1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Świat jest taki jakim go widzimy; felieton Marzeny Chełminiak

Świat jest taki jakim go widzimy; felieton Marzeny Chełminiak

fot. iStock
fot. iStock
„Jeździ pani za granicę? Naprawdę? Nie boi się pani? My z siostrą też kiedyś jeździłyśmy, kochamy Paryż, ale teraz nie podróżujemy. Jest niebezpiecznie. A widziała pani ten pożar w Londynie? A słyszała o tej Polce zamordowanej za granicą? Oni jej to zrobili. Biedna dziewczyna”. Mijała kolejna minuta strasznych opowieści, których autorką była trzydziestoparoletnia na oko dziewczyna.

„Mężczyznom nie wolno ufać. Ja z siostrą mamy dużo doświadczeń. Wykorzystają i oszukają. Trzeba być czujną. Za granicę wywiozą. Sprzedadzą jako dziewczynę do towarzystwa. I jeszcze chorobami zarażą” – opisywała dalej swój świat.

Zaczęłam się zastanawiać, czy pochodzimy z tej samej planety. Czy żyjemy w tych samych czasach. Do rozmowy włączyła się około pięćdziesięcioletnia kobieta z Belgii.  Do Polski przyjechała w celach naukowych. Próbowała bronić Europy.

„To po co pani tu przyjechała?” – odburknęła nerwowo specjalistka od czarnych barw. Speszona Belgijka natychmiast zamilkła. „Aaa, to tak wygląda w praktyce zmaterializowane zdanie, że mamy to, w co wierzymy” – pomyślałam. Tamta dziewczyna wierzyła w zło. I dużo go wokół siebie miała.

Na szczęście poznałam też pewną rodzinę podróżników. Przyjechali do radia na wywiad. Nie są jedynymi, wiele par podróżuje z małymi dziećmi, trochę na dowód, że rodzicielstwo nie odbiera pasji i możliwości bycia razem poza domem. Ale ta rodzina była dość wyjątkowa. Składała się z taty – pracownika dużej firmy, mamy urzędniczki i nastoletnich dzieci. Rodzice postanowili zrobić córce i synowi rok przerwy w szkole na naukę życia w realu. Cel: objechać świat, zobaczyć kraje biedniejsze od Polski, poznać kultury zupełnie inne niż nasza, nie zabierać gier komputerowych, nie korzystać ze smartfonów, spać u ludzi, a nie w wygodnych hotelach i być non stop razem. Czekało ich jeszcze jedno zadanie. Przed wyjazdem dzieci miały przygotować prezentację o Polsce i pokazywać ją tam, gdzie ktoś zechce ją oglądać. Pewnie najczęściej w szkołach.

Nadal jestem nimi zauroczona. I pomysłem rodziców na wychowanie dzieci na otwartych, dobrych, tolerancyjnych i wrażliwych ludzi. Czy świat będzie im się jawić jako jedna wielka pułapka, czy raczej jako jedna wielka możliwość? Czy w innych będą widzieć zagrożenie, czy szansę? Czy będą rzeczywistość wyłącznie opisywać, czy ją współtworzyć? Tego nie wiem, ale wiem jedno. Nie chciałabym żyć w świecie tamtej dziewczyny, który tylko ją oszukuje, wybieram życie w świecie rodziny, który daje dużo życzliwości i dobra.

 

Marzena Chełminiak: dziennikarka, w Radiu Zet prowadzi w soboty i niedziele autorski program „Życie jak marzenie”, life coach z pasji i wykształcenia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce – przesłanie buddyjskiej mniszki Pemy Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Miałam jakieś sześć lat, kiedy dostałam ważną lekcję bodhiczitty od starej kobiety, która siedziała, wygrzewając się w słońcu. Pewnego dnia przechodziłam obok jej domu, czując się samotna, niekochana i wściekła. Kopałam wszystko, co tylko się dało. Ta kobieta, śmiejąc się, powiedziała do mnie: „Dziewczynko, nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce”.

Właśnie wtedy dostałam tę ważną lekcję: możemy pozwolić, żebyśmy pod wpływem doświadczeń twardnieli w taki sposób, że będziemy czuli coraz większy żal i lęk, albo możemy pod ich wpływem łagodnieć i stawać się bardziej życzliwymi i otwartymi na to, co budzi nasz lęk. Zawsze mamy wybór.

Doskonałość bodhiczitty

Gdybyśmy zapytali Buddę: „Co to jest bodhiczitta?”, mógłby nam odpowiedzieć, że to słowo jest łatwiejsze do zrozumienia niż do przetłumaczenia. Mógłby nas zachęcić do szukania sposobów na to, żeby odkryć znaczenie tego słowa w naszym życiu. Może prowokował by nas, dodając, że tylko bodhiczitta uzdrawia, że bodhiczitta jest zdolna przemienić najtwardsze serca i najbardziej przerażone oraz pełne uprzedzeń umysły.

Czitta oznacza „umysł”, a także „serce” lub „postawa”. Bodhi oznacza „obudzić się”, „oświecony” lub „całko ­ wicie otwarty”. Czasami całkowicie otwarte serce i umysł bodhiczitty nazywane są miękkim miejscem, miejscem tak wrażliwym i czułym jak otwarta rana. Po części jest to równoznaczne z naszą zdolnością do miłości. Nawet najbardziej okrutni ludzie mają ten miękki punkt. Nawet najgroźniejsze zwierzęta kocha ­ ją swoje potomstwo. Jak ujął to Trungpa Rinpocze: „Każdy coś kocha, nawet jeśli to tylko tortille”.

Bodhiczitta jest także częściowo utożsamiana ze współczuciem – naszą zdolnością do odczuwania bólu, który dzielimy z innymi. Ból nas przeraża, więc bronimy się przed nim, nie zdając sobie z tego sprawy. Z opinii, uprzedzeń i strategii stawiamy mury obronne; bariery budowane na głębokim lęku przed cierpieniem. Mury te są dodatkowo wzmacniane wszelkiego rodzaju emocjami: gniewem, żądzą, obojętnością, zazdrością i zawiścią, arogancją i dumą. Ale na nasze szczęście miękkie miejsce – nasza wrodzona zdolność do kochania i dbania o  innych – jest jak pęknięcie w murze, który wznosimy. Jest to naturalna szczelina w ścianach, które wznosimy ze strachu. Dzięki praktyce możemy nauczyć się znajdować tę szczelinę. Aby obudzić bodhiczittę, możemy nauczyć się chwytać ten moment bezbronności – miłość, wdzięczność, samotność, zakłopotanie, nieadekwatność.

Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Antoine Saint-Exupéry
Do bodhiczitty podobna jest bezbronność rozpaczy. Czasami budzi ona trwogę i panikę, czasami złość, niechęć i poczucie winy. Ale pod twardością tego pancerza kryje się miękkość prawdziwego smutku. To jest więź łącząca nas z tymi wszystkimi, którzy kiedykolwiek kochali. Uczucie głębokiego smutku może nas nauczyć wielkiego współczucia. Może nas poskromić, gdy stajemy się aroganccy, i  stonować, gdy jesteśmy nieżyczliwi. Budzi nas, kiedy wolimy spać, i przebija się przez naszą obojętność. Ten nieustanny ból serca jest błogosławieństwem, które może być dzielone ze wszystkimi, jeśli jest w pełni zaakceptowane.

Budda powiedział, że nigdy nie jesteśmy oddzieleni od oświecenia. Nawet wtedy, gdy czujemy się najbardziej uwięzieni, nigdy nie jesteśmy odcięci od stanu przebudzenia. To jest rewolucyjne twierdzenie. Nawet zwykli ludzie, tacy jak my, rozdarci i zdezorientowani, mają zmysł oświecenia zwany bodhiczittą. Otwartość i serdeczność bodhiczitty jest w rzeczywistości naszą prawdziwą naturą i stanem. Nawet jeśli nasza nerwica ma się o wiele lepiej niż nasza mądrość, nawet jeśli czujemy się najbardziej zagubieni i  pozbawieni nadziei, bodhiczitta jest zawsze tutaj jak bezkresne nie ­ bo, ani trochę niepomniejszone przez chmury, które chwilowo je zasłaniają.

Mając na uwadze to, że tak dobrze znamy się na chmurach, możemy oczywiście uznać, że trudno uwierzyć w nauczanie Buddy. Prawda jest jednak taka, że w samym środku naszego cierpienia, w  najtrudniejszych chwilach, możemy skontaktować się ze szlachetnym sercem bodhiczitty. Jest ono zawsze dostępne, zarówno w bólu, jak i w radości.

Pewna młoda kobieta napisała do mnie o tym, jak małym miasteczku na Bliskim Wschodzie została otoczona przez tłum ludzi, którzy gwizdali, wrzeszczeli i grozili, że zaczną rzucać kamieniami w nią i w jej przyjaciół, ponieważ są Amerykanami. Oczywiście była przerażona, jednak to, czego doświadczyła, jest niezwykle interesujące. Nagle utożsamiła się z każdą osobą w dziejach, która kiedykolwiek była znienawidzona i poniżana. Zrozumiała, jak to jest być pogardzaną z jakiegokolwiek powodu: rasy, przynależności do grupy etnicznej, preferencji seksualnych, płci. Coś w niej pękło i poczuła to samo, co miliony uciśnionych ludzi. Spojrzała na to z nowej perspektywy.

Zrozumiała, że wspólnota człowieczeństwa łączy ją nawet z tymi, którzy czują nienawiść wobec niej. To poczucie głębokiej więzi, przynależności do tej samej rodziny – to właśnie bodhiczitta.

Istnieją dwa poziomy bodhiczitty

Pierwszy to absolutna bodhiczitta, natychmiastowe doświadczenie, które jest całkowicie wolne od koncepcji, opinii i typowego dla nas przekonania, że wiemy już wszystko. Jest to coś tak niezwykle dobrego, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie tego określić, coś jak intuicyjna pewność, że nie mamy absolutnie nic do stracenia. Drugi poziom, relatywna bodhiczitta, to zdolność do utrzymywania naszych serc i umysłów otwartych na cierpienie, bez odcinania się.

Ci, którzy całym sercem oddają się ćwiczeniom w budzeniu absolutnej i relatywnej bodhiczitty, nazywani są bodhisattwami lub wojownikami – nie takimi, którzy zabijają i krzywdzą, ale takimi, którzy słyszą wołanie świata, nieagresywnymi. Są to mężczyźni i kobiety, którzy są gotowi ćwiczyć, gdy wybucha pożar. Trening w czasie pożaru oznacza, że wojownik wchodzi w trudne sytuacje, aby złagodzić cierpienie. Odnosi się to również do jego chęci przebicia się przez własną reaktywność i przez oszukiwanie samego siebie, do zaangażowania w odkrywanie podstawowej, niezakłóconej energii bodhiczitty.

Mamy wiele przykładów mistrzów wojowników – ludzi takich jak Matka Teresa i Martin Luther King, którzy uznali, że największa krzywda pochodzi z naszych agresywnych umysłów. Poświęcili oni swoje życie, aby pomagać innym zrozumieć tę prawdę. Jest też wielu zwykłych ludzi, którzy przez całe życie uczą się, jak otwierać serce i umysł, aby pomóc innym robić to samo. Podobnie jak oni, możemy nauczyć się odnosić się do siebie i do świata, w którym żyjemy, jak wojownicy. Możemy szkolić się w budzeniu naszej odwagi i miłości.

Istnieją zarówno formalne, jak i nieformalne metody pomagające nam rozwijać odwagę i dobroć. Istnieją praktyki pielęgnowania naszej zdolności do radowania się, odpuszczania, kochania i  wylewania łez. Są takie, które uczą nas pozostawać otwartymi na niepewność. Są też inne, które pomagają nam być obecnymi w tych momentach, kiedy z przyzwyczajenia zamykamy się w sobie.

Gdziekolwiek jesteśmy, możemy kontynuować trening wojownika. Nasze narzędzia do praktykowania medytacji to miłująca życzliwość, współczucie, radość i równowaga. Z ich pomocą możemy odkryć miękkie miejsce bodhiczitty. Znajdziemy tę miękkość w smutku i wdzięczności. Znajdziemy ją pod hardością furii i w drżeniu strachu. Jest dostępna zarówno w samot­ności, jak i w dobroci. Wielu z nas preferuje praktyki, które nie powodują uczucia dyskomfortu, a  jednocześnie chcemy być uzdrowieni. Ale trening bodhiczitty nie działa w ten sposób. Wojownik akceptuje to, że nigdy nie wie, co się z nim stanie. Możemy próbować kontrolować to, co niekontrolowalne, szukając bezpieczeństwa i przewidywalności, zawsze mając nadzieję, że będziemy czuć się wygodnie i bezpiecznie. Ale prawda jest taka, że nigdy nie unikniemy niepewności. To, że nie wiemy, jest częścią przygody, ale wywołuje w nas również lęk.

Trening bodhiczitty nie obiecuje szczęśliwego zakończenia. Właściwie to ja, które chce znaleźć bezpieczeństwo, które chce się czegoś trzymać, może w końcu nauczyć się dorastać. Kluczową kwestią treningu wojownika nie jest to, jak uniknąć niepewności i strachu, ale jak odnieść się do uczucia dyskomfortu. Jak praktykujemy wobec trudności, naszych emocji, nieprzewidywalnych zdarzeń zwykłego dnia?

Zbyt często zachowujemy się jak wystraszone ptaki, które boją się opuścić gniazdo. Siedzimy w nim do momentu, aż zaczyna cuchnąć i od dawna jest bezużyteczne. Nikt nie przychodzi, żeby nas nakarmić. Nikt nas nie chroni ani o nas nie dba. Mimo to mamy nadzieję, że nasza ptasia mama wreszcie nadleci.

