1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Prawdziwe piękno pochodzi z wewnątrz. Musimy tylko być sobą i pozwolić na to innym

Prawdziwe piękno pochodzi z wewnątrz. Musimy tylko być sobą i pozwolić na to innym

Eleni, Grecja, Delfy. 
 Na co dzień Eleni pracuje w prowadzonej przez rodzinę restauracji. Wielkanoc to jedyny dzień w roku, w którym zakłada tradycyjną suknię. (Fot. Mihaela Noroc/ „The Atlas od Beauty”)
Eleni, Grecja, Delfy. Na co dzień Eleni pracuje w prowadzonej przez rodzinę restauracji. Wielkanoc to jedyny dzień w roku, w którym zakłada tradycyjną suknię. (Fot. Mihaela Noroc/ „The Atlas od Beauty”)
Zobacz galerię 14 Zdjęć
Dla mnie piękno oznacza różnorodność. To zupełnie coś innego, niż kładą nam do głowy media. Żeby się przekonać, jak wiele ma twarzy, wystarczy odejść od ekranu komputera czy telewizora i rozejrzeć się dokoła – mówi Mihaela Noroc, fotografka, autorka niezwykłego albumu o kobietach.

Gdy Mihaela dostała swój pierwszy wymarzony aparat, miała 16 lat. Była zbyt nieśmiała, by tak po prostu wyjść na ulicę i fotografować ludzi. Robiła zdjęcia siostrze oraz mamie i tak zaczęła się jej przygoda z portretowaniem kobiet. Potem były studia fotograficzne na uniwersytecie w Bukareszcie, skąd pochodzi. Ale przełomowe okazały się podróże. Włóczyła się z plecakiem po całym świecie, aż w końcu trafiła do Etiopii. Zachwycona mozaiką kultur i tradycji wpadła na pomysł, by połączyć pracę, czyli fotografię, z pasją do podróży. Tak narodził się „The Atlas of Beauty” [Atlas piękna].

– Piękno nie ma granic – mówi Mihaela. – Możemy je odnaleźć w Europie czy Afryce, w wiosce czy wieżowcu, w uśmiechu, geście, zmarszczkach czy opowieści. Prawdziwe piękno tkwi w różnorodności. Chciałam pokazać, że różnorodność naszego świata to skarb, a nie powód do konfliktów.

Wie, o czym mówi, bo fotografowała kobiety na wszystkich kontynentach poza Antarktydą. Wykonała ponad dwa tysiące portretów w ponad 50 krajach, a 500 najlepszych zdjęć znalazło się w albumie. Na początku był to maleńki, kameralny projekt realizowany z jej oszczędności. Dzięki mediom społecznościowym te zdjęcia obiegły cały świat.

Mihaela szukała piękna zarówno w miejscach trudno dostępnych, jak Korea Północna, rubieże Afganistanu czy Tybetu, jak i, wydawałoby się, w oczywistych, np. w Paryżu i Mediolanie. Z każdą ze swoich bohaterek starała się zamienić kilka słów, usłyszeć jej historię. Nie zawsze się to udawało. Tak było chociażby z niezwykłym zdjęciem, które trafiło na okładkę albumu. Mihaela szła o świcie brzegiem Gangesu w Waranasi, wokół setki pielgrzymów szykowały się do rytualnej kąpieli. – Zobaczyłam tę dziewczynę i bez zastanowienia wskoczyłam do rzeki, topiąc przy okazji telefon. Podeszłam do niej, zapytałam o pozwolenie i zrobiłam zdjęcie. Chwilę później ja odeszłam, a dziewczyna kąpała się dalej w Gangesie. To, co mi się udało zatrzymać, to szczerość i jasność jej spojrzenia – opowiada.

Obserwując kobiety na całym świecie, Mihaela uświadomiła sobie, jak wielkiej presji podlegają, by wyglądać i zachowywać się w odpowiedni sposób. Czasem to przymus bycia atrakcyjną, a czasem wręcz przeciwnie – chodzi o to, by zatrzeć wszelkie ślady kobiecości i wyglądać skromnie. – Tymczasem – mówi Mihaela – ideałem jest, by kobiety mogły być wolne w wyrażaniu siebie, bez przymusu wynikającego z obyczajów, norm społecznych, marketingu czy tego, co ogólnie uważane jest za piękne i obowiązujące. Prawdziwe piękno pochodzi z wewnątrz. Musimy nie tylko nauczyć się być sobą, ale też pozwolić na to innym.

Patricia i Rebecca, Szwajcaria, Zurych – Gdy byłyśmy małe, wszystkie dzieciaki wyśmiewały się z naszych intensywnie rudych włosów. Ale to tylko nas zbliżyło – mówią siostry Patricia i Rebecca. – To właśnie te włosy przyciągnęły moją uwagę na stacji kolejowej w Zurychu – dodaje Mihaela. – Ich kolor wydał mi się magiczny, a tymczasem dowiedziałam się od sióstr, że kiedyś go nie znosiły.

(Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”) (Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”)

Indianka z Amazonii, Ekwador – Coraz więcej plemion żyjących w lasach deszczowych Amazonii adaptuje się do nowoczesności, zakładając „zachodnie” ubrania. Dawne tradycje pozostały obecne podczas dni świątecznych. Tę kobietę sfotografowałam w jej sukni ślubnej – wyjaśnia Mihaela.

(Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”) (Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”)

Anais, Niemcy, Berlin – Matka Anais pochodzi z Mali, ojciec z Francji, a ona sama czuje się zarówno Europejką, jak i Afrykanką. W Mali uważana jest za białą, w Europie z kolei uchodzi za czarną. Może nieco na przekór lubi ubierać się tak, by podkreślać swoje malijskie korzenie.

(Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”) (Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”)

Caterina i Barbara, Włochy, Mediolan – Caterina zaczęła tańczyć w szkole baletowej, gdy miała trzy lata. Mama Barbara od początku jej kibicowała. Wiedziała też, że w małym miasteczku, z którego pochodzą, szanse na rozwijanie talentów artystycznych córki są niewielkie. Przeprowadziła się więc z Cateriną do Mediolanu, zostawiając syna pod opieką męża. Wszystko po to, by córka mogła spełnić swoje marzenie o zostaniu baleriną i uczyć się tańca w jednej z najlepszych szkół w Europie. – Sztuka wymaga poświęceń. Ale wyobraźcie sobie, jak dziś czuje się Barbara, gdy ogląda córkę tańczącą na deskach słynnej La Scali – dodaje Mihaela.

(Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”) (Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”)

Maria, Gwatemala, Chichicastenango – Wiele kobiet w jej świecie dźwiga na głowie nie lada ciężar – i to zarówno dosłownie, jak i metaforycznie. Ale robią to z urokiem i pozytywną energią.

(Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”) (Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”)

Ania, Francja, Paryż – Ania urodziła się w Polsce bez prawej nogi. Może dlatego mama porzuciła ją w szpitalu? Ale dziewczynce się poszczęściło – gdy miała 19 miesięcy, adoptowała ją belgijska rodzina, która dała jej piękne dzieciństwo. Ania wychowywała się na farmie wśród zwierząt, razem z przybranym rodzeństwem. Tak jak ona adoptowanym i tak jak ona niepełnosprawnym. Zawsze uwielbiała sport. Biegała po łąkach, wspinała się na drzewa i złamała niejedną protezę. Jej marzeniem jest wziąć udział w igrzyskach paraolimpijskich. Może wtedy rodzona matka zobaczy ją w telewizji, rozpozna i odnajdzie? Ania nigdy nie winiła jej za to, że ją zostawiła. – Pewnie była biedna, w trudnej sytuacji – tłumaczy i dodaje: – Koniec końców jej decyzja dała mi szansę na piękne życie.

(Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”) (Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”)

Policjantka, Indie, Puszkar – Gdy przemierzałam kraj za krajem, zawsze cieszył mnie widok kobiet w służbach porządku publicznego – przyznaje Mihaela.

(Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”) (Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”)

Rolniczka, Afganistan – Ta dziewczyna pracowała na polu w jednym z najbardziej odizolowanych regionów świata. Teren Korytarza Wachańskiego obejmuje góry Pamiru, Hindukuszu i Karakorum, sięgające powyżej 6500 m n.p.m. Wojny, które przetoczyły się przez Afganistan, nigdy nie dotarły do wioski dziewczyny, ale zawsze były gdzieś obok, zabierając jej szansę na lepszy byt.

(Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”) (Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”)

Tancerka, Kirgistan, Biszkek – To zdjęcie zrobiłam na chwilę przed pokazem tradycyjnego tańca w Biszkeku, stolicy i największym mieście Kirgistanu – opowiada Mihaela.

(Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”) (Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”)

Alicia i kurdyjska dziewczynka, Grecja, obóz uchodźców w Idomeni – Alicia, brytyjska wolontariuszka, trzyma w objęciach kurdyjską dziewczynkę, uciekinierkę z Syrii. – Gdy odwiedziłam obóz dla uchodźców w Idomeni, byłam poruszona relacją pomiędzy wolontariuszami a uchodźcami – opowiada Mihaela. – Ludzie z różnych krajów i kultur udowodnili, że jeśli po obydwu stronach jest otwartość i szacunek, bariery nie istnieją. Spotkałam wielu niesamowitych ludzi, którzy zrezygnowali z wygodnego życia, by pomagać tym, którzy znaleźli się w krytycznej sytuacji. Takie chwile sprawiają, że widzę nadzieję dla świata – mówi Mihaela.

(Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”) (Fot. Mihaela Noroc/„The Atlas od Beauty”)

Mihaela Norc - fotografka z Rumunii, która kilka lat temu porzuciła dotychczasowe życie i ruszyła w podróż po świecie, by robić zdjęcia kobietom w ich naturalnym otoczeniu. Mihaela Norc - fotografka z Rumunii, która kilka lat temu porzuciła dotychczasowe życie i ruszyła w podróż po świecie, by robić zdjęcia kobietom w ich naturalnym otoczeniu.
Mihaela Noroc „The Atlas of Beauty. Women of the world in 500 Portraits', Penguin Books 2017 Mihaela Noroc „The Atlas of Beauty. Women of the world in 500 Portraits", Penguin Books 2017

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Marta Frej: "Nie zgadzam się na zastaną rzeczywistość"

Marta Frej, polska malarka, ilustratorka i animatorka kulturalna, opisuje dzisiejszą rzeczywistość i swój stosunek do niej za pomocą memów.  (Fot. Marta Lityńska)
Marta Frej, polska malarka, ilustratorka i animatorka kulturalna, opisuje dzisiejszą rzeczywistość i swój stosunek do niej za pomocą memów. (Fot. Marta Lityńska)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
- Bardzo zależy mi na tym, żeby feminizm pozbawić dorobionej mu „gęby”. Chciałabym, żeby zaistniał w Polsce w mniejszych miastach i wsiach, zmienił je - mówi Marta Frej, ilustratorka i autorka memów, pokazujących kobiecą codzienność - pełną absurdów, ciągłej walki ze stereotypami i niekończącego się udowadniania swojej siły. 

Czym jest dla ciebie feminizm?
Sposobem myślenia, patrzenia na świat, odczuwania, życia, ale też radzenia sobie z trudnymi rzeczami. A mówiąc mniej prywatnie – jest to dla mnie światopogląd, według którego ludzie powinni mieć równe szanse. Jest wiele feminizmów, wiele feministek i coraz więcej feministów. Mam do tego poznawczy stosunek. Według mnie każda osoba musi sama zdefiniować sobie feminizm.

Można śmiało stwierdzić, że wprowadziłaś feminizm do polskiej popkultury.
To duże słowa, ale nie chcę tak o sobie myśleć, bo nie chciałabym, żeby woda sodowa uderzyła mi do głowy. Popkultura jest ważna, bo to bardzo dobre narzędzie kształtowania opinii i postaw. Ja cały czas żyję trochę na uboczu, nie bywam na salonach i nie jestem osobą publiczną. Zależy mi na tym, żeby nie stracić perspektywy przeciętnej kobiety, która jeździ rowerem, gada z sąsiadami i sąsiadkami, angażuje się w społeczność lokalną. Jednocześnie, bardzo zależy mi na tym, żeby feminizm pozbawić dorobionej mu „gęby”. Chciałabym, żeby zaistniał w Polsce w mniejszych miastach i wsiach, zmienił je.

Ukrywasz się za swoją twórczością?
Chyba trochę tak. To jest kwestia mojej osobowości. Poza tym, często mam nieodparte wrażenie, że osoby, które poznaję w ostatnich latach, mają jakieś konkretne wyobrażenie na mój temat i konkretne oczekiwania, wtedy dość szybko się zamykam, bo to nie jest komfortowe. Muszę nauczyć się to akceptować. Chciałabym znaleźć swój gang kobiet, stworzyć jakąś społeczność. To jest moje marzenie i mój feministyczny kawałek na teraz.

Kobiety, które podczas Strajku Kobiet niosły na transparentach twoją grafikę „Wody odeszły, rodzimy rewolucję” już należą do tego gangu.
To dla mnie największa radość, gdy to co robię, komuś służy. Gdy można to wydrukować i wynieść na ulicę jako manifest, postulat czy znak tego, co się myśli. To największa nagroda, najlepsza wystawa w najlepszej galerii świata.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Katarzyna Kasia we wstępie do najnowszego albumu z twoimi rysunkami „120 twarzy Marty Frej” zadała pytanie: „Czy jesteśmy w stanie zmienić schemat, przeprogramować system, w którym kobiety z góry są na przegranej pozycji?”. Jak myślisz?
Tak! Choć najważniejszą rzeczą, którą musimy sobie wbić do głowy jest to, że nie zrobimy tego od razu. Być może beneficjentkami i beneficjentami tej zmiany będą przyszłe pokolenia i to jest ok. Ważne, by wierzyć w tę zmianę i robić wszystko co się da, by się dokonała.

Na jakim etapie tej zmiany teraz się znajdujemy?
Mam nadzieję, że to już jest dno, od którego się odbijemy. Kobiety od stuleci walczą o swoje prawa i nieprędko pewnie przestaniemy. Toczymy tę walkę na różnych poziomach i różnymi sposobami, z różną świadomością. Ale wszystkie robimy to wiedzione naturalną potrzebą samostanowienia i wolności. Dlatego jestem spokojna, że wola zmiany w nas nie umrze.

