1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Karnawał w Nicei czy Święto Cytryn w Menton? A może to i to?

Karnawał w Nicei czy Święto Cytryn w Menton? A może to i to?

fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Karnawał w Nicei jest jednym z najstarszych i największych w Europie. Co roku przyciąga na Lazurowe Wybrzeże ponad milion turystów.

 

W tym roku jubileuszowa,130. edycja rozpocznie się 14 lutego i potrwa do 4 marca. W tym czasie Niceą będzie rządzić Król Gastronomii, ponieważ to właśnie kuchnia jest tematem przewodnim tegorocznego wydarzenia. Każdego roku, podczas dwutygodniowego święta odbywają się tradycyjne, barwne parady z groteskowymi postaciami z papieru, które tworzą królewską świtę. Całemu wydarzeniu towarzyszy głośna muzyka i festiwal światła. W ciągu dnia na słynnej Promenadzie Anglików podziwiać można paradę kwiatową, na której turyści i mieszkańcy są hojnie obsypywani świeżymi kwiatami, szczególnie mimozą, która właśnie wtedy kwitnie. Z tej „bitwy kwiatowej”, jak zwykli ją potocznie nazywać mieszkańcy, wszyscy wychodzą z naręczami kwiatów. Główną postacią kwiatowej parady jest Miss Karnawału, mieszkanka Nicei, którą wcześniej w głosowaniu wybrali mieszkańcy.

Od 15 lutego do 5 marca w położonym tuż przy granicy włoskiej Menton, odbędzie się inne spektakularne wydarzenie - Święto Cytryn. W całym mieście podziwiać można będzie gigantyczne budowle z pomarańczy i cytryn. W każdą niedzielę festiwalu nadmorską promenadą przechodzi Parada Złotych Owoców – barwny korowód dorożek, samochodów, platform, na których ustawione są ogromne konstrukcje z cytrusów nawiązujące do tematu przewodniego imprezy, którym w tym roku będą podmorskie podróże.

W wybrane wieczory odbywają się Parady Przy Blasku Księżyca - przemarsz orkiestr, grup folklorystycznych i tancerzy. Kulminacją takiego wieczoru jest pokaz sztucznych ogni. Na gości czeka również Ogród Świateł – to imponujące konstrukcje z owoców wzbogacone efektami audiowizualnymi.

Więcej informacji na: www.nicecarnaval.com, www.fete-du-citron.com

Z Polski wycieczki organizuje biuro podróży

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Szpital dla chorych i osieroconych nietoperzy

Kiedy osierocone dzieci rudawek trafiają do szpitala Tolga, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się ssać samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Małe rudawki są opatulane w miękkie szmatki. Taki becik ma zastąpić mamine skrzydła. W naturze przez pierwsze tygodnie po narodzinach żyją wczepione w futerko matek, żywiąc się ich mlekiem (Zdjęcie: JÜRGEN FREUND/NATURE PL/BE&W)
Kiedy osierocone dzieci rudawek trafiają do szpitala Tolga, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się ssać samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Małe rudawki są opatulane w miękkie szmatki. Taki becik ma zastąpić mamine skrzydła. W naturze przez pierwsze tygodnie po narodzinach żyją wczepione w futerko matek, żywiąc się ich mlekiem (Zdjęcie: JÜRGEN FREUND/NATURE PL/BE&W)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nie piją krwi, nie są nawet drapieżnikami – jedzą owoce. Rudawki okularowe to nietoperze, ale są pozbawione zmysłu echolokacji, więc nie potrafią latać w zupełnej ciemności. Mają za to całkiem niezły wzrok i słuch. Żyją w koloniach, dzień spędzają, wisząc głową w dół. Są pożyteczne, bo tak jak pszczoły zapylają rośliny. Chyba że na swojej drodze spotkają kleszcza.

W połowie lat 80. na płaskowyżu Atherton Tablelands, w australijskim stanie Queensland, ogromne liczby rudawek okularowych, zwanych potocznie latającymi lisami, zaczęły wymierać w tajemniczych okolicznościach. Przyczynę udało się odkryć dopiero w 1990 roku Bruce’owi i Ann Johnsonom.

Winowajcą okazał się najniebezpieczniejszy ze znanych kleszczy Ixodes holocyclus. Jego ukąszenie może spowodować paraliż ciała. I tak działo się w przypadku rudawek. Sparaliżowane – nie mogły już swoim zwyczajem wczepiać się stopami w gałęzie, spadały w leśne poszycie, by tam skonać. Dramatyzmu sytuacji dodawał fakt, że w ich ciała bardzo często wczepione były młode. Po śmierci matki próbowały o własnych siłach wspinać się na drzewa, nawołując żałośnie, jednak czekała je pewna śmierć. W 1997 roku grupa wolontariuszy w odpowiedzi na dużą skalę tego zjawiska stworzyła medyczny oddział ratunkowy, który z czasem przekształcił się w regularny szpital dla nietoperzy Tolga.

Sezon na kleszcza

Zmniejszanie się powierzchni lasów zniszczyło naturalne środowisko rudawek i znacznie ograniczyło im dostęp do głównego źródła pożywienia – miejscowych owoców i kwiatów. Nietoperze nie miały wyboru – w poszukiwaniu jedzenia musiały wypuszczać się poza obszar tropikalnego lasu, gdzie natknęły się na mordercze owady. Kleszcze wspinają się na rośliny takie jak dziki tytoń – który owocuje akurat w czasie sezonu rozrodczego latających lisów – by spokojnie czekać na nosiciela. Zainfekowane nietoperze zanoszą je potem do swojej kolonii.