Możemy w końcu wydostać się z tego gniazda i tym samym wyświadczyć sobie największą przysługę. Oczywiste jest, że wymaga to odwagi. Jasne jest również to, że możemy skorzystać z kilku pomocnych wskazówek. Możemy wątpić w to, że jesteśmy gotowi do bycia wojownikami w treningu. Ale możemy też zadać sobie pytanie: „Czy wolę dorosnąć i mieć wpływ na moje życie, czy wolę żyć i umierać w strachu?”.

Wszystkie istoty są w stanie odczuwać miękkość – doświadczać rozpaczy, bólu i niepewności. Dlatego oświecone serce bodhiczitty jest dostępne dla nas wszystkich. Nauczyciel medytacji wglądu Jack Kornfield opowiada, że był tego świadkiem w Kambodży w czasie rządów Czerwonych Khmerów.

Pięćdziesiąt tysięcy ludzi, do których mierzono z karabinów, zadeklarowało przynależność do partii komunistycznej. Grożono im śmiercią, jeśli będą kontynuować praktyki buddyjskie. Mimo niebezpieczeństwa w obozie dla uchodźców powstała świątynia, a w uroczystości otwarcia wzięło udział dwadzieścia tysięcy osób. Nie było żadnych wykładów ani modlitw, jedynie nieustająco śpiewano jedną z głównych nauk Buddy:

Nienawiści nie można pokonać nienawiścią. Tylko miłość ją uzdrowi. Takie jest odwieczne prawo.

Tysiące ludzi śpiewało i płakało, wiedząc, że prawda w tych słowach jest większa niż ich cierpienie.

Taką moc ma bodhiczitta. Będzie nas inspirować i wspierać w dobrych i złych chwilach. Jest jak odkrycie mądrości i odwagi, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Tak jak alchemia zmienia każdy metal w złoto, tak bodhiczitta może, jeśli na to pozwolimy, przekształcić każdą czynność, słowo lub myśl w narzędzie, które przebudzi nasze współczucie.

Fragment pochodzi z książki Pemy Chödrön „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

  1. Psychologia

Szczerość i otwartość w relacjach z ludźmi – praktyczne wskazówki

Szczerość pomaga w skutecznej komunikacji. Poniżej 7 wskazówek, o których warto pamiętać budując dobre relacje. (fot. iStock)
Szczerość pomaga w skutecznej komunikacji. Poniżej 7 wskazówek, o których warto pamiętać budując dobre relacje. (fot. iStock)
Szczerość to nie tylko prawdomówność. Źródłem szczerości jest postawa otwartości wobec samego siebie i innych ludzi. Opiera się ona na szacunku i uczciwości, a także na prawie do wyrażania siebie.

1. Daj sobie prawo do wyrażania siebie

Każdy ma prawo wyrażać swoje myśli, uczucia i potrzeby, jeśli tylko nie narusza praw i godności drugiego człowieka. Zastanów się chwilę, czy dajesz takie prawo sobie i czy nie odmawiasz go innym.

2. Stosuj komunikat „ja...”

Najbezpieczniejszym sposobem wyrażania siebie jest stosowanie komunikatu typu „ja...”, czyli mówienie o swoich uczuciach, emocjach i potrzebach wprost, zaczynając od sformułowań:
  • Ja myślę...
  • Ja uważam...
  • Ja czuję...
Poprzez stosowanie takiej formy poruszasz się po bezpiecznym obszarze – odnosisz się do siebie, do swoich stanów wewnętrznych. Pamiętaj, że jesteś ekspertem od samego siebie. Nie daj się przekonać, że ktoś wie lepiej, co czujesz albo myślisz.

3. Doceniaj osoby, które są wobec ciebie szczere

Pamiętaj, że ludzie różnią się od siebie, dlatego każdy z nich może twoje zachowanie odbierać zupełnie inaczej. Im więcej jest w twoim otoczeniu osób, do których masz zaufanie i które dzielą się odczuciami na temat tego, co mówisz i robisz, tym więcej zyskujesz. To może być wspaniała wskazówka dla ciebie samego, szczególnie gdy zajmujesz menedżerskie stanowisko. Pamiętaj, że najtrudniej jest o szczerość, kiedy istnieje zależność służbowa między ludźmi.

4. Naucz się prawdziwie słuchać

Postaraj się traktować drugiego człowieka jak zagadkę. Nie zakładaj, że wiesz lepiej, co on chce ci powiedzieć. Słuchaj do końca każdego zdania. Zadawaj pytania otwarte. Dopytuj, gdy coś wydaje ci się niejasne.

Przy okazji dłuższych wypowiedzi, niezależnie, czy są to zwierzenia przyjaciółki, czy polecenie wydawane przez szefa, próbuj powtarzać własnymi słowami to, co usłyszałaś. Zapytaj, czy o to właśnie chodziło. Taki zabieg pozwala upewnić się, czy dobrze się zrozumieliście - to kluczowy element skutecznej komunikacji.

5. Oceniaj działanie, nie osoby

Mów: „Prezentacja, którą przygotowałeś, jest dla mnie mało czytelna. Dobór kolorów sprawia, że nie widzę danych na umieszczonych w niej wykresach. Zmęczyłam się, wytężając nad tym wzrok” zamiast: „Jeśli chodzi o przygotowanie prezentacji, to jesteś beznadziejny” lub „Jesteś po prostu leniwy”.

6. Odnoś się do faktów i mów o swoich uczuciach z tym związanych

Wyobraź sobie, że przyjaciółka często spóźnia się 10–15 minut na spotkanie z tobą, a w tobie budzi się złość. Masz poczucie, że ten czas mogłabyś spędzić w ulubionym sklepie w pobliżu lub załatwić coś w najbliższym oddziale banku. Tymczasem stoisz i czekasz. Zamiast tłumienia emocji w sobie (odezwą się jak wulkan po dłuższym czasie, ze wzmożoną siłą) lub natychmiastowego ataku („Jesteś zupełnie nieodpowiedzialna, nie można na tobie polegać”) zastosuj nienaruszającą jej godności procedurę FUO: fakty, ustosunkowanie, oczekiwania.

Zacznij od opisu faktów:

  • „Kiedy ty się spóźniasz...” - przejdź do opisu swoich emocji:
  • „Ja się złoszczę/ irytuję...” -  a następnie wyraź swoje oczekiwania:
  • „Oczekuję, że będziesz przychodzić punktualnie lub że będziesz mnie uprzedzać z półgodzinnym wyprzedzeniem, że się spóźnisz”.
  • Nie generalizuj: „Ty zawsze musisz się spóźniać”.

7. Szczerość do bólu

Otwartość nie oznacza, że należy zawsze i w każdych okolicznościach mówić prawdę. Czasem powiedzenie komuś, że strasznie przytył albo że nie podoba nam się jego wystrój mieszkania nie jest konieczne, a potrafi bardzo od siebie oddalić dwie osoby. Wiele zależy od charakteru takiej relacji.

