1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Tajemnice naszych upodobań - od czego zależy siła przyjemności?

Tajemnice naszych upodobań - od czego zależy siła przyjemności?

Ilustracja: Anna Rudak
Ilustracja: Anna Rudak
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dlaczego jedni lubią wegańskie serniki, a inni nie przeżyją dnia bez mlecznej czekolady? Dlaczego jedni gustują w zabawach z kajdankami, a inni wolą o tym jedynie poczytać? Profesor Paul Bloom, psycholog z Uniwersytetu Yale i autor poczytnych książek, odkrywa tajemnice naszych upodobań.

Od jakich przyjemności zaczyna pan dzień? Od kawy, uwielbiam dobrą kawę. Jednak pełna odpowiedź brzmi: „Moje poranne przyjemności to kawa i praca”. Kiedy budzę się rano, piję kawę i przez godzinę pracuję nad ważnym projektem. Uwielbiam zanurzyć się w pisaniu i całkowicie skupić się na tym, co robię. Teraz jest to propozycja nowej książki dla wydawnictwa.

Co pan powie na filiżankę kawy fair trade i wegańskiego rogalika? Czy to większa przyjemność? Czym naprawdę się rozkoszujemy, pałaszując tak ostatnio modne roślinne curry? Przekonaniem, że jesteśmy bardziej etyczni, dbamy o środowisko i zwierzęta, i to być może sprawia, że jedzenie smakuje lepiej. Znacznie częściej jednak takie jedzenie smakuje gorzej, bo jeśli łączysz posiłek z etyczną powinnością, to nie spodziewasz się, że będzie specjalnie smaczny. Jeśli myślimy, że coś jest moralne lub zdrowe, wtedy nasz mózg przestawia się na inne rejestry i odczuwamy mniej przyjemności z tego, co jemy. Moja żona chce, żebym jadł brązowy ryż. Mówi, że jest zdrowszy od białego, i pewnie ma rację. Pewnie też dlatego mi nie smakuje.

Może znacznie bardziej od smaku cieszy, że jemy zdrowo, modnie i drogo? Bo organiczna żywność jest droższa, a więc dostępna wybranym. Rzeczywiście, to samo wino smakuje lepiej, jeśli myślisz, że kieliszek kosztuje sto złotych, niż wtedy, kiedy myślisz, że kosztuje dziesięć. W mojej książce pokazuję, że o tym, co lubimy, decydują ważniejsze niż kubki smakowe czynniki. Liczy się przede wszystkim to, co myślimy o prawdziwej istocie rzeczy, która daje nam przyjemność. Czyli o tym, co to jest, jaką ma historię i naturę. Prosty przykład: jeśli patrzysz na czyjąś twarz i nie znasz tej osoby, to dla ciebie po prostu czyjaś twarz i widzisz ją taką, jaka jest. Jeśli to twarz przyjaciela czy kochanej osoby, widzisz ją przez pryzmat swoich uczuć. Jeśli to twarz kogoś, kogo nienawidzisz – nawet jeśli w innych okolicznościach uznałabyś ją za piękną – nie wygląda dla ciebie dobrze. Ta sama zasada odnosi się do dzieł sztuki. W moim domu wiszą rysunki moich dzieci z czasów ich dzieciństwa. Są dla mnie bardzo piękne, bo wiem, kto je narysował.

Czy rządzi nami potrzeba przyjemności? Co wpływa na intensywność jej odczuwania? (fot. iStock) Czy rządzi nami potrzeba przyjemności? Co wpływa na intensywność jej odczuwania? (fot. iStock)

Jak mówi znane powiedzenie: piękno jest w oku patrzącego. Co jednak pięknego dostrzegamy w mlecznych czekoladach i czipsach kuszących nas z reklam i sklepowych półek? Zwłaszcza wtedy, kiedy nosimy rozmiar XXL i wciąż sprawiamy sobie przyjemność w postaci pudełka lodów czekoladowych. Czekolada po prostu smakuje dobrze, ponieważ w toku ewolucji nauczyliśmy się lubić cukier. Jeśli głodujesz, cukier postawi cię na nogi. Ale przy tym jesteśmy sprytni na tyle, żeby stworzyć superbodźce, które uderzają w nasze ewolucyjne potrzeby sto razy mocniej niż dojrzały owoc, więc dla wielu z nas są nie do odparcia. Tłuste, słodkie lody to taki superbodziec. Innym jest pornografia. Ewolucja sprawiła, że nagie ciało drugiej osoby jest dla nas atrakcyjne. Za sprawą przemysłu pornograficznego tysiące nagich ciał mamy na wyciągnięcie ręki, więc niektórzy mężczyźni nawet nie wychodzą z domu, żeby znaleźć ciało realne. Podobnie gry komputerowe – są zaprojektowane tak, żeby zaspokajać nasze naturalne apetyty, ale w stukrotnie większym natężeniu niż realne życie.

Niektóre apetyty są, hm…  specjalne. Co stoi za masochistyczną przyjemnością? Mówiąc wprost: niektórzy lubią masochistyczny seks, inni nie, podobnie jak jedni lubią ostro przyprawione jedzenie, a inni nie. Ale każdy lubi trochę pocierpieć, szczególnie jeśli ma kontrolę nad nieprzyjemnymi doznaniami. Jest sporo ludzi, którzy lubią odczuwać ból i drobne upokorzenia, jeśli mogą powiedzieć „stop”, kiedy tylko zechcą. To tak jak oglądanie przerażającego filmu: możesz zamknąć oczy lub wyjść z kina; jak jedzenie ostrej potrawy; branie gorącej kąpieli lub zimnego prysznica. Przyjemność z cierpienia to forma gry i poznawania świata. Kiedy badamy świat czy to realnie, czy w wyobraźni, mamy tendencję do skupiania się na negatywnych doświadczeniach. Po to, żeby je zrozumieć i wyciągnąć z nich naukę. Podobnie jest z marzeniami na jawie: większość z nich jest nieco negatywna, często myślimy o smutnych lub trudnych sprawach. Nie dlatego, że coś z nami nie w porządku. Tylko dlatego, że ewolucyjnie korzystne jest dla nas myślenie o złych rzeczach.

Wydaje mi się, że miliony wielbicieli „Pięćdziesięciu twarzy Greya” nie zgodziłoby się, że czytanie o dziewczynie wciągniętej w masochistyczną grę upokarzania i bólu jest dla nich złą rzeczą. Jaka przyjemność stoi za tą lekturą? Czytałem tę książkę i myślę, że powieść zaspokaja rozmaite apetyty, które ludzie mają i do których niekoniecznie się przyznają. Wiele kobiet pociągają bardzo silni, dominujący mężczyźni – i to jedna z fantazji, do jakich ta książka nawiązuje. Również potrzeba kontrolowania mężczyzn znajduje tutaj swoje zaspokojenie, bo na końcu bohaterka zostawia kochanka, czyli ostatecznie to ona decyduje o ich związku. Jeden motyw tej powieści wydaje się szczególny i w jakiś sposób czyni z niej seksowną wersję „Harry’ego Pottera”. Harry Potter odzwierciedla fantazję, że nie jesteś tylko dzieckiem. Jesteś szczególnym dzieckiem. Bohaterka „Pięćdziesięciu twarzy...” jest przeciętną studentką, ale ten niezwykły mężczyzna mówi jej: „Jesteś wyjątkowa. Jesteś najbardziej niezwykłą kobietą, jaką w życiu spotkałem. Byłem w wielu związkach, ale nigdy nie kochałem nikogo tak jak ciebie”. Każdy chce usłyszeć: „Jesteś wyjątkowa, jesteś wyjątkowy”. To absolutnie decydująca formuła. Psycholog ewolucyjny Steven Pinker twierdzi, że zakochujemy się, żeby to poczuć. Wiele naszych fantazji i opowieści zbudowanych jest na tym motywie.

Psychoanalityk powiedziałby, że całe nasze życie kręci się wokół potrzeby wyjątkowości, bo nie zaspokoiliśmy jej w dzieciństwie. Alexander Lowen, twórca popularnej w Polsce analizy bioenergetycznej, uważa, że nasza zdolność odczuwania przyjemności i miłości jest często zablokowana przez to, jak byliśmy traktowani przez rodziców.