Każdego roku szpital otrzymuje przeciętnie 800 zakażonych dorosłych osobników i 400 małych sierot. Zwierzęta są transportowane samolotem w specjalnie skonstruowanych pojemnikach, w których mogą wisieć sobie głową w dół tak jak na gałęzi. Wolontariusze i obsługa rezydują w Tolga od października do lutego, czyli w czasie gdy grozi ugryzienie kleszcza, zbiega się to z okresem narodzin rudawek (to dlatego sierot jest tak dużo).

Żłobek nietoperza

Maluchy są regularnie czyszczone, opiekunowie starają się im zastąpić nieobecne matki, wszyscy pacjenci są też ważeni, mierzeni i karmieni. Na końcu instaluje im się mikroczipy, żeby można było śledzić ich dalsze losy.

Kiedy osierocone dzieci latających lisów trafiają do szpitala, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się pić samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Następnym etapem jest przejście na owocową dietę, bo to właśnie owoce stanowią podstawę diety rudawek. Zanim to jednak nastąpi, małe nietoperze lądują w żłobku, gdzie przez większość czasu śpią okutane w miękkie szmatki, co ma imitować opiekuńcze skrzydła ich matek. Przy okazji beciki chronią skrzydełka i stopy maluchów, wyposażone już w pazury – dzięki temu nie kaleczą się nimi nawzajem. Jak tylko podrosną i stają się nieco bardziej energiczne, instynktownie wczepiają się w T-shirty opiekunów, tak jak wczepiłyby się w futra swoich matek, żyjąc z nimi w dziczy.

Ciężki los zapylacza

Drut kolczasty i siatki na drzewach owocowych to kolejna przyczyna obrażeń i wzrostu śmiertelności owocowych nietoperzy. Poza rudawką okularową do szpitala trafiają też inne gatunki, takie jak rurkonos i wiele małych nietoperzy. Jenny Maclean, założycielka Tolga, i jej wolontariusze opiekują się swoimi niezwykłymi pacjentami 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Poza szpitalem dla nietoperzy Jenny rozwinęła także uznane na świecie centrum badawcze oraz edukacyjne, żeby ludzie dzięki dostarczanym przez nie informacjom mogli poznać te zwierzaki i koegzystować z nimi bez strachu.

Powrót małych nietoperzy do naturalnego środowiska odbywa się stopniowo. Kiedy osiągają cztery miesiące, są umieszczane w lesie w klatce. Pozostaje zamknięta przez trzy dni, tak żeby mogły się zaaklimatyzować w nowym miejscu. Czwartego dnia drzwi klatki zostają otwarte, w nocy mogą więc dołączyć do żyjących na wolności nietoperzy. Jednak wciąż jeszcze wracają do swojego schronienia – przez pięć miesięcy znajdują tam pozostawiane dla nich owoce.

Rudawki okularowe pełnią funkcję zapylaczy i roznosicieli nasion wielu gatunków drzew rosnących w lasach tropikalnych, a to znaczy, że są niezbędne dla australijskiego ekosystemu. Pyłki przyczepiają się do ich futerka, gdy przenoszą się z kwiatu na kwiat i z drzewa na drzewo. Szacuje się, że jedna rudawka może rozdystrybuować aż 60 tysięcy ziaren pyłku jednej nocy. Niestety, nietoperze mają opinię szkodników niszczących uprawy, dlatego nie zapewniono im prawnej ochrony. Oddolne inicjatywy takie jak szpital Tolga to poruszający przejaw troski o ochronę tego gatunku. Dzięki efektywności programu ratunkowego do życia na wolności w lasach tropikalnych wróciły już setki nietoperzych sierot.

  1. Styl Życia

Mateusz Waligóra – pieszo wzdłuż Wisły

– Wędrując wzdłuż biegu Wisły, przeżywałem dokładnie te same emocje, może tylko w mniejszym stężeniu, co na pustyni Gobi, w Patagonii czy Himalajach. Miejsce ma dla mnie coraz mniejsze znaczenie, a liczy się poczucie bycia w ruchu, zwłaszcza kiedy idę piechotą, co bardzo różni się od innych form podróżowania – mówi podróżnik Mateusz Waligóra. (Fot. Alina Kondrat)
– Wędrując wzdłuż biegu Wisły, przeżywałem dokładnie te same emocje, może tylko w mniejszym stężeniu, co na pustyni Gobi, w Patagonii czy Himalajach. Miejsce ma dla mnie coraz mniejsze znaczenie, a liczy się poczucie bycia w ruchu, zwłaszcza kiedy idę piechotą, co bardzo różni się od innych form podróżowania – mówi podróżnik Mateusz Waligóra. (Fot. Alina Kondrat)
Lockdown sprawił, że podróżnik Mateusz Waligóra zamiast do Australii wyruszył wzdłuż Wisły, w dodatku pieszo. Teraz wie, że dla niego liczy się nie miejsce, a poczucie bycia w ruchu. I że nie musi nikomu niczego udowadniać.