  1. Psychologia

Jaki jest stosunek psychologii do tzw. zjawisk magicznych? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Duchy, cuda, zjawy, wampiry – są jedynie wytworem naszej fantazji czy emanacją tego, co niepoznane? Choć nauka im zaprzecza, to ludzkie doświadczenie mówi, że coś jest na rzeczy. A co ze stanami odmiennej świadomości? Halucynacje czy przejaw naszej głębi? O to wszystko Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Czytałam badania, które pokazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Z innych źródeł wiem, że coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi – przebudzeń, kontaktów z wyższą jaźnią. Przychodzą z tym do psychoterapeuty? Jaki jest w ogóle stosunek psychologii i psychoterapii do rzeczy, które zwykliśmy nazywać magicznymi czy wymykającymi się racjonalnemu osądowi?
Poruszyłaś tu dwie różne sprawy. Obszar szczególnych ludzkich doświadczeń, które nazywamy doświadczeniami transcendentnymi albo mistycznymi, stawiających pod znakiem zapytania naszą egocentryczną i oddzieloną od świata tożsamość – to zupełnie inna sprawa niż wiara w duchy, cuda czy zabobony. I to bardzo mocno trzeba tu podkreślić. Tym bardziej że doświadczenia transcendentne – w przeciwieństwie do zabobonów, były badane w ramach psychologii akademickiej. A przynajmniej paru naukowców starało się dowiedzieć, o co w nich chodzi.

Pierwszym był Abraham Maslow, który wymyślił znaną piramidę potrzeb, a na jej szczycie umieścił potrzebę samorealizacji, czyli subiektywne doznanie spełnienia i zrozumienia prawdziwej, wspólnej wszystkim i wszystkiemu istoty. Maslow tego nie wymyślił, tylko przyjrzał się bacznie ludziom deklarującym, że przydarzyło im się doświadczenie, które radykalnie odmieniło ich sposób przeżywania siebie, a także relacji z innymi ludźmi i ze światem. U części badanych pojawiło się ono spontanicznie przy okazji jakichś religijnych praktyk, u innych w trakcie zwykłych codziennych działań, a u jeszcze innych podczas nadzwyczajnie trudnych albo nadzwyczajnie radosnych okoliczności. Maslow dociekliwie i skrupulatnie przepytał wiele takich osób i stwierdził, że we wszystkich relacjach powtarzają się te same elementy. To skłoniło go do wniosku, że repertuar możliwych ludzkich przeżyć zawiera w sobie także to, co nazwał doświadczeniem szczytowym (ang. peak experience), innymi słowy: doświadczeniem samorealizacji, które korzystnie, głęboko i na trwałe zmienia nasze postrzeganie siebie i świata. Przepytywani przez Maslowa ludzie deklarowali, że stali się bardziej radośni, empatyczni, otwarci, wolni od dotychczasowych lęków i napięć. Wszystko to potwierdzało, również skrupulatnie przepytane, otoczenie badanych.

Niektórzy takie stany osiągali po zażyciu psychodelików. Takie przypadki też badano.
Wkrótce po badaniach Maslowa nastąpiła era LSD i innych psychodelików, więc wielu badaczy zajęło się zagadnieniem zmian świadomości i percepcji pod wpływem tych środków. Ale nie minęła dekada i badania te, a także próby wdrażania ich do procesów terapeutycznych w psychiatrii, z tajemniczych powodów, zostały zakazane. Jeden ze znanych badaczy fenomenu zmian ludzkiej percepcji pod wpływem LSD uznał to za zjawisko typowe dla naszego obszaru kulturowego: niemal powszechnie akceptujemy substancje obniżające świadomość – czyli sprawiające, że naszym postrzeganiem i zachowaniem zaczynają kierować potrzeby i emocje uznawane powszechnie za niższe, jak agresja, niekontrolowana seksualność, ryzykanctwo i różnorakie fobie – natomiast zakazujemy substancji podwyższających wibrację świadomości, czyli sprawiających, że naszym zachowaniem mogą zacząć kierować potrzeby i uczucia uznawane powszechnie za wyższe, takie jak: empatia, wrażliwość, zachwyt, wdzięczność, wszechogarniająca miłość. Do pierwszej grupy środków badacze zaliczyli alkohol, substancje typu „speed”, takie jak: kokaina, amfetamina, heroina, ecstasy i wszelkiego rodzaju dopalacze. Do drugiej byli skłonni zaliczyć marihuanę, psylocybinę, LSD i DMT. Badania nie zostały zakończone, więc nie jest pewne czy wszystkie wymienione substancje z grupy drugiej mają zbawienny wpływ na ludzką świadomość, ale obserwacja badaczy wydaje się trafna.

I co pokazywały tamte badania?
Że stany odmiennej świadomości czy doświadczanie rzeczy lub zdarzeń „nie z tego świata” to całkiem realne zjawisko i że dość często się zdarza. Dziś jest mnóstwo relacji na ten temat, nie tylko w literaturze religijnej, ale też świeckiej. Temat ten jakiś czas temu ponownie podjął amerykański badacz Mihály Csíkszentmihályi, autor koncepcji „przepływu”, czyli flow. W psychiatrii głównym prekursorem tego nurtu badań jest czeski profesor psychiatrii Stanislav Grof. Ale wszystko to nadal odbywa się na marginesie nauki. A to wielka szkoda, bo druga klasa zjawisk, od których zaczęłaś naszą rozmowę, czyli wiara w duchy, klątwy i zabobony – wiąże się z tym, że nauka nie chce się poważnie zainteresować pierwszym tematem. A drugi z góry dyskwalifikuje i redukuje do problemu wykształcenia ludzi, którzy tak myślą i czują – nazywając to wszystko przejawami „ciemnoty”.

Tyle nauka, a co mówi psychoterapia?
No właśnie. Tu prawie wszystko zależy od szkoły terapeutycznej. Obecnie na rynku psychoterapii dominują szkoły, których metody są oparte na naukowych rozstrzygnięciach, a wyniki dają się zmierzyć. Najważniejsze z nich to racjonalna terapia zachowań (RTZ) i szkoła poznawczo-behawioralna. Ale jak wszystkie inne podejścia terapeutyczne, one też mają swoje ograniczenia wynikające z przyjęcia metodologii zapewniającej twarde dowody. A przecież tajemnica człowieka, jego świadomość i potencjał transcendencji nie mieszczą się w tak zawężonej perspektywie. Na szczęście oprócz tych nurtów istnieją szkoły psychoterapii, które swoje źródła mają w psychologii głębi. Jak sama nazwa wskazuje, sięgają one w głąb ludzkiego umysłu, w obszary nieznanego i niezrozumiałego, którymi ani nauka, ani terapie racjonalne czy poznawczo-behawioralne nie chcą i nie potrafią się zajmować, na zasadzie: „badajmy tylko to, co da się obiektywnie zmierzyć, a to, czego obiektywnie zmierzyć się nie da, uznajmy za nieistniejące”. Z tego powodu cały obszar cienia, czyli tego, co w nas nieświadome, jest poza kręgiem zainteresowania nauki. Ale wkrótce trzeba będzie się tym zająć.