Od początku przekazywanie treści feministycznych poprzez sztukę było twoim pomysłem na siebie?
To był przypadek. Przez długi czas płynęłam poprzez życie, ale niespecjalnie odnajdowałam się w mainstreamie. Feminizm pojawił się w moim życiu, gdy byłam w bardzo trudnej sytuacji życiowej, posypało mi się wiele rzeczy naraz. I oczywiście wzięłam to na klatę, jak typowa Polka wytresowana do tego, by obarczać się winą za wszystko. Myślałam, że to ja zawaliłam, ale nie miałam pojęcia dlaczego. Skoro tyle pracy, miłości i entuzjazmu nie wystarczyło, to jak tu żyć dalej ? Skąd wziąć siły i środki? Kiedy już trochę się uspokoiłam i dostrzegłam pewne przykre wzory zachowań i mechanizmy stosunków społecznych związane z płcią, zaczęłam rysować o tym rysunki. Próbowałam to obśmiać, spojrzeć z dystansem, bo co więcej mogłam zrobić? Wtedy potwierdziły się moje przeczucia: moje przeżycia i problemy okazały się przeżyciami i problemami tysięcy kobiet. Tak narodził się mój feminizm.

Kobiety w twoich memach odnajdują siebie.
Okazało się, że ten mój przeciętny głos ma znaczenie. Ta świadomość dała mi chęć do życia, do dzielenia się swoim głosem i opowiedzenia swojej historii, a ściślej mówiąc, herstorii. To ważne, bo nie wszystkie mamy szczęście dostawać komunikat z rzeczywistości: „Halo, twoja herstoria jest ważna i ciekawa”. A każda jest ważna i ciekawa, a co najważniejsze, opowiadanie jej jest ważnym momentem terapeutycznym i emancypacyjnym.

Twoja twórczość jest formą autoterapii?
Na pewno. I być może dlatego, że wynika z przeżyć i doświadczeń, a nie z książek i abstrakcyjnego myślenia pod tytułem „będę udawać kogoś, kim nie jestem, żeby na chwilę uciec od codzienności”, prowokuje moje odbiorczynie i odbiorców do reakcji, polemik, dzielenia się własnymi opowieściami. Dzięki tysiącom komentarzy kobiet sformułowałam listę tematów, które pojawiają się jako najczęstsze problemy: umiejętność powiedzenia nie, stawianie granic, dbanie o swój dobrostan w takim samym stopniu, jak o innych, no i uwolnienie się od jarzma ciągłych ocen, od lęku przed oceną sąsiadek i sąsiadów, koleżanek i kolegów, rodziny... My, polskie kobiety, mamy bardzo niską samoocenę. Bez przerwy spotykam kobiety, które robią wspaniałe rzeczy, są mądre, odważne i pełne innych zalet, a najgorsze zdanie o nich mają one same.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Odpowiedzią na to był twój zeszłoroczny projekt „Jestem silna, bo…”.
Odkąd pamiętam zastanawiałam się kim jest „silny człowiek” - jakie ma cechy, czym się charakteryzuje? Kiedy prosiłam osoby na warsztatach, żeby zamknęły oczy i zwizualizowały sobie silnego człowieka, a potem opisały efekt, przeważająca większość zobaczyła mężczyznę. W końcu jeszcze niedawno funkcjonowało określenie „słaba płeć”... Z drugiej jednak strony, często słyszałam od facetów, że kobiety są silniejsze psychicznie. Do tego dochodzi jeszcze wiele stereotypów dotyczących tego, jak mamy się zachowywać, wyglądać. A że ja strasznie nie lubię gier, w których reguły nie są głośno nazwane i w gruncie rzeczy trzeba się domyślać, jak grać, postanowiłam poprosić kobiety, by dokończyły zdanie „Jestem silna, bo…”.

Nie obawiałaś się, że Polki będą z góry źle nastawione do zdania, które zaczyna się od takich słów?
Miałam takie podejrzenie i to się oczywiście potwierdziło, bo początek projektu był zupełnie inny niż to, co dzieje się teraz. Teraz to zdanie jest już akceptowane, nawet chętnie powtarzane. Na początku każde jego dokończenie budziło opór, zdziwienie, niechęć u dużej części odbiorczyń i odbiorców. Spotkałam się nawet z zarzutem, że promuję „kult siły”, co ma dla mnie wymiar groteski, biorąc pod uwagę, jak brzmi zakończenie większości bohaterek...

Z czasem zdanie „Jestem silna, bo…” urosło na ogromną skalę.
W krótkim czasie dostałam jakieś 2 tys. maili – wtedy zrozumiałam, jak trudne zadanie sobie stworzyłam i jak ciężko mi to będzie udźwignąć. Skala przemocy domowej, która ujawniła się w tym projekcie była przerażająca. Bo z przemocą domową to jest tak, że wszyscy o niej wiemy, wszyscy o niej mówimy, ale nie do końca zdajemy sobie z niej sprawę. A gdy dostaje się maila od kobiety, która ma imię i nazwisko i opisuje swoje przeżycia związane z przemocą domową, a do tego jeszcze pisze: „Jestem silna, bo…”, czyli poradziła sobie z tym wszystkim i wyszła z tego, to zupełnie zmienia się perspektywa. Wtedy dotarło do mnie, że ten projekt powinien nazywać się: „Jestem silna, pomimo że…”, bo okazało się, że największą siłę, według bohaterek tego projektu, dały im te najcięższe przeżycia, z którymi sobie poradziły.

To ćwiczenie było też ważne dlatego, że uświadomiło, że nikt nie jest silny przez cały czas. Możemy codziennie robić sobie takie ćwiczenie i pytać siebie, jak dzisiaj dokończymy to zdanie. I za każdym razem możemy kończyć je inaczej, bo to jest nasza decyzja, my decydujemy, czy to, że dziś wstałyśmy z łóżka to jest powód, dla którego możemy dziś się nazwać silną. I co z tego, że ktoś napisze: „Jesteś silna, bo wstałaś z łóżka – też mi coś”.  Tylko ja sama mogę ocenić, czy jestem silna – mogę sobie tę siłę przypisać, nazwać ją i sobie ją uświadomić oraz być z niej dumna.

Nie czułaś się trochę przytłoczona?
Trochę czułam. Teraz mam przerwę w tym projekcie, choć myślę, że do niego wrócę. To jest bardzo trudne, bo ja jestem tylko kronikarką i tak naprawdę nic nie mogę zrobić. A jednocześnie mam głębokie poczucie, że robię coś prawdziwego i potrzebnego.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Czy zaczynając spełniać się jako artystka myślałaś, że będziesz publikować swoją twórczość w Internecie?
Gdy studiowałam na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi uczono mnie, że artysta – bo nie artystka, końcówki żeńskie wtedy w ogóle nie funkcjonowały – może tylko wystawiać w dużych galeriach, gdzie przychodzą ważni ludzie i jego elitarny przekaz dotrze tylko do garstki wybranych osób. Zresztą, ukończyłam szkołę imienia Władysława Strzemińskiego i wtedy nikt nie mówił o tym, że Strzemiński za żonę miał wielką artystkę Katarzynę Kobro, którą równo tłukł, a jej prace dopiero od kilku lat są doceniane. Gdybym na studiach wiedziała, że będą media społecznościowe i moi profesorowie dowiedzieliby się, że będę tam cokolwiek publikować, zostałabym wyśmiana. Dopiero gdy zrozumiałam, że nigdy nie będę wielkim „artystą” i że kompletnie w tym świecie nie umiem funkcjonować, zaczęłam publikować w mediach społecznościowych i uwolniłam się od wyobrażeń, jakim artystą powinnam być. I zostałam artystką.

Ale jednak wydałaś album z memami, czyli twórczością typowo internetową, w formie tradycyjnej. Czym jest dla ciebie ten album?
Taką nieoczekiwaną przyjemnością. Już tak przywykłam do Internetu, że onieśmiela mnie za każdym razem, gdy widzę swoje prace na papierze. Ale nie ukrywam, że to wielka przyjemność – dotykanie i posiadanie materialnego albumu ze swoimi pracami. Nawet mi się podobają te moje rysunki!