Masz na swoim koncie wiele ekstremalnych samotnych wypraw. Skąd wzięła się ta fascynacja? Jako dziecko zaczytywałeś się w książkach podróżniczych?
Gdy chodziłem jeszcze do liceum w Nysie, moi rówieśnicy zastanawiali się, co robić w życiu, żeby dało im to pieniądze. Ja mówiłem, że będę podróżnikiem i z tego będę żył. Nie spotykałem się ze zrozumieniem i to sprawiło, że zacząłem wagarować i chodzić nad Jezioro Nyskie. Czułem, że pasuję jedynie do natury. I to było bezpośrednim powodem, dla którego chciałem poznać świat.

Książki podróżnicze też czytałem, przede wszystkim Arkadego Fiedlera. Aż trafiłem na „Prowadził nas los”' Kingi Choszcz i Radosławy Siudy, którzy w pięć lat objechali świat autostopem. Zrozumiałem, że jeżeli chcę, to mogę, i w głowie włączył mi się tryb realizacji planu. Poszedłem na kurs przewodników górskich, tam spotkałem swoją przyszłą żonę – Agnieszkę. Pojechaliśmy rowerami najpierw na Kubę, a następnie przez Amerykę Południową. Potem były kolejne wyprawy.

Dziś walczę z poczuciem tożsamości – nie wiem, kim jestem, i cały czas tej odpowiedzi szukam. Nie wiem nawet, jaki zawód sobie wpisać. Po tych wszystkich latach nie chcę być już podróżnikiem.

Mateusz Waligóra, podróżnik, fotograf, przewodnik, członek prestiżowego The Explorers Club. W 2018 roku jako pierwszy człowiek przeszedł samotnie i bez wsparcia mongolską część pustyni Gobi. (Fot. archiwum prywatne)Mateusz Waligóra, podróżnik, fotograf, przewodnik, członek prestiżowego The Explorers Club. W 2018 roku jako pierwszy człowiek przeszedł samotnie i bez wsparcia mongolską część pustyni Gobi. (Fot. archiwum prywatne)

Dlaczego?!
Bo o ile kiedyś chciałem dotrzeć do różnych dalekich miejsc, to teraz wiem, że nie chodzi o miejsca.

A o co?
O poczucie bycia w ruchu. Uświadomiła mi to moja ostatnia wyprawa. Wędrując wzdłuż biegu Wisły, przeżywałem dokładnie te same emocje, może tylko w mniejszym stężeniu, co na pustyni Gobi, w Patagonii czy Himalajach. Jak powiedziałem, miejsce ma dla mnie coraz mniejsze znaczenie, a liczy się poczucie bycia w ruchu, zwłaszcza kiedy idę piechotą, co bardzo różni się od innych form podróżowania. Kiedy jedziesz np. z Limy autobusem do Cuzco, zapamiętasz stolicę – jako pierwszą okładkę tej książki, a potem Cuzco – drugą okładkę. A pomiędzy nimi scenki, na których ludzie wożą kury, jest duszno, a ty rzygałeś. Podróżowanie rowerem to z kolei jak czytanie całej książki, najważniejsze jest właśnie to, co zdarza się pomiędzy okładkami: wioski, które miniesz; ludzie, których spotkasz; dźwięki i zapachy. Dzięki temu mogę powiedzieć, jak pachnie i jak brzmi droga do Cuzco. A kiedy zacząłem wyprawy piesze, zrozumiałem, że to jest najbardziej naturalny sposób podróżowania każdego człowieka.

Człowiek wędrował na długo przed tym, zanim odkrył koło...
Właśnie, kroki wytyczają rytm, także rytm myśli. Najtrudniejszy jest dla mnie zawsze pierwszy tydzień wyprawy: martwię się tym, co będzie, i tym, czego nie załatwiłem przed wyjazdem. Gdy wreszcie łapię rytm, wszystko trafia na swoje miejsce: zaczynam doceniać małe rzeczy, jak to, że mam gdzie spać, co jeść i pić, a niczego więcej nie potrzebuję. Wtedy marsz zamienia się w medytację i rozpoczyna się wędrówka ciała i głowy. To jakby dwie osobne wędrówki... Kiedy ostatnim razem moje ciało szło szlakiem Wisły, głowa była w każdym miejscu czasu i przestrzeni; wracałem pamięcią do okresu liceum, próbując zrozumieć, skąd przyszedłem i gdzie jestem teraz, myślałem też o wyprawie do Zatoki Wielorybiej na Antarktydzie.

I potem następuje faza zakończenia wyprawy, w sensie umownym, bo w moim przypadku wyprawa nigdy się nie kończy. Zrozumiałem to po przejściu Gobi. Wcześniej wydawało mi się, że jeśli dokonam czegoś tak spektakularnego jak pierwsze samotne przejście tej pustyni, to zmieni się moje życie. A kiedy doszedłem do miasteczka Sajnszand i to był koniec wędrówki, nie wydarzyło się absolutnie nic. Każda wyprawa mnie czegoś uczy – tamta uświadomiła mi właśnie to, że nigdy nie dotrę do celu, bo tego celu nie ma. Z kolei w przypadku szlaku Wisły zdałem sobie sprawę z tego, że nie muszę już nikomu niczego udowadniać ani bić rekordów, żeby mieć frajdę z podroży. W tym roku jeszcze pójdę wzdłuż wybrzeża Bałtyku. Czuję, że i ta przygoda wiele mi da.