Sprawdźmy więc, jak sobie z tym radzi psychoterapia głębi. Powiedzmy, że przychodzi do gabinetu człowiek…
…który jest przekonany, że prześladują go jakieś duchy, czyli niematerialne istoty niewidoczne dla zmysłów przeciętnego człowieka. Psychologia głębi uznaje tego typu opowieść za przejaw działania obronnego mechanizmu projekcji. Czyli wszelkie niewidzialne straszydła, duchy itp. uznaje się za wyprojektowane przez człowieka – i przedstawione w zaczerpniętej z lokalnej kultury czy narracji formie – elementy jego własnej nieświadomości. Wtedy można zaprosić pacjenta do następującego eksperymentu: „Wyobraź sobie, że jesteś tą postacią, której się boisz. Wejdź w jej skórę i położenie, i pozwól jej mówić twoimi ustami. Powiedz, czego chce, jak się czuje, jakie ma motywy, co myśli, co widzi? Chodzi o to, by pacjent zaczął zdawać sobie sprawę z projekcyjnego charakteru postaci, która go prześladuje, i w końcu ją uwewnętrznił – czyli zintegrował ze swoim świadomym „ja”. W ten sposób każdy wyprojektowany przez nas potwór czy duch z czasem może się stać na przykład zrozumiałym zlepkiem naszych własnych potrzeb i emocji związanych z odrzuceniem przez matkę. Tu się kłania święta zasada psychoterapii, że to, co uświadomione i zintegrowane, przestaje rządzić naszym zachowaniem i naszym życiem. A to, co wyprojektowane na zewnątrz i nieuświadomione, blokuje nasze dojrzewanie i rozwój. Nie da się wtedy dotrzeć do szczytu piramidy Maslowa.

Mówisz o projekcjach dotyczących czegoś, czego się boimy. A jeśli widzimy i czujemy rzeczy, których trochę się boimy, a które pociągają, jak kontakt ze zmarłą osobą?
Nie sposób uczciwie rozstrzygnąć, czy to, że komuś pojawił się duch, że widział go na własne oczy lub silnie odczuwał jego obecność, jest obiektywną prawdą czy projekcją. Na pewno jest subiektywną prawdą tego człowieka. Może warto wreszcie podjąć dzisiaj w rzetelnych badaniach hipotezę duchów. Podejmowano już w tej sprawie nieudolne próby pod koniec XIX wieku w eksluzywnych klubach spirytystycznych.

Idąc tropem, który opisałeś wcześniej, wytłumaczeniem takich doświadczeń mogłyby być niezakończone relacje ze zmarłą osobą. Nadal nosimy ją w sobie nieświadomie, więc ją uzewnętrzniamy w postaci zjawy?
To trafna intuicja. Psychoterapeuta głębi będzie zachęcał pacjenta do badania takiego zdarzenia albo na podstawie hipotezy projekcji, albo niezałatwionego konfliktu, poczucia winy bądź wyrzutów sumienia.

Niektórzy mówią, że ukazujące się zmarłe osoby dają im cenne wskazówki – psycholog głębi mógłby to zinterpretować tak, że jakaś mądra część ich samych w ten sposób do nich przemawia. Ale ponieważ sobie by nie uwierzyli, uwierzą zmarłemu, do którego mieli zaufanie…
Właśnie tak. Czyli przekaz ducha zmarłej osoby może w tym wypadku okazać się naszym własnym wyprojektowanym przeczuciem, a może nawet przejawianiem się nierozpoznanego jeszcze w sobie wewnętrznego mędrca.

Rzeczy, które nie sposób objąć rozumem, są więc produktem naszej świadomości, a raczej nieświadomości. Część z nas się ich boi, a część jakoś oswaja. Są ludzie, którzy codziennie rozmawiają z duchami bądź widzą aurę innych i jest to dla nich coś bardzo powszedniego i cennego.
Znam wielu takich ludzi, a ponieważ nie jestem ograniczony jakimś dogmatem naukowym i nic, co ludzkie, nie jest mi obce, więc staram się również takie zjawiska i relacje o nich poznawać. Wiele z tych osób potrafi przekazać różne wartościowe informacje z tego, co nazywają światem duchów, a który w ich optyce jawi się jako świat równoległy. Niektóre instytucje – choćby policja – korzystają od czasu do czasu z pomocy tych szczególnie wyposażonych ludzi, zwanych jasnowidzami.

A jednak wszystko to jest nadal spychane w zabobon. Na szczęście ma szerokie ujście w popkulturze: w horrorach, fantastyce, ale też w literaturze pięknej i baśniach.
Szczególnie dzieci są wrażliwymi i entuzjastycznymi odbiorcami takich treści. Zapewne dlatego, że ich umysły nie są jeszcze do końca kulturowo zaprogramowane, więc nie zdają sobie sprawy, że czegoś nie należy widzieć lub o czymś nie należy mówić ani o to pytać. Dzieci często widzą duchy, mają prorocze sny albo twierdzą, że pamiętają swoje poprzednie życie. Jakby przeczuwały, że w umyśle i dla umysłu wszystko jest możliwe.

Ostatnio rozmawiałam z pewnym pięciolatkiem o wampirach i jego mama poprosiła mnie: „Dodawaj, że wampiry są tylko w bajkach”. Ale ja tego wcale nie jestem pewna. Oczywiście nie mam na myśli tego, że chodzą po świecie bladolicy mężczyźni, którzy wysysają z nas krew, tylko że wampir to jedna wielka metafora kogoś toksycznego. Mamy określenie „wampiryzm emocjonalny”.
Tak, używa się go w psychoterapii. Dla mnie wampir jest metaforą przerażonego perspektywą śmierci ludzkiego ego, przekazywanym z pokolenia na pokolenie marzeniem wiecznego istnienia w idealnie zakonserwowanej, doczesnej formie. Nawet kosztem życia bez słońca. To ucieleśnienie pragnienia nieśmiertelności, bycia niezniszczalnym w tym jednym ciele, w tej jednej postaci, która nigdy się nie starzeje. Z tej perspektywy żyjemy dziś w wampirycznej kulturze. Nikt się nie chce zestarzeć, nikt nie chce umrzeć, wszyscy chcemy być agresywni i skuteczni, nie wahamy się bogacić oraz karmić krwawicą i wysiłkiem innych. Pewnie dlatego wampiry są teraz tak mocno obecne w popkulturze, bo nasze systemy ekonomiczne i polityczne często, zapewne nieświadomie, czerpią z etosu wampira.