Nie ma wielu dowodów, że rodzice są odpowiedzialni za to, co lubisz i jak odczuwasz przyjemność. Kiedy dzieci dorastają, zwracają uwagę na świat wokół nich i są kształtowane przez otoczenie. Twoje preferencje nie muszą być regulowane przez rodziców, z wyjątkiem tego, że dzielisz z nimi geny. Myślę, że podstawowy wyznacznik naszych pragnień to biologia. Biologia jest tak potężna, że nawet tego nie zauważamy. Traktujemy jako oczywiste to, że lubimy jeść, uprawiać seks, plotkować, słuchać muzyki i opowiadać historie. Oprócz tego kształtuje nas kultura, w której żyjemy. Jak wiele rzeczy nasze preferencje to kombinacja tych elementów. A oprócz tego liczy się coś w rodzaju przypadku, którego nikt nie umie wyjaśnić. Nie uważam, że to magia…

…ale? Przypadki wpływają na to, jaki jest twój mózg. Nienawidzę sera. Moi rodzice lubią ser, moja żona lubi ser, wszyscy wokół mnie lubią ser. Musi być jakiś powód, że ja go nie cierpię, ale nie wiem jaki. Jeśli chodzi o nasze upodobania, to zawsze trzeba zostawić przestrzeń dla tajemnicy. Myślę, że dla tajemnicy i wyboru. Moja przyjaciółka wierzy, że to kwestia wyboru i pracy. Próbowała przekonać mnie do jedzenia sera, bo uważa, że jeśli mocno się postaram, to polubię ser.

Wydaje mi się bez sensu zmuszać się do polubienia czegoś, czego nie lubię. Czy nie lepiej czerpać radość z tego, co ją daje? Czasami są przyjemności, których chcesz doświadczyć lub których warto doświadczyć. Na przykład opowiadasz mi o świetnej wystawie sztuki współczesnej, a ja mówię: „Mam w nosie sztukę współczesną! To po prostu nonsens!”. Ty odpowiadasz: „No nie, spróbuj to jednak polubić, bo wtedy zobaczysz, że to poszerza twoje horyzonty i dodaje życiu smaku”.

Przyznaję, że praca nad książką zmieniła moje nastawienie do przyjemności. Teraz doceniam, że nasza wiedza, np. o winie, muzyce czy filmach, zwiększa przyjemność, jaką czerpiemy z kieliszka chablis, słuchania koncertu czy oglądania serialu. Sposobem na to, żeby delektować się winem, nie jest kupowanie drogiej butelki, ale wiedza na temat wina. Sposobem na radość z muzyki jest rozumienie muzyki. Ktoś, kto wie wiele o muzyce klasycznej, docenia Bacha na innym poziomie itd. To sugeruje, że jest bliski związek między przyjemnością a wiedzą, i możemy wykorzystać go do poprawienia jakości życia.

Tymczasem większość z nas zamiast czytać o szczepach wina czy Bachu, woli się cieszyć nieszczęściem bliźniego, nawet jeśli wie, że to grzeszna przyjemność.

Schadenfreude jest szczególnie trudna do uniknięcia, jeśli jesteś pisarzem! [Śmiech]. To trochę smutne, ale jesteśmy stworzeniami hierarchicznymi i oceniamy siebie w stosunku do innych. Chcemy stać wysoko w hierarchii, być podziwiani i szanowani. Okropnie jest czuć, że jest się nisko. Schadenfreude pomaga nam poczuć, że jesteśmy wyżej, a oni są niżej. Wiemy, że nie powinniśmy tego czuć wobec przyjaciół, ale czasami czujemy. To taka sama przyjemność jak ta, kiedy przytrafia nam się coś dobrego. Jeśli nie masz niczego dobrego, z czego możesz się cieszyć, masz przynajmniej coś złego, co przytrafia się innym. Oscar Wilde powiedział coś w rodzaju: „Nie wystarczy, że ja odniosę sukces. Inni muszą ponieść porażkę”.

Podobno najlepszą obroną przeciwko schadenfreude jest skupienie na sobie, bo wtedy jest się zbyt zajętym swoimi sprawami, żeby cieszyć się z potknięć innych. A według pana na jakich przyjemnościach warto się skupiać? Jest takie znane, przypisywane Freudowi powiedzenie: najważniejsze rzeczy w życiu to miłość i praca. Tak więc mogę powiedzieć, że najważniejsze są związki i projekty zawodowe. Nie chcę prawić morałów, ale raczej nie powinno się spędzać życia na szukaniu przyjemności, ponieważ są lepsze rzeczy do robienia. Ale jeśli ktoś chciałby ich szukać, to polecałbym takie radości, które poprawiają jakość życia i czynią ludzi szczęśliwymi. Jeśli cieszy cię przyjaźń, miłość i pomaganie innym, to są to dobre przyjemności, bo sprawiają, że inni też z nich czepią radość.

Czy to znaczy, że przyjemność i szczęście są nierozdzielne? Można definiować je jako tę samą rzecz, ale ja uważam, że przyjemność to coś, czego doświadczasz krótko. Popijanie dobrej kawy lub śmiech z żartu to przyjemności. Szczęście to znacznie bardziej zrównoważony aspekt twojego życia. Ale istnieje związek między tym, ile odczuwasz przyjemności, a tym, jak szczęśliwy jesteś – życie pełne przyjemności to często życie szczęśliwe. Jednak szczęście i przyjemność są niezależne. Możesz więc mieć wiele przyjemności i być nieszczęśliwy, a możesz nie odczuwać przyjemności i być szczęśliwym człowiekiem. Ale jeśli chcesz mieć dobre życie, najlepiej mieć po trochu i przyjemności, i szczęścia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Zamieszanie wokół orgazmu – jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji?

Zamieszanie wokół orgazmu - jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji? (Fot. iStock)
Zamieszanie wokół orgazmu - jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji? (Fot. iStock)
Syzyfowa praca – takie odnosi się wrażenie, śledząc tytuły artykułów o orgazmach. Mężczyźni zagrzewani są do boju: „Podaruj jej wielki finał w 15 minut!”, a kobiety utwierdzane w nieustannym niespełnieniu: „Osiem powodów, dla których nie możesz mieć orgazmu”. I tak będzie już do końca świata?

Niedawno portal I Fucking Love Science przeanalizował tytuły czasopism w gazetach męskich i kobiecych. W tych pierwszych natknął się na: „Dziesięć lekcji o kobiecym orgazmie”; „Jak dać jej Wielki Koniec, na który zasługuje”; „Cztery zmysłowe sposoby na przyspieszenie jej orgazmu”; „Jak ją zadowolić, ale nie stracić całej nocy?”. – Tytuły tekstów do gazet dla mężczyzn są czysto zadaniowe: damy ci instrukcję, a ty podwijaj rękawy i bierz się do roboty. Z podobnym zadaniowym nastawieniem przychodzą do mnie mężczyźni. Mówią: „Proszę pana, mam 40 lat, jestem w stałym związku. Od kilku miesięcy (może kilku lat) mam zaburzenia erekcji. Tyle o mnie. Teraz zamieniam się w słuch, a pan doktor da mi instruktaż, jak mieć stalowy wzwód na zawołanie i jak doprowadzić partnerkę do zniewalających orgazmów. Proszę mówić” – wyjaśnia Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta z gabinetu CBTseksuolog.

Gazety kobiece mówią o orgazmie w zgoła innym tonie: „Osiem powodów, dla których nie jesteś w stanie osiągnąć orgazmu”; „Dziesięć faktów, których faceci nie rozumieją o orgazmie kobiecym”; „Sposoby na to, żeby osiągnąć orgazm razem”. – Tytuły dla kobiet są bardziej realne, nastawione na wsparcie. Opisują ogromne skomplikowanie kobiecej seksualności, dodają otuchy. Zachęcają do niezmuszania się, do dania sobie na spokojnie przestrzeni na seks, poznawania swoich stref erogennych. Motywują do niezniechęcania się w przypadku nikłych efektów – mówi Andrzej Gryżewski. Ale wnioski z analizy tych tytułów są jeszcze bardziej przewrotne:

Ona udaje – on myśli, że umie

Pod koniec 2017 r. roku zespół psychologów z Oakland University podał 63 (tak! tak!) przyczyny, dla których kobiety udają orgazm. Przypomnijmy, że David M. Buss, amerykański psycholog ewolucyjny, opisał 237 powodów, dla których kobiety uprawiają seks. I tylko jeden z nich mówił o orgazmie. Naukowcy z Oakland posegregowali przyczyny fałszowania orgazmu na trzy grupy:

  1. Brak zainteresowania seksem (czyli „im szybciej mam orgazm, tym szybciej skończymy”);
  2. Wsparcie partnera („nie wychodzi mu, ale przynajmniej się stara”, również: „udaję orgazm, żeby utrzymać związek”),
  3. Manipulacja i oszustwo („świetnie udany orgazm za świetne futro” albo „czuję się niepewna, a udawanie orgazmu sprawia, że jest mi lepiej”).