A dlaczego wybrałeś akurat Wisłę?
Bo łączy dwa przeciwległe skraje Polski, prowadzi przez cały kraj i płynie tylko w jego granicach. Innymi słowy, wszystko, co się w dzieje z Wisłą, wynika z tego, jak traktujemy ją my sami. No i to rzeka symbol...

Od początku zakładaliśmy też, że w książce, którą napiszemy wspólnie z Dominikiem Szczepańskim, poruszymy wątki związane ze zmianami klimatu, ekologią, hydrologią, suszą. Dominik przeprowadził kilka rozmów z naukowcami, badaczami, osobami, które swoje życie zawodowe związały z Wisłą.

– Najtrudniejszy jest dla mnie zawsze pierwszy tydzień wyprawy – wyznaje Mateusz Waligóra. – Martwię się tym, co będzie, i tym, czego nie załatwiłem przed wyjazdem. Gdy wreszcie łapię rytm, wszystko trafia na swoje miejsce: zaczynam doceniać małe rzeczy, jak to, że mam gdzie spać, co jeść i pić, a niczego więcej nie potrzebuję. Wtedy marsz zamienia się w medytację i rozpoczyna się wędrówka ciała i głowy – dodaje. (Fot. Alina Kondrat)– Najtrudniejszy jest dla mnie zawsze pierwszy tydzień wyprawy – wyznaje Mateusz Waligóra. – Martwię się tym, co będzie, i tym, czego nie załatwiłem przed wyjazdem. Gdy wreszcie łapię rytm, wszystko trafia na swoje miejsce: zaczynam doceniać małe rzeczy, jak to, że mam gdzie spać, co jeść i pić, a niczego więcej nie potrzebuję. Wtedy marsz zamienia się w medytację i rozpoczyna się wędrówka ciała i głowy – dodaje. (Fot. Alina Kondrat)

Czy podczas wędrówki trzymałeś się blisko koryta?
Nie. Od początku nie chciałem wędrować wzdłuż samej rzeki – ona była dla mnie kompasem, który wskazywał kierunek na północ. Rozpocząłem wzdłuż jednego z potoków źródłowych, Białej Wisełki na stokach Baraniej Góry, a potem szedłem, jak mi podpowiadała intuicja i mówili napotkani po drodze ludzie. Miałem namiot, więc nocowałem nad rzeką czasami w polach kukurydzy lub u ludzi, których poznałem po drodze, albo u przyjaciół mieszkających nad Wisłą. Zmieniałem brzegi, bo gdzieś usłyszałem, że to warto poznać, tamto zobaczyć. Bardziej jednak interesowały mnie spotkania z ludźmi, którzy mogli o tej Wiśle opowiedzieć, więc wchodziłem też do wiosek. Obawiałem się, czy jako introwertyk dam sobie radę. Ale to ludzie zaczynali do mnie mówić, wystarczyło, że gdzieś pod sklepem zagadałem i rozmówca zwierzał się z połowy swojego życia. Wydaje mi się, że tę otwartość spowodował fakt, ze poruszałem się pieszo. Ludzie widzieli, że dotarcie do nich wymagało ode mnie sporo wysiłku i dlatego mogli mi zaufać.

I jakie wnioski wysnułeś z tej wędrówki?
Po pierwsze, taki, że trochę odwróciliśmy się od Wisły, zapominamy o niej. Lekceważąc to, że ona przez setki lat wpływała na to, jak obecnie wygląda Polska. A to, co zrobimy w kolejnych dziesięcioleciach, zdecyduje, jak ona będzie wyglądać.

Ważne jest też to, że doświadczyłem ogromnej życzliwości, ciekawości i troski od ludzi. Choć ciężko w to uwierzyć, w ciągu 46 dni marszu nie spotkałem się z żadną negatywną sytuacją ani reakcją na to, co robię. To ogromny kontrast w porównaniu z tym, co piszą ludzie w Internecie, gdzie mogę przeczytać tysiące negatywnych opinii na swój temat. To dosyć smutne, że w Internecie możemy być tym, kim naprawdę chcemy, a często wybieramy bycie chamami. A w prawdziwym życiu, nad Wisłą słyszymy, że wszyscy sąsiedzi w okolicy to bardzo dobrzy ludzie i niczego nie muszę się obawiać. To było dla mnie zaskakujące. Nie wierzyłem, że Polacy to gościnny naród, bo to samo słyszałem o każdym kraju, do którego jechałem. A jednak ta wyprawa mnie przekonała, że tak naprawdę jest – jesteśmy gościnni.

Na wykładach, które prowadzisz, zachęcasz do przekraczania własnych granic. Jaką barierę sam przede wszystkim przekraczasz, ruszając w podróż?
Barierę strachu – przed nieznanym i przed ryzykowaniem. Na przykład na pustyni Gobi margines błędu masz niewielki, bo kiedy się zgubisz i skończy ci się woda, to masz kilkanaście godzin, żeby się uratować. A tam jest wiele wyjeżdżonych ścieżek i łatwo się zgubić.