Bije z ciebie skromność, a przecież jesteś jedną z najbardziej znanych współczesnych artystek feministycznych w Polsce.
Trochę trudno mi w to uwierzyć... Jestem szczęśliwa i jest mi miło, ale z drugiej strony trochę się wstydzę i krępuje mnie, gdy ktoś tak mówi. Wiem, że to skutek polskiego wychowania, gdzie skromność jest największą cnotą dziewczynki. Walcząc z tym odpowiem: Dziękuję, miło mi to słyszeć.

„Twórczość Marty Frej jest – w najgłębszym sensie tego słowa – niepokorna” – to znowu słowa Katarzyny Kasi. Czy ty też jesteś niepokorna?
Ja po prostu nie zgadzam się na zastaną rzeczywistość, bo bardzo dużo trzeba w niej naprawić. Jestem też bardzo przekorna i jeśli słyszę, że jakaś grupa ludzi (płci męskiej) coś ustaliła dawno temu i dlatego tak trzeba postępować, i że od dziada pradziada (no bo przecież nie od baby prababy) tak było i tak jest najlepiej, to w to nie wierzę.

Polecamy: album '120 twarzy Marty Frej', Wydawnictwo RM. Polecamy: album "120 twarzy Marty Frej", Wydawnictwo RM.

  1. Kultura

World Press Photo 2021 - wśród laureatów Polacy

Zdjęcie Karoliny Jonderko z nagrodzonego w konkursie World Press Photo 2021 cyklu
Zdjęcie Karoliny Jonderko z nagrodzonego w konkursie World Press Photo 2021 cyklu "Reborn" (Fot. Karolina Jonderko /World Press Foto 2021)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia

W tegorocznej edycji konkursu World Press Photo wśród nagrodzonych 45 fotografów z całego świata znaleźli się również Polacy: dwie fotografki  - Karolina Jonderko i Natalia Kepesz oraz Tomasz Markowski, fotograf z "Przeglądu Sportowego".

World Press Photo to najważniejszy i najbardziej prestiżowy konkurs fotograficzny na świecie. Zwycięskie zdjęcia nominowane są w takich kategoriach, jak m.in. wydarzenia, sport, życie codzienne, portret, sztuka i rozrywka.

Karolina Jonderko otrzymała 2 nagrodę w kategorii Projektów Długoterminowych za cykl zdjęć o kobietach, opiekujących się lalkami, które do złudzenia przypominają niemowlęta.

Basia tworzy lalkę, która będzie do złudzenia przypominała niemowlę, Oleśnica, Polska - zdjęcie z nagrodzonego cyklu Reborn Karoliny Jonderko/World Press Photo 2021) Basia tworzy lalkę, która będzie do złudzenia przypominała niemowlę, Oleśnica, Polska - zdjęcie z nagrodzonego cyklu Reborn Karoliny Jonderko/World Press Photo 2021)

"To są lalki reborn, które wyglądają jak dzieci, pachną i ważą, jak dzieci. Są hiperrealistyczne. (...) Ta lalka dla mnie jest niesamowitą formą terapii dla kobiet po różnych przejściach: nieposiadania dzieci, stracie dziecka, problemem z zajściem w ciążę. Lalek się nie kupuje, a adoptuje. Dostaje się certyfikat narodzin" - opowiadała fotografka w czasie rozmowy w Dzień Dobry TVN.

Natalia Kepesz została nagrodzona trzecią nagrodą w kategorii "Portret - fotoreportaż" za projekt "Niewybuch" opowiadający o obozach paramilitarnych dla dzieci.

Robert odpoczywa w szałasie podczas weekendowego obozu paramilitarnego w Żuławce; Gdańsk/ Natasza Kepesz, World Press Photo 2021 Robert odpoczywa w szałasie podczas weekendowego obozu paramilitarnego w Żuławce; Gdańsk/ Natasza Kepesz, World Press Photo 2021

Fotograf Przeglądu Sportowego Tomasz Markowski dostał trzecią nagrodę w kategorii "Sport - zdjęcie pojedyncze" za fotografię przedstawiającą wypadek na finiszu pierwszego etapu Tour de Pologne w Katowicach w sierpniu 2020 roku.

Holenderski kolarz, Dylan Groenewegen (z lewej), w czasie wypadku tuż przed metą etapu wyścigu Tour de Pologne, w Katowicach, Polska. Fot. Tomasz Markowski/World Press Photo 2021) Holenderski kolarz, Dylan Groenewegen (z lewej), w czasie wypadku tuż przed metą etapu wyścigu Tour de Pologne, w Katowicach, Polska. Fot. Tomasz Markowski/World Press Photo 2021)

Więcej nagrodzonych w konkursie zdjęć zobaczycie na stronie www.worldpressphoto.org 

W zeszłym roku w konkursie World Press Photo 2020 pierwszą nagrodę w kategorii Portret Roku zdobył Tomek Kaczor za zdjęcie "Przebudzenie" ukazujące nastoletnią Ormiankę cierpiącą na syndrom rezygnacji.

 

  1. Styl Życia

Miejsce kobiet jest na szczycie. Historia polskich taterniczek

Na zdjęciu: Ewa Panejko-Pankiewicz – polska alpinistka i himalaistka. (Archiwum prywatne Ewy Panejko-Pankiewicz)
Na zdjęciu: Ewa Panejko-Pankiewicz – polska alpinistka i himalaistka. (Archiwum prywatne Ewy Panejko-Pankiewicz)
Taterniczki - kobiety i dziewczyny, które szły w górę niezależnie od wszystkiego. Twarde charaktery i pilne kursantki, subtelne sportsmenki i muskularne wspinaczki. Dostosowują się do zmaskulinizowanego sportu i walczą o kobiecy styl uprawiania tej dyscypliny. Oto ich historia podboju Tatr.

Fragmenty pochodzą z książki "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie" Agaty Komosy-Styczeń, wydawnictwo Prószyński i S-ka, premiera 13 kwietnia

Podobno gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Ale kobiety nie potrzebują szatańskich podszeptów, by iść tam, gdzie nawet czortowi się nie chce. Siła nieczysta musi jednak widzieć w kobiecie te cechy, które predysponują ją do dokonywania niemożliwego. Cechy powszechnie uznawane za męskie, przynależne płciowo, w praktyce często okazują się domeną kobiet. Twardość, zdecydowanie, siła psychiczna.

Tatry są zupełnie inne od reszty polskich gór. Tamte miękko wybrzuszone, bez wyraźnie zaznaczonych szczytów, te spienione na wierzchołkach, ostre, budzące respekt, strach. Co skłoniło ludzi do próby zmierzenia się z ich graniami? Na początku, jak to zwykle bywa, potrzeba – w Tatrach w coraz to wyższe partie gór zapuszczali się kłusownicy. Jednak wraz z epoką romantyzmu na podhalańskie ścieżki zaczęli wchodzić turyści, po prostu, bez celu, dla wzbogacenia ducha o niezwykłe przeżycia. Z czasem turystyka górska nabrała bardziej sportowego charakteru, potem była obowiązkowym krokiem do gór wyższych. Dziś Tatry są dla wspinaczy także źródłem dochodów. Kiedyś dzikie i niedostępne, dziś zatłoczone, przeładowane, głośne.