Na poziomie indywidualnym wampir jest symbolicznym przedstawieniem cech psychopatycznych – uwodzący, inteligentny, skuteczny, piękny, ale jednocześnie bezwzględny i niezdolny do miłości. Psychopaci są w tej chwili największymi bohaterami popkultury. W tym sensie wampiry naprawdę istnieją wśród nas i, niestety, mają tak dobre samopoczucie, że nie przychodzi im do głowy przyjść na terapię. Gdyby jednak ktoś taki przyszedł na terapię, usłyszałby ode mnie: „Jesteś wampirem z urojenia. Porozmawiajmy o tym”.

Bardzo mnie cieszy, że psychoterapia jest otwarta na taki rodzaj pracy.
Psychoterapeuta nie powinien się bać niczego, niezależnie od tego, czy ktoś przychodzi do niego z wampirem, duchem, diabłem, czy z Panem Bogiem, bo przecież i tak się może zdarzyć. W życiu człowieka mamy bowiem do czynienia nie tylko z projekcją wypartego cienia, ale również z projekcją wypartego światła.

Do terapeuty przychodzą też ludzie z Panem Bogiem?
Rzadziej do terapeuty, częściej do szpitala psychiatrycznego z diagnozą tzw. urojeń wielkościowych. Ludzie ci uważają, że są Chrystusem, Napoleonem czy jakąś inną wielką postacią. Zamiast dawać leki, warto by z nimi podyskutować. Spytać: „Dlaczego akurat Chrystus?”. Mogłoby się okazać, że mamy tu do czynienia z czymś, co można by nazwać wewnętrzną projekcją wypartego światła, którą można z czasem uwewnętrznić jako pragnienie bycia szlachetną, pomocną innym, światłą postacią albo odkryć, że ta zapożyczona wspaniała tożsamość przykrywa poczucie bezwartościowości, beznadziei i rozpaczy. Można drążyć dalej: „Skoro jest pan Chrystusem, to proszę mi opowiedzieć: Jak się czujesz, Chrystusie? Skąd się tutaj wziąłeś? Co chciałbyś powiedzieć, doradzić komuś takiemu jak ja, jak pomóc cierpiącemu światu?”. A potem, korzystając z notatek, pytałbym o każde zdanie i pogląd. Czy ten, który nosi imię i nazwisko pacjenta, też tak uważa i czy potrafi żyć w zgodzie z tym, co uważa? W końcu by się wyjaśniło, czy mamy do czynienia z wypartym światłem, czy z przykrywką rozpaczy. Choć mogłoby się okazać, że rozwiązaniem byłoby to, co sugerował w opowieści o chorym psychicznie bodajże bracie, mistyk i duchowy nauczyciel Baba Ram Dass. W czasie odwiedzin w szpitalu chory brat pyta: „Dlaczego gdy ty mówisz, że jesteś Chrystusem, to ludzie tego słuchają i jeszcze płacą za wykłady – a gdy ja mówię, że jestem Chrystusem, zamykają mnie w szpitalu?”. Na co Ram Dass: „Bo ty twierdzisz, że tylko ty jesteś Chrystusem, a ja mówię, że wszyscy jesteśmy Chrystusem, tylko nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę”.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek (w tym „Patchworkowe rodziny” Wyd. Zwierciadło), współtwórca i dyrektor Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Co potrafi nasz umysł? Jak działa? - tłumaczy Wojciech Eichelberger

To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
W pracy, w domu wciąż wymaga się od nas jeszcze i jeszcze. Przydałby się jakiś dodatkowy zasób, z którego moglibyśmy czerpać. Czy to prawda, że na co dzień wykorzystujemy tylko 10 procent możliwości mózgu? Jak sięgnąć po te 90 pozostałych? I co ma z tym coś wspólnego psychoterapia? – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jak to jest z mózgiem? Badania zebrane w „50 wielkich mitach psychologii popularnej” Scotta O. Lilienfelda, Stevena Jaya Lynna, Johna Ruscio i Barry’ego L. Beyersteina nie potwierdzają, że mamy w nim jakiś ukryty potencjał. Ale chcemy wierzyć, że jednak on tam jest.
Nie jestem neurobiologiem ani neurokognitywistą, tylko psychoterapeutą, i dlatego zajmuję się umysłem, a nie mózgiem. Programem, jak można by powiedzieć, a nie samym komputerem, którym w tym ujęciu nazwałbym mózg. Ale też z mojego doświadczenia wynika jasno, że to właśnie umysł decyduje o tym, co może mózg. On mu to nawet dyktuje! To umysł decyduje o tym, jak postrzegamy siebie i świat, a więc co myślimy. Źródłem umysłu jest oczywiście kultura, w której żyjemy, język, którym mówimy, ale też emocje i wydarzenia z życia, wątki biograficzne, a więc to, czym zajmuję się na co dzień jako psychoterapeuta. I myślę – na co mam wiele dowodów – że to umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. Przyszedł do mnie prezes firmy z wypaleniem zawodowym i depresją. Jego mózg stracił zdolności kreatywne i firma, którą stworzył, popadła w stagnację. Stał się drażliwy, a nawet agresywny, co psuło mu kontakty z pracownikami i niszczyło atmosferę w domu. Zapytałem go o marzenia i o plany, które musiał porzucić dla swojej wyczerpującej pracy. Okazało się, że od dziecka marzył o grze na fortepianie. Poradziłem mu, że jeśli chce odzyskać siły i kreatywne możliwości umysłu, powinien wziąć sobie sześciomiesięczne wolne i w tym czasie zająć się przede wszystkim fortepianem. Pojawił się po pół roku, szczęśliwy i rozpromieniony, o wiele lat młodszy. Okazało się, że zrobił tak, jak mu doradzałem, i że dalej poświęca nauce gry na fortepianie dwie godziny dziennie. W międzyczasie wyzdrowiał – pokonał depresję, twórczo zreorganizował firmę i podniósł ją na zupełnie inny poziom. Znakomicie też poprawił swoje relacje ze współpracownikami i z rodziną.

Odzyskał zdolności kreatywne, dodając sobie zajęć?
Gdy nasze ciało nabiera nowych umiejętności, a na pewno gra na fortepianie tego wymaga, mózg musi te nowe umiejętności „zapisać”. Związane jest to z powstawaniem większej ilości połączeń między neuronami. Te zazwyczaj mają ich kilka, a mogą wielokrotnie więcej. Powstaje więc sieć, która być może jest tym właśnie ukrytym potencjałem. Tak czy inaczej, ucząc się nowych rzeczy, rozwijamy umysł i mózg. Mamy też – słuszne zresztą – poczucie, jakbyśmy stali się mądrzejsi. Myślę, że gdybyśmy zbadali mózgi ludzi przed psychoterapią i po niej, to okazałoby się, że zmieniła się ich aktywność. Badania mózgów ludzi kreatywnych, które miałem okazję zobaczyć, wykazały, że kreowanie nowych wizji i rozwiązań jest powiązane z inną niż przeciętna aktywnością elektryczną kory mózgowej.

