1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. W jaki sposób kobiety walczą o swoje prawa?

W jaki sposób kobiety walczą o swoje prawa?

Kontrowersyjny spot serwisu OLX
Kontrowersyjny spot serwisu OLX "Bez jaj" ma zwrócić uwagę na problemy kobiet na polskim rynku pracy. (Fot. materiały prasowe)
Kampania „Bez jaj” serwisu OLX zwraca uwagę na nierówne traktowanie na rynku pracy kobiet i mężczyzn. PLNY LALA, polska marka streetwearowa, wprowadza dzień wolny od pracy dla kobiet podczas okresu. Internet aż huczy od feministycznych haseł, a zdania są podzielone.

Kampania „Bez jaj” serwisu OLX zwraca uwagę na nierówne traktowanie kobiet rynku pracy. PLNY LALA, polska marka streetwearowa, wprowadza dzień wolny od pracy dla kobiet podczas okresu. Obie akcje wywołały fale dyskusji w Internecie.

Przy okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet serwis sprzedażowy OLX Polska opublikował film "Bez jaj", który zwraca uwagę na problemy kobiet na rynku pracy – dyskryminację względem mężczyzn, również w sferze wynagrodzeń.

Zarabiamy w Polsce około 18,5% mniej od mężczyzn. To tak, jakbyśmy pracowały za darmo przez 68 dni w roku. Jak się z tym czujecie? – pyta w klipie aktorka Olga Bołądź. Oprócz niej w kampanii wzięły udział Olga Kalicka, Tamara Arciuch, Katarzyna Pakosińska, Agnieszka Rylik – mistrzyni świata w boksie zawodowym, oraz Paulina Mikuła – autorka kanału na YouTube „Mówiąc Inaczej”.

- Nie chodzi tylko o pieniądze. To przede wszystkim poczucie, że nasza praca, nasze doświadczenie i umiejętności są mniej warte. Chciałabym żeby ten film, który porusza wszystkie aspekty tej nierówności był głosem w dyskusji, który uświadomi ludziom jak złożony jest to problem i co ze sobą niesie - mówi Julia Rogowska, reżyserka filmu "Bez jaj".

Klip parodiuje formułę reklamy, a występujące w nim bohaterki z ironią opowiadają o leku „Jaja”, który ma być przepustką do kariery zawodowej i zapewnić sukces w pracy, wyższe wynagrodzenie i szybszy awans.

Film odsyła do powstałej na potrzeby kampanii OLX strony internetowej. Znajdziemy na niej statystyki i raporty dotyczące poruszanego problemu, które komentują bohaterki kampanii w krótkich filmach, pod przewrotnym hasłem „Bez Jaj”.

Niewidzialna bariera oddzielająca kobiety od sięgania po wyższe stanowiska znana jest jako zjawisko szklanego sufitu. Kobiety są statystycznie lepiej wykształcone i mają wyższe kompetencje, a jednak 85 proc. ankietowanych wskazuje, że w ich firmach najwyższe stanowiska zajmują mężczyźni – tak wynika z badania “Kobiety na rynku pracy 2019” Hays Poland – czytamy na stronie bezjaj.org.pl.

Inna, prokobieca inicjatywa wyszła ze strony świata polskiej mody. Elisa Minetti, dyrektor kreatywna polskiej marki streetwearowej PLNY LALA, ogłosiła, że wprowadza jeden dzień płatnego urlopu w miesiącu dla wszystkich kobiet zatrudnionych w firmie PLNY LALA, które cierpią z powodu bolesnej miesiączki. Szefowa marki zachęciła również innych pracodawców do skorzystania z jej pomysłu i wprowadzenia dodatkowych dni urlopowych w swoich firmach. Post zamieszczony na Instagramie PLNY LALA, w którym Minetti poinformowała o swojej decyzji, zebrał już niemal 19 tys. polubień.

W sieci zawrzało. Podzielone opinie dotyczą zwłaszcza kampanii OLX. Internauci zarzucili serwisowi hipokryzję, bowiem w zarządzie spółki zasiadają sami mężczyźni. "Udział kobiet w strukturach zarządzających i menedżerkich Grupy OLX jest wysoki - wynosi 40 proc. Struktura zatrudnienia ze względu na płeć nie pokrywa się ze średnią w sektorze technologicznym w Polsce. Przeciętnie struktura zatrudnienia to 85 proc. mężczyzn i 15 proc. kobiet, a to oznacza, że w OLX znacząco wyrasta ponad przeciętną" - odpowiada serwis OLX.