Zdobycie Tatr przez kobiety to inna historia niż męski podbój tych gór. To truizm, ale bardzo smutny – kobiety poza wysokością, ekspozycją i zmęczeniem mierzyły się z nieprzychylnością panów, z atmosferą nieprzyjazną damskim wyczynom, z rolą kulturową, jaką się przypisuje kobietom.

Pierwsze potykały się o własne powłóczyste suknie i sarkastyczne docinki towarzyszy. Te późniejsze już w wygodniejszych pumpach czy nawet softshellowych spodniach wciąż mierzyły się z dyskryminacją.

Dlaczego taterniczki, a nie po prostu taternicy? Po co dzielić, kiedy można komplementarnie zebrać doświadczenia górskie wspinaczek i wspinaczy. Bo brakuje kobiecych narracji, a te są inne niż męskie. Bo wciąż jest nas w górach mało, zbyt mało, byśmy mogły opowiedzieć własną historię. Nie będzie ona lepsza ani gorsza od męskiej. Będzie inna. Nasza. Czy warto tak dzielić opowieści? Na jej męską część i herstorię? Tak. Bo nie ma obiektywnej, bezpłciowej narracji. A zazwyczaj to, co uważamy za obiektywne i obowiązujące, jest właśnie opowieścią mężczyzn – to oni mieli przez długi czas dostęp do nauki, to oni opowiadali przez książki i podania, to ich słowa wykształciły nam obraz rzeczy, zjawisk, ciągów przyczynowo-skutkowych. Dlatego dziś tak ważny jest powrót do głosów żeńskich, które opowiedzą po swojemu. A my, kobiety, nie dbałyśmy o swoje historie – duża część przedwojennych taterniczek nie pilnowała nawet, by ich wyczyny były odnotowane w annałach. To pachnie próżnością, a z tą cechą damie nie do twarzy. Także dziś, rozmawiając z wybitnymi wspinaczkami, często na początku słyszałam powątpiewanie – ale czy ja na pewno nadaję się do tego, by o mnie pisać. Wzdrygały się na określenia „kariera”, „sukces”. Część nie dała się namówić na rozmowę – niektóre nie chcą już wracać do górskiej przeszłości, od jednej usłyszałam, że kiedyś nie epatowało się tak własnymi osiągnięciami. Dziewczyny po prostu robią swoje.

Ale przecież „Nie możesz być tym, czego nie widzisz”. Do niedawna nie widziałyśmy kobiet liderek, bohaterek, strateżek, przywódczyń – co wcale nie znaczy, że ich nie było. Były, tylko nie znaliśmy ich historii. Świadectwa kobiet są niezwykle ważne, bo dopiero kiedy widzimy, że ktoś wszedł na szczyt, odebrał Nobla, przebiegł maraton, a nawet został komiksową superbohaterką, możemy zacząć marzyć, by stać się kimś takim. Każda mała dziewczynka, która zapragnie pójść tropem jednej wielkiej kobiety, to niebywały sukces i krok naprzód.

[...]

Tatrzańskie orlice

Marzena i Lida – dwie siostry, które swoją krótką, choć intensywną karierą taterniczą zdążyły mocno namieszać w środowisku taterniczym, wśród artystów i emancypantek. Siostry urodziły się w Zakopanem i były wychowywane wraz z bratem przez matkę, która wcześnie owdowiała. Obydwie od dzieciństwa chodziły po górach, ale prawdziwe wspinanie i rozwiązywanie taternickich problemów zaczęło się dla nich w 1928 roku. Dużo bardziej zawzięta była Marzena, ona szła w góry z misją. Poza tym, że chodziła, to działała i publikowała. Nie podobała się jej dyskusja o tym, czy kobiety powinny samodzielnie się wspinać.

– Bezdyskusyjnie momentem, który rozpoczął tę kobiecą przygodę z taternictwem na poważnie, są lata dwudzieste, kiedy pojawiają się siostry Skotnicówny. Oczywiście po drodze były turystki, które bardzo starały się dotrzymać kroku mężczyznom w górach. Tu warto wymienić Adę Rainal-Loriową, żonę strażnika i współzałożyciela TOPR-u Leona Lorii. Ada dotrzymywała mu kroku na najtrudniejszych wycieczkach, zarówno letnich, jak i zimowych. Później Julia Zembatowa. To była narciarka, która też chodziła na wspinaczki. I Dłuska, która niestety miała wypadek w Dolinie Strążyskiej, bo spadła i to spowodowało kalectwo. Ale to nie zamknęło drogi kobietom. Właśnie w latach dwudziestych trudne wspinaczki rozpoczęły siostry Skotnicówny. W 1929 roku Bronek Czech, Wiesław Stanisławski i Lida Skotnicówna przeszli drogę skrajnie trudną, czyli wejście północną ścianą, od Morskiego Oka na Żabiego Konia. Do dzisiaj jest to trudna droga. Jest ślisko, stromo, krucho. Inicjatorem był Bronek, a Wiesław wziął Lidę ze sobą na wspinaczkę, bo to była jego sympatia – mówi Wojciech Szatkowski.

Dzięki dziennikom wypraw obu sióstr widać, że już sezon 1928 był bardzo aktywny. Weszły między innymi z Wiesławem Stanisławskim na wschodnią grań Niebieskiej Turni i zjazd na Niebieską Przełęcz. Następnego dnia Marzena wspięła się znowu ze Stanisławskim bardzo trudną północną ścianą Żabiej Turni Mięguszowieckiej.

Przejścia kobiece Marzeny (poza tymi, które robiła z siostrą w 1928) to głównie 1929 rok. Chodziła z Lidą i inną aktywną taterniczką tamtego okresu, Zofią Galicówną. Zdobyły grań Orlej Baszty i północno-zachodnią ścianę Kozich Czub. Lida także znalazła inną partnerkę, Marię Perlberżankę, z którą zdobyła między innymi wschodnią ścianę Kościelca.

Marzena w zespole mieszanym ze Stanisławskim robiła drogi, które zostały sklasyfikowane jako skrajnie trudne. Jeden z wariantów takiego wejścia zostanie nazwany jej imieniem. Dziewczyny nie próżnowały i dzień w dzień zdobywały szlaki.

Były bardzo popularne. Marzena to podobno wielka miłość poety Juliana Przybosia. W domu Skotnicówien odbywały się narady, dokąd teraz iść, z jaką ścianą się mierzyć. Matka dziewczyn nie do końca wiedziała, na czym polegała aktywność jej córek, była jednak spokojna, bo w przygotowaniach do wypraw często brali udział doświadczeni taternicy.

Pod koniec sezonu 1929 Marzena napisała list do Roguskiej-Cybulskiej. Chciała założyć stowarzyszenie kobiet taterniczek, marzyło jej się wzajemne wsparcie, wymiana doświadczeń międzypokoleniowych. Miała dość tego, że w związkach sportowych w dyskusjach o wspinaczce wypowiadali się przede wszystkim mężczyźni. Tak jak to było w opisywanej już dyskusji Jana Alfreda Szczepańskiego ze Stanisławem Krystynem Zarembą – o tym, czy kobiety powinny być na szlakach i czy mają do tego wystarczające predyspozycje, rozmawiało dwóch panów. Starsza Skotnicówna nie godziła się na to – sama nie czuła się gorsza i nie widziała powodów, żeby tak ją traktowano.