286 kobiet, które naukowcy poprosili o pomoc, opowiedziało, jak często w życiu stosowały (stosują) określone strategie. Psychologowie nie mają, niestety, dobrych wiadomości. Udawanych orgazmów może być coraz więcej. Dlaczego? Z powodu coraz bardziej skomplikowanych relacji i kruchości związku. Niebagatelny jest także fakt, że coraz więcej par bezskutecznie stara się o dziecko: ich seks dawno temu przestał być spontaniczny i wypełniony orgazmami. Szacuje się, że połowa kobiet na pewnym etapie życia przez dłuższy czas udaje orgazmy. Co z mężczyzną, który myśli, że potrafi dać partnerce wielki finał, a w rzeczywistości tego nie umie? Najlepiej nie mówić mu o tym po dziesięciu latach związku. Dobrze jest zacząć od pierwszej randki. – Wygląda na to, że nijak nie możemy się dogadać. Kompletnie nie interesuje nas druga strona, tak jesteśmy skupieni na własnej perspektywie. Co z tego, że mężczyzna dowie się o technikach z poradnika, a kobieta ponarzeka, że jej partner nie potrafi jej doprowadzić do orgazmu. Co z tego, jeśli oni nawzajem sobie tego nie mówią? – pyta Anna Moderska, edukatorka seksualna, ekspert Tulipan.pl.

Co z męskim orgazmem?

Wyobraź sobie, że role się odwracają i czytasz w gazecie kobiecej: „Jak dać mu gigantyczny wzwód”? A w męskiej: „Dlaczego ona nie umie spowodować u ciebie orgazmu”. Czy ze wstrętem odłożysz instrukcje o gigantycznym wzwodzie? Z jakich przyczyn? Ponieważ orgazm męski jest w przekonaniu wielu kobiet prosty, łatwy, a seksualność facetów zwierzęca i niskich lotów. Anna Moderska: – Nasza wiedza o kobiecej seksualności i przyjemności (choćby czysto fizycznym jej aspekcie) jest mocno do tyłu. U mężczyzn z penisem na wierzchu wydaje się to oczywiste i łatwe od setek lat: dotykanie go powoduje wzwód i wytrysk z orgazmem. Z kobietami i ich schowaną łechtaczką sprawa wydaje się bardziej zawiła – odkrycia naukowe w tej dziedzinie to nowość – przez to sądzimy, że jest to kwestia skomplikowana. Poza tym postrzeganie męskiej przyjemności jest bardziej sprymitywizowane, choć zupełnie niesłusznie. Mężczyźni mogą mieć niesamowicie rozbudowane i zróżnicowane orgazmy. Tak jak kobiety, wszystko w rękach kochanki, warunków, w jakich uprawiają seks, i tego, co między nimi seksualnie się odbywa, a więc także komunikacji. Jakie są tego konsekwencje? – Statystyczne 34 procent mężczyzn w stałych związkach nie chce uprawiać seksu. Dlaczego? Bo czują, że muszą obsługiwać kobietę w seksie. Słyszę często całą sekslitanię zażaleń mężczyzn do ich partnerek. Mówią to z mieszanką wstydu i złości, bo nie za bardzo wiedzą, czy mają do tych uczuć prawo w sferze seksualnej. Bo podobno facet w seksie bierze wszystko jak leci. Nic bardziej mylnego – mówi Andrzej Gryżewski. Kobiety z kolei łapią się w pułapkę: „Nie mogę być ekspertem od męskiej seksualności, bo to by oznaczało, że jestem puszczalska”. – Kobiety przyuczane kilkusetletnią tradycją sądzą, że mają być skromne, czekać, aż je książę na białym koniu wybudzi pocałunkiem ze snu i wprowadzi w świat piękna i cudownej zmysłowej relacji – pokpiwa Anna Moderska.

Przyjemność jako straszak

Seksuologowie obserwują w gabinecie mężczyzn zalęknionych faktem, że nie dają partnerce orgazmu, że to oni są za niego w 101 proc. odpowiedzialni. – Mają przekonanie, że niedoprowadzenie kobiety do orgazmu skutkuje „byciem nikim” również i w innych sferach. Mówią: „Odkąd mam zaburzenia erekcji, zauważyłem, że coraz gorzej jeżdżę samochodem, gdy występuję na scenie, to już nie daję z siebie tyle energii, ile przed impotencją. To mi rujnuje życie” – opowiada Andrzej Gryżewski. – Kobiety są zniechęcone do seksu z partnerem, bo on się spina, jest sztuczny. Wiele kobiet dalej ma przekonanie, że mężczyzna jest „gospodarzem balu”, a ona jest księżniczką. Mężczyźni mają szereg zarzutów do kobiet: ona leży i pachnie, nie wydaje z siebie żadnego dźwięku, nie ruszy nawet powieką. Nie dzielą się z mężczyznami swoimi fantazjami seksualnymi, ciągle zwodzą, że powiedzą później, jutro, za miesiąc, jak nabiorą większego poczucia bezpieczeństwa...

Pokutuje stereotyp, że oni mają nie zawieść, mają obowiązek znać się na „tych sprawach” i wprowadzać kobietę w świat seksualności. Bo oni są bardziej doświadczeni. Czy tak jest? – Niekoniecznie, ale tego się oczekuje. Oczekują tego zarówno kobiety, jak i sami mężczyźni. Mężczyzna niewiedzący, jak postąpić, jest w powszechnym rozumieniu ostatnią fajtłapą, niedojdą. Przyznanie się do niewiedzy czy niekompetencji jest tragedią, do której ten za wszelką cenę nie chce dopuścić – mówi Anna Moderska. – Prawda jest taka, że mężczyźni powinni uczyć się, jak rozmawiać z partnerką o seksie i jak się od niej dowiedzieć, co jej sprawia największą przyjemność, a nie zakładać, że wiedzą, co jest dla niej najważniejsze. Kobiety lepiej wychodzą na uczeniu się własnej seksualności, mówieniu o niej bez wstydu i niezakładaniu, że mężczyzna, jak ten bohater romansu, doprowadzi ją do szaleństwa.

Ale zanim tak się stanie, wciąż nie ma jasności w temacie orgazmu.

Droga do rozkoszy okiem ekspertki

Jak podkreśla Anna Golan, seksuolożka: Mam wrażenie, że cytowane media odwołują się do naszych kompleksów i stereotypów na temat płci. Przekaz dla mężczyzny brzmi: kobiety oceniają twoją sprawność (oraz wielkość członka). Dla kobiet: powinnaś sprawić mu przyjemność swoim orgazmem. Można by tu dorzucić jeszcze wciąż, niestety, popularny pogląd, że orgazm osiągany w wyniku stosunku jest bardziej wartościowy niż ten osiągany poprzez stymulację łechtaczki. I tak obie płcie zamiast cieszyć się ze spotkania dręczą się myślami: „Jak wypadam?”. Jakie ma to skutki? Ludzie są nieszczęśliwi, nieautentyczni w swoich relacjach. Oczekujemy od mężczyzn bliskości, umiejętności wyrażania emocji i reagowania na nasze, jednocześnie bezlitośnie oceniamy ich w tej sferze życia, gdzie wszyscy jesteśmy najbardziej bezbronni. Z kolei młode kobiety, które dopiero zaczynają życie seksualne, już zaczynają się czuć mniej wartościowe, ponieważ nie osiągają orgazmu. Wymagają od siebie zbyt wiele. Z moich rozmów z kobietami jasno wynika, że seks oceniamy, biorąc pod uwagę jakość relacji, uwagę, jaką poświęca nam partner. To, że inspirujemy, ekscytujemy siebie nawzajem, jest ważniejsze w ocenie kobiet niż najbardziej wyszukane techniki oferowane przez mężczyznę, który nie wzbudza emocji. Kobietom doradzałabym samodzielne poznawanie swoich ciał, tak jak to robią mężczyźni! Dzielcie się tą wiedzą w sypialni, pokazujcie, kiedy kochanek rzeczywiście dostarcza wam rozkoszy. Często przeszkodą w osiągnięciu orgazmu jest presja na to, żeby go przeżyć.

  1. Styl Życia

Dobra energia w domu - jak ją wprowadzić?

Materialne przedmioty, którymi się otaczamy, mogą wywoływać niematerialne poczucie radości. Ich widok może sprawiać nam estetyczną przyjemność, a filozofowie i psychologowie od wieków uczą, że prawdziwego szczęścia szukać należy we własnym wnętrzu. (Fot. iStock)
Materialne przedmioty, którymi się otaczamy, mogą wywoływać niematerialne poczucie radości. Ich widok może sprawiać nam estetyczną przyjemność, a filozofowie i psychologowie od wieków uczą, że prawdziwego szczęścia szukać należy we własnym wnętrzu. (Fot. iStock)
Kiedy patrzymy na coś, co nam się podoba, otwieramy szerzej oczy, nasze rysy łagodnieją, pojawia się też rodzaj przyjemnego zaciekawienia. A to tylko jeden ze sposobów, w jaki rzeczy, którymi się otaczamy, są w stanie oddziaływać na nasz stan ducha.