Więcej pochlebnych opinii zebrała decyzja dyrektor marki PLNY LALA. Świetna inicjatywa. Taki zapis w umowie powinna mieć każda kobieta - czytamy w komentarzach. Znalazły się jednak opinie mniej przychylne, według których dzień wolny od pracy z powodu kobiecej fizjologii kłóci się z walką o równouprawnienie kobiet.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Stworzone przez kobiety, dla kobiet. "My Story" od Converse

Najnowsza kolekcja Converse „My Story”. (Fot. materiały prasowe)
Najnowsza kolekcja Converse „My Story”. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Najnowsza kolekcja Converse „My Story” to hołd złożony kobietom, które nie boją się dzielić swoją historią i jednocześnie zachęta do bycia odważną.

Każdej wiosny marka Converse w swoich działaniach celebruje kobiecość. Dwa lata temu podczas kampanii "Love the progress"  marka walczyła o zmianę definicji słowa „kobieta” na bardziej pozytywną. W ramach akcji "Love fearlessly" Converse poprzez znane postaci zachęcał do pokochania samego siebie i rozpoczął dyskusję na temat samoakceptacji.

Tegoroczna kolekcja „My Story” stworzona przez projektantki Converse zainspirowana została młodymi, odważnymi i niezależnymi kobietami, które swoimi działaniami udowadniają, że kobiety to prawdziwe liderki. Klasyki od Converse stały się płótnem dla fantazyjnych wzorów stworzonych przez kobiety. Kolekcja zaprojektowana, aby nadać kolor i znaczenie słowom i aby zachęcić do opowiedzenia twojej historii.

Kolekcja składa się z ikon od Converse – Chuck 70, Chuck Taylor all Star i Chuck Taylor All Star Platform. Każdy z modeli ozdobiony jest różnorodnymi wersjami napisu „My Story” co w symboliczny sposób pokazuje jak różne historie kryją się za każdym z nich.

Do kampanii „My Story” marka Converse zaprosiła dwie młode artystki – Sofię i Rocię, które są członkiniami społeczności All Stars. Każda z nich dzieli się swoją historią, którą już niebawem będzie można poznać na kanale @Converse.Polska na Instagramie.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

All Stars to międzynarodowa społeczność młodych artystów i aktywistów, która została stworzona przez markę Converse. Członkowie All Stars inspirują markę swoją twórczością, działaniami i osiągnięciami, a brand staje się dla nich platformą, dzięki której mogą dotrzeć do szerokiej grupy odbiorców. Converse wspiera działania tych młodych ludzi, ponieważ zdaje sobie sprawę, że to oni poruszają świat do przodu i stoją za pozytywnymi zmianami, które na nas czekają.

Poza kampanią „My Story” marka Converse szykuje coś specjalnego. W ramach globalnej akcji City Forest, która miała już swoją odsłonę w Polsce w zeszłym roku, marka planuje stworzenie kilku murali stworzonych przy użyciu oczyszczających powietrze farb fotokatalitycznych. We współpracy z polskimi artystami powstanie kilka murali, które będą zachęcały do przełamywania barier i walki z dyskryminacją na różnym tle. Pierwsze dzieła już powstały, aby dowiedzieć się więcej na temat murali odwiedź stronę conversecityforest.com, poznaj historie artystów stojących za tymi projektami i dowiedz się ile wirtualnych drzew zostało posadzonych do tej pory dzięki użyciu farb fotokatalitycznych.

Kolekcja My Story dostępna będzie na converse.pl oraz w sklepach stacjonarnych Converse.

  1. Styl Życia

Historia pełna jest kobiet - o tych, które zmieniły świat

Barbara McClintock (1902–1992) odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla. (Fot. Everett/Forum)
Barbara McClintock (1902–1992) odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla. (Fot. Everett/Forum)
Mistrzynie drugiego planu, współpracowniczki, życiowe towarzyszki, geniuszki. Historia pełna jest kobiet, które nie tylko popchnęły do przodu kariery swoich mężów, ale i cały świat. Pora je poznać i uznać. A także zacząć doceniać własną rolę.

Prowadziłam niedawno zajęcia z grupą niezwykle wykształconych i utalentowanych osób płci obojga. Było ich dziewiętnaścioro. W którymś momencie mieli podzielić się na cztery zespoły. Jedna z dziewczyn z grupy mniej licznej, bo czteroosobowej, zaproponowała: – Wymieńmy którąś dziewczynę na faceta, żebyśmy miały równe szanse. – Słyszysz, co powiedziałaś? – zapytałam. – Tak odruchowo mi się powiedziało – wyjaśniła z zażenowaniem. – Bez sensu.

I rzeczywiście, jej pomysł był bez sensu, bo zespół czterech dziewczyn świetnie sobie poradził z zadaniem. Gorzej za to radzimy sobie ze stereotypami dotyczącymi kobiet, a w dodatku same je podtrzymujemy. Odruchowo. Może za mało wiemy o kobietach, które za nami stoją?