Marzena uważała, że urodziła się co najmniej sto lat za wcześnie. Ówczesny patriotyzm nazywała szowinizmem. Przyjaźniła się z Marią Wardasówną, pionierką lotnictwa kobiet, pisarką i feministką (także podjęła próbę taterniczą, a partnerowała jej Jadwiga Pierzchalanka). Chodziła z Wardasówną do szkoły w Cieszynie. Tam została wysłana przez matkę, po interwencji Józefa Oppenheima, ratownika TOPR-u. Uważał on, że oddzielenie Marzeny od Tatr na jakiś czas dobrze jej zrobi.

Wspinaczki młodych dziewcząt (chodziły już w góry, gdy młodsza miała lat czternaście, a starsza szesnaście) budziły wśród starszych, prócz podziwu, wiele wątpliwości i zastrzeżeń. Oppenheim, który nigdy nie wtrącał się do takich spraw, tym razem uznał za stosowne rozmówić się z matką młodych taterniczek. Wychodził z założenia, że (…) drobiazg może spowodować katastrofę – czytamy w książce "W stronę Pysznej" Stanisława Zielińskiego. Jednak Marzena zwykła mawiać: „Tatry są mną, a ja jestem nimi”, i nic nie wskazywało na to, że nawet najdłuższa rozłąka z ostrymi graniami zmniejszy jej uczucie do wspinaczki.

Porywała sobą. Miała jakiś szczególny magnetyzm, który stale przybierał na sile... Jednak ten żywiołowy temperament Skotnicówny nie potrafił odnaleźć się w ustabilizowanym życiu. Ją pociągał żywioł, ryzyko, niebezpieczeństwo... Dlatego planowała nowe pionierskie przejścia w Tatrach i żyła tym na co dzień – tak o Marzenie pisała w „Taterniku” Mariola Bogumiła Bednarz.

Lida była mniej wyrazista niż starsza siostra. Nie brylowała na salonach, mimo że ciekawa, inteligentna, w towarzystwie była milcząca i wycofana. Jednak w górach przechodziła całkowitą metamorfozę i zmieniała się w radosną, pogodną dziewczynę. Podobno wspinała się lepiej od Marzeny, co zresztą Marzena w swoich dziennikach przyznaje.

Szóstego października 1929 roku Marzena i Lida szły po historyczny wyczyn. Zamierzały w kobiecym składzie zdobyć południową ścianę Zamarłej Turni. To miejsce owiane złą legendą, określane jako ucieleśnienie (a dokładniej „uskalnienie”) szatana. Wydarza się tragedia.

Księga wypraw ratunkowych Mariusza Zaruskiego i Józefa Oppenheima tak odnotowuje ten wypadek: Lida Skotnicówna, wspinając się południową ścianą Zam. Turni, odpadła od skały w kominie poniżej II trawersu, pociągając za sobą asekurującą siostrę Marzenę.

Z kolei Michał Jagiełło w Wołaniu w górach relacjonuje: Stało się to na oczach kolegów, wybitnych wspinaczy – B. Czecha i J. Ustupskiego – bezsilnych świadków dramatu. Lida odpadła od ściany pierwsza. Wiadomo, że zderzyły się głowami w locie. Zginęły tragicznie.

– Dziewczyny uwzięły się na Zamarłą Turnię. I pewnie udałoby się im, gdyby nie zawiódł karabinek. Prawidłowo założony karabinek nie powinien się rozgiąć. Ich wypadek spowodował straszną traumę w środowisku. Skotnicówny wspinały się bardzo szybko, podobno w trakcie feralnej próby dotarły do innego wspinacza i Lida go jeszcze poczęstowała cukierkami. On wspinał się z Bronkiem Czechem. Kluczowe trudności na Zamarłej są wyżej. Przynajmniej wtedy, na klasycznej drodze Henryka Bednarskiego. Lida doszła do słynnego miejsca, gdzie jest lekka przewieszka, i nie dała rady – odpadła, pociągnęła za sobą siostrę. Ta nie była tak mocna, by utrzymać takie szarpnięcie. Było ono tak potężne, że wyrwało karabinek, który się rozgiął, i dziewczyny zginęły. Józef Oppenheim, naczelnik TOPR-u, miał bardzo niewdzięczną rolę, musiał ich matce przekazać informację o śmierci córek. Po tym wydarzeniu ściana Zamarłej obrosła w legendę jako dzika droga, która zabija. Tym bardziej że wcześniej i później były kolejne wypadki. Zginął Szczuka, Leporowski na filarze Koziego Wierchu. W muzeum mamy straszną fotografię, jak Skotnicówny leżą na ziemi związane liną. Ktoś im wtedy zrobił zdjęcie. Obydwie były śliczne, miały niebywały talent – opowiada Wojciech Szatkowski.

Śmierć Skotnicówien to woda na młyn dla publicystów – zwłaszcza tych, którzy uważają, że samodzielne kobiece taternictwo jest bezsensowną brawurą. Siostry stają się pięknym symbolem niepowetowanej straty, przedwczesnej śmierci, która wcale nie musiała nastąpić. Młode, piękne, kruche – powstają o nich wiersze i powieści. Z aktywnych i silnych taterniczek na powrót wróciły tam, gdzie wciąż kobieta wyglądała lepiej – do roli kruchej i pięknej kobiety. Publicyści zaś dają ujście swoim poglądom na łamach prasy. Jadwiga Roguska-Cybulska pisze odezwę "Do młodych taterniczek", Roman Kordys w „Taterniku” z 1929 roku nie przebiera w słowach: Kobieta – która o ile nie jest weiningerowskim typem męskim, czy półmęskim, odzianym przez niezbadaną tajemnicę Stwórcy w ciało niewieście – nie ma nic do powiedzenia w taternictwie i nigdy „rasowym” taternikiem nie będzie, tak jak nie może być myślicielem, wodzem czy wynalazcą, ale która, jak nikt inny na świecie, odczuwa i chłonie przepotężny urok męskiego czynu.

Z kolei Wanda Gentil-Tippenhauer, malarka i znawczyni Tatr, w swoim niewydanym maszynopisie SOS w Tatrach formułuje bardzo mocne osądy: Śmierć młodziutkich Skotnicówien przy próbie przejścia południowej ściany Zamarłej Turni była tragicznym następstwem tych niewczesnych kobiecych ambicji, podsycanych przez najmłodszych taterników.

Rok po wypadku odnalazły się na ścianie lina i rozgięty karabinek. Obydwie siostry zawiódł wadliwy sprzęt, nie brak umiejętności.

Skotnicówny zostawiły po sobie wyrwę, którą próbowali zapełnić pisarze i poeci. Julian Przyboś, którego uczucie do 10 lat młodszej uczennicy Marzeny Skotnicówny wywołało ogromny skandal obyczajowy, nie był w stanie napisać nic przez rok od wypadku na Zamarłej Turni. Opłakał swoją miłość w wierszu Z Tatr.

Ten świat, wzburzony przestraszonym spojrzeniem, uciszę, lecz – Nie pomieszczę twojej śmierci w granitowej trumnie Tatr. To zgrzyt czekana, okrzesany z echa, to tylko cały twój świat skurczony w mojej garści na obrywie głazu; to – gwałtownym uderzeniem serca powalony szczyt. Na rozpacz – jakże go mało! A groza – wygórowana! Jak lekko turnię zawisłą na rękach utrzymać. i nie paść, gdy w oczach przewraca się obnażona ziemia do góry dnem krajobrazu, niebo strącając w przepaść! Jak cicho w zatrzaśniętej pięści pochować Zamarłą.
 