Czy materialne przedmioty, którymi się otaczamy, mogą wywoływać niematerialne poczucie radości? Oczywiście, ich widok może sprawiać nam czysto estetyczną przyjemność, ale przecież filozofowie i psychologowie od wieków uczą, że prawdziwego szczęścia szukać należy we własnym wnętrzu. Jak przekonuje jednak Ingrid Fetell Lee, projektantka wnętrz i autorka książki „Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu”, za pomocą przedmiotów warto kreować sytuacje, w których możemy tę radość łatwiej w sobie odnaleźć – tak jak wtedy, gdy patrzymy na bukiet świeżo zerwanych kwiatów, gdy siedzimy przy kawiarnianym stoliku skąpanym w ciepłych słonecznych promieniach lub wieszamy na choince migoczące świąteczne ozdoby. W sposób szczególny powinniśmy zaś przyjrzeć się przedmiotom w najbliższym otoczeniu, czyli w domu. Doskonałą okazją ku temu jest remont bądź przemeblowanie.

Z całą pewnością znasz remontowe porzekadło, wedle którego pierwszy dom buduje się dla wroga, drugi – dla przyjaciela, a trzeci – dla siebie. Na urządzanie wnętrz w sposób niedający nam radości szkoda jednak czasu i pieniędzy. Przystępując do ich projektowania, warto przyjrzeć się kilku prostym mechanizmom, których znajomość pozwoli wpuścić do codziennego życia więcej wesołości i beztroski. Obok długotrwałego efektu w najbliższym otoczeniu dodatkową przyjemność da nam poczucie sprawczości, które stanie się naszym udziałem poprzez świadome zastosowanie pewnych zasad w praktyce. Mechanizmy, którymi rządzi się przestrzeń i zebrane w niej przedmioty, autorka „Joyful” podzieliła na 10 kategorii.

Energia

Energia jest w wielu wypadkach synonimem radości. Kojarzy się ze wszystkim, co żywe, kolorowe, jasne i ciepłe. Nic dziwnego, że jej odczuwanie doskonale stymulują przede wszystkim nasycone barwy. Przypomnij sobie, jak wiele radości daje ci wizyta w galerii sztuki, podziwianie murali w odwiedzanym mieście albo zabawa w paintball! Intensywne, jaskrawe kolory warto wprowadzić także do naszej codziennej przestrzeni – jeśli nie na dużych powierzchniach, to przynajmniej w formie niewielkich plam i akcentów (idealnie nadają się do tego wszelkie dekoracyjne dodatki, jak poduszki, kapy, obrazy). Szczególnie polecana jest kojarzona ze słońcem barwa żółta, zaś dobrym tłem dla innych kolorów będzie czysta biel. Lepiej natomiast unikać beżów i szarości.

Kolejnym istotnym elementem dodającym energii jest naturalne światło oraz, w wypadku jego braku, dynamiczne sztuczne oświetlenie jak najlepiej imitujące promienie słoneczne.

Obfitość

Nasze zamiłowanie do obfitości odziedziczyliśmy po dalekich przodkach. Miejsca pełne bujnej roślinności, z żyzną glebą, odpowiednio nawodnione i zamieszkane przez rozmaite gatunki zwierząt – kojarzyły im się z poczuciem bezpieczeństwa i dawały perspektywę łatwiejszego przetrwania. Dziś obfitość kojarzymy raczej z nadmiarem. Jak w rozmowie z SENSem podkreślała jednak Katarzyna Kędzierska, propagatorka minimalizmu, wyrzeczenie się nadmiaru nie oznacza zgody na „zbyt mało”, a raczej na „tyle, ile trzeba”. Podobnie interpretuje obfitość Ingrid Fetell Lee, dla której nie stanowi ona synonimu przesytu, a raczej różnorodności i pobudzenia wszystkich zmysłów. Jak poczuć obfitość w kreowanej przez siebie przestrzeni? Przede wszystkim przez warstwowość, którą stosować można w doborze tkanin (modne szczególnie w stylu boho układanie na sobie kilku dywanów czy narzut) oraz przez wykorzystanie rozmaitych faktur i wzorów. Aby zapewnić sobie prawdziwą stymulację sensoryczną, wybierajmy sprzęty o ciekawych teksturach, wykonane z użyciem rzemieślniczych materiałów (puchate dywany, nieszlifowane drewno, naturalny kamień, tkaniny o nietypowym splocie).

Wolność i odnowa

Beztroska w działaniu, otwarta przestrzeń, brak ograniczeń, swoboda ruchu i oddechu – oto najważniejsze skojarzenia z wolnością. Odczuwamy ją, przebywając na plaży, rozległej łące, w dzikich górach, ale także wtedy, kiedy nosimy luźną, wygodną odzież, biegamy boso po piasku i uprawiamy sport na świeżym powietrzu. Odczucia, które stają się wówczas naszym udziałem, możemy odtworzyć także w przestrzeni mieszkalnej: unikając dużych, ciężkich i ciemnych mebli oraz syntetycznych materiałów; instalując w domu huśtawki, hamaki i zjeżdżalnie, dające przyjemne wrażenie powrotu do beztroski dzieciństwa; wprowadzając do wnętrz naturalną roślinność w postaci kwiatów doniczkowych lub, jeśli to tylko możliwe, uprawiając chociaż niewielki ogródek, na przykład na balkonie. Kontakt z przyrodą, który sobie w ten sposób zapewnimy, jest też ważną składową kolejnej stworzonej przez Lee kategorii: odnowy, kojarzonej z odrodzeniem, przywróceniem sił i naturalną witalnością.

Harmonia

Wielu z nas, a szczególnie osoby wysoko wrażliwe, ma problemy ze skupieniem, relaksem i odczuwaniem szeroko pojętego dobrostanu w miejscach zabałaganionych. Znacznie lepiej czują się w przestrzeniach dobrze zorganizowanych, funkcjonalnych, opartych na symetrii, nieprzeładowanych przedmiotami, które ułożone są zgodnie ze swoim przeznaczeniem lub w przemyślanych konfiguracjach geometrycznych. Z tego właśnie powodu, bez względu na stosunek do religii i historycznych zawieruch, zwykle uspokajają nas wizyty w antycznych świątyniach, kościołach i klasycznych willach; najwięksi sceptycy nie odmawiają racji bytu wiekowym chińskim praktykom feng shui, a poradniki specjalistki od sprzątania Marie Kondo biją rekordy popularności. Wprowadzanie harmonii do wnętrza oznacza przede wszystkim symetrię.

Podobne przedmioty warto łączyć w grupy lub multiplikować przy użyciu luster; kolory i wzory – koordynować tak, aby połączyć je w zbiory. Dobrym pomysłem jest też zadbanie o jednolitość szczegółów – czy będą to jednakowe wieszaki w szafach, jednokolorowe pinezki na korkowej tablicy czy jeden kolor metalu, z którego wykonane są uchwyty do szaf w całym mieszkaniu.

Zabawa i zaskoczenie

Okrywanie wewnętrznego dziecka w sobie to od wielu lat jeden z głównych postulatów wysuwanych przez psychologów. Wśród inspirujących do zabawy elementów jest nostalgia: przywołanie poczucia bezpieczeństwa i niefrasobliwości odczuwanej w dzieciństwie. Kształtem, który najpełniej symbolizuje ten okres, jest koło. Od karuzeli po hula-hoop, od balonu po piłkę, kręgi i kuliste formy zdają się być wpisane w historię beztroskiej zabawy od tysiącleci. Ich przeciwieństwem są „dorosłe” kąty i kanty, kojarzone z dyscypliną i rygorem – jak pisze Lee, na kanciaste przedmioty podświadomie reagujemy niepokojem. Projektując przestrzeń, warto wprowadzić do niej formy koliste i faliste, a także inne elementy kojarzone z zabawą, jak frędzle, pompony, tkaniny w grochy. Można także rozważyć komponenty humorystyczne: zaskakujące rzeźby czy grafiki albo pojedyncze dodatki na pierwszy rzut oka niepasujące do reszty, stanowiące swego rodzaju puszczenie oka do naszych gości oraz do nas samych.

Blisko stąd do kolejnej kategorii, bezpośrednio związanej z ludycznością, mianowicie do zaskoczenia. Większość z nas bardzo lubi przyjemne niespodzianki. Dlaczego nie wprowadzić ich do własnego domu? Co powiesz na piękny, kolorowy i pachnący papier do wykładania zupełnie zwykłych szuflad, który cieszy zmysły przy każdym sięgnięciu po parę skarpetek?  Rolę niespodzianki spełniać może też kontrast formy czy koloru, zabawa proporcją i skalą, ale także np. element niedoskonały, jak specjalnie postarzona ściana czy widoczne ślady po naprawie jakiegoś przedmiotu, znane doskonale miłośnikom filozofii wabi-sabi.

