta emocje, które jej towarzyszyły podczas literackiego lotu: – Cieszyłam się, że polscy piloci tak „dołożyli” Niemcom. Rodzina pani Iwony wiele wycierpiała w czasie wojny. – Miałam do tej lektury bardzo emocjonalny stosunek – deklaruje.

„Emocjonalność to jej cecha szczególna” – podkreślają zgodnie reżyserzy i koledzy aktorzy.

– Iwona lubi być bardzo daleko w prawo, a po pięciu minutach bardzo daleko w lewo. Jest pełna wewnętrznego drżenia. Ta cecha sprawia, że potrafi poszerzyć każdą rolę – mówi Mikołaj Grabowski, aktor i reżyser, mąż Iwony Bielskiej.

Furia i elegancja

Na początku kariery zagrała w horrorze „Wilczyca” Marka Piestraka (1983). Wcieliła się tam w dwie skrajnie różne role: prostą wieśniaczkę Marynę i szlachetnie urodzoną Julię. Zdaniem niektórych krytyków była to zapowiedź przyszłego warsztatu aktorskiego Iwony Bielskiej: „łączenia wysokiego i niskiego, elegancji i furii, delikatności i grubiaństwa”.

– Iwona potrafi najśmieszniej grać role najbardziej tragiczne i najbardziej tragicznie grać role najbardziej śmieszne – mówi Krzysztof Globisz, z którym aktorka gra m.in. w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. – W każdej chwili jest przeróżna, przedziwna i zaskakująca. Pamięta się ją z każdej roli.

Najmniej zadowolona jest z ról filmowych. Szczególnie tych, w które się wcieliła w młodości. Powód? – Nie lubię na siebie patrzeć. Dzisiaj bym to wszystko inaczej zagrała – mówi. Od początku do końca obejrzała jedynie „Ćmę” (1980), ale tylko dlatego, że oglądała ją na festiwalu w Moskwie i bała się ruszyć z kina. – Były lata 80. i każdy z nas miał tajniaka, który go pilnował. Bałam się, że jak wyjdę z sali, to już nie wrócę do hotelu – śmieje się pani Iwona.

Najważniejszy film w jej karierze? – „Na srebrnym globie” Andrzeja Żuławskiego – odpowiada. Akcja filmu rozgrywała się na Księżycu. Iwona Bielska zagrała tam główną rolę kobiecą. Film został wstrzymany przez cenzurę w 1977 r. i nigdy się nie pojawił na ekranach kin (Andrzej Żuławski dokończył go 11 lat później, dodając swój głos z offu, który wyjaśniał, na czym miały polegać brakujące sceny).

Potwory, które można pokochać

Szerokiej publiczności znana jest głównie z filmów i seriali. Zagrała we wspomnianej już „Ćmie” Tomasza Zygadły, „Weselu” Wojciecha Smarzowskiego (Orzeł 2005 za najlepszą drugoplanową rolę kobiecą), „Pułkowniku Kwiatkowskim” Kazimierza Kutza, a także w serialach „Adam i Ewa”, „Przepis na życie”, „Aida”, „Krew z krwi”. To one przyniosły jej popularność. Ale – jak sama podkreśla – jej żywiołem jest teatr. W swoim dorobku ma kilkadziesiąt ról i najważniejsze nagrody teatralne, w tym m.in. Złotą Maskę i Grand Prix za najlepszą rolę kobiecą na festiwalu Boska Komedia. Zapytana o postaci, które są jej szczególnie bliskie, odpowiada:

– Marta z „Kto się boi Virginii Woolf”, Królowa Elżbieta z „Królowej i Szekspira” i Teresa z „Auto da fé”.

O tej ostatniej bohaterce ze spektaklu w reżyserii Pawła Miśkiewicza mówi: – Strasznie lubiłam grać tego potwora. Ten ukwiał głupoty. Pokochałam ją…

„Teresa w wykonaniu Iwony Bielskiej jest jednocześnie przerażająca i rozczulająca” – pisali krytycy. Podobne słowa padały pod adresem wielu postaci, które zagrała. Mówi się, że cechą szczególną Bielskiej jest nieoczywistość. Potrafi zagrać potworne baby w taki sposób, że można je pokochać.