Agata Komosa-Styczeń, 'Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie', wydawnictwo Prószyński i S-ka. Agata Komosa-Styczeń, "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie", wydawnictwo Prószyński i S-ka.

  1. Styl Życia

Utkane przyjemnością

"Czułe tkanki", których pomysłodawczynią i twórczynią jest Maria Boczar, to przestrzeń dla kobiet do kreatywnego wyrażania siebie. (Fot. Agnieszka Sopel)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Oczywiście efekt jest istotny – ładna makatka, podstawka pod kubek – ale ważniejsze okazują się sama czynność, czas na nią poświęcony i zdobyta nowa umiejętność. Maria Boczar, która organizuje dziewczyńskie warsztaty tkackie, tłumaczy, dlaczego coraz więcej osób zwraca się ku rękodziełu.

Maria Boczar, pomysłodawczyni i twórczyni „Czułych tkanek” – przestrzeni dla kobiet do kreatywnego wyrażania siebie. Prowadzi dziewczyńskie warsztaty tkackie, współorganizuje kilkudniowe wyjazdy łączące tkanie, jogę, medytację oraz bycie w bliskości z naturą. Instagram: @czuletkanki. (Fot. Agnieszka Sopel) Maria Boczar, pomysłodawczyni i twórczyni „Czułych tkanek” – przestrzeni dla kobiet do kreatywnego wyrażania siebie. Prowadzi dziewczyńskie warsztaty tkackie, współorganizuje kilkudniowe wyjazdy łączące tkanie, jogę, medytację oraz bycie w bliskości z naturą. Instagram: @czuletkanki. (Fot. Agnieszka Sopel)

Robótki ręczne, czyli robienie na drutach, szydełkowanie, tkanie – przeżywają ostatnio renesans… Już od kilku lat trwa moda na „wytwory naszych rąk”. Począwszy od pieczenia chleba, przez rzemiosło, samodzielne odnawianie starych mebli, aż po wszelkiego rodzaju rękodzieło. To nurt, który wciąż powraca. Światowa pandemia na pewno przyczyniła się do jego rozwoju, zaczęliśmy szukać czegoś, co pozwoli oderwać myśli od tego, co nie jest łatwe i przyjemne. Na wiele spraw utraciliśmy teraz wpływ, a takie formy tworzenia, jak tkanie czy robienie na drutach, dają nam poczucie kontroli, bo możemy decydować o przebiegu każdego etapu powstawania dzieła.

Nagle się okazało, że mamy czas na takie przyjemności... I to mamy go całkiem dużo! Ale tak naprawdę to często tkwimy w błędnym przekonaniu, że aby nauczyć się jakiejś nowej umiejętności lub wrócić do przyjemności starej, potrzebujemy mnóstwa czasu. A tymczasem wystarczy kilka chwil w ciągu dnia, żeby stało się naszym minirytuałem. Oczywiście nie od razu staniemy się profesjonalistami, do tego potrzeba czasu i praktyki, ale robótki ręczne możemy przecież sobie dawkować. Nie musimy zrobić całego szalika czy czapki od razu, wystarczy przerobić kilka rządków. Można do tego w każdej chwili powrócić i po jakimś czasie spojrzeć świeżym okiem, z innej perspektywy.

Ale kiedy odkładam robótkę, to często już jej nie kończę... Na szczęście z robótkami jest jak z jazdą na rowerze – tego się nie zapomina, a nawet gdyby, to w dzisiejszych czasach możemy sobie przypomnieć za pomocą tutoriali w Internecie. Kończenie to zresztą ważny temat, bo niektórzy mają tendencję do odkładania na później wielu rzeczy. Jeśli zależy nam na ukończeniu pracy, to najlepiej właśnie stworzyć z tego mały rytuał, naprawdę wystarczy kilka minut dziennie.

'Doszukałam się wielu wspólnych punktów pomiędzy tkaniem a medytacją, ale też głęboką praktyką jogi. Wszelkie prace ręczne wymagają od nas bycia uważnym i obecnym' - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel) "Doszukałam się wielu wspólnych punktów pomiędzy tkaniem a medytacją, ale też głęboką praktyką jogi. Wszelkie prace ręczne wymagają od nas bycia uważnym i obecnym" - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel)

Skoro prace ręczne są coraz popularniejsze, to czy zajmują się nimi też mężczyźni? Niedawno Wojciech Eichelberger zachęcał ich do robienia na drutach na łamach „Zwierciadła”, bo ma to uczyć uważności, dokładności oraz skupienia. Oczywiście! Moje warsztaty akurat skierowane są tylko do kobiet, bo zależało mi na odwołaniu się do dawnych, tradycyjnych zwyczajów, jak chociażby darcie pierza. Brakowało mi kobiecej wspólnoty, którą dziś ładnie nazywamy siostrzeństwem. Jestem jednak przeciwna przypisywaniu określonych umiejętności konkretnej płci, podziałowi na typowo damskie i typowo męskie czynności. Tkanie, robienie na drutach, wszelkie tworzenie wiążę bardziej z emocjonalnością i wrażliwością niż płcią. Coraz częściej spotykam mężczyzn, którzy się tym zajmują i publicznie chwalą. Czynności, które angażują i absorbują jednocześnie ręce i głowę, są niezwykle uziemiające. Osadzają nas w tu i teraz, skupiają naszą uwagę na kolejnych krokach.

Czyli tkanie jest mindfulness? Niektórzy porównują je do medytacji. Doszukałam się wielu wspólnych punktów pomiędzy tkaniem a medytacją, ale też głęboką praktyką jogi. Nazywam je teraz jogą dłoni. Wszelkie prace ręczne wymagają od nas bycia obecnymi i uważnymi, nie możemy się rozpraszać, bo zaraz coś nam nie wyjdzie. Kiedy już wejdziemy w rytm powtarzalnych ruchów, to jest to bardzo bliskie powtarzaniu mantry. W ten sposób się relaksujemy, wyciszamy – zupełnie jak w medytacji właśnie.

Maria Boczar: 'Czasem trzeba odpuścić i zostawić coś niekoniecznie takim, jakie sobie wymarzyliśmy, żeby móc pójść dalej. Nie wszystko da się naprawić, czas coś będzie niedoskonałe'. (Fot. Agnieszka Sopel) Maria Boczar: "Czasem trzeba odpuścić i zostawić coś niekoniecznie takim, jakie sobie wymarzyliśmy, żeby móc pójść dalej. Nie wszystko da się naprawić, czas coś będzie niedoskonałe". (Fot. Agnieszka Sopel)

Gdy siadamy na macie do jogi, to na początku mamy mętlik w głowie, ale po chwili oddech się wyrównuje, ciało i myśli uspokajają. Z tkaniem jest bardzo podobnie. Wiele dziewczyn, które trafiają na warsztaty, zaczyna potem przed snem zamiast czytania praktykować tkanie. Daje im to wyciszenie po całym dniu.

Nie każdemu jednak od razu to wychodzi. Kiedy ja się uczyłam, zauważyłam, że im bardziej się spinałam i niecierpliwiłam, tym gorzej mi szło – krzywy ścieg, gubienie oczka. Jak poradzić sobie z momentami frustracji? Najlepiej wtedy odłożyć na chwilę pracę i wrócić do niej za jakiś czas. Warto też się zastanowić nad tym, dlaczego fakt, że popełniamy jakiś błąd, że coś nie od razu nam wychodzi, aż tak nas denerwuje... Dlaczego nie pracujemy dalej? Dlaczego aż tak nas to blokuje? Czemu nie możemy czerpać radości z samego procesu tworzenia?