Transcendencja

Słowo „lekkość”, którego Lee używa poniekąd zamiennie z transcendencją, stało się ostatnio niezwykle modne. Używa się go wszędzie tam, gdzie mowa o szczęściu i szeroko pojmowanym odnoszeniu sukcesu. Lekkie jest to, co przychodzi nam naturalnie, w sposób niewymuszony, nie jest okupione nadmiernym wysiłkiem i dodaje poczucia radości i zadowolenia. Co ciekawe, sposób, w jaki odczuwamy i pojmujemy emocje, związany jest z osią pionową. Przykładowo, uśmiech wygina nasze usta ku górze, a wysokie poczucie własnej wartości każe nosić uniesioną głowę; brwi marszczymy zaś ku dołowi i w ten sam sposób załamujemy ręce. W większości przypadków – co widać także w naszym języku – kierunek ku górze jest synonimem tego, co pozytywne. Dobro podnosi nas na duchu, dodaje skrzydeł, sprawia, że czujemy się wniebowzięci albo w siódmym niebie. W przestrzeni lekkość i transcendencję symbolizują jasne kolory w tonacji nieba, duże wolne płaszczyzny pionowe (np. ściany pomalowane na ulubiony kolor, ale pozbawione obrazów czy plakatów), elementy przezroczyste, dekoracje mocowane na suficie (np. wiszące doniczki z kwiatami, ozdobne żyrandole), powietrze i naturalne światło.

Magia

Światło pojawia się w wielu kategoriach wyodrębnionych przez autorkę „Joyful”. Jest również podstawą przestrzennej magii, wyrażanej przez wszystko to, co błyszczące, fluorescencyjne, pryzmatyczne, nieuchwytne. Także w jej wypadku po raz kolejny dostarczamy bodźców naszemu wewnętrznemu dziecku oraz tej części naszego jestestwa, które tęskni za zjawiskami przyrody uważanymi kiedyś za tajemnicze, jak mgła, wiatr czy energia geotermalna. Element magii wprowadzą do przestrzeni opalizujące tkaniny, lustra, fantazyjne przedmioty szklane i wydające kojące dźwięki wietrzne dzwonki.

Świętowanie

Jednym z momentów, podczas których większość osób odczuwa radość i przyjemne podekscytowanie, są święta i rodzinne uroczystości, łączące się ze sferą sacrum – przestrzenią wyjątkową, odmienną od codziennej, przepełnioną podniosłą atmosferą, ale także bliskością drugiego człowieka. Aby w jakimś wymiarze odwzorować świąteczny nastrój we wnętrzu, warto zadbać o jego kameralność i przytulność, a także łatwość międzyludzkiej komunikacji – czy to przy wygodnym stole, wręcz stworzonym do gromadnego biesiadowania, czy poprzez wprowadzenie tzw. punktu centralnego, wokół którego skupiać się będzie uwaga wchodzących, jak np. kominek, otoczony fotelami stolik kawowy w salonie albo szemrząca fontanna w ogrodzie.

Zmiana w pięciu krokach

  1. Wybierz maksymalnie trzy kategorie, które najbardziej do ciebie przemawiają, np. obfitość (tapety, warstwy tkanin), wolność (rośliny, huśtawka), harmonia (symetria, grupy podobnych przedmiotów).
  2. Wypisz kategorie dodatkowe, które również chciałbyś zawrzeć we wnętrzu – dlatego, że ci się podobają, albo dlatego, że już je masz, np. okrągły stolik kawowy (zabawa) czy plamy kolorów (energia).
  3. Zastanów się, jak połączyć je w unikatowy, tylko tobie właściwy sposób. Spróbuj wypisać około pięciu pomysłów, np. tapeta + motywy roślinne = tapeta z motywem dżungli; plamy kolorów + huśtawka = huśtawka pomalowana na jaskrawą czerwień.
  4. Z wypisanych kombinacji spróbuj wyciągnąć wspólne hasło – łączący je temat, który określisz jednym lub dwoma zdaniami, np. „Radość w dżungli”.
  5. Sporządź listę przedmiotów, które musisz dodać do wnętrza – wypisz, co musisz w nim zmienić, aby dostosować je do swojej nowej wizji, oraz co powinno je opuścić.
Więcej w książce: „Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu” I.F. Lee, wyd. Feeria

„Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu” I.F. Lee, wyd. Feeria„Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu” I.F. Lee, wyd. Feeria

  1. Psychologia

Joie de vivre, czyli francuska radość życia. Na czym polega?

Francuska radość życia ma wiele wspólnego z umiejętnością dostrzegania małych przyjemności: dobrego jedzenia, miłej rozmowy, czyjejś uprzejmości. (Fot. iStock)
Francuska radość życia ma wiele wspólnego z umiejętnością dostrzegania małych przyjemności: dobrego jedzenia, miłej rozmowy, czyjejś uprzejmości. (Fot. iStock)
Joie de vivre – francuska radość życia nie jest wprawdzie kwintesencją szczęścia, ale ma wiele wspólnego z umiejętnością dostrzegania małych przyjemności: dobrego jedzenia, miłej rozmowy, czyjejś uprzejmości... W końcu to one dodają smaku naszym dniom i nocom. I wcale nie wymagają nakładów kosztów ani czasu.

Można boki zrywać z tego, że na komputer mówi się tu ordinateur, a podczas gdy na całym świecie panuje lockdown – rząd w Paryżu ogłasza le confinement, ale tzw. francuska polityka kulturalna, realizowana konsekwentnie od końca lat 50. XX wieku przyniosła efekty. Francuzi są dumni ze swojej francuskości. Oglądają francuskie filmy, czytają francuskich autorów i mówią (prawie wyłącznie) po francusku.  Dla kultury rynek wewnętrzny to podstawa, to on może stać się trampoliną do międzynarodowych sukcesów. Jak w przypadku Brigitte Bardot, nazywanej towarem eksportowym równie ważnym jak samochody Renault. Schedę po niej (choć dziś nikt nie ośmieliłby się na równie merkantylne określenia) częściowo przejęła 40-letnia dziś wokalistka Isabelle Geffroy, znana jako ZAZ. Piosenka „Je veux” (Chcę), w której zamiast drogiej biżuterii, apartamentu w Ritzu i limuzyny („co miałabym z tym zrobić?”) wybiera miłość, dobry humor  i serce na dłoni – jest najlepszą promocją francuskiej radości życia. A co się na nią składa?

Po pierwsze: sztuka konwersacji

Kiedy na pierwszych lekcjach francuskiego uczniowie powtarzają dialogi z użyciem „ça va”, jeszcze nie wiedzą, że dotykają nieskończoności. To coś więcej niż amerykański dialog „how are you?” – „fine” w jednym, bo w zależności od kontekstu „ça va” może być faktycznie pytaniem „co słychać?” i odpowiedzią na nie, ale i hasłem dla sprzedawcy, że nałożył już dość jabłek, albo dla przyjaciela, że pasuje ci jego propozycja. Odpowiedź „ça va pas”, czyli mniej więcej „nie w porządku” wprowadza z kolei napięcie i zdarza się raczej tylko w szczególnych okolicznościach lub zażyłych relacjach. „Ça va” jest alfą i omegą francuskiej konwersacji, zaproszeniem do dialogu.

Paweł Kunachowicz, licencjonowany przewodnik wysokogórski, mieszka w Chamonix. W dolinę przyjeżdża od lat, ale dopiero od kiedy sprowadził się tu z rodziną, tak naprawdę poznaje lokalne zwyczaje. Na przykład taki, żeby rano koniecznie zarezerwować trochę czasu na rytuał „ça va” z którymś z sąsiadów, czasem z kubkiem albo miseczką (bol, wielkości tej używanej u nas np. do płatków) café au lait, w ręku. Kiedyś wychodził z domu na ostatnią chwilę, teraz świadomie dołożył kilka minut do porannego grafiku, żeby – zamiast przebierać nogami – pozwolić sobie na pełną uśmiechów i wymiany „co słychać?”, „co dziś robisz?” rozmowę z przyjaźnie nastawionym lokalsem. I bardzo docenia ten powolny początek dnia. Zwłaszcza że zajmuje mu tylko kilka minut (we Francji nikt nie ma czasu ani ochoty, żeby przed ósmą rano wdawać się w długie konwersacje), a buduje miłą atmosferę.