Przepis na życie

Reżyserów teatralnych, którzy w przyszłości będą ją obsadzać najczęściej, poznała na studiach w krakowskiej PWST. Ona była na aktorstwie. Oni na wydziale reżyserii. Nazywali się: Mikołaj Grabowski i Krystian Lupa. Pierwszy z nich „obsadził ją” również w roli głównej w swoim życiu. Niewykluczone, że to ona go obsadziła. Jest i trzecia wersja… – Pierwszy raz zobaczyłem Iwonę na korytarzu szkoły teatralnej – wspomina Mikołaj Grabowski. – Była piękną, wysoką blondynką o wyjątkowej urodzie. Byłem nią zachwycony. Podobnie jak dziesiątki innych chłopaków mogłem o niej tylko marzyć…

Elżbieta Bielska-Graczyk, zapytana o chłopców i mężczyzn, którzy zabiegali o względy przyszłej Królowej Elżbiety, wymienia imiona przez pół godziny. Wśród nich był m.in. nauczyciel rosyjskiego z liceum, który zamiast oceny na kartkówce pisał jej „ja lublju tiebia”, i fan siatkówki, który jeździł za nastoletnią Iwoną po całej Polsce tylko po to, żeby na nią popatrzeć. Obaj próbowali się do niej zbliżyć, organizując atrakcje dla jej młodszej siostrzyczki Eli.

„Dla siebie” Iwona Bielska i Mikołaj Grabowski spotkali się w 1983 r. – To, co się między nami wtedy wydarzyło, jest niewyrażalne. Pojawił się palec opatrzności, który powiedział: „Tu i teraz. Wy. Razem”. Tak to sobie wyobrażam – mówi Mikołaj Grabowski.

Rok później na świat przyszedł ich syn, dzisiaj absolwent berlińskiej akademii filmowej. Zapytany o to, jaka – jego zdaniem – jest najważniejsza rola w życiu jego mamy, Michał Grabowski odpowiada, że rola matki, córki, żony i siostry.

– Nigdy nie musiałem rywalizować z teatrem czy filmem. Wiedziałem, że dla mamy jestem najważniejszy. Ważniejszy niż Królowa Elżbieta, Teresa, Pani Zucker czy jakakolwiek inna postać.

Michał wspomina, że mama nigdy nie przynosiła pracy do domu. Nie zabiegała też o bycie w centrum zainteresowania. O wiele ważniejsze było, żeby to ona była komuś potrzebna.

– Moja mama jest szczęśliwa tylko wtedy, kiedy ja jestem szczęśliwy, ojciec jest szczęśliwy, babcia jest szczęśliwa, siostra mamy jest szczęśliwa i psy są szczęśliwe – mówi
z uśmiechem Michał.

A ona sama: – Najważniejsza jest rodzina i zdrowie. Podczas naszych spotkań wielokrotnie odbierała telefony od swoich bliskich. Każda z rozmów była pełna troski i zaangażowania. Każda kończyła się obietnicą: „będę”, „zrobię”, „przyjadę”, „pomogę”, „zapytam”, „oddzwonię”…

Do listy rzeczy, które ją uszczęśliwiają, dopisałaby: kawę, nordic walking, spacery z ciemną Bellą i jasnym Niuńkiem – psami, które trafiły do jej domu w dniu katastrofy smoleńskiej (Mikołaj Grabowski znalazł bezdomną Bellę pod cmentarzem, niedługo potem wydała na świat Niuńka), grę na pianinie, widok z okna swojego domu (z jednej strony rozpościera się malownicza Puszcza Dulowska, a z drugiej
– ruiny zamku Tęczyn), no i śmiech. – Bez niego ciężko byłoby wytrzymać – podkreśla.

Z Krystianem Lupą pierwszy raz spotkała się w akademiku.

– Przyszła odwiedzić swoich kolegów z roku. To był występ… – wspomina reżyser. – Pomyślałem: „ona sobie nie da w kaszę dmuchać”. Zaprosiłem ją do mojej sceny egzaminacyjnej, grała Spikę Tremendosę w „Onych”.

Potem obsadził ją w głównej roli w swoim przedstawieniu dyplomowym „Nadobnisie i koczkodany”. Od kilku lat znów intensywnie ze sobą współpracują.