„Kobiety nie wynalazły praktycznie NIC – nawet mopa wynalazł mężczyzna (Murzyn akurat); nawet tampax (o.b.) wynalazł mężczyzna!!! Kobietą była tylko Kopernik – ale to wyjątek” – napisał w Internecie znany mizogin i szowinista, którego nazwiska nie chce mi się przywoływać. Na treść tej wypowiedzi możemy się słusznie oburzać, budzi ona jednak niepokój. Bo co właściwie wynalazły kobiety? Owszem, długo nie miałyśmy dostępu do nauki, długo nie doceniano naszych możliwości, ale gdyby były wśród nas geniuszki, to świat by o nich usłyszał, prawda?

Niekoniecznie. Czytałam kiedyś o Margaret Knight, która już w wieku 12 lat wynalazła urządzenie zatrzymujące awaryjnie maszyny włókiennicze, co chroniło pracowników przed wypadkami. W wieku 14 lat skonstruowała maszynę do klejenia papierowych toreb, a i później była autorką wielu wynalazków, czym zasłużyła na miano „żeńskiego Edisona” i „najsłynniejszej XIX-wiecznej wynalazczyni”, ale jej sława jakoś do nas nie dotarła. Na szczęście jest Maria Skłodowska-Curie! To ją zwykle przywołujemy, gdy mowa o wielkich kobietach w nauce, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Wręcz przeciwnie. Maria Skłodowska-Curie zdaje się stanowić wyjątek i tym samym odcina się wyraźnie na tle innych kobiet, które są zwykle bohaterkami drugiego planu. Ich rola w męskich karierach jest wielka – jako żon i współpracowniczek – ale kto by do tego przywiązywał wagę? Pewnie tylko Michelle Obama jest dość pewna siebie, by swoją rolę docenić. Tak przynajmniej wynika z krążącej w Internecie anegdoty.

Michelle poszła z mężem do restauracji, której właściciel przywitał się z nią jak stary znajomy. – Kto to był? – zapytał Barack, gdy zostali sami. – Kolega ze szkoły, który kiedyś się we mnie kochał – usłyszał. – Widzisz, gdybyś za niego wyszła, byłabyś teraz właścicielką restauracji – skomentował. – Nie, kochany. Gdybym za niego wyszła, on byłby teraz prezydentem Stanów Zjednoczonych – bez wahania odpowiedziała jego żona. Kto wie, czy nie byłoby tak?

Żona przy mężu

Wiele kobiet inspiruje swoich mężów, motywuje ich i wspiera, zdejmuje z nich życiowe troski i zadania, podporządkowuje swoje życie ich karierze, nierzadko też pomaga im merytorycznie, ale same pozostają w cieniu. Weźmy Milevę Marić. Wiecie, kto to taki? Nie? No właśnie. Za to wszyscy wiemy, kim był Albert Einstein, jej mąż przez długie lata, dopóki nie odszedł do młodszej. Ta historia brzmi niewiarygodnie i można by ją sprowadzić do tego, że ha, ha, Einstein była kobietą, ale pozornie zabawna teza jest dobrze udokumentowana.

Mileva i Einstein poznali się na studiach w Szwajcarskim Federalnym Instytucie Technologicznym, czołowej europejskiej uczelni politechnicznej. Skoro przyjęto ją, choć była kobietą, to naprawdę musiała być dobra! Einstein i Mileva szybko zostali parą. W liście do niej Ein­stein napisał: „Jakże będę szczęśliwy i dumny, kiedy wspólnie osiągniemy zadowalający koniec naszej pracy nad teorią ruchu względnego”. Potem Mileva rodzi dzieci i pracuje jako asystentka męża. Początkowo ich artykuły były podpisywane Einstein-Marić, ale wkrótce to drugie nazwisko zaczęło być pomijane. „Tajemnica kreatywności tkwi w tym, aby wiedzieć, jak dobrze ukryć swoje źródła” – napisał Einstein. Nawet gdy jego źródła w postaci Milevy zostały po latach odkryte, on na tym zbytnio nie ucierpiał, a Milevy w zasadzie wciąż nie ma.

W towarzystwie

Jak to się dzieje, że wybitne naukowczynie tak słabo istnieją w świadomości społecznej? Można się o tym dowiedzieć z książki Rachel Swaby „Upór i przekora. 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat”. Książka fascynująca, pokazująca determinację kobiet w walce o prawo do kształcenia się i pracy naukowej. Kobiety od wieków dokonywały odkryć, ale mężczyźni świetnie umieli sobie z tym radzić.