Ale gdy podłączono mózg do urządzeń pozwalających obserwować jego pracę (EEG, PET, fMRI), nie znaleziono nieaktywnych obszarów.
Może nie chodzi o zwiększenie aktywnego obszaru, ale o rodzaj tej aktywności? A mówiąc znów o umyśle, adepci psychoterapii wprost stwierdzają: „Czuję, że mózg mi się otworzył. Że mam więcej przestrzeni w głowie. Jakbym więcej widział, czuł i przede wszystkim rozumiał”. Te obserwacje są trafne. Oddają to, co – upraszając – można ująć tak: łatwiej myśleć, gdy nie przeszkadzają w tym trudne emocje, kompleksy czy lęki, a nawet fobie. One zdecydowanie zmieniają nasze widzenie świata i relacje – także ze sobą. Przyszła do mnie bardzo światła osoba, pani profesor, nauczycielka akademicka, która panicznie bała się kotów. W trakcie terapii okazało się, że jej trudne doświadczenia z dzieciństwa zainstalowały w jej umyśle program, który kazał jej kojarzyć wszystkie kocie cechy z karą i odrzuceniem. W dzieciństwie nie wolno jej było się bronić, walczyć o swoje, korzystać z wolności, bawić się, poszukiwać komfortu i przyjemności, zajmować się swoim ciałem itd. Gdy zdała sobie z tego sprawę i przy mojej pomocy zmieniła ten program, otwierając się na swoje wcześniej wyparte potrzeby i możliwości, jej życie się zmieniło. Zaczęła dawać sobie więcej uważności i troski. Odpuściła też innym, bo miała wreszcie siebie pod opieką.

A więc czasem mamy w głowie za dużo lęku, by postępować mądrze, czyli na przykład zadbać o siebie czy po prostu móc skupić się na nauce i pracy.
To częsta sytuacja, kiedy przepracowanie trudnych emocji i wydarzeń sprawia, że człowiek nie ma problemów z zadbaniem o swoje sprawy, z koncentracją, z nauką, z jąkaniem się, z migreną czy nawet z dysgrafią. Dzieje się tak, bo znikają filtry, które zakłócały mu poznanie świata i szczere relacje z innymi.

W autobiografii „Mózg i serce, magiczny duet” neurochirurg James R. Doty opisuje, jak będąc chłopakiem, opanował zasady uspokajania ciała i umysłu, co pomogło mu zostać lekarzem, a potem profesorem. Zyskał nie tylko zdolność do błyskawicznej koncentracji, ale też posługiwania się intuicją. Ale nic by z tego nie było, gdyby nie pokonał kompleksów, a wstydził się nawet śmiać, bo uważał, że ma straszne zęby.
Moje doświadczenie psychoterapeuty potwierdza badania i obserwacje Doty’ego. Mózg potrafi przekształcać się pod wpływem umysłu, a więc pracując nad umysłem, możemy doprowadzić do pozytywnych zmian we własnych neuronalnych drogach. I on tego dokonał już jako dziecko, ucząc się przez wiele wakacyjnych tygodni metody uspokajania umysłu. A potem, kiedy jako lekarz wychodził ze spustoszeń po zawale mózgu i odzyskiwał sprawność. Opowieść Doty’ego jest także niezbitym dowodem na to, że świadomość nie jest produktem mózgu, lecz że jest wobec mózgu pierwotna. A więc siła umysłu decyduje o tym, w jakim stopniu wykorzystamy nasz potencjał.

No właśnie, najważniejsze pytanie na dziś to: jak domowymi metodami sięgnąć po ten ukryty potencjał umysłu czy mózgu?
Warto wiedzieć, że umysł może być nastawiony na to, aby poszukiwać, być otwartym na świat i na nowe. Ale może też być konserwatywny i bronić się przed zmianami. W przeciwieństwie jednak do komputerów mamy samoświadomość i ona nam pomaga przeprogramować nasze umysły. Wielu z nas z tej szansy, jaką daje bycie człowiekiem, korzysta, i to często nieświadomie. Dla przyjemności czyta dużo, i to także autorów o kontrowersyjnych poglądach. Próbuje zrozumieć to, co awangardowe, a nawet skandalizujące w sztuce. Nie żeby podziwiać, tylko żeby wiedzieć. Podróżuje, poznaje inne kultury i dziwne egzotyczne obyczaje. Interesuje się rozwojem nauki, filozofuje. Medytuje, uprawia wymagające dyscypliny sportu, udaje się na odosobnienia lub pielgrzymki. Ci zaś, których umysły są raczej konserwatywne, czyli chcący się kontaktować wciąż z tą samą opowieścią o świecie, nie mają nowych wyzwań ani nowej wiedzy do zasymilowania. Nie ma więc powodu, by neurony w ich mózgach zatrudnić do cięższej pracy, a więc uruchomić ten dodatkowy potencjał.

Po dniu pracy w dzielnicy biurowców zmuszać się do nowego?! Gdy ciągną nas seriale, jakiś kryminał, może wino... Wierzymy też, że skutecznie uczyć się można do 20. roku życia.
Zarówno mózg, jak i umysł pozostają plastyczne przez całe życie. Nigdy nie jest za późno, aby coś inaczej zobaczyć, zrozumieć, zmienić się. Bycie otwartym pomaga, bo trzymanie się starych rozwiązań w zmieniającym się świecie skazuje nas i ludzi wokół na fiasko, na zamieszanie i cierpienie. Pamiętajmy o tym, bo nasz umysł – zwłaszcza w sytuacjach kryzysu – ma tendencję do sięgania po stare rozwiązania. A my nie dostrzegamy, że te sprawdziłyby się w tamtych realiach, a dziś spowodują dodatkowy kłopot. Na przykład kiedy nastolatek domaga się swobody, zaufania i szacunku, to co robią rodzice? Na ogół przykręcają śrubę, sięgając po rozwiązania konserwatywne: „Musimy zabronić, musimy więcej wymagać, musimy zdyscyplinować, byliśmy zbyt pobłażliwi”. Choć problem wydaje się stary jak świat, to szybko okazuje się, że stare sposoby nie zdają egzaminu. Bo młody człowiek wzrastał w świecie zupełnie różnym od świata, w którym wzrastali jego rodzice, np. od czasu gdy nauczył się posługiwać komputerem, miał nieograniczony dostęp do informacji i wiedzy. Rodzice są imigrantami w świecie elektronicznych mediów, a młodzi się w tym świecie urodzili. Wiele wskazuje na to, że mają inaczej ukształtowane mózgi. Ich umysły konstruują inny obraz świata, inną prawdę o nim.

No i rozbolała mnie głowa. Zażyję tylko tabletkę i…
Na szczęście nie rozmawiamy o empatii, bo wtedy – odradzałbym. Badania brytyjskie dowodzą, że paracetamol zmniejsza zdolność do rozumienia i reagowania na potrzeby i uczucia innych. To, co w układzie nerwowym oraz w mózgu odpowiada za odczuwanie bólu fizycznego, odpowiada też za współodczuwanie z innymi. Połkniesz tabletkę i może nie być dla ciebie jasne, czemu partner marudzi, a przyjaciółka płacze.