Po drugie: elegancja

Pokazy haute couture, drogie marki kosmetyczne czy terminy ze świata mody, które przeniknęły do słownika powszechnego, jak choćby szanelka – owszem, to wszystko kojarzy się z Paryżem i prestiżową aleją Champs Élysées, ale elegancja obejmuje także sposób wyrażania się. Podczas gdy naszą codzienność, nie tylko korporacyjną, zdominowało amerykańskie mówienie na „ty”, Francuzi trzymają się swojej formy grzecznościowej „vous”. I nie ma to nic wspólnego z dalekowschodnią honoryfikatywnością czy polskim „wy” z minionej epoki, choć gramatycznie jest to właśnie druga osoba liczby mnogiej . „Vous” stwarza całą gamę możliwości, stopień bliskości relacji określa to, co mu towarzyszy: imię, nazwisko czy formalne Madame, Mademoiselle, Monsieur. Dziś nie mam już tendencji do bratania się z każdym, ale jako dwudziestoparolatka byłam szczerze zdumiona, słysząc tę formę od osób z mojego pokolenia, z którymi dzieliła mnie niewielka różnica wieku.

Elegancja oznacza także uprzejmość. Nie bez powodu Francuzi mają całą masę zwrotów grzecznościowych używanych w korespondencji. Te oczywiście wraz z upowszechnieniem się e-maili częściowo zniknęły, ale nadal dzielą je lata świetlne od naszych sztandarowych „pozdrawiam” czy „łączę pozdrowienia”. Do najbardziej spektakularnych, choć, przyznaję, niewidzianych od lat, należą zakończenia oficjalnych listów, w których można znaleźć m.in. wyrazy nadziei, że lektura listu była przyjemnością; deklarację pełnej dyspozycyjności, gdyby adresat miał jakiekolwiek pytania, czy wyrazy największego szacunku. I cóż z tego, że formuły grzecznościowe mogą prawie przykryć zasadniczą treść listu? Tak jak to poranne „ça va” chroniły przed popadnięciem w kult efektywności.

Uprzejmość ujawnia się także w takich kontekstach, jak plansze informujące np. o robotach drogowych, gdzie poza opisem prac i planowaną datą ich zakończenia można znaleźć formułkę przepraszającą za utrudnienia i wyjaśnienie, że to wszystko dla większego komfortu podróżujących. We Francji nie trafiłam nigdy na komunikat, w którym odpowiedzialnością za konieczność naprawy obciąża się użytkowników, a ogłoszenie podobnej treści wisiało kiedyś przez kilka dni przy nieczynnych schodach na warszawskiej stacji metra. Pamiętam też, jak zaskoczyło mnie „dziękuję” wypowiedziane przez kobietę, która wsparła jakiegoś proszącego o pieniądze pana, gdy to on jej podziękował. Nie wiem, czy był to z jej strony jakiś głębszy gest, czy automatyczna reakcja, ale na pewno znak, że dostrzegła człowieka, a nie intruza.

Po trzecie: sztuka jedzenia

Celebracja jedzenia to oczywiście nie tylko francuska specjalność. Wielką wagę do biesiadowania przykładają choćby Włosi, Grecy czy Marokańczycy. Jednak to Francuzi wynieśli gastronomię na poziom sztuki, to o gwiazdkach Michelin marzą najlepsi szefowie kuchni. Zwani chefs, stoją na czele całej armii pracowników na także z francuska nazywanych, trudno przekładalnych na inne języki stanowiskach, jak sous chef (zastępca) czy marmiton (pomocnik).  W przeciwieństwie do niektórych krajów z basenu Morza Śródziemnego Francuzi mają również dostęp do oceanu, co zapewniło im kiedyś duże kolonie (a dziś nadal kilka terytoriów zależnych) – z korzyścią dla gospodarki i kultury, także gastronomicznej. Dzięki temu kuchnia znad Sekwany od dawna korzysta nie tylko z lokalnych składników, choć oparte na nich potrawy regionalne trzymają się bardzo dobrze.

Za przykład (choć nie do naśladowania) francuskiego przywiązania do wystawnych uczt może posłużyć XVII-wieczny majordomus François Vatel, który miał popełnić samobójstwo zrozpaczony brakiem ryb zamówionych na przyjęcie  z udziałem króla. Ryby ostatecznie dotarły z opóźnieniem, a cała ta historia została sfilmowana przez Rolanda Joffé (tego od „Misji” i „Pól śmierci”), a Vatela zagrał Gérard Depardieu. Dziś wyrafinowana kuchnia francuska jest lżejsza, to efekt burzliwych lat 60., które przyniosły kinematografii „nową falę”, a gastronomii tzw. nową kuchnię.

Podnoszenie jedzenia do rangi artyzmu nadal obowiązuje i wykracza daleko poza luksusowe restauracje i renomowanych kucharzy. Francuzi z takim samym smakiem potrafią zajadać się przegrzebkami na zupie kremie z selera, jak jednogarnkowym ratatouille, zagryzanym świeżą bagietką, którą można wytrzeć talerz do czysta. Zresztą bagietki czy w ogóle pieczywo to inny ważny temat. Najlepiej kupować je w piekarni, czyli à la boulangerie. W niedzielne poranki przed tymi najlepszymi ustawiają się kolejki. Po kilku godzinach sklepik się zamyka.

Bagietki są też niezbędne podczas ulubionej formy spędzania wolnego czasu, czyli pikników. Nic dziwnego, że aby wstrząsnąć francuskimi widzami twórcy filmu „Na zawsze razem”, odnoszącego się do ataków terrorystycznych w Paryżu, wybrali na miejsce strzelaniny położony we wschodniej części stolicy Lasek Vincennes, polecany jako jedno z najlepszych miejsc do piknikowania. Poza parkami w Paryżu piknikuje się także nad Sekwaną, np. w pobliżu najstarszego w mieście mostu – Pont Neuf. Oczywiście jedzenie podlega tu takim samym zasadom jak w każdym innym miejscu, wprawdzie nikt nie gotuje (ani nie dręczy innych zapachem karkówki z grilla), ale także nie ma mowy, żeby posiłek oganiczył się do czipsów i napojów gazowanych. Są za to pasztety (w zależności od konsystencji noszą różne nazwy), sery i wino. I to ostatnie zwykle pite nie w przypadkowych naczyniach, a w kieliszkach. Problem zastawy rozwiązują specjalne kosze piknikowe.

Dla małych Francuzów kulinarną świętością jest le goûter, czyli podwieczorek. Regulaminowo powinien odbywać się od 16., ale to zależy, o której kończą się lekcje. Zaraz potem dzieciaki wpadają do koleżanek i kolegów z sąsiedztwa na garść łakoci.

Po czwarte: pochwała dojrzałości

„Jesz kolację ze znajomymi z liceum – grupą ludzi, których uwielbiasz, ale z którymi widujesz się zaledwie raz na dwa lata, bo tyle czasu zajmuje wszystkim zgranie terminów. Wspaniale się czujesz wśród uśmiechniętych znajomych twarzy, troskliwych spojrzeń i zabawnych anegdot. Niespodziewanie, gdy z pewnego dystansu przyglądasz się zebranym, zachwyca cię piękno obecnych tu kobiet. Wszystkie niejeden raz zmagały się z życiem, wszystkie odniosły niejeden sukces. Los wystawiał je na rozmaite ciężkie próby. Coś je łączy: każda bez wyjątku pracuje nad utrzymaniem pewnej wizji własnego ciała, własnej atrakcyjności... wizerunku siebie, który lubi. Natomiast faceci... To zupełnie inna bajka” – piszą w książce „Druga młodość. Cóż z tego, że druga?” Caroline de Maigret, modelka i ambasadorka Chanel, i producentka filmowa Sophie Mas. To cudowny manifest dojrzałej kobiecości.

Francuzki – jak ironicznie twierdzą autorki – od wczesnych lat podstawówki żyją z jarzmem renesansowego wiersza z podręcznika, w którym odrzucony kochanek straszy młodą kobietę, że wkrótce jej czar przeminie i wtedy będzie żałować swojej powściągliwości. Paradoksalnie, to przeznaczenie nie staje się jednak fatum, a przynosi uwolnienie od obsesji wiecznego odmładzania się. Francuzki nie chcą zatrzymać czasu, a jedynie wygląć o 10 lat młodziej niż wskazywałaby metryka. Nie ukrywają wieku, a niektóre nawet dodają sobie lat tylko po to, by usłyszeć „Naprawdę?! Niemożliwe!”.

Dbanie o wizerunek, jaki dla nich samych jest atrakcyjny, przynosi efekty – we Francji dojrzałe kobiety są sexy. „Francuski przemysł filmowy kocha kobiety w średnim wieku. Francuscy widzowie też nas uwielbiają. Do diabła z kultem młodości i dyskryminacją ze względu na wiek!” – mówiła Kristin Scott Thomas w wywiadzie dla SENSu, wyjaśniając, dlaczego zamiast kariery w Hollywood – wybrała Francję.