Na przykład Anna Wessels Williams, bakteriolożka, w 1894 roku wyizolowała szczep bakterii wywołującej błonicę, a kilka lat później szczep bakterii zdolny generować pięćset razy silniejszą toksynę, co pozwoliło produkować antytoksynę na masową skalę. Tego drugiego odkrycia dokonała, gdy szef laboratorium William H. Park przebywał na wakacjach, no ale on był szefem, więc nowy szczep otrzymał nazwę Park-Williams No. 8, którą szybko skrócono do Park 8.

Albo Hilde Mangold, autorka pracy doktorskiej z embriologii eksperymentalnej. Jej promotor Hans Spemann ocenił tę rozprawę dość wysoko, ale nie najwyżej. Dodał jednak do niej swoje nazwisko i to umieścił je na pierwszym miejscu. Doktorat Mangold opublikowano w 1924 roku i w tym samym roku autorka zginęła w wypadku. W 1935 roku Hans Spemann dostał Nagrodę Nobla za tę pracę, która „zainicjowała nową epokę w dziedzinie biologii rozwoju”.

Barbara McClintock (1902–1992) żyła znacznie dłużej i dzięki temu doczekała uznania. Nie było łatwo. Już w wieku 29 lat wniosła wiele do genetyki, ale nie dostała posady na uczelni, bo zespół Uniwersytetu Cornella sprzeciwił się wnioskowi dziekana. McClintock znalazła w końcu pracę w instytucie genetyki, gdzie odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla.

Róża Nightingale

Kobiety w nauce miały naprawdę ciężko. Na wiele uczelni ich nie przyjmowano, a jeśli nawet pozwalano im uczestniczyć w zajęciach, to bez możliwości zdobycia dyplomu. „Kto byłby tak głupi, żeby spędzić cztery lata na studiach i nie otrzymać dyplomu?” – zapytała dziekana nowo otwartej i dostępnej również dla kobiet Szkoły Zdrowia Publicznego Helen Taussig, później wybitna kardiolożka, która stworzyła kardiologię dziecięcą. „Mam nadzieję, że nikt” – odpowiedział. Jeśli kobieta skończyła jednak studia i miała świetne wyniki, czasem mogła pracować na uczelni, ale za darmo, bo przepisy nie pozwalały na zatrudnianie kobiet jako naukowców. Maria Goeppert-Mayer, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki za odkrycia dotyczące jądra atomu, przez długie lata pracowała na Uniwersytecie Chicagowskim bez wynagrodzenia. Alice Hamilton, amerykańska ekspertka od chorób zawodowych, to wyjątek – już w 1919 roku otrzymała stanowisko młodszego wykładowcy jako pierwsza kobieta w kadrze Uniwersytetu Harvarda. A mimo to dopiero 26 lat później kobiety mogły tam studiować medycynę! Emmy Noether (1882–1935), genialna matematyczka i fizyczka, została w końcu zatrudniona jako „nieoficjalna profesor nadzwyczajna”, ale bez pensji! Teoria Noether stanowi szkielet całej współczesnej fizyki, to ona stworzyła algebrę abstrakcyjną! Jak to możliwe, że o niej nie wiemy? Albo o Mary Cartwright, twórczyni teorii chaosu? Matematyczce Sofji Wasiljewnej Kowalewskiej?

Czy wiecie, skąd się wzięła skala Apgar? Stworzyła ją Virginia Apgar w 1952 roku. Wcześniej nie oceniano stanu zdrowia noworodków zaraz po urodzeniu, więc nie widziano związku między metodą porodu a stanem dziecka! Metoda amerykańskiej lekarki szybko rozniosła się po świecie i została nazwana od jej nazwiska. To jedna z nielicznych sytuacji, kiedy pomysł kobiety został doceniony i nikt nie próbował go zawłaszczyć. A dzięki komu wiemy, od czego zależy płeć dziecka? Jeszcze na początku XX wieku sądzono, że od czynników zewnętrznych. To Nettie Stevens, genetyczka, w 1905 roku udowodniła, że decydujące są chromosomy, a nie temperatura, siła namiętności czy dieta. Lata minęły, nim inni naukowcy uznali wyniki jej badań. Ona tego nie doczekała, wcześniej zmarła na raka piersi. Odkrycie Stevens często przypisuje się Thomasowi Huntowi Morganowi, który był jej tutorem, co jest o tyle zabawne, że Morgan nie uwierzył w wyniki jej badań i jeszcze długo obstawał przy tym, że płeć zależy od czynników środowiskowych!

Florence Nightingale (1820–1910) znamy jako wspaniałą pielęgniarkę, którą była. Ale kto słyszał o jej