Ale kiedy boli głowa, również trudno o empatię.
Zaskakujące, jak wiele czynników może wpływać na to, co myślimy, a nawet czego oczekujemy. Na przykład szefowa, którą często boli głowa, będzie więcej wymagać od pracowników, ale mniej ich rozumieć. A możemy mówić o paracetamolowym stylu zarządzania w Polsce, biorąc pod uwagę ilość spożywanych leków przeciwbólowych. Polacy konsumują około dwóch milionów tabletek rocznie. Ale Wisły kijem nie zawrócimy.

Wojciech Eichelberger:
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

Ciekawostka

Jak pisze Ałbena Grabowska, dr nauk medycznych, neurolożka i pisarka: Półkule mózgowe ze sobą współpracują, ale też zazwyczaj jedna dominuje. Jeśli nie ma między nimi połączenia, to np. śmiejemy się, gdy coś nas rozbawi, choć nie wiemy czemu. Jeśli z kolei są równorzędne, to piszemy obiema rękami tak samo sprawnie, ale też nasz umysł może znacznie więcej, bo jedna myśl toruje drogę drugiej, a to podstawa geniuszu. Ten dar miał malarz i wizjoner Leonardo da Vinci.

  1. Psychologia

Jak zachować zdrowie psychiczne?

Pełne zdrowie psychiczne to klucz do szczęścia. Po czym je rozpoznać? (fot. iStock)
Pełne zdrowie psychiczne to klucz do szczęścia. Po czym je rozpoznać? (fot. iStock)
Albert Ellis, psycholog, psychoterapeuta, twórca terapii racjonalno - emotywnej, wymienił 13 elementów, które znacząco wpływają na stan psychiczny.

Uznany przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne za jednego z najbardziej wpływowych psychologów XX wieku - Albert Ellis zgłębiał tajniki ludzkiego umysłu. W szczególności interesowały go tajniki umysłu chorego, zaburzonego, pełnego lęków, napięć i fobii. W toku swych zawodowych poczynań zadał sobie trud zdefiniowania człowieka zaburzonego, zarówno w sferze społecznej, poznawczej jak i emocjonalnej.

Według Ellisa człowiek zaburzony przejawia zachowania autodestrukcyjne uniemożliwiające samorealizację, przeżywanie szczęścia i spełnienia w życiu. Twierdził on, że negatywne emocje wywodzą się z błędnej interpretacji świata, a nie z samej rzeczywistości. Negatywne przekonania są drogą do niewłaściwej i irracjonalnej percepcji samego siebie, tym samym mogą prowadzić do zaburzeń neurotycznych, depresyjnych, czy cierpienia.

Skoro błędne przekonania są źródłem lęku, to jakie przekonania są właściwe? Czym w takim razie jest zdrowie psychiczne?

Według Ellisa osoba zdrowa psychicznie myśli w sposób logiczny, tak samo również działa. Nie jest autodestrukcyjna, nie zachowuje się wrogo, depresyjnie czy lękliwie. Może się rozwijać, uczyć na własnych błędach i brać, w sposób rozsądny to, co najlepsze z życia.

Albert Ellis wymienił 13 obszarów, które pozwalają cieszyć się lepszym samopoczuciem i pozostać w zdrowiu psychicznym.

1. Dbanie o własne dobro

To prawo do bycia sobą. To JA jestem kowalem swojego losu, biorę sprawy w swoje ręce i piszę scenariusz do filmu „moje życie”, bez niepotrzebnych powinności, zewnętrznych przymusów czy zachowywania konwenansów. Moje potrzeby wyznaczają moje cele. Szanuję innych, ale przede wszystkim respektuję siebie.

2. Przystosowanie społeczne

Człowiek to nie samotna wyspa, dlatego inni potrzebni są mu do szczęścia. JA lubię ludzi, a oni lubią mnie. Dobre relacje interpersonalne, współpraca, obcowanie z drugim człowiekiem - definiują przystosowanie społeczne.

3. Autonomia

Mam świadomość własnego JA, niezależności, zdrowej potrzeby akceptacji, przyjęcia odpowiedzialności za własne życie. Zachowuję własną przestrzeń w związku i odcinam pępowinę od rodziców.

4. Tolerancja

Tolerancja to prawo do inności, prawo do błędu, pomyłek, wybaczania. Daję to prawo sobie i innym. JA nie potępiam, nie oceniam, pamiętam, że tak jak i JA, każdy jest tylko człowiekiem.

5. Akceptowanie dwuznaczności i niepewności

Przekonanie, że świat ma charakter probabilistyczny i nic na ziemi nie jest całkowicie konieczne i pewne. JA eksploruję świat, smakuję mądrze życie i nie przestaję się uczyć.

6. Giętkość myślenia

Jestem ciekawy poznawczo, otwarty na zmiany i nowości. Słucham siebie, ale i słucham innych, jestem otwarty na nowe idee i poglądy.

7. Myślenie naukowe

Stawianie hipotez to moja specjalność. Myślę krytycznie, racjonalnie i obiektywnie - to mój sposób na pojmowanie świata i rozumienie siebie.

8. Zaangażowanie

Czyli aktywność w działaniu, zarówno w pracy jak i prywatnie. Odważnie zdobywam świat, cechuję się kreatywnością i nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Szukam lepszego życia i robię wszystko, aby tak było.

9. Podejmowanie ryzyka

Pomimo, że istenieje ryzyko niepowodzenia są cele, które chcę osiągnąć. Bez naiwności, ale z rozwagą, bez pyszałkowatości, ale z pokorą podejmuję nowe wyzwania.

10. Samoakceptacja

Akceptuję siebie w pełni i bezwarunkowo (przeszłość, dokonania, wygląd). Kocham i lubię siebie, nie narcystycznie i zuchwale, ale rozsądnie i dojrzale. Zdrowa samoocena przekłada się przecież na relacje z innymi ludźmi.

11. Hedonistyczne, ale rozsądne nastawienie do życia

Poszukuję przyjemności tylko wtedy, gdy to jest najlepsze rozwiązanie dla mnie. Nie bawię się w miałkie przyjemności, które do niczego nie prowadzą. Nie ma sensu też zadręczać się przekonaniem, że przyjemność jest czymś złym.

12. Brak perfekcjonizmu i utopijnych poglądów

Akceptuję, że nie da się być najlepszym we wszystkim. Wiem, że perfekcjonizm czy idealizm istnieją tylko w filmach albo w snach. Dążę ku temu, co ma sens. Moja świadomość pomaga mi zrozumieć, że czasem dobrze, znaczy tyle samo, co idealnie.

13. Przyjmowanie odpowiedzialności za własne trudności

Nie obwiniam innych za całe zło tego świata. Widzę, gdzie jest granica mojego JA, co jest w zasięgu mojej ręki, a co staje się trudnością, na którą nie mam wpływu.