  1. Seks

Presja seksualna i brak orgazmu – co zakłóca przyjemność kobiety?

Czego naprawdę oczekujesz od swoich partnerów? Jakie rzeczy cię ograniczają czy sprawiają, że stawiasz partnera na pierwszym miejscu, przed sobą? (fot. iStock)
Czego naprawdę oczekujesz od swoich partnerów? Jakie rzeczy cię ograniczają czy sprawiają, że stawiasz partnera na pierwszym miejscu, przed sobą? (fot. iStock)
Orgazm to wspaniała rzecz, której pragniemy dla siebie i naszego partnera. Jednak umysł i ciało nie zawsze współpracują tak, jakbyśmy tego chcieli. Rozczarowanie orgazmem jest mocno związane z presją seksualną i przekonaniami, które żywimy na temat kobiecej cielesności – podkreśla seksterapeutka Marja Kihlström, autorka książki „Daj sobie prawo do przyjemności”.

Część z nas czuje się wadliwa i niewystarczająca, bo zwyczajnie nie potrafi dojść. Jedna z kobiet, z którymi rozmawiałam, określiła to byciem „trudną”. Jej rozczarowanie nie wynikało więc wyłącznie ze strachu przed własnymi niedomaganiami, ale i  przed sprawieniem zawodu partnerowi i wprawieniem go w zły nastrój.

Powszechne wyobrażenie o seksie jest takie, że kobieta powinna być bierna, podczas gdy mężczyzna ma ją uwodzić. Jednocześnie pasywna kobieta często kojarzy nam się z brakiem doświadczenia w łóżku. Za to mężczyzna zawsze ma być aktywny, gotowy do stosunku – i automatycznie wyczuwać, co sprawia partnerce przyjemność. Te przekonania stanowią ogromne obciążenie w wielu relacjach, a ich konsekwencji nie można bagatelizować. Nam, kobietom, nakładają na ręce kajdany – bo roli, którą odgrywamy, nie przystoi aktywność. Musimy skończyć z narzucanym nam wizerunkiem uległości, nawiązać kontakt z własną przyjemnością, poznać swoje ciało i opowiedzieć partnerowi o tym, czego pragniemy. Równość w związku zmniejsza presję wobec obojga kochanków. Podczas seksu mężczyźni też odczuwają stres – bo mają lepiej od partnerek rozumieć, jak sprawić im przyjemność.

Wiele z nas, kobiet, zna to uczucie, kiedy chcemy dojść tak mocno, że jesteśmy gotowe zrobić w tym celu dosłownie wszystko – ale nic, co robimy, nie przynosi rezultatów. Powodem są zwykle sporadyczne trudności z osiągnięciem orgazmu, za którymi kryje się przejściowy niepokój, stres lub po prostu zmęczenie. Możemy odczuwać wielką frustrację – ale warto, żebyśmy spróbowały znaleźć dla siebie zrozumienie. Nic się nie stanie, jeśli odpuścimy i spróbujemy następnym razem. Jeżeli trudności z orgazmem będą się przeciągać, powinnyśmy spróbować wyjaśnić, skąd wynikają.

Przyczyny presji i rozczarowania mogą się znajdować naprawdę blisko – ale może być też tak, że przyjdzie nam ich szukać w odległych rozdziałach naszej seksualnej historii. Czasami napięcia mogą mieć źródło w partnerze czy dynamice konkretnej relacji. Jeśli z ust drugiej osoby wymknął się kiedyś choćby najmniejszy negatywny komentarz na temat naszego wyglądu, możliwe, że same stałyśmy się wobec siebie bardziej krytyczne, a nasza samoocena zaczęła spadać. Podobny wpływ mogą mieć słowa partnera na temat jego poprzednich kochanek czy tego, jak szczytowały, gorące orgazmy naszych przyjaciółek czy porównywanie własnych doświadczeń z tym, co widzimy na przykład w telewizji.

Najlepszym lekarstwem na wszelkie presje związane z orgazmem jest rozluźnienie atmosfery. Warto zacząć od tego, żeby nauczyć się czerpać przyjemność ze swojego towarzystwa bez napięcia seksualnego. Dotyk, z którym nie wiążą się żadne oczekiwania, daje nam przestrzeń, żeby po prostu być i spędzić miło czas. Partner może nam też bardzo pomóc podczas gry wstępnej. Pieszczoty, pocałunki, słowa szeptane na ucho – to wszystko daje nam czas na rozluźnienie. Mnie pomaga, kiedy w czasie stosunku mąż powtarza, że nigdzie się nie spieszymy, kiedy sam zachowuje się spokojnie i poświęca mi uwagę. To łagodzi pęd do orgazmu. Jeśli presja stanie się zbyt duża, można po prostu zakończyć grę i iść spać. Może – jak to mówi moja przyjaciółka – „po prostu gwiazdy nie są dziś w odpowiedniej konfiguracji”. Musimy pozwolić sobie na to, żeby nie zawsze dochodzić na szczyt. Pamiętajmy jednak, że nasze pragnienia nigdy się nie spełnią, jeśli nie powiemy o nich partnerowi. Bądźmy odważne i aktywne.

Zrób listę rzeczy, które zakłócają i wspierają twoją przyjemność

Bądź świadoma własnych pragnień i ograniczeń. Czego naprawdę oczekujesz od swoich partnerów? Jakie rzeczy cię ograniczają czy sprawiają, że stawiasz partnera na pierwszym miejscu, przed sobą? Odpowiedz sobie na te pytania, bez względu na to, czy jesteś w związku, czy nie. Możesz też wykonać to ćwiczenie z przyjaciółką – potem podzielcie się ze sobą odpowiedziami. Nauczycie się rozmawiać o seksualności bardziej otwarcie.

Ćwiczenie opiera się na podobnej idei, co rozpisywanie planu porodu. Wiesz, że nie wszystko potoczy się tak, jakbyś tego chciała. Mimo to poprzez tworzenie listy zarówno ty, jak i twój partner uświadamiacie sobie lepiej, jakie są wasze prawdziwe pragnienia. W ten sposób tworzysz mapę, która prowadzi cię coraz bliżej przyjemności.

Postaraj się o odpowiedni nastrój. Na pewno w przeszłości zdarzało się, że robiłaś coś bardziej po to, żeby zadowolić innych niż dla własnej satysfakcji. Albo były sytuacje, w których miałaś nadzieję na więcej, ale nie odważyłaś się o to poprosić. Możliwe też, że sama nie jesteś do końca pewna, czego chcesz.

Stwórz listę. Co wyprowadza cię z równowagi podczas seksu? Co chciałabyś zmienić? Czy jest coś, co postrzegasz jako niesprawiedliwe – ale o czym nie masz odwagi powiedzieć na głos? Jeśli ćwiczenie wydaje ci się zbyt trudne, przejrzyj wypisane poniżej przykłady i początki zdań, które mogą posłużyć za wzór.

Pomyśl o sobie jako o kobiecie, która zdejmuje z ramion ciężar odpowiedzialności za cudzą przyjemność i staje się aktywną partnerką, potrafiącą czerpać ze swojej seksualności garściami.

  • Chciałabym więcej takich pieszczot, podczas których nie wkładasz ręki do moich majtek. Chciałabym, żebyś dotykał mnie w innych miejscach, głaskał, muskał, masował i drażnił, dopóki nie będę gotowa, żebyś włożył we mnie swoje palce.
  • Jeśli dopiero się obudziłam, moje ciało potrzebuje więcej czasu niż zwykle, żeby się rozgrzać.
  • Ciężko mi być na górze, bo ciągle zastanawiam się, jak wyglądam i czy odpowiednio się ruszam. Czy twoja erekcja wytrzyma, jeśli zrobię coś źle? Czy ja sama wytrzymam wystarczająco długo? Czuję się niepewnie pod wieloma względami.
  • Chciałabym częściej kochać się tak, żeby dobrze cię widzieć – wtedy bardziej czuję twoją obecność – ale niekoniecznie w ostrym świetle.
  • Kiedy jestem pijana, po przekroczeniu pewnej granicy trudno mi osiągnąć orgazm.
  • Chciałabym więcej…
  • Jeśli jestem…
  • Nigdy nie miałam/ Najłatwiej osiągam orgazm…
  • Trudno mi…
  • Wcześniej nie miałam nigdy odwagi powiedzieć…
  • Czasami chciałabym…
  • Chciałabym się z tobą nauczyć…
  • Po cichu marzy mi się…
Fragment pochodzi z książki „Daj sobie prawo do przyjemności. Rzecz o orgazmie, kobiecości i nie tylko”. Marja Kihlström, fińska seksterapeutka i edukatorka pisze o kobietach i dla kobiet, dając im wsparcie w poszukiwaniu i odkrywaniu własnej seksualności.