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wszystko, co robimy, ma mieć jakiś wymierny efekt. Oczywiście celem tkania jest stworzenie jakiegoś dzieła: powstaje, dajmy na to, podstawka pod kubek, ale ważna jest też przyjemność z samego tworzenia. Kiedy jesteśmy dziećmi, zaspokajanie potrzeby kreacji jest dla nas naturalne, w dorosłym życiu często wydaje nam się to śmieszne lub niepoważne. Czasem dziewczyny, które zapisują się na warsztaty i opowiadają o tym bliskim, słyszą: „Ale po co ci to? Do czego ci się to przyda?” Uczę je, by cieszyły się tym, że w ogóle mogą coś takiego robić, że umieją tkać, nawet jeśli nie od razu bezbłędnie…

Robótki ręczne dają szansę naprawienia błędów. Zawsze można spruć i zacząć od nowa. Nie marnuje się włóczki, jedynie czas. Choć może właśnie się go nie marnuje…? W moim odczuciu to jest niezwykle cenny czas i zupełnie niezmarnowany. Kiedy pracujemy nad jakimkolwiek projektem, to na etapie jego powstawania popełnia się zawsze mnóstwo błędów – i to jest normalne. Te błędy są cenną informacją, którą wykorzystujemy przy kolejnych pracach – wtedy już wiemy, jak ich uniknąć. W tkaniu, w zależności od tego, z jakiego splotu korzystamy – błąd będzie bardziej lub mniej widoczny, a wręcz może być niezauważalny, no i zawsze możemy go poprawić... Ale może wcale nie musimy? Tu pojawia się kwestia bycia nadmiernie perfekcyjnym. A tkanie uczy też, że czasem właśnie trzeba odpuścić i zostawić coś niekoniecznie w takiej postaci, jak sobie wymarzyliśmy, żeby móc pójść dalej. Uczymy się godzić z tym, że czasem coś będzie niedoskonałe. Zostawiamy za sobą potrzebę bycia idealnym.

Ta chęć doskonałego wykonania może nas też blokować przed nauką nowych rzeczy… Właśnie! Tu znów się odwołam do przykładu dzieci – one zwykle nie boją się próbować, nie zastanawiają się, co będzie, jak się nie uda.

Co jest najlepsze w tkaniu? Co ci to daje fizycznie i psychicznie? Co daje to twoim kursantkom? Dla mnie jest alternatywą dla wchodzenia na matę. To jest idealne narzędzie do docenienia danej chwili, ale też oderwania się od problemów i trosk. Kiedy tkam, mój oddech się uspokaja, ja się uspokajam. Zaspokaja to także moją potrzebę tworzenia i daje mi wspomniane już poczucie sprawczości.

Robótki ręczne, czyli robienie na drutach, szydełkowanie, tkanie – przeżywają ostatnio renesans. (Fot. Agnieszka Sopel) Robótki ręczne, czyli robienie na drutach, szydełkowanie, tkanie – przeżywają ostatnio renesans. (Fot. Agnieszka Sopel)

Dla moich kursantek zawsze staram się stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której się nie oceniamy, gdzie nie jest ważny efekt finalny, a samo bycie razem, uczenie się czegoś nowego, czerpanie z tego satysfakcji, ale też poznawanie nowych osób, wspólne rozmowy. Te warsztaty łączą pokolenia kobiet – córki kupują je w prezencie matkom, przyjaciółki – sobie nawzajem w prezencie; są też okazją do zmierzenia się z nową aktywnością. Niestety, szkoła często zabija w nas chęć tworzenia. Na warsztatach pojawiają się na przykład osoby, którym kiedyś powiedziano, że mają dwie lewe ręce. I to już w nich zostało. Przychodzą towarzysko i zaznaczają, że na pewno nic nie zrobią. Później jednak tworzą genialne makatki i wysyłają mi wiadomości z pytaniami, gdzie kupić wełnę, bo już mają pomysły na kolejne prace. Wspaniale jest obserwować tę ich przemianę.

Takie doświadczenie uczy nas też poszanowania i docenienia wartości „hand made”. Rozumiemy, dlaczego za ręcznie robiony wełniany sweter trzeba zapłacić kilkaset złotych, bo już wiemy, ile kosztuje surowiec, ile czasu i energii należy poświęcić na jego zrobienie. Oczywiście! Nawet stworzenie małej makatki czy zakładki do książki wymaga naszego zaangażowania, czasu i pracy.

'Dla moich kursantek zawsze staram się stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której się nie oceniamy, gdzie nie jest ważny efekt finalny, a samo bycie razem, uczenie się czegoś nowego, czerpanie z tego satysfakcji, ale też poznawanie nowych osób, wspólne rozmowy' - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel) "Dla moich kursantek zawsze staram się stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której się nie oceniamy, gdzie nie jest ważny efekt finalny, a samo bycie razem, uczenie się czegoś nowego, czerpanie z tego satysfakcji, ale też poznawanie nowych osób, wspólne rozmowy" - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel)

  1. Moda i uroda

Celebracja siły i piękna kobiet. Wyjątkowa współpraca marki Patrizia Pepe

Grafika autorstwa Ache77, ulicznego artysty, wykonana dla marki Patrizia Pepe. (Fot. materiały prasowe)
Grafika autorstwa Ache77, ulicznego artysty, wykonana dla marki Patrizia Pepe. (Fot. materiały prasowe)
Patrizia Pepe po raz kolejny wyraża swoją pasję do świata sztuki i kultury. Tym razem w ramach specjalnej współpracy z Ache77, młodym ulicznym artystą, znanym ze swojego współczesnego podejścia do techniki sitodruku, którą łączy z różnymi materiałami i powierzchniami.

Ache77 to czołowy przedstawiciel Galerii Street Levels. W swojej artystycznej interpretacji oddał charakter i cechy osobowości kobiety Patrizii Pepe. Jego grafika została zaprezentowana na oficjalnych kanałach społecznościowych marki. Tym samym Patrizia Pepe celebruje siłę i piękno kobiet, to właśnie im poświęca nowe przesłanie dotyczące jedności i samoświadomości, które powstało z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Patrizia Pepe (@patriziapepe)

Jak mówi Ache77: „Chciałem ukazać w oczach tej kobiety duszę tych, które uwielbiają obserwować, a jednocześnie są silne i odważne. Ludzie patrzą na nią i w intensywności tego spojrzenia rozpoznają kobietę, która jest świadoma siebie i nie boi się pokazać swojej odwagi. To przesłanie do wszystkich kobiet: nie bójcie się patrzeć na rzeczy, nie bójcie się pokazywać swojej siły!".

Grafika została zrealizowana w ramach szerszego projektu, którego celem jest wsparcie artystów w tym szczególnie trudnym okresie. To już kolejna tego typu współpraca, która podkreśla związek marki ze sztuką i regionem, z którego pochodzi. Dodatkowo Patrizia Pepe przekazała darowiznę na rzecz Galerii Street Levels, współzałożonej i promowanej przez Ache77 we Florencji.

- Oczy są ważnym elementem komunikacji niewerbalnej, za ich pośrednictwem możemy powiedzieć lub ukryć wiele różnych nastrojów. W tak ważnym dniu pragnę przekazać wszystkim kobietom, przesłanie bliskości i siły zawarte w jednym spojrzeniu - mówi  Patrizia Bambi, dyrektor kreatywna marki Patrizia Pepe.