Nie miałeś wtedy telefonu satelitarnego?
Miałem, podobnie jak lokalizator GPS, modem satelitarny oraz ubezpieczenie amerykańskich komandosów, którzy deklarują dotarcie do mnie w ciągu kilku godzin. I żyłem w takim przekonaniu, że jeśli coś się wydarzy, to nacisnę przycisk S.O.S. i przyleci śmigłowiec... Aż do momentu, w którym złapała mnie pierwsza burza piaskowa i zdałem sobie sprawę, że w takich warunkach jestem zdany tylko na siebie, bo nikt do mnie nie dotrze.

Takich zagrożeń jest dużo. Na płaskowyżu solnym Salar de Uyuni w Boliwii, gdy przyjdzie burza i spadnie deszcz, to woda nie wsiąka w grubą warstwę soli. Brodzi się w solance i wystarczy jeden piorun... Tak ginęli już rowerzyści. Na pustyniach Australii dochodzą ogień i woda. Gwałtowna powódź spowodowała, że musieliśmy kiedyś z Agnieszką czekać tydzień, aż woda opadnie. I to w sezonie suchym. Nie wystarczyłoby nam żywności na resztę wyprawy i musieliśmy się wycofać. A rok później pożar buszu odciął mi drogę do studni.

Polecamy: „Szlak Wisły. 1200 km pieszej przygody”, Mateusz Waligóra, Dominik Szczepański, wyd. Neverending Stories, do kupienia w sklepie wydawnictwaPolecamy: „Szlak Wisły. 1200 km pieszej przygody”, Mateusz Waligóra, Dominik Szczepański, wyd. Neverending Stories, do kupienia w sklepie wydawnictwa

Powiedziałeś kiedyś, że każdy z nas choć na chwilę powinien stać się pustelnikiem, bo pustynia uczy bycia ze sobą. Nie boisz się samotności?
Boimy się samotności, bo boimy się siebie... A pustynia powoli zaczyna zdzierać z ciebie warstwy i dociera do wnętrza. Tam nie musisz nikogo udawać, jesteś po prostu sobą. Nie ojcem, dziennikarzem, podróżnikiem, politykiem, kimkolwiek... Zaczynasz dostrzegać, jakim jesteś człowiekiem, czego chcesz, jakie są twoje prawdziwe intencje, czy chcesz robić to, co robisz, i czy robiłbyś to, gdyby nie było pieniędzy na świecie. Przestajesz też myśleć o tym, jak postrzegają cię inni ludzie. Te dziesiątki nieoczywistych pytań, na które próbujesz odpowiedzieć, to jest niesamowicie oczyszczające. Po raz pierwszy doświadczyłem tego, kiedy szedłem przez pustynię w Australii, to było fascynujące. Na każdej kolejnej odludnej wyprawie to się we mnie umacnia. Kiedyś bałem się przebywać sam z sobą, ale teraz to lubię, a nawet nieraz czuję się bardziej samotny wśród ludzi, których nie rozumiem, którzy mnie nie rozumieją, którzy czegoś oczekują.

Którą z wypraw najbardziej przeżyłeś psychicznie?
Wszystkie przeżywam. Pod kątem fizycznym łatwo je ocenić, np. „Waligóra przeszedł pustynię Gobi, zrobił 1700 km, dokonał tego jako pierwszy człowiek, schudł 24 kg”. A dla mnie najważniejsza jest wędrówka w głowie, której nie jestem w stanie opisać nikomu. Sam do końca tego nie rozumiem. I każda kolejna jest kontynuacją poprzedniej.

Mateusz Waligóra, podróżnik, fotograf, przewodnik, członek prestiżowego The Explorers Club. W 2018 roku jako pierwszy człowiek przeszedł samotnie i bez wsparcia mongolską część pustyni Gobi.

  1. Styl Życia

A po nocy przychodzi dzień. Roczny horoskop dla Raka

Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie. (Ilustracja: iStock)
Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie. (Ilustracja: iStock)
Raki mogą odetchnąć, bo ciężkie lata twardych tranzytów Saturna i Plutona są już za nimi. Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie.

Kiedy Saturn i Pluton były w znaku Koziorożca, tworzyły do znaku Raka opozycję, krzyżując plany, piętrząc problemy i nadwerężając odporność. Jeszcze tylko Raki urodzone między 17 a 21 lipca pozostają pod wpływem samego Plutona, który może stawiać je pod ścianą, by sięgnęły po wewnętrzną moc w zmaganiu się z rzeczywistością.

Raki z pierwszej dekady w lipcu skorzystają z dobrodziejstw Jowisza, który na ten czas zawita do Ryb, tworząc dla nich przyjazny trygon. Mogą zatem liczyć na wakacyjne lenistwo i dobrą zabawę. To też tranzyt korzystny dla spraw finansowych, sprzyjający prezentom od losu i wszelkim uciechom. Jowisz zamanifestuje się dla nich jako wspierająca siła, impuls do pozytywnego myślenia oraz skutecznego działania. Raki osiągną swoje cele niemal bez wysiłku, co sobie bardzo cenią.

Od stycznia do maja 2022 roku Jowisz na dobre zagości w Rybach i wszystkim Rakom pomoże w realizowaniu marzeń, sprawiając, że życie stanie się piękniejsze. To będzie miły i pomyślny tranzyt zwłaszcza dla tych, którzy przeszli ostatnio ciężkie chwile i trudności podcinające skrzydła. Pamiętajmy, że Jowisz Rakowi bardzo sprzyja, ponieważ w tym znaku jest w wyniesieniu – przynosi mu opiekę, pomyślność, wygodę. Z długofalowych wpływów trzeba wspomnieć jeszcze sekstyl Neptuna w znaku Ryb, który tworzy trygon do Raków z przełomu drugiej i trzeciej dekady. To harmonijny uspokajający tranzyt, który działa stabilizująco na emocje. Jest więc dla Raków szansa na wyciszenie, rozwój duchowy, a także artystyczne projekty. Kiedy wiosną przyszłego roku trygon Jowisza nałoży się na trygon Neptuna, Raki nie będą miały żadnych powodów do marudzenia, ponieważ życie będzie je rozpieszczać.

Analiza tranzytów Marsa na najbliższe miesiące pokazuje, że sierpień będzie miesiącem neutralnym, wręcz spokojnym. Trudniej będzie we wrześniu i październiku, ponieważ Mars utworzy do znaku Raka kwadraturę, przynosząc niepotrzebne szarpanie się i napięcia. Ostatnie miesiące roku, czyli listopad i grudzień, zapowiadają się za to rewelacyjnie, jeśli chodzi o skuteczność działań i poziom witalności. Rok 2022 dla Raków zacznie się wyśmienicie, a to za sprawą wspomnianego już Jowisza. Jedynie chwilowo w lutym i marcu Mars w Koziorożcu może przynieść krótkotrwałe przeciążenia i konflikty. W maju w sprzyjających dla nich Rybach znajdą się i Mars, i Jowisz, i Neptun, a ten zestaw trygonów może sprawić, że późną wiosną Raki będą rozpływały się w komforcie i szczęściu.

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej, www. solarius.pl.

  1. Styl Życia

Archetyp Raka – w obronie świętego spokoju

Archetyp Raka wnosi do zbiorowej nieświadomości macierzyństwo, bezwarunkową miłość i pozbawioną erotyzmu czułość, która wiąże się z największym poświęceniem. (Ilustracja: iStock)
Archetyp Raka wnosi do zbiorowej nieświadomości macierzyństwo, bezwarunkową miłość i pozbawioną erotyzmu czułość, która wiąże się z największym poświęceniem. (Ilustracja: iStock)
Zodiakalny Rak czerpie siłę z poczucia bezpieczeństwa i dopóki nie jest ono zagrożone, poddaje się życiu bez rozpychania się łokciami. Jednak w odpowiedzi na atak – ten nieborak z wierszyka dla dzieci robi użytek ze swoich szczypiec. Co go do tego skłania i czy w najbliższych miesiącach będzie zmuszony tak się zachować? Podpowiada Aleksandra Nowakowska wspierana przez astrologa Piotra Gibaszewskiego.

Archetyp Raka wnosi do zbiorowej nieświadomości macierzyństwo, bezwarunkową miłość i pozbawioną erotyzmu czułość, która wiąże się z najwyższym poświęceniem. Kojarzy się z bezpiecznymi i ciepłymi wodami płodowymi. Rak symbolizuje też płodność, a z perspektywy kobiecej zapłodnienie oznacza przyjęcie, poddanie się. Osoby spod tego znaku doskonale potrafią zaopiekować się kimś, okazać empatię. Bezbłędnie rozpoznają emocje innych i same bez problemu wyrażają uczucia, jednak zdarza się, że nie potrafią sobie poradzić z ich nadmiarem. Rak uchodzi za dziecko zodiaku, dostrzeżemy w nim niedojrzałość, a nawet infantylizm, niechęć do tego, żeby dorosnąć. Tę rozkapryszoną, roszczeniową twarz poznamy, kiedy zawładnie nim strach przed tym, że nie przetrwa. Na coś więcej poza silnym instynktem samozachowawczym Rakowi brakuje sił i ambicji.

Rak należy do żywiołu wody, a włada nim Księżyc, który, choć pozornie bierny i uzależniony od światła Słońca, to jednak – jak wyjaśnia astrolog Piotr Gibaszewski – wpływa na cykle natury, przypływy i odpływy oceanów, nasze nastroje, a nawet zachowania. – Dzisiaj na Księżyc patrzymy romantycznie, ale nie zawsze tak było – przypomina ekspert. – Długo był uważany za złowróżbną planetę. Gnostycy sądzili, że na nim przebywają potępione dusze, zmarli, demony. Grozę budziły zwłaszcza zaćmienia Księżyca. To właśnie on odpowiada za zaburzenia emocjonalne, na które Rak jest podatny. Ten znak często ulega wahaniom nastroju i jest specjalistą w strzelaniu focha.

Niedzielny rosół

Siłę czerpie z korzeni. Przeszłość jest dla niego bazą, na której niestrudzenie, często z pomocą silniejszych, buduje swój dom. Z natury chwiejny, dąży do tego, żeby żyć na pewnym gruncie – w ten sposób się zabezpiecza.

Ten znak rządzi czwartym domem astrologicznym – domem rodziny, ziemi, nieruchomości. Znajduje się on na samym dole nieba, w najniższym punkcie, czyli immum coeli. Piotr Gibaszewski podkreśla, że to miejsce reprezentuje wszystko to, co było i co nas ukształtowało. Każdy ma je w swoim horoskopie i od przeszłości nie sposób się odciąć. – Trudno wyobrazić sobie psychoterapię bez analizy historii rodzinnych. Takie nurty, jak ustawienia hellingerowskie czy totalna biologia bazują na polu energetycznym przodków czy rodu, a Rak jest mistrzem świata w zagłębianiu się w nie – wyjaśnia.

Tak ważny w archetypie Raka dom obejmuje także ojczyznę, Matkę Ziemię. Osoby urodzone w tym okresie są patriotyczne, romantycznie rozkochane w polnych kwiatach, Mickiewiczu i Słowackim. Zbierają rodzinne pamiątki, czują swoje korzenie. Drzewo genealogiczne jest dla nich na tyle ważnym punktem odniesienia, że wcale nie mają ochoty wyjrzeć poza jego listowie. A to niesie ryzyko popadnięcia w iluzję, że kiedyś było lepiej…

Jak to możliwe, że pozornie słaby i neurotyczny Rak, w rzeczywistości plasuje się wysoko na liście znaków zodiaku ludzi żywotnych i długowiecznych? Odpowiedzi należy szukać w jego silnym poczuciu przynależności, przywiązaniu do miejsc i osób. Outsiderzy, ryzykanci i indywidualiści podążający własną ścieżką narażają się na stres; nadmiar kortyzolu wykańcza im nadnercza, więc żyją krócej. Dla Raka to niepotrzebna głupota, on woli wieść wygodne życie w domowym gnieździe, cieszyć się miękkim kocem i gorącą herbatą, podaną przez ukochaną osobę. Rodzinna atmosfera to jego środowisko naturalne, uwielbia, gdy na stół trafia rosół, a wokół gromadzą się krewni. W dodatku Rak lubi mieć pełny brzuch, szczególnie gustuje w smakach dzieciństwa. To dlatego, że ceni sobie ciągłość, powtarzalność i zwyczajne życie. Z tym wiąże się jego misja. – Wiele osób cierpi z tego powodu, że miało dysfunkcyjne rodziny. Ciężko coś osiągnąć, kiedy nosimy w sobie zranienia z przeszłości. Bezpieczna rodzina koi, spaja, daje siłę do życia. Opieka rodziców buduje więź. Cała ta hołubiona rodzinka Raka ma więc swój sens! – mówi Piotr Gibaszewski. I przypomina, że Stany Zjednoczone „urodziły się” 4 lipca, gdy ogłoszono Deklarację niepodległości, czyli właśnie pod wpływem tego znaku. Stąd m.in. taka popularność amerykańskich filmów familijnych, zwłaszcza na temat Bożego Narodzenia. Wszyscy potrzebujemy opowieści o tym, że nawet zwaśnione rodziny spotykają się w te święta i godzą.

Jak uszczypnie, będzie znak

Rak nie pragnie aplauzu i bycia na szczycie. Trudno mu przyjąć, że życie wymaga aktywności, często inicjatywy, a czasem śmiałej konfrontacji. Z lęku przed brutalnością życia, ze strachu przed brakiem szacunku dla jego uczuć, bo boi się, że ktoś je podepcze, woli bezpieczną norkę i życie w zgodzie z rodziną.

Astrolog przestrzega jednak, by nie ulegać pozorom, bo Rak to nie samo dobro ani tym bardziej tzw. ciepłe kluchy. Jak każdy znak kardynalny jest zasadniczy i bezwzględny w swoich przekonaniach. Kiedy broni swojego bezpieczeństwa, robi się zaborczy, podejrzliwy, nieufny, kontrolujący. Niczym aktor z opery mydlanej wpada w histerię bez wyraźnego powodu i urządza sceny. Najgorszym koszmarem dla Raka jest samotność i odcięcie się od przeszłości. Przestraszony, zaczyna się zamartwiać o bliskich, o siebie. Rozpamiętuje sprawy, które przestały już mieć jakiekolwiek znaczenie. Swoją żywą wyobraźnię wykorzystuje wtedy do tworzenia najczarniejszych scenariuszy, które podsycają jego niepokój. Domaga się wsparcia emocjonalnego, a jeśli go nie otrzyma, będzie dąsać się, płakać ze złości, szantażować bliskich emocjonalnie lub atakować złośliwościami. Całą tę sytuację może też przypłacić chorobą żołądka. Piotr Gibaszewski łączy to z niekontrolowalnym lękiem, który staje się destrukcyjny. Tylko poczucie bezpieczeństwa zamienia Raka z powrotem w miłego człowieka. – On przede wszystkim chce mieć święty spokój – podsumowuje ekspert.

Rak (22 czerwca – 22 lipca)

  • żywioł: woda
  • jakość: kardynalny
  • rodzaj: żeński
  • prajakość: zimny i wilgotny
  • pora roku: wiosna – czas zawiązywania się owoców
  • archetyp: matka, poeta
  • cień: kwoka, wieczne dziecko
  • pułapka: ucieczka w myślenie życzeniowe, strach przed dorośnięciem
  • ideał: romantyczny trubadur
  • dewiza: „Czuję”
  • korespondencje w organizmie: żołądek, piersi, gruczoły

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej.

  1. Styl Życia

Markizy Fakro do okien pionowych – aby cieszyć się latem

Zasunięta markiza skutecznie zacienia wnętrze przy jednoczesnym zapewnieniu widoczności. (Fot. materiały partnera)
Zasunięta markiza skutecznie zacienia wnętrze przy jednoczesnym zapewnieniu widoczności. (Fot. materiały partnera)
Każdej zimy tęsknimy za latem i upalnymi dniami, ale kiedy takowe nadchodzą, często mamy ich dosyć. Powodem są palące promienie słoneczne, które wszystkim zamkniętym czy to w domach, czy też w biurach zaczynają mocno doskwierać. Kiedy przebywanie w pomieszczeniach z dużymi przeszkleniami staje się uciążliwe, trudno cieszyć się długo wyczekiwaną upalną, słoneczną pogodą. Wówczas warto pomyśleć o zamontowaniu zewnętrznych osłon, które skutecznie zatrzymają ciepło już przed oknem i nie dopuszczą do nadmiernego nagrzewania wnętrz.

Jakie osłony wybrać?

Popularne rolety materiałowe montowane od wewnątrz pomagają ograniczyć dopływ intensywnego światła w słoneczne dni, ale nie zapobiegną wzrostowi temperatury w pomieszczeniu, gdyż same będą się nagrzewać, emitując ciepło do środka. Stosując rolety zewnętrzne co prawda zatrzymamy ciepło na zewnątrz, ale jednocześnie zaciemnimy pomieszczenie, bo wraz z ciepłem zablokujemy również światło i nawet w dzień zapadnie półmrok. Markizy zewnętrzne Fakro do okien pionowych, skutecznie zatrzymają upał za oknem, a jednocześnie zapewnią mieszkańcom dopływ naturalnego światła.

Z przeprowadzonych przez firmę Fakro badań wynika, że markizy chronią przed przegrzaniem do ośmiu razy skuteczniej niż powszechnie stosowane rolety wewnętrzne. W praktyce daje to spadek temperatury w pomieszczeniu nawet o 10°C. Dzieje się tak dlatego, że markizy absorbują promienie słoneczne już przed szybą i emitują ciepło na zewnątrz, w ten sposób chroniąc wnętrze przed przegrzaniem.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Energooszczędność zimą czy latem?

Wybierając markizy, nie generujemy dodatkowych kosztów za energię elektryczną, jak się dzieje w przypadku energochłonnej klimatyzacji. Możemy zdecydowanie ograniczyć działanie klimatyzacji lub całkowicie z niej zrezygnować. Zresztą nie każdy dobrze znosi jej działanie. Markiza to produkt całoroczny – w lecie chroni nasze wnętrza przed nadmiernym nagrzewaniem, w czasie chłodnych dni zapobiega stratom ciepła, poprawiając współczynnik przenikania ciepła okna aż do 16 proc.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Jak zbudowana jest markiza?

Markiza wykonana jest z wytrzymałej, odpornej na czynniki zewnętrzne tkaniny z włókien szklanych powlekanych PVC, której siatka rozprasza światło wpadające do środka. Dzięki temu jest ono równomiernie rozłożone, bez męczących oczy refleksów, które przeszkadzają przy oglądaniu telewizji czy w pracy na komputerze. Markiza chroni przed ciekawskim wzrokiem sąsiadów w ciągu dnia, jednocześnie zapewniając dobrą widoczność otoczenia wokół domu. Do wyboru mamy kilkanaście rodzajów materiałów, w różnych kolorach i z różnym stopniem prześwitu. Profile markizy dostępne są w czterech kolorach: czarnym, białym, szarym i brązowym, a na życzenie klienta – w dowolnym kolorze z palety RAL.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

W jaki sposób się ją obsługuje?

Do wyboru mamy markizy obsługiwane ręcznie (VMZ, VMZ ZIP) oraz zasilane elektrycznie: sterowane za pomocą pilota lub przełącznika naściennego (VMZ Z-Wave) czy sterowane z aplikacji na smartfonie (VMZ WiFi). FAKRO oferuje też markizy zasilane energią słoneczną, wyposażone w inteligentny system automatycznej obsługi (VMZ Solar). Te ostatnie mają panel fotowoltaiczny, który w połączeniu ze specjalnym układem elektroniki reaguje na stopień nasłonecznienia: jeśli jest ono duże, markizy same się rozwiną, jeśli zaś jest pochmurno – samoczynnie się zwiną. Podczas chłodnych dni markiza działa odwrotnie: w dzień zwinięta pozwala pasywnie nagrzewać pomieszczenie, nocą rozwinięta chroni przed stratami ciepła.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Jakie dodatkowe korzyści oferuje markiza?

Wszystkie markizy w wersji elektrycznej i VMZ ZIP (te, w których siatka porusza się na profilach) oprócz ochrony przed nagrzewaniem pełnią funkcję moskitiery, chroniąc przed owadami, które są tak samo uciążliwe, jak palące w lecie słońce. Markizy zapewniają komfort mieszkania zarówno w upalne letnie dni, jak i podczas chłodniejszej aury. Są doskonałym rozwiązaniem do domów jedno- i wielorodzinnych, biur, a także do obiektów użyteczności publicznej. Elektryczne markizy można zintegrować w systemie inteligentnego domu smartHome i cieszyć się zawsze odpowiednią temperaturą.

Więcej na www.fakro.pl.