Być jak Szymborska…

Do tzw. popularności Iwona Bielska podchodzi z właściwym sobie humorem: – Kilka lat temu w Łodzi podszedł do mnie jakiś facet i mówi, że mnie zna. Uśmiechnęłam się szeroko, a on na to: „Pani pracuje w Orbisie w Sosnowcu”. Innym razem, kiedy byłam w Łodzi, jakiś facet złapał mnie za rękę i mówi: „Pani Bielska, prawda?”. „Tak”. „To pani kiedyś grała w siatkówkę w ŁKS-ie?”. Myślę sobie: „Koniec. Pora umierać” – śmieje się pani Iwona.

Wzorem postawy życiowej jest dla niej Wisława Szymborska. – Podziwiałam jej skromność i dystans do samej siebie. Na takie cechy trzeba pracować każdego dnia.

Pamięta taką scenę: plan filmowy, zima, godziny oczekiwania na ujęcie. Ona w pantofelkach, chodzi po śniegu. Pali papierosa za papierosem i głośno wyraża swoje niezadowolenie.

– To moje zrzędzenie trwało i trwało – wspomina. – Ludzie patrzyli na mnie z uśmiechem. W pewnym momencie się zatrzymałam i powiedziałam na głos: „Boże, co ja robię,
a chciałam być jak Szymborska!”.

Dystans do życia i samych siebie mają – jak mówi pani Iwona – także jej mąż i syn. Na dowód pokazuje „dokument”, który wisi w ich domu oprawiony w ramki: „Dyplom dla Michała Grabowskiego za zajęcie 74. miejsca w wyścigu kolarskim dla dzieci do lat 9”. Przy czym trzeba wiedzieć, że wszystkich uczestników wyścigu było 74.

– Mój syn dotarł na metę pół godziny po wszystkich, uśmiechając się od ucha do ucha. Na jego widok zebrani zaczęli bić brawo. Michał pomyślał, że wygrał. Bardzo się ucieszył. Miał wtedy sześć lat – mówi z uśmiechem pani Iwona.

Na pytanie: „Synku, co ty robiłeś po drodze?”, Michał odpowiedział: „mamo, ja pędziłem”.

Okultystka albo modelka

Dystansu Iwona Bielska nie ma tylko do swojego ciała. Podkreśla, że oprawa nie pasuje do duszy. Jedynym miejscem, w którym przestaje się przejmować swoim wyglądem, jest scena. Dla roli jest gotowa się oszpecić, postarzyć, wygłupić…

– W jednym z odcinków „Przepisu na życie” nagrywaliśmy scenę, w której ukochany Stefan dzięki Wandzie [w tej roli Iwona Bielska] wsiada na konia. Reżyser krzyknął: „Iwona, galopuj!”.
I Iwona z rozanieloną miną pogalopowała za koniem – mówi z uśmiechem Dorota Kolak.

Do roli Królowej Elżbiety w spektaklu „Królowa i Szekspir” oszpeciła się i postarzyła o blisko 40 lat. Grała w łysce. „Wśród szarych ścian w czerwonym świetle kominka świeciła bielą jej twarz i głowa, niemal łysa, porośnięta mizernymi kępkami włosów. Wszystko bezwstydnie eksponowane jak podczas prywatnej wizyty w szpitalu” – pisano.

Po tej roli – jak mówi – dostała jedną z największych nagród w swoim życiu: list od Esther Vilar, autorki sztuki „Królowa i Szekspir”. Vilar napisała, że w wielu teatrach na świecie widziała na scenie Królową Elżbietę, ale takiej jak Iwona Bielska nie widziała jeszcze nigdy…

– Iwona jest aktorką magnetyczną. Zmysłową i wrażliwą. Śmieszną i dramatyczną. Ma bardzo swoiste poczucie absurdu, które z jednej strony jest mi bliskie, z drugiej – prawie zawsze mnie zaskakuje… – podkreśla Lupa.

W tej chwili pracują nad „Miastem snu” – fantazją na temat powieści Alfreda Kubina „Po tamtej stronie”. Kogo zagra Iwona Bielska? – To jeszcze wielka niewiadoma. Nie chcemy wszystkiego zdradzać – mówi reżyser. – Taką postać między Heleną Bławatską a Anitą Ekberg…

Pierwsza stworzyła podstawy okultyzmu. Występowała m.in. jako medium. Potrafiła lewitować, miała dar jasnowidzenia i jasnosłyszenia. Była wydawcą magazynu „Lucyfer” i współzałożycielką Towarzystwa Teozoficznego. Druga to szwedzka aktorka i modelka. W 1995 r. została wybrana jako jedna ze 100 najseksowniejszych kobiet w historii kina.