  1. Psychologia

Drobne przyjemności - co nam dają?

Przyjemności warto serwować sobie w niewielkich dawkach, ale za to tak często, jak to jest możliwe. (Fot. iStock)
Przyjemności warto serwować sobie w niewielkich dawkach, ale za to tak często, jak to jest możliwe. (Fot. iStock)
Pyszne jedzenie, seks, muzyka, masaż aromatycznymi olejkami. Przyjemności. Żyć bez nich się nie da, zatracić się łatwo. Jak się w tym znaleźć? Jest sposób!

Dziś mam ochotę na czekoladę! Tort czekoladowy z wiśniami, murzynek, sernik na czekoladowym spodzie? Co wybrać?! A niech tam, tort! Zamawiam, płacę. Pierwszy kęs – marzenie, drugi – rozkosz, trzeci, czwarty… Już? Wyskrobuję resztki, zastanawiam się, nad dokładką. Taki mały sernik na czekoladowym spodzie… Po krótkiej chwili jest wspomnieniem. Uczucie sytości ustępuje powoli niesmakowi… Po co był mi ten drugi kawałek?! Na widok pozostałych ciast i ciasteczek zaczyna mnie mdlić. Uciekam z kawiarni, mijam wystawy, z których spoglądają szczupłe manekiny w kusych spódniczkach… Teraz dochodzą wyrzuty sumienia. No bo ile będę musiała namęczyć się na siłowni, żeby spalić te kalorie?

Miłe a niebezpieczne

Oto cały problem z przyjemnością. Paul Martin, autor książki „Seks, narkotyki i czekolada, mówi: „Przyjemność to śliska bestia. Poznajemy ją, kiedy ją odczuwamy. To, żeby chcieć więcej, wydaje się oczywiste. Jednak co z kłopotliwymi konsekwencjami? Z obżarstwem, pijaństwem, otyłością, poczuciem winy? Z przerażającą wizją zamiany przyjemności w nałóg – z tym ześlizgnięciem się z „to miłe” do „to mnie niszczy, ale nie mogę przestać”. Czyżby przyjemność była prostą drogą do złego?

Niekoniecznie. Biolodzy na przykład widzą w niej jeden z dwóch podstawowych impulsów, które mają wpływ na ewolucję ludzkiego gatunku. To ból i przyjemność. Ból powstrzymuje przed robieniem sobie krzywdy, a przyjemność zachęca do działania korzystnego biologicznie. Ale zatracenie się w przyjemnościach rzeczywiście potrafi być bardzo szkodliwe, wręcz niszczące. Wówczas zapominamy bowiem o całym świecie i zaniedbujemy bardziej istotne potrzeby, chociażby te związane z codziennym życiem, a w konsekwencji z przetrwaniem.

Na szczęście natura pomyślała i o tym. Gdyby nasi przodkowie pogrążali się trwale w rozkoszy, nie byliby w stanie zająć się swoim potomstwem czy światem dookoła. Dlatego przyjemność – żeby spełniała swoją rolę ewolucyjnego motywatora – musi być krótkotrwała. I taka też jest.

Zastrzyk z poczucia winy

„Cierpimy za nasze przyjemności” – pisze Paul Martin. – „Ilekroć pozwalamy sobie na odrobinę hedonizmu, czujemy się w obowiązku jakoś to uzasadnić, żeby tylko nie przyznać, że chodzi o przyjemność. Robimy więc pewne rzeczy, żeby zmniejszyć stres lub w ramach rozwoju osobistego, ale nigdy po prostu dlatego, że są fajne”.

Robimy to trochę na własne życzenie, a trochę, bo tak zostaliśmy wychowani. – Wpaja się nam przekonanie, że przyjemność to strata czasu, coś grzesznego – mówi Adriana Klos, psycholog. – Słyszymy: „Żeby coś osiągnąć, trzeba ciężko pracować”, „Nie trać czasu. Leżenie przez cały dzień na kanapie to rozpusta” – takie przekonania otrzymujemy już w rodzinnym domu. Ta postawa prowadzi do kuriozalnych czasem wniosków, że nie warto robić czegoś tylko dla przyjemności, na przykład pracować. Kto nie słyszał choć raz: „Praca ma dawać pieniądze, prestiż i stabilizację”?

– Na pewno taki cel takiego komunikatu ma wiele wspólnego z troską, ale jest krzywdzący – komentuje Adriana Klos. – W trakcie nauki dziecko przekonuje się też, że dla rodziców bardziej liczą się oceny niż to, który przedmiot jest jego ulubionym. To wynik błędnego myślenia, że przyjemność jest nieproduktywna. Błędnego, bo wiele przyjemności tak naprawdę pomaga ludziom w życiu, chroni choćby przed wypaleniem zawodowym, apatią, spadkami nastroju. A przecież o to chodzi, żeby żyć szczęśliwie i nie cierpieć zanadto.

 
Sprawianie sobie przyjemności często jest mylone z egoizmem, a ten jest społecznie bardzo źle widziany. Adriana Klos wspomina pacjentkę, która za każdym razem, kiedy jedzie ze swoim chłopakiem w góry, ma wyrzuty sumienia. Czuje się winna, bo sprawia sobie przyjemność, podczas gdy jej matka przez całe życie poświęcała się dla niej i nawet nie marzyła o tym, by odpocząć. Dlatego teraz ona, gdy robi sobie wolne, czuje się jakby zdradzała matkę, nie odwdzięczała się jej za lata wyrzeczeń.

To postawa charakterystyczna dla pokoleń wychowanych w czasach, kiedy nie było łatwo, gdy po wszystko trzeba było stać w kolejkach, a luksusy były poza zasięgiem przeciętnego człowieka, czyli – dobrych kilkudziesięciu ostatnich lat. Ugruntowała w nas przekonanie, że w życiu nie może być za dobrze, za łatwo, za przyjemnie.

– Tak jakby pomidor na kanapce to było już za dużo – mówi Adriana Klos. – To bardzo unieszczęśliwiające przekonanie, które ogranicza nas w oddychaniu pełną piersią i czerpaniu radości z życia.

Jak się go pozbyć? – Poprzez ciągłe porównywanie tego, jak nasze przekonania mają się do rzeczywistości – odpowiada psycholog. – Bo czy ludzie wyjeżdżający w góry naprawdę robią coś złego?

Sprytny hedonista

– Gdy nie potrafimy korzystać z przyjemności, mamy kłopot. Grozi nam depresja, osamotnienie, udręka i frustracja – mówi Adriana Klos. – Ale paradoksalnie do tego samego może prowadzić brak umiaru w przyjemnościach. Czyli źle rozumiany hedonizm.

Skoro intensywność każdej ziemskiej przyjemności po krótkim czasie słabnie, człowiek wyrusza w poszukiwaniu kolejnej, i kolejnej, i kolejnej… Tak tworzy się błędne koło.

Jak więc być umiarkowanym, mądrym hedonistą? Paul Martin radzi, by przyjemności serwować sobie w niewielkich dawkach, ale za to tak często, jak to jest możliwe. Pisze: „Sprytny hedonista przyjmuje strategię »mało, ale często«. Oznacza to skupienie się na Drobnych Przyjemnościach życia codziennego, tych, które zbyt często traktujemy jako coś oczywistego; chodzi o przyjemności łatwo osiągalne, które można często powtarzać, legalne, ani nazbyt wstydliwe, ani nieestetyczne i niepowodujące poważnego uszczerbku na zdrowiu. Mogą też być tanie lub nawet dostępne za darmo”. Wśród nich wymienia na przykład uprawianie ogródka, spacer czy sen.

Philippe Delerm w bestsellerze „Pierwszy łyk piwa i inne przyjemności”, też pisał o tym, jak drobne czynności potrafią odmienić życie. Stawiał np. na czytanie na plaży, gazetę przy śniadaniu czy pierwszy łyk piwa właśnie.

Amelia Poulain, tytułowa bohaterka filmu Jeana-Pierre’a Jeuneta, lubiła przebijać łyżką twardą powierzchnię crème brûlée, puszczać kaczki po rzece czy zanurzać rękę w worku z ziarnami żyta. Jej życie wypełniały małe rozkosze i chciała sprawiać przyjemność innym.

Mało, ale często. Liczą się tylko Drobne Przyjemności. Spróbujmy.

Oto moja krótka lista prywatnych przyjemności na nadchodzący weekend: naleśniki z nutellą i bananem, leżenie w słońcu na trawie, spacer z psem, rower, Agatha Christie, film w dobrym towarzystwie, piwo, migdały w cynamonie, kąpiel, sen.

A Twoja?