1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jakie mechanizmy skłaniają nas do nieplanowanych zakupów?

Jakie mechanizmy skłaniają nas do nieplanowanych zakupów?

123rf.com
123rf.com
Psychologia zachowań konsumenckich wyjaśnia, dlaczego podejmujemy określone decyzje zakupowe. Jak nasz mózg, procesy poznawcze oraz wpływ społeczny determinują to, co znajdzie się w naszym koszyku?

Potrzeba, poszukiwanie informacji, ocena alternatyw, dokonanie zakupu, zachowanie po zakupie – tak przebiega proces podejmowania decyzji konsumenckich. Jednak po drodze pojawiają się pewne mechanizmy psychologiczne, które zachęcają nas do częstszego, większego lub nieplanowanego zakupu. Jak nasz mózg, procesy poznawcze oraz wpływ społeczny determinują to, co znajdzie się w naszym koszyku?

Psychologia zachowań konsumenckich wyjaśnia, jak procesy poznawcze, motywacyjne oraz emocjonalne wpływają na decyzje zakupowe. Jest wsparciem do tworzenia strategii działań marketingowych sklepów, ale też odpowiedzią na pytanie, jak uchronić się przed nieplanowanymi zakupami.

Jaki kolor wpływa na to, że robimy większe zakupy?

Według psychologii koloru najbardziej energetycznym odcieniem jest czerwony, który podnosi ciśnienie krwi, zwiększa poziom adrenaliny oraz ogólnej ekscytacji organizmu. Kiedy widzimy ten kolor, jesteśmy skłonni działać mniej racjonalnie, a otaczające nas bodźce mocniej na nas wpływają. Z tych powodów większość materiałów promocyjnych jest czerwona. Najpopularniejszy jest czerwony znak „promocja” lub „sale” na białym tle, który nawiązuje do znaku drogowego „stop” – sprawia, że nieświadomie zatrzymujemy się i sprawdzamy znajdujące się obok niego produkty.

Jak działa mózg w trakcie zakupów?

W trakcie zakupów w mózgu aktywny jest jeden z dwóch obszarów – jądro półleżące (tzw. ośrodek nagrody) oraz kora przedczołowa, która odpowiedzialna jest za planowanie, analizę oraz hamowanie reakcji spontanicznych. Można wyróżnić dwa typy osób robiących zakupy – pierwsi robią je dla przyjemności, a zakup jest nagrodą. Druga grupa to osoby, które do zakupów podchodzą zadaniowo oraz kalkulują zyski i straty.

Dlaczego wrażenia sensoryczne wydłużają czas spędzony na zakupach?

Lubimy przebywać w miejscach, w których czujemy się dobrze i które kojarzą nam się pozytywnie. Sklepy za pomocą technik marketingu sensorycznego wpływają na atmosferę w sklepie. Najczęściej stosowanymi rozwiązaniami jest wykorzystanie muzyki (wolna i nastrojowa melodia rozluźnia i sprawia, że dłużej pozostaniemy w sklepie) oraz zapachu (np. markety często kuszą zapachem świeżego pieczywa).

Dlaczego wchodzimy do sklepu po jedną rzecz, a wychodzimy z pełnymi siatkami?

W naszej pamięci informacje przechowywane są za pomocą sieci skojarzeń dlatego, gdy widzimy dany przedmiot, często automatycznie zaczynamy myśleć o innym lub o sytuacjach z nim związanych. Na zakupach, kiedy przechadzamy się sklepowymi alejkami i oglądamy produkty, automatycznie przypominamy sobie o tym, czego nam brakuje lub o tym, czego potrzebujemy (mimo że nie zawsze są to prawdziwe potrzeby, a jedynie zachcianki). Sklepy pomagają nam w tym procesie i umieszczają obok siebie produkty powiązane tematycznie np. sosy obok makaronów, nabiał niedaleko pieczywa itd.

W którym miejscu w sklepie podejmujemy decyzje zakupowe?

Najczęściej decyzje o zakupie podejmujemy w przymierzalni. To tam szukamy potwierdzenia, że ubranie jest dla nas odpowiednie. Sklepy stosują różne metody mające na celu przekonanie nas do podjęcia decyzji zakupowej lub potwierdzenie jej słuszności. Do najpopularniejszych rozwiązań zaliczamy m.in. wyszczuplające lustra, punktowe światło, przyciemnione pomieszczenie czy przyjemną muzykę.

Dlaczego sprawdzamy produkty w internecie, a kupujemy je w sklepie stacjonarnym?

W procesie podejmowania decyzji o zakupie można wyróżnić pięć faz: uświadomienie potrzeby, poszukiwanie informacji, ocena alternatyw, dokonanie zakupu, zachowanie po zakupie. Trzy środkowe etapy są kluczowe w przypadku efektu ROPO (zjawisko polegające na szukaniu informacji o produkcie w internecie, a następie kupowaniu go w sklepie stacjonarnym), a dostęp do internetu umożliwia dokładne sprawdzenie planowanego zakupu (rozwiązanie najlepsze dla osób, u których w trakcie zakupu aktywuje się kora przedczołowa). Można przypuszczać, że na decyzję o zakupie w sklepie stacjonarnym wpływa natomiast chęć natychmiastowej gratyfikacji, czyli nagrodzenia siebie za długotrwały proces szukania idealnego produktu.

Jak oferty limitowane lub promocje ograniczone w czasie wpływają na nieplanowane zakupy?

W psychologii istnieje kilka technik wpływu społecznego, które chętnie wykorzystują marketingowcy. Jedną z nich jest reguła niedostępności – trudno dostępne i limitowane dobra są dla nas bardziej atrakcyjne. Jest to bezrefleksyjna zależność, która swoje korzenia ma w prawach doboru naturalnego. W kontekście zakupów najbardziej widoczna jest w przypadku ofert „last minute”, zestawów kolekcjonerskich, ograniczonych w czasie wyprzedaży i promocji np. dla członków klubu lojalnościowego, do którego trudno się dostać.

Źródło: 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Perfekcjonista w związku

Perfekcjonistów można, w dużym uproszczeniu, podzielić na dwa typy: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. (Fot. iStock)
Perfekcjonistów można, w dużym uproszczeniu, podzielić na dwa typy: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. (Fot. iStock)
Krytykuje, wytyka błędy, jest czepialski. Nie zaśnie, dopóki nie pozmywa wszystkich kubków, nie przejdzie bez słowa obok nierówno postawionych butów. Czasem wymaga od innych, czasem od samego siebie. I nawet gdy osiąga w danej dziedzinie mistrzowski poziom, odczuwa strach: „nie jestem dla niej dość dobry”, „jeśli nie będę doskonała, to mnie zostawi”. Związek z perfekcjonistą to wyzwanie dla obu stron.

Perfekcjonista przeżywa zazwyczaj bardzo duży stres przy nawiązywaniu relacji męsko-damskich i tworzeniu związku. Przed wszystkim dlatego, że stara się za wszelką cenę unikać porażek, wypadać jak najlepiej. To z kolei wiąże się ze strachem: co on czy ona sobie o mnie pomyśli? Działają tu wewnętrzne przekonania typu: „nie jestem dość dobry”, „jeśli nie będę doskonały, to zostanę odrzucony”. Innym problemem bywa wyznaczanie partnerowi wysokich standardów przy jednoczesnym braku elastyczności i skrajnej  nieufności. Może to rodzić konflikty i poczucie niezadowolenia po obu stronach. Partnerom zazwyczaj towarzyszy poczucie dystansu emocjonalnego oraz brak wsparcia we wspólnym życiu.

Obie kwestie można częściowo odnieść do dwóch typów perfekcjonistów: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli (w dużym uproszczeniu) takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. W praktyce zwykle mamy do czynienia z połączeniem obu typów perfekcjonizmu z różnie położonym akcentem.

Etykiety lub bicie się w pierś

Osoby bardziej zewnętrznie ukierunkowane mają tendencję do wydawania dość kategorycznych ocen i łatwego etykietowania  innych osób („jesteś głupi”, „to było całkowicie nieodpowiedzialne” etc.). Nadmierny krytycyzm i surowość mogą być odbierane jako atak i wywoływać sporą złość u odbiorcy komunikatu albo partnera. Zwykle perfekcjoniści nie chcą atakować, tylko nazwać wprost to, co widzą. Trzeba też pamiętać, że perfekcjoniści traktują niekiedy zachowanie innych jako cios wymierzony prosto w ich osobę. Pojawia się tu założenie, że „wszyscy mamy takie same standardy, myślimy podobnie”, a zatem „jeżeli ktoś nie spełnia moich standardów, to robi to przeciwko mnie z rozmysłem”.

Perfekcjoniści ukierunkowani wewnętrznie interpretują zachowania innych raczej w kategorii wytykania im porażki, niedoskonałości. Szukają niedoskonałości i skaz w sobie: „skoro partner musi mi pomóc, to znaczy, że nie jestem w stanie dać sobie z tym rady sama”, „skoro partner się na mnie zdenerwował, to znaczy, że nie wyraziłam się zbyt jasno”. Zwykle towarzyszy im przekonanie, że nie są wystarczająco dobrzy. Jego źródłem jest najczęściej środowisko rodzinne: wymagające, krytyczne, akcentujące jako porażki coś, co obiektywnie porażką nie jest. To są ci, którzy jako dzieci przynosili 4 + i zamiast radości i pochwały rodzica słyszeli: „A dlaczego nie 5?”. Taka osoba w życiu dorosłym będzie dewaluowała wszelkie swoje osiągnięcia, tak jakby miała założony jakiś filtr i przez niego nie dostrzegała swoich sukcesów i dobrych stron. Towarzyszyć jej będzie poczucie, że nie zasługuje na swojego partnera, bo innych zwykle postrzega jako lepszych od siebie.

Atak i ucieczka

Perfekcjoniści mają tendencję do poszukiwania partnera idealnego. Tak przynajmniej wydaje się na pierwszy rzut oka – wybrzydzają i doszukują się wszelkich wad i niedociągnięć, by na ich podstawie odrzucać lub zrywać znajomości. W rzeczywistości sprawa jest jednak bardziej złożona. Windując oczekiwania i standardy, uzasadniają swoje odrzucenie albo realizują strategię unikania. Krytykują i odrzucają, bo czują się w jakiś sposób zagrożeni w danej relacji. Nie zdają sobie oczywiście z tego sprawy, więc automatycznie uciekają się do strategii: „atakuj pierwszy i uciekaj”.

Osoby skrajnie zewnętrznie ukierunkowane bywają wymagające. W ich przypadku może pojawić się takie typowe poszukiwanie idealnej miłości, oczekiwanie na swoją połówkę. Osób nieidealnych nie biorą więc w ogóle pod uwagę w swojej ocenie. Mając bardzo wysokie poczucie własnej wartości, wolą pozostać samotni, niż obniżyć własne oczekiwania i standardy.

Co ciekawe, większość perfekcjonistów ostatecznie zdaje sobie sprawę z dwóch aspektów interakcji międzyludzkich. Z jednej strony zdają sobie sprawę z własnej szczegółowości i drobiazgowości, z drugiej – wiedzą, że niektórzy naprawdę nie przykładają się do różnych rzeczy i realnie zasługują na krytykę. Niekiedy mają trudność w odróżnieniu tego, jak jest w danej sytuacji naprawdę. Czy krytyka jest uzasadniona, czy też może oni sami już są zbytnio czepialscy?

Pomóc perfekcjoniście

Życie z perfekcjonistą nie należy do najłatwiejszych. Jego partner musi się wykazać dużą delikatnością, zrozumieniem, akceptacją i wsparciem. Najważniejszą zasadą w takiej relacji jest zachowanie spokoju. Warto za każdym razem podjąć próbę zrozumienia intencji perfekcjonisty – owszem, słyszę krytykę i dezaprobatę, ale czy na pewno o to chodzi mojemu rozmówcy? Po drugie lepiej unikać prowokacji – jeżeli chcę coś zakomunikować perfekcjoniście, robię to delikatnie, zastanawiam się nad doborem słów, tak aby nie wypominać, nie krytykować, nie punktować jego słabości, nie wyolbrzymiać drobnych rzeczy etc.

Jeśli związaliśmy się z wewnętrznie ukierunkowanym perfekcjonistą, to wyzwaniem będzie stworzenie mu warunków do odprężenia się. Na co dzień taka osoba robi bowiem wszystko, aby zadowolić innych i uniknąć ewentualnego odrzucenia. Źle się czuje, kiedy spełnia własne potrzeby, ale chętnie robi coś dla innych. Przykładowo, propozycja pójścia do kina przedstawiona jako własna potrzeba uchroni go od wyrzutów sumienia, że zaniedbuje swoje obowiązki. W wielu przypadkach sprawdzi się mocne zaangażowanie w obowiązki domowe. To przykazanie numer jeden, jeśli nasz partner rytualnie nie kładzie się spać, dopóki nie pozmywa i nie ułoży wszystkich naczyń. Wreszcie, jakkolwiek dziwnie może to zabrzmieć, ważne jest nauczenie perfekcjonisty, jak się bawić i relaksować.

Poza tym warto wzmacniać sukcesy partnera, doceniać je (pamiętając, że przejaskrawiony  entuzjazm wzbudzi podejrzenia o nieszczerość), okazywać wiarę i zaufanie w zdolności perfekcjonisty. Można też stać się „wzorem niedoskonałości”, pokazać partnerowi, jak my sami zmagamy się z własnymi niedoskonałościami, błędami, porażkami.

Terapia da prawo do błędów

Czy partner perfekcjonista będzie w stanie naprawdę się odsłonić, pokazać swoje lęki, słabości? W bliskiej relacji, w której istnieje akceptacja i wzajemne wsparcie, jak najbardziej. Chociaż z jego punktu widzenia każda sytuacja obnażająca własną niedoskonałość czy popełniane błędy (prawdziwe lub tylko rzekome) będzie trudna.

Dobrym rozwiązaniem jest skorzystanie z pomocy psychoterapeuty. Znamienne jest to, że perfekcjoniści najczęściej nie trafiają na terapię z powodu swojego perfekcjonizmu, ale w związku z szeregiem innych problemów, w których perfekcjonizm ma swój udział, takich jak: depresja, zaburzenia odżywiania czy zaburzenia lękowe. Do przyjrzenia się sobie skłania niekiedy partner: bo w związku dzieje się gorzej, bo perfekcjonista nosi w sobie nieustanne poczucie winy wobec drugiej strony, bo oboje mają poczucie niespełniania oczekiwań w relacji.

Kamieniem milowym w terapii jest powiązanie perfekcjonistycznych cech z aktualnymi problemami, które pojawiają się w jego życiu, związku. Dostrzeżenie tej zależności jest niekiedy bardzo trudne. Trzeba sobie najpierw uświadomić, że cechy, które w sobie cenimy (a niekiedy też ceni je otoczenie), są zarazem źródłem problemów, powodują konflikty i negatywne konsekwencje dla nas samych, np. dyskomfort, niską samoocenę, zmęczenie). To takie mocowanie się ze sobą, ale warto je przejść, by poprawić jakość życia – swojego i partnera.

Dorota Nowocin jest absolwentką psychologii, posiada certyfikat psychoterapeuty Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej. Od kilku lat współpracuje z Interdyscyplinarnym Centrum Genetyki Zachowania Uniwersytetu Warszawskiego przy realizacji projektów badawczych dotyczących wpływu wydarzeń traumatycznych na zdrowie psychiczne oraz skuteczności terapii poznawczo-behawioralnej. Prowadzi konsultacje psychologiczne, psychoterapię indywidualną, terapię par oraz diagnostykę psychologiczną. Zajmuje się osobami, które doświadczają objawów lękowych i depresyjnych oraz nerwic, są pod wpływem długotrwałego stresu lub kryzysu, mają problemy z odżywianiem. Pracuje również z osobami zmagającymi się z trudnościami w relacjach, mającymi problemy z samoakceptacją i poszukującymi zmiany i satysfakcji z własnego życia. 

Artykuł archiwalny. 

  1. Psychologia

Krótka rozmowa o kupowaniu

W obecnych czasach skuteczność reklamy subtelnie oddziałującej na nieuświadamiane procesy psychologiczne, omijającej filtr krytycznego myślenia – jest daleko silniejsza niż tylko informująca o zaletach produktu. (Fot. iStock)
W obecnych czasach skuteczność reklamy subtelnie oddziałującej na nieuświadamiane procesy psychologiczne, omijającej filtr krytycznego myślenia – jest daleko silniejsza niż tylko informująca o zaletach produktu. (Fot. iStock)
Z Jakubem Traczykiem, psychologiem marketingu – o przedświątecznej gorączce zakupów rozmawia Katarzyna Droga.

Przedświąteczne zakupy przypominają  prawdziwe polowanie. Przy czym najlepsi łowcy to kobiety. Czyżby odzywał się w nas prehistoryczny gen myśliwych?
Nie wiązałbym przedświątecznej gorączki zakupowej z dawnymi instynktami. Jest to raczej zjawisko jak najbardziej współczesne i cywilizacyjne. Tu działa mechanizm społecznego dowodu słuszności. Większość ludzi odczuwa silną potrzebę unifikacji ze światem i istnienia w grupie – a tym samym poddania się jej zwyczajom. Normą społeczną podczas okresu świątecznego są zakupy, obdarowywanie najbliższych. Chcemy w tym uczestniczyć, aby nie czuć się wykluczonymi z rzeczywistości. Unifikacja z grupą zaspokaja potrzebę współistnienia w przestrzeni społecznej. Jesteśmy zadowoleni, że dotyczy nas wszystko to, co ludzi dookoła, a człowiek dąży do samozadowolenia. Co do płci – raczej chodzi o to, że kobiety zdecydowanie więcej kupują. Badania zachowań konsumenckich Polaków pokazują, że to głównie panie są odpowiedzialne za codzienne zakupy, tak więc to do nich jest kierowana cała misterna kampania marketingowa.

W grudniu jak nigdy działa magia prezentu. Kupujemy podarunki, a nie artykuły „potrzebne”. Dlaczego szukamy ich z taką pasją i przyjemnością?
Tu działać może reguła wzajemności. Mamy w pamięci otrzymane prezenty, wiemy, że w święta zostaniemy obdarowani, więc odzywa się w nas potrzeba odwzajemnienia podarunku. Rzecz, której nie kupilibyśmy wcale lub którą kupilibyśmy za mniejsze pieniądze, ląduje w koszyku wraz z przeświadczeniem, że dobrze odwdzięczymy się bliskim za to, co od nich otrzymamy.

Ale pieniędzy tracić nie lubimy. A właśnie przed świętami popadamy w szał wydawania.
I to w jak najlepszym nastroju! Właśnie dlatego handlowcy tak wiele wysiłku wkładają w to, by stworzyć w sklepach przyjemną atmosferę. Ponieważ żyjemy w czasach ogromnej ilości różnorodnych produktów, specjaliści od marketingu doskonale zdają sobie sprawę, że na decyzje kupujących wpływa nie świadomy wybór, lecz subtelna sugestia skierowana do, często nieuświadamianych, emocji czy afektu. Podczas zakupów towarzyszy nam muzyka, zapachy, specjalne dekoracje i światła. Nie przypadkiem. Aromat wanilii, cytrusów, choinki sprawia, że pozytywny nastrój udziela się kupującym, a będąc w dobrym humorze życzliwiej patrzymy na ofertę, wszystko bardziej nam się podoba i jesteśmy skłonni więcej wydać… Oto właśnie poddaliśmy się wpływowi zabiegów marketingowych w sferze zmysłów i w przestrzeni.

W przestrzeni, czyli…
Wystrój sklepów, ułożenie produktów na półkach w supermarketach, to przemyślana konstrukcja. Przestrzeń wielkich magazynów jest zorganizowana z myślą o intensyfikacji sprzedaży. Na przykład alejki, czyli ścieżki konsumentów, są zaprojektowane tak, że zanim dotrzemy do artykułów pierwszej potrzeby, przemierzamy trasę pomiędzy półkami, z których kuszą atrakcyjne, choć w tej chwili zupełnie zbędne towary. I – w dobrym nastroju – dajemy się skusić! Wychodzimy zaopatrzeni w produkty, których nie mieliśmy w planach, ale były „po drodze”.

Po co nam słynne „przydasie” – czyli czemu kupujemy coś, czego pewnie nigdy nie użyjemy…
To zależy, czy chodzi o produkt całkowicie dla nas nowy, nowej marki, czy taki, wobec którego uważamy się za klientów lojalnych. W pierwszym przypadku możemy impulsywnie dokonać zakupu w odpowiedzi na wspomniane wyżej zabiegi marketingowe. W drugim – czujemy się zobligowani do zakupu. Oczywiście, zjawisko „kupowania na zapas” bywa uwarunkowane przez czynniki osobowościowe lub temperamentalne. Do tego dochodzi tzw. efekt awersji do strat. Z perspektywy kupującego lepiej połączyć kilka strat w jedną większą, niż doświadczać każdej z osobna. O wiele więc łatwiej pogodzić się z wydatkiem 200 zł na zakup dwóch sztuk jakiegoś produktu, niż narazić się na dwukrotną stratę 100 zł, kupując dwie sztuki tego produktu w krótkim odstępie czasu.

Działa też reklama. Czy dziś jesteśmy mniej podatni na spoty o sielankowych rodzinach?
Z pewnością. W obecnych czasach skuteczność reklamy subtelnie oddziałującej na nieuświadamiane procesy psychologiczne, omijającej filtr krytycznego myślenia – jest daleko silniejsza niż tylko informująca o zaletach produktu. Dlatego twórcy reklam kierują komunikaty do podświadomości, działają na zmysły – znów – smaku, słuchu. A jeśli kobiety są bardziej wrażliwe na zapach, dźwięk, dotyk, to mogą być też bardziej podatne na takie właśnie zabiegi.

Dlaczego czasem wybieramy droższe produkty? Manipulacja cenami to prawdziwa sztuka. Bywa, że mając w głowie zakodowaną wyższą cenę produktu, sugerujemy się zmniejszoną chwilowo ofertą – kupujemy skuszeni „okazją”, a potem, kiedy porównamy ceny z innych sklepów lub z oferty internetowej, okazuje się, że i tak przepłaciliśmy. I tu działają emocje, impulsywne odczucie, że coś cennego możemy zdobyć taniej – warto uświadomić sobie ten mechanizm, ochłonąć, porównać.

Takim dziełem sztuki konstruowania ceny jest słynna „polka”, czyli 9,99 zamiast 10 złotych. Czemu się na to nabieramy?
Patrząc na ceny, zwracamy większą uwagę na wartości po lewej stronie od przecinka, a informację o tym, co dalej, ignorujemy. W jakiś sposób jesteśmy skupieni jedynie na wartości złotych, nie groszy. Zbadano też, że, kupując, podejmujemy decyzje w kontekście odczucia straty lub zysku. W kontekście zysku wolimy być pewni, że coś zdobędziemy, a w kontekście straty – zaryzykować. Silniejsze jest uczucie przykrości wywołane stratą niż przyjemność spowodowana zyskiem czy oszczędnością. Dlatego 9,99 złotych to dla nas wciąż 9 złotych, co oszczędza zmartwień, a daje poczucie zysku, nie starty. I tak wydajemy 10 złotych bez grosza.

Jak zachować rozsądek w kupowaniu? Zalecam rozwagę i świadome niepoddawanie się emocjom chwili. Racjonalizacji wydatków sprzyja zaplanowanie ich stosownie do budżetu, jakim dysponujemy, i wiedza o ofercie rynku. Dobrą metodą jest podzielenie zakupów na kilka etapów: najpierw rekonesans po sklepach, zanotowanie cen, porównanie, a po powrocie do domu skonfrontowanie ich z cenami w Internecie. Potem analiza: czego potrzebuję najbardziej i dopiero powrót po określone produkty. Chodzi o to, by uniknąć decyzji impulsywnych – one najczęściej prowadzą do wydatków, których później żałujemy, czego nikomu w święta nie życzę.

Jakub Traczyk psycholog marketingu ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej we Wrocławiu. Zajmuje się m.in. badaniami percepcji, oceny i podejmowania zachowań ryzykownych. Współpracuje z agencjami badań rynkowych i marketingowych.

  1. Psychologia

Kobieta w drodze do… siebie. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Do rozpoczęcia poszukiwania siebie kobiety popycha zazwyczaj krytyczny moment w życiu. (Fot. Getty Images)
Do rozpoczęcia poszukiwania siebie kobiety popycha zazwyczaj krytyczny moment w życiu. (Fot. Getty Images)
„Jedz, módl się, kochaj” i „Kobiecość w rozwoju” to pozornie różne lektury: powieść i książka psychologiczna. Obie jednak dotykają procesu stawania się sobą, indywidualizacji kobiety, mówią, że jej warunkiem jest podróż dosłowna i symboliczna. Czy rozwój kobiet przebiega tak samo – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

W wielu współczesnych powieściach, takich jak „Jedz, módl się, kochaj” Elizabeth Gilbert, pojawia się ten sam motyw: kobieta po rozwodzie albo nieudanym związku rusza w drogę. Kobiety czytają, oglądają nakręcone na podstawie tych książek filmy i być może dlatego, gdy znajdą się w trudnej życiowej sytuacji, postępują podobnie. Z takich inspiracji powstają kolejne już autobiograficzne opowieści jak „Dzika droga” Cheryl Strayed. Czyżby więc podróż była dla kobiety sposobem na poznanie siebie?
Nie jestem kobietą i to ryzykowne przedsięwzięcie, żebym wypowiadał się w imieniu kobiet. Skoro jednak pytasz, podzielę się doświadczeniem wyniesionym z towarzyszenia wielu kobietom w podążaniu ku ich prawdziwej – a przynajmniej prawdziwszej – tożsamości. Do rozpoczęcia poszukiwania siebie kobiety popycha zazwyczaj krytyczny moment w życiu. Najczęściej to samotność i klimakterium, bo też szczególna trudność tych sytuacji polega na tym, że nie ma żadnego kulturowego ani obyczajowego przepisu na rolę młodej, atrakcyjnej, niezależnej kobiety, nieposiadającej dzieci i niepozostającej w stałym związku z mężczyzną. Jak i nie ma żadnego kulturowego ani obyczajowego przepisu na rolę czynnej zawodowo, niezależnej, wolnej od zobowiązań wobec dzieci, często rozwiedzionej albo owdowiałej, dobrze wyglądającej kobiety po klimakterium.

W wymiarze kulturowym i socjologicznym nie ma ani dla tych pierwszych, ani dla tych drugich miejsca, nie ma misji, nie ma zasług, nie ma uznania. W wymiarze religijnym zagrożone bywają odmową sakramentów, a nawet zbawienia. I zapewne dlatego kobiety uczęszczają licznie na różne formy psychoterapii, coachingu, warsztatów, seminariów, kręgów, grup wsparcia itp. Szczególnie w okresie klimakterium, gdy dochodzą do siebie po pracowitym i pełnym poświęceń życiu, czują się seksualnie przezroczyste, rodzinnie niepotrzebne, społecznie i zawodowo wykluczone – rodzą się w nich naturalne pytania: Co dalej? Jaki jest powód i sens mojego życia? Jaka jest moja misja? Kim ja właściwie jestem? Podobne pytania stawiają sobie kobiety młode, samotne i bezdzietne, zarówno te samotne z wyboru, jak i przeżywające samotność jako niepowodzenie i stratę. Jeśli podążą za tymi trudnymi pytaniami, mogą wyrwać się z klaustrofobicznej przestrzeni kulturowych i obyczajowych stereotypów i poznać swoje aspiracje i potrzeby.

I w tym celu ruszają w podróż. Pia Skogemann w „Kobiecości w rozwoju” wylicza siedem jej faz. Zaczyna się zwykle nagle, od uświadomienia sobie niezadowolenia z roli, w jakiej się tkwi.
Podróż jako droga do uwalniania się kobiety z ograniczeń kulturowych i obyczajowych staje się popularnym wątkiem także w mediach informacyjnych. Jedna z opowieści mówi o emerytowanej krawcowej z małego polskiego miasteczka, którą pewnego wieczoru coś tknęło. Oderwała zmęczone ręce i piekące oczy od roboty, wstała i tak jak stała, łapiąc po drodze torebkę, wybiegła z domu. Wsiadła w pierwszy samochód, jaki się zatrzymał, i... wróciła odmieniona po kilku latach, po pełnej przygód podróży po Europie. Do niedawna takie odważne zachowanie bywało podziwiane tylko w wykonaniu męskim. W kobiecym – wyśmiewane i tępione. Czasy się jednak zmieniają. Podróżniczka staje się ważnym i popularnym wzorcem dla kobiet, bo pozwala – bez ryzyka ostracyzmu – przekroczyć stereotypowe przywiązanie do domu, dzieci, kuchni i Kościoła, do kilku sklepów i bazarku, i tych dwóch miejsc, gdzie jeździ się na bezpieczne wakacje. Dla coraz większej liczby kobiet to grubo za mało, by poznać siebie i świat.

Coś niezwykłego musi się jednak wydarzyć w tej podróży.
Otwarcie się na świat, poznawanie siebie w trudnych sytuacjach, w relacjach z ludźmi z innych kultur to konieczne, by podróż stała się czasem wewnętrznego dojrzewania, rozbudzania i odkrywania swoich do tej pory nierozpoznanych możliwości. Według Pii Skogemann jakiś napotkany przewodnik lub znak ze świata przyrody pomaga bohaterce przekroczyć już nie tylko próg domu, lecz próg nieświadomości. Takie wydarzenie zapoczątkowuje drugi etap podróży. To jest zadziwiające, jak wiele kobiet przyciąga szamanizm – piękna i wymagająca ścieżka poszukiwania transcendencji w przyrodzie. To potwierdza tezę o naturalnym związku kobiety z naturą. Jest on zazwyczaj dużo silniejszy niż ten odczuwany przez mężczyzn. Dlatego przewodnikiem kobiety w tej podróży może okazać się dowolna manifestacja przyrody, np.: ogród, drzewo, kwiat, kot, pies, fretka albo chomik.

W kolejnej powieści o podróży „Sekrety uczuć” Barbary O’Neal takim przewodnikiem jest czarno-biały pies. Pomaga wkroczyć w etap, który zdaniem Pii Skogemann ma zaowocować konfrontacją z postacią matki, by jej obraz nie był przeszkodą, ale służył pomocą w dalszej wyprawie córki.
Realna matka przekazująca córce spuściznę zsocjalizowanej i zrepresjonowanej kobiecości musi zostać zanegowana. Wtedy ona i jej los stają się dla córki ostrzeżeniem: „Nie naśladuj matki. Zrób coś, by twoje życie było inne. Szukaj siebie prawdziwej”. A wtedy spoza zasłony matki realnej ukazuje się matka archetypowa: zmysłowe, nieustraszone i niezniszczalne źródło życia – pierwotne i ponadgatunkowe. Realna matka jest więc córce potrzebna po to, by stać się drogą prowadzącą do odkrycia pierwotnej „matkości”, a tym samym prawdziwej kobiecości.

Kolejny etap to poznanie kochanka, spotkanie z nim wtajemnicza kobietę w seksualność.
Kobiety odkrywające swoje prawdziwe potrzeby i oblicze potrzebują doświadczyć seksualności wolnej od pragmatycznego i instrumentalnego uzasadnienia. W życiu kobiety dostosowanej do norm i zasad seks jest prawie zawsze po coś: by uwieść i przywiązać partnera, podtrzymać związek, mieć dzieci, wypełnić małżeński obowiązek, by nie poszedł do innej, by uniknąć podejrzenia o oziębłość, dorównać koleżankom. Dla wielu kobiet seks jest także po to, aby się go wyprzeć i tak zapewnić sobie łaskawość – ponoć radującego się takim poświęceniem – Stwórcy. Nic dziwnego, że w drodze ku sobie prawdziwej często budzi się w kobiecie potrzeba kochanka – pragnienie doświadczenia seksu wyzwolonego. Wtedy kobieta nie szuka mężczyzny nadającego się na ojca i partnera, lecz archetypowego, biologicznego kochanka, z którym seks nie służy niczemu innemu prócz seksu.

I po to kobiety po pięćdziesiątce jadą na sekswakacje do Tunezji?
Nie ma w tym nic śmiesznego ani gorszącego – póki stoi za tym świadoma decyzja, a nie rozpacz kobiety spragnionej trwałego związku. Odkrycie w sobie dzikiego, wolnego wymiaru seksualności jest dla kobiety ważniejsze i bardziej konstruktywne niż dla mężczyzny. Mężczyzn przygody seksualne utwierdzają w złudzeniu ich wyjątkowości i władzy, w lekceważącym stosunku do kobiet. Kobiety dzięki takiemu doświadczeniu trafniej, w sposób autonomiczny i godny definiują swoją rolę i miejsce w świecie oraz w relacji z mężczyzną. Ponieważ jednak patriarchat nigdy nie był zainteresowany niczym, co by pozwalało kobietom odzyskiwać ich poczucie wolności i autonomii, więc takie kobiece poszukiwania były i są piętnowane i dewaluowane.

Bohaterka „Jedz…” wyzwala się też z diet i odzyskuje radość jedzenia. Kupuje większe spodnie, zamiast się głodzić.
Oddanie ciału decyzji o optymalnej dla niego diecie i wadze  jest przejawem dojrzałości i synergii z potrzebami organizmu. Ale pofolgowanie sobie w jedzeniu nie może kłócić się z mądrą troską o zdrowie. To trudne, bo kobiety często nie cierpią swoich ciał. Więc zarówno obsesyjne głodzenie się, jak i folgowanie apetytowi bywa przejawem autoagresji.

Dopiero po seksie i jedzeniu bohaterka „Jedz...” jedzie do aśramy: modlić się i medytować.
To bardzo ważne przesłanie tej książki: zanim wejdziemy na duchową ścieżkę, warto w realnym, świeckim życiu poznać siebie i swoje prawdziwe potrzeby, rozwinąć psychiczny i duchowy potencjał. Ważne też, by uprzednio doświadczyć swego cienia. W przeciwnym razie nasza duchowość może przerodzić się w ufundowaną na psychologicznej pustce i niedojrzałości, fundamentalistyczną, duchową egzaltację. Pia o tym także pisze, piąty etap podróży to spotkanie z ze swoją ciemną stroną.

Jej zdaniem dla kobiet spotkanie z cieniem jest mniej ważne niż spotkanie z negatywnym animusem, czyli męskim aspektem.
Cień dla kobiety nie jest mniej ważny niż dla mężczyzny. Może tylko jest trochę lżejszy, mniej złowrogi. Mężczyźni mają silniejsze instynkty agresywne: skłonność do przemocy, nieokiełznaną seksualność, potrzebę władzy i podboju. Natomiast najtrudniejszym wymiarem kobiecego cienia jest syndrom ofiary odziedziczony po tysiącleciach patriarchatu i oparty na iluzji winy (w tej sytuacji animusem ukrytym w kobiecej podświadomości jest mężczyzna prześladowca. I tam, w strefie kobiecego cienia, ofiara kobieta jest przyciągana do animusa prześladowcy, a potem pozwala mu się zniewolić i upokorzyć w przekonaniu, że zasłużyła na karę). Wiele kobiet ma nieświadomą predyspozycję do wchodzenia  w związki z mężczyznami, którzy niosą w sobie demoniczny cień, skłonny do przemocy i gwałtu. Wydobycie z cienia aspektu ofiary jest dla współczesnych kobiet najważniejszym wyzwaniem na drodze odkrywania prawdziwej, naturalnej kobiecości. To tym ważniejsze, że nieuświadomiona ofiara chętnie i niepostrzeżenie zamienia się w prześladowcę, do czego jeszcze trudniej się kobietom przyznać.

Kolejny etap to „zejście do nadiru”, czyli do najgłębszej nieświadomości. Panuje tu chaos symboli i obrazów, które reprezentują śmierć bohaterki, jej dawnego „ja”.
Chodzi o piekło wypartych, nieuświadomionych potrzeb. Musimy je poznać, wyciągnąć na światło dnia i w ten sposób pozbawić złowrogiej mocy. Jeśli tego nie zrobimy, nadal z ukrycia będą kierować naszym życiem. Ten fragment cienia trudno przyjąć i zrozumieć. Bywa, że gdy przekroczy on naszą zdolność asymilacji, doświadczamy nawet psychotycznego epizodu. Dzieje się tak, gdy wewnętrzny obserwator i narrator jest zbyt słaby i całkowicie zaangażuje się w – z pozoru przerażający – spektakl umysłu. Wtedy wydobyte z ukrycia treści i postacie mogą na jakiś czas przejąć władzę nad umysłem. Dlatego dobrze jest po takim epizodzie poddać to, co się wydarzyło, głębokiej refleksji – najlepiej w towarzystwie psychoterapeuty lub duchowego nauczyciela. No i wzmacniać wewnętrznego obserwatora np. medytacją.

Powrót to ostatni etap. Łatwy dla mężczyzn, trudny dla kobiet, bo społeczność nie chce nas przyjąć, gdy jesteśmy silne i wolne. To, co przynosimy, jest odrzucane.
Niestety, tak się dzieje. Pewnie dlatego kobiety z takiej podróży nie wracają do rodzinnej, starej „wioski”. Znajdują jakieś enklawy i tworzą własne przyjazne im społeczności. Gromadzą wokół siebie ludzi, którzy podobnie myślą i mają podobne aspiracje. To dobrze. Gdy za jakiś czas takie wspólnoty obejmą około 10 proc. ludzi, utworzy się masa krytyczna, która może zmienić świadomość całej populacji. Na razie autonomiczna, dojrzała, wolna od wewnętrznych ograniczeń kobieta, a także mężczyzna, to rzadkie zjawisko.

Kto może być partnerem tej nowej kobiety?
Tylko ten, kto przeszedł podobną drogę. Gdy odzyska się prawdziwą świadomość, trudno być z tym, kto jej nawet nie przeczuwa i inaczej patrzy na świat. Jako że podróż do pełnej świadomości prowadzi różnymi drogami, lecz zawsze na ten sam szczyt, więc kobieta i mężczyzna mogą się tam wreszcie prawdziwie spotkać. Wtedy jednak – paradoksalnie – tworzenie związku nie jest już dla nich najważniejsze. Obie strony wiedzą, że drugi człowiek nie jest w stanie ich uszczęśliwić ani unieszczęśliwić. I dzięki temu właśnie związki te są na ogół trwałe, pogodne i szczęśliwe.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Potrzeby innych są ważniejsze? Bądź dobra także dla siebie

Kochanie siebie to proces, zmiana świadomości, nawykowego myślenia i postrzegania świata. (Fot. iStock)
Kochanie siebie to proces, zmiana świadomości, nawykowego myślenia i postrzegania świata. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jesteś miła, choć zalewa cię złość? Rezygnujesz z własnego komfortu dla czyjejś wygody? Machasz ręką, bo nie chcesz kłopotów? Jeśli tak, to ten tekst jest dla ciebie.

W życiu rzadko sprawdza się reguła z bajek, że za dobro spotyka nas nagroda. To nie oznacza od razu, że powinnaś stać się wyrachowana i zła – nadal bądź dobra, ale najpierw dla siebie. Jeśli potrzeby innych są dla ciebie ważniejsze, pora to zmienić.

W poszukiwaniu akceptacji

To w dużej części kwestia kulturowa – ciekawy, ale i drażliwy temat w dobie aktualnej dyskusji o tym, czym jest gender. Choć kochany chce być każdy, to kobiety zabiegają o to bardziej niż mężczyźni. Mają mniej pewności siebie i postawę bardziej altruistyczną – w końcu jako potencjalne przyszłe matki jesteśmy szkolone od dziecka, by opiekować się innymi. Badania przeprowadzone w 13 krajach dowodzą, że Polki i Japonki oceniają się najsurowiej. Często umniejszamy własną wartość, „nie pchamy się na afisz”, nie doceniamy się – nic dziwnego, że za krztynę zachwytu gotowe jesteśmy oddać pół królestwa.

Nieobdarzanie siebie uwagą, czułością i troską może wynikać też z głęboko zakorzenionego przekonania, że na to nie zasługujemy, że inni i ich oczekiwania są ważniejsze. Potrzeba bycia w grupie, a więc akceptacji, jest jedną z najważniejszych ludzkich potrzeb. Nikt nie chce żyć na marginesie, bo przynależność do grupy daje poczucie bezpieczeństwa. Dlatego gotowi jesteśmy pomniejszać swoje sukcesy, nie doceniamy tego, co już osiągnęliśmy, za to z łatwością dostrzegamy zasługi innych. Bywa, że bezpodstawnie, byle się przypodobać i należeć do „stada”.

Sucha studnia

Jest takie powiedzenie, że ze suchej studni nikt nie ugasi pragnienia. Jeśli chcesz poświęcać czas i uwagę innym – super. Jeżeli przynosi ci to radość i spełnienie – jeszcze lepiej. Ale pamiętaj, że aby napoić innych, sama musisz być napełniona. Dlatego więc przede wszystkim trzeba zadbać o realizację własnych potrzeb. Spychane na bok po to, aby zadowolić innych, ujawnią się jako frustracja, rozczarowanie, poczucie krzywdy, na dłuższą metę „zmarnowane życie”. Tylko mając poczucie pełni, możemy dzielić się z innymi swoimi darami. Nie oczekując nic w zamian. Bo jeśli wszystko mam, to niczego mi nie brak. Także niczyjego uznania (choć jest ono oczywiście miłe, i jeśli je dostaniemy, to przyjmiemy je z radością i wdzięcznością). Dobrze jest się dzielić, bo tak chcemy, być zaangażowanym w pracę, bo to nas rozwija i służy dobru innych, a nie dlatego, że musimy, nie po to, by wypełnić cudze oczekiwania (jako „dobra żona”, „dobra matka” czy „dobry chrześcijanin”). W przeciwnym razie, gdy nie dostaniemy nic w zamian, poczujemy się skrzywdzeni.

Sprawdź, jak się postrzegasz

Jak zapełniać tę studnię, by móc potem z niej czerpać? Nie światem zewnętrznym, nie innymi ludźmi, ale realizując własne marzenia (cele – jeśli wolisz) i dbając o siebie. Dopiero wtedy możesz napoić innych.

Ćwiczenie: Jaka jestem

Gdy poszłam wiele lat temu na szkolenie samoobrony dla kobiet WenDo, dostałyśmy polecenie, by z liter, które składają się na nasze imię i nazwisko, ułożyć krzyżówkę z samymi pozytywnymi przymiotnikami na swój temat – „R” jak radosna, „T” jak troskliwa itd. Ty też tak zrób – weź kartkę i długopis, nastaw stoper na 10 minut i pisz. Jeśli twoje imię i nazwisko składa się z 16 liter, przymiotników musi być 16, jeśli z 10, to 10. Może być więcej, ale nie mniej. Litery imienia i nazwiska mogą znajdować się w dowolnym miejscu każdego przymiotnika – na początku, na końcu lub w środku.

Na przykład:

Napisałaś? Czy przez 10 minut udało ci się zebrać pozytywne cechy samej siebie, z którymi się zgadzasz, ze wszystkich liter swojego imienia i nazwiska? Przyszło ci to łatwo czy z trudem? Mogłabyś na głos, przed audytorium, przeczytać je o sobie z pełnym przekonaniem? Nie wstydząc się? Nie uznając, że nie wypada tak się chwalić? Proszę, przeczytaj.

Przyznam się bez bicia, że dziś robię to błyskawicznie i bez wahania, mam dla siebie uznanie na wielu obszarach i myślę o sobie dobrze (co nie znaczy, że pozbyłam się wszystkich mankamentów albo że nie jestem ich świadoma). Ale wówczas, parę lat temu, z moich 16 liter byłam w stanie stworzyć tylko siedem pozytywnych opinii na swój temat. Dużo łatwiej było mi wtedy wypisać, jak jestem niedoskonała. Wówczas w moich oczach wszyscy inni wydawali się ciekawsi, lepsi, bardziej interesujący ode mnie. Cóż to była za łaska, móc przebywać z nimi. Czerpać od nich, grzać się w ich blasku.

– Wszyscy mamy potrzebę miłości i akceptacji ze strony innych ludzi, ale nie potrafimy zaakceptować i pokochać samych siebie – mówi Don Miguel Ruiz w książce „Cztery umowy”. – Im bardziej się kochamy, tym mniej się nad sobą znęcamy.

Pamiętaj, że obraz samej siebie, który wynika dziś z tej krzyżówki, to nie jest prawda obiektywna. To sposób myślenia o sobie samej na ten moment. Jeśli trudno ci było powiedzieć o sobie coś dobrego, to następnym razem na pewno będzie dużo łatwiej. Powtarzaj to ćwiczenie co jakiś czas, gdy już poczujesz się ze sobą lepiej.

Zauważ, czego brak ci do szczęścia

By wiedzieć, czego ci brakuje, sprawdź najpierw, w jakich obszarach masz największe deficyty – to ci pomoże zobaczyć, w jakim miejscu dziś jesteś, co realizujesz, a co wymaga dopełnienia, byś sama ze sobą czuła się lepiej i miała większy stopień satysfakcji z własnego życia.

Ćwiczenie na poziom satysfakcji życiowej

Wypisz na kartce to, co jest dla ciebie w życiu najważniejsze – osiem obszarów. Narysuj koło i podziel je na osiem równych części, a następnie wpisz obszary w koło – w każdej z ośmiu części jeden obszar, np. życie zawodowe, życie uczuciowe, relacje z innymi, zdrowie, finanse, rozwój osobisty itd., słowem wszystko to, co jest dla ciebie ważne. Następnie określ, w skali od 1 do 10, w jakim stopniu jesteś zadowolona z tego obszaru. Sprawdź, co najbardziej wymaga rozwoju, o co w pierwszej kolejności dobrze byłoby zadbać.

Możesz też, jeśli wolisz, rozrysować te obszary w słupkach i ustawić według wartości procentowej – od tego, który przynosi ci najwięcej satysfakcji, do tego, o który zadbałaś dotąd najmniej. Pomyśl, czy jesteś zadowolona z poziomu realizacji twoich życiowych ważnych obszarów. Jeśli tak – to gratuluję, możesz – jeśli tylko chcesz – wyznaczyć sobie nowe cele lub dzielić się tym, co masz, z innymi.

Jeśli któryś z obszarów wydaje ci się mocno zaniedbany, pomyśl, co powinnaś zrobić, by te deficyty uzupełnić i żyć w lepszej równowadze. Pamiętaj, by nie pozostać na zbyt ogólnym poziomie, więc jeżeli uznasz, że nie jesteś zadowolona z jakiegoś obszaru, np. finansowego albo dotyczącego relacji z innymi, to na oddzielnej kartce wypisz konkretnie, co chcesz osiągnąć, i zrób plan, z terminarzem – czyli określ w czasie, co zrobisz i do kiedy, by to poprawić.

To ćwiczenie da ci, oprócz wglądu w to, w jakim miejscu jesteś dzisiaj, także świadomość wpływu na swoje życie. Bo to od ciebie zależy, który obszar może dać ci w przyszłości poczucie większego zadowolenia. Zastanów się też: „skoro ten obszar jest dla mnie ważny, a tak mało jestem z niego zadowolona, to co mnie blokuje, że dotąd nie rozwijałam go w satysfakcjonujący dla mnie sposób?”. Może jesteś nie dość asertywna? Może brakuje ci odwagi, by podjąć poważną decyzję i odkładasz ją na nieokreśloną bliżej przyszłość? Może boisz się, że coś innego przez to stracisz? Pamiętaj, to, co cię zatrzymuje, nie pozwoli ci pójść naprzód. Cudowne rozwiązania same się nie znajdą – podejmij decyzję, co naprawdę jest dla ciebie ważne, i zajmij się tym już teraz. Powtórz za pół roku to ćwiczenie (wpisz od razu do kalendarza termin, żeby nie zapomnieć) i porównaj oba wykresy – sprawdzisz w ten sposób, czy realnie masz wpływ na satysfakcję ze swego życia. I zapełnianie swojej studni.

Siej, a plony wzejdą

Świadomość własnego bogactwa, budowanie na zasobach, a nie deficytach, jest bardzo wzmacniająca – nie chodzi o to, by oderwać się od innych, nie potrzebować ich – przeciwnie. Bądźmy z innymi, ale z innych powodów i z innego poziomu. Nie żeby otrzymywać od nich akceptację i miłość, która nas wypełni i sprawi, że poczujemy się lepiej, ale z poziomu bogactw, którymi same dysponujemy, by się nimi wymieniać, obdarowywać nawzajem, dzielić. Kochajmy innych, ale najpierw siebie.

Jeśli kochamy siebie, nawet jeżeli inni nie odwzajemnią naszych darów, nic nam nie ubędzie, ponieważ nie robimy tego z zamiarem, żeby dostać coś w zamian – bo wszystko, czego pragniemy – już mamy. Inni nie muszą wypełniać nam już pustki w sercu, bo sami sobie to zapewniamy.

Kochanie siebie to proces, zmiana świadomości, nawykowego myślenia i postrzegania świata, ale to droga, na którą warto wejść, by wieść szczęśliwe, dobre, satysfakcjonujące życie. I zdrowe, bo jak dowiedziono, to, jak o sobie myślimy, wpływa na nasze samopoczucie, a samopoczucie na odporność organizmu. Dbanie i troska o siebie mają zbawienny wpływ nie tylko na to, co i jak o sobie myślimy, ale też jak się czujemy.

Jak zacząć? Sondra Ray, autorka wielu książek poświęconych rozwojowi osobistemu, miłości i samoakceptacji, proponuje: „Chwalić siebie i werbalnie wyrażać dla siebie uznanie, akceptować wszystkie swoje działania, mieć zaufanie do swoich możliwości, sprawiać sobie przyjemność bez poczucia winy. Kochać siebie to kochać swoje ciało i zachwycać się swoim pięknem, to dawać sobie to, czego pragniesz, z poczuciem, że na to zasługujesz. Kochać siebie to pozwalać sobie na wygrywanie, to dopuszczać do siebie innych, zamiast godzić się na samotność. Kochać siebie to kierować się własną intuicją, to odpowiedzialnie tworzyć swoje własne zasady. Dostrzegać własną doskonałość, sobie przypisywać zasługi za to, co się zrobiło. To nagradzać się i nigdy się nie karcić. To mieć do siebie zaufanie, karmić się dobrym pożywieniem i dobrymi myślami. Otaczać się ludźmi, których obecność ci służy. Uważać siebie za równego innym. Wybaczać sobie. Pozwalać na czułość. Być dla siebie autorytetem, zamiast cedować to na kogo innego. Rozwijać swoje twórcze impulsy”.

Uwolnij i wypuść

Za cokolwiek jesteś na siebie zła – za nietrafione decyzje, niesprawiedliwe traktowanie innych, brzydkie uczynki, cokolwiek sobie wyrzucasz – pomyśl, że to się wydarzyło, bo miałaś inną wiedzę na temat siebie i świata, że byłaś w innym miejscu, innym czasie, mniej świadoma. Dziś jesteś kimś innym – wzrastasz, tamtej ciebie już nie ma. Uwolnij tę dziewczynę i wypuść na wolność, a ty idź dalej już sama.

Ludzi, których po drodze spotkasz, traktuj z życzliwością, ale nie większą niż siebie. Gdy będziesz pełna miłości i współczucia dla siebie, relacje z innymi same się ułożą. I skupiaj się na zasobach, nie deficytach – buduj na tym, co masz. Przede wszystkim jednak bądź dla siebie dobra. Od tego się wszystko zaczyna i na tym kończy. Wtedy świat otrzyma stosowny komunikat. Da ci ani mniej, ani więcej, niż ty sama sobie dajesz.

Zastosuj od zaraz:

  • Nie żyj życiem innych, tylko swoim.
  • Bądź łagodna, ale stanowcza.
  • Przyznawaj innym prawa takie jak sobie, a sobie takie jak innym – nie większe i nie mniejsze.
  • Kieruj się współczuciem, pomagaj innym, ale nie swoim kosztem.
  • Angażuj się w to, w co wierzysz.
  • Pamiętaj, że nic nie musisz, wszystko możesz.
  • Doceniaj siebie.

  1. Psychologia

Dobrze, że jestem. Jak pokochać samego siebie?

Pokochać siebie to wyzwanie na całe życie. Z każdym dniem, miesiącem i rokiem możemy kochać siebie bardziej i bardziej, krok za krokiem odkrywać swoją doskonałą naturę. Potrzebujemy jedynie zaangażowania w mierzeniu się ze swoimi lękami i ograniczającymi przekonaniami. (Fot. iStock)
Pokochać siebie to wyzwanie na całe życie. Z każdym dniem, miesiącem i rokiem możemy kochać siebie bardziej i bardziej, krok za krokiem odkrywać swoją doskonałą naturę. Potrzebujemy jedynie zaangażowania w mierzeniu się ze swoimi lękami i ograniczającymi przekonaniami. (Fot. iStock)
„Jestem dla siebie ważna i cenna. Kocham siebie, więc otaczam swoje ciało miłością i troską. Kocham siebie, więc zapewniam sobie wygodne miejsce do życia. Kocham siebie, więc wykonuję pracę, która daje mi radość. Kocham siebie, więc myślę o innych z miłością. Kocham siebie, więc żyję teraźniejszością…” - to słowa jednej z duchowych nauczycielek. Kochamy siebie?

Zanim zaczniesz czytać ten tekst, zrób, proszę, krótkie ćwiczenie. Wstań i podejdź do najbliższego lustra. Przez dłuższą chwilę popatrz sobie w oczy i powiedz swoje imię, a następnie zdanie: „Kocham cię i akceptuję taką, jaka jesteś”. Jak poszło? Tortura? Całkiem przyjemne? Jest wiele książek na temat znaczenia miłości do siebie. Autorzy polecają lustro, twierdząc, że znakomicie odbija uczucia do siebie. Amerykańska terapeutka Louise Hay, autorka znanej także w Polsce książki „Możesz uzdrowić swoje życie”, pisze, że od spojrzenia w lustro zaczyna się ożywczy proces powrotu do siebie. Tych, którzy przychodzą do niej po pomoc, prosi, aby wzięli ze sobą małe lusterko. Na pierwszym spotkaniu mają tylko spojrzeć sobie głęboko w oczy z akceptacją i miłością. Okazuje się, że dla wielu to wyzwanie ponad siły. Rzadko obserwuje spokojną reakcję. Niektórzy krzyczą, inni są bliscy płaczu lub wściekają się, niektórzy krytykują swój wygląd lub cechy charakteru albo twierdzą, że NIE MOGĄ tego zrobić. Jeden z mężczyzn cisnął lusterkiem o podłogę, inny wybiegł z pokoju.

Wayne Dyer w książce „Pokochaj siebie” także proponuje zacząć od prostego pytania: „Czy podoba mi się moje ciało?”. John Welwood w książce „Idealna miłość, niedoskonały związek” pisze, że wewnętrzny krytyk najpełniej dochodzi do głosu, gdy patrzymy w lustro: „Jak reagujesz na twarz wpatrującą się w ciebie? Jak reagujesz na zmarszczki? Akceptujesz siebie bezwarunkowo czy też bezlitośnie osądzasz?”.

Nie taka, jak trzeba

Zbyt słaba. Zbyt silna. Za gruba. Za chuda. Za niska. Za wysoka. Za leniwa. Za stara. Za młoda. Trochę nierozgarnięta. Nieciekawa. Nijaka. Mało inteligentna. Za bardzo pyskata. Louise Hay pisze, że gdy przychodzą do niej ludzie z problemami zdrowotnymi, finansowymi, dotyczącymi związków czy czegokolwiek jeszcze, ani przez chwilę nie zajmuje się tymi problemami, koncentruje się tylko na jednej sprawie – na miłości do siebie. „Najgłębszym przekonaniem większości z nas jest »nie jestem dość dobra«, »nie jestem w porządku«, »nie robię wystarczająco dużo« – pisze Hay. Jeżeli tak myślimy o sobie, to jakim cudem mielibyśmy stworzyć życie oparte na miłości, radości, dobrym samopoczuciu i zdrowiu?” – pyta.

Sonia Raduńska, autorka „Białych zeszytów” i „Kartek z białego zeszytu”, pracuje z kobietami w grupach rozwoju osobistego. – Wiele kobiet mówi, że są nic niewarte, dopóki nie znajdą mężczyzny, który je pokocha, nie wyjdą za mąż. Albo dopóki nie schudną, nie urodzą dziecka, nie zrobią kolejnego dyplomu. Stawiają sobie i światu warunki – mówi. Zna to z własnego doświadczenia. Na przykład nienawidziła siebie, gdy paliła papierosy. Przestanę palić, to siebie pokocham – taki był jej warunek. Ale to nie działa. Dopiero wtedy, gdy zaakceptowała siebie w całości, mogła bez wysiłku rozstać się z papierosami.

Pokochać siebie to czarodziejska różdżka rozwiązująca problemy, pisze Hay. I obiecuje: „Gdy pokochasz siebie, doznasz takiego przypływu uskrzydlającego szczęścia, że zatańczysz z radości”. I pokochasz innych. Bo czymże jest miłość? – zastanawia się Wayne Dyer. To umiejętność i chęć pozwolenia tym, na których ci zależy, aby byli, kimkolwiek zechcą, bez nalegania na spełnienie twoich oczekiwań. Jak możemy osiągnąć taki poziom miłości? Bardzo łatwo, twierdzi Dyer, kochając siebie, czując, że jesteśmy dla siebie ważni, cenni i piękni. Nie będziemy wtedy oczekiwać, by inni potwierdzali naszą wartość, dopasowując swoje zachowanie do naszych wymagań. Jeśli czujemy się pewni siebie, nie potrzebujemy, by inni byli tacy jak my. „Zaczynasz kochać siebie i nagle spostrzegasz, że umiesz kochać innych, dzielić się z nimi i działać dla nich dzięki temu, że najpierw myślisz o sobie i robisz coś dla siebie – wyjaśnia Dyer. – W twoim dawaniu nie ma żadnego wyrachowania. Nie robisz tego dla podziękowań czy zysku, ale dla prawdziwej przyjemności, jaką sprawia ci pomaganie innym czy kochanie ich”. Najważniejszą rzeczą ze wszystkich jest kochać siebie. Spotkałam to zdanie w dziesiątkach książek traktujących o wewnętrznym rozwoju i duchowości.

Inteligencja miłosna

Wyrastamy w przekonaniu, że kochanie siebie jest złem. Jako dzieci nauczyliśmy się, że to, co było dla nas najbardziej naturalne, miłość własna, jest równoznaczne z byciem samolubnym i zarozumiałym. „Nauczono cię uważać innych za ważniejszych od siebie i myśleć przede wszystkim o sprawianiu im radości, gdyż takie zachowanie oznacza, że jesteś »dobrym« dzieckiem. Inni są ważni, ty jesteś nieważny. Nie ufaj własnemu zdaniu – to wniosek numer jeden, utrwalany za pomocą całego arsenału nakazów” – przypomina Dyer.

John Bradshaw w „Powrocie do wewnętrznego domu”, kolejnej klasycznej pozycji dotyczącej odkrywania miłości do siebie, twierdzi, że każdy z nas, dorosłych, ma w sobie 25 tysięcy godzin taśm nagranych przez rodziców i inne ważne dla nas w dzieciństwie osoby. Codziennie odsłuchujemy je w naszej głowie. Ile godzin na tych taśmach to komunikaty o tym, że jesteśmy wspaniali, kochani, bystrzy i inteligentni? Lub o tym, że możemy robić to, czego pragniemy, a gdy dorośniemy, będziemy kimś niezwykłym? Ile zaś nagrano tam zakazów we wszystkich możliwych formach? W naszej kulturze nienawiść do siebie jest jak epidemia, która w jakimś stopniu obejmuje niemal każdego. Nawet tych, którym udaje się ją ukryć pod pozorem sukcesu albo dobrego wyglądu.

Wielu z nas jest także przekonanych, że kochanie siebie jest niepoważne; że nie przystoi człowiekowi inteligentnemu. „Jeśli kochasz siebie, jesteś człowiekiem niezwykle inteligentnym – przekonuje Dyer. – Ponieważ prawdziwym miernikiem inteligencji jest umiejętność szczęśliwego i pozytywnego przeżywania swojego życia w każdym jego momencie”. Proces kochania siebie zaczyna się od niekrytykowania siebie bez względu na okoliczności. Nigdy. Louise Hay wspomina pierwszy wygłoszony przez siebie wykład. Kiedy zeszła ze sceny, powiedziała sobie natychmiast: „Luizo, byłaś świetna. Byłaś absolutnie fantastyczna jak na pierwszy raz. Po pięciu lub sześciu razach będziesz profesjonalistką”. Kilka godzin później powiedziała sobie: „Myślę, że dobrze byłoby zmienić kilka rzeczy. Zmienimy to i tamto”. Nawet jeśli robimy coś niedobrego, co rani nas i innych, możemy to widzieć i zmienić, a jednak siebie nie oceniać. Nigdy siebie nie krytykuj, nigdy, powtarza Hay. Nawet jeśli inni to robią.

 

Miłość do siebie jest… naturalna

Nasza pierwotna natura jest piękna i dobra – zwracają uwagę mistrzowie i nauczyciele duchowi we wszystkich czasach. John Welwood pisze: „Spostrzeżenie dotyczące pierwotnej dobroci nie jest credo zapożyczonym od Pollyanny w stylu New Age. Mistycy i mędrcy Wschodu i Zachodu, od Platona do Lao-Cy i Buddy bezpośrednio doświadczyli esencji ludzkiej natury jako wrodzonej czystości serca, które jest źródłem pozytywnych wartości, takich jak miłość, troska, odwaga, poczucie humoru, mądrość, oddanie i siła. Nasze wewnętrzne piękno jest zdecydowanie potężniejsze i prawdziwsze niż wszystkie nasze poglądy na temat dobrego i złego ja”. Pokochać siebie jest wyzwaniem na całe życie. Z każdym dniem, miesiącem i rokiem możemy kochać siebie bardziej i bardziej, krok za krokiem odkrywać swoją doskonałą naturę. Potrzebujemy jedynie zaangażowania w mierzeniu się ze swoimi lękami i ograniczającymi przekonaniami. Potrzebujemy rozpoznać swoje najgłębsze pragnienia i podążać za nimi. Uporządkować przeszłość.

W marcu, Jacek Banach, 35-latek, do niedawna kierownik projektów w firmie telekomunikacyjnej, pakuje się do wyjazdu do Peru. Wyjeżdża na siedem miesięcy, a może na dłużej, może na zawsze. Ma międzynarodowe uprawnienia, więc może pracować wszędzie. Zwolnił się z pracy, wynajął swoje mieszkanie, sprzedał samochód. Przez pierwsze trzy miesiące będzie żył z dala od cywilizacji w peruwiańskiej wiosce i poznawał świat szamanów. Co potem, jeszcze nie wie.

– Ta podróż jest wyrazem miłości do siebie, dokończeniem procesu wewnętrznej transformacji, swoistą inicjacją w dorosłość – mówi Jacek. – Facet musi opuścić znane i wyruszyć w nieznane. Takie zmierzenie się z czymś spoza buduje w nim mężczyznę.

Wewnętrzny proces dojrzewania zaczął się wiele lat temu. Jak to zwykle bywa – od trudnych pytań: Kim jestem? Co tu robię? Po co dzieje się to wszystko? A więc od niezrozumienia: – Nie potrafiłem wpasować się w codzienny świat, brakowało mi przestrzeni na coś ważnego. Pytałem siebie, dlaczego nie mogę się cieszyć, swobodnie siebie wyrażać – mówi.

– Zrozumiałem, że chcę zostawić swoje obecne życie. To świadomy krok – wiem, że nie uciekam, czuję po prostu, że coś się skończyło, a to, co ważne, ma się dla mnie wydarzyć w Puszczy Amazońskiej. Dlaczego tam? Szamani mają wiedzę potrzebną, aby dojrzeć emocjonalnie i rozwinąć świadomość. W naszej kulturze człowiek rusza w życie z dyplomem magistra w kieszeni, a ciągle jest dzieckiem. W całym tym procesie ważne jest, aby zostawić to, co znane, co daje poczucie bezpieczeństwa: wygodne życie, pracę, mieszkanie, przyjaciół, najbliższych – bo takie doświadczenie ma moc przemiany, pozwala dotrzeć do wewnętrznej siły. Pod okiem szamańskich mistrzów ludzie od wieków dojrzewali, odnajdywali w sobie wolność i harmonię ze światem zewnętrznym, to jest prastara wiedza.

Kocham siebie, więc otaczam swoje ciało miłością i troską. Kocham siebie, więc zapewniam sobie wygodne miejsce do życia, które zaspokaja moje potrzeby i w którym przyjemnie jest przebywać. Kocham siebie, więc wykonuję pracę, która daje mi radość, pozwala wykorzystać moje zdolności. Kocham siebie, więc myślę o innych z miłością. Kocham siebie, więc żyję teraźniejszością, doświadczając każdej chwili jako dobrej… – pisze Louise Hay.

Bo to prawdziwa frajda troszczyć się o siebie - robić sobie niespodzianki, pojeździć na nartach, na rowerze, żeglować, chodzić po górach, ćwiczyć jogę, obejrzeć dobry film, poleżeć w wannie pełnej aromatycznych olejków, posłuchać dobrej muzyki. Czuć się przepełnionym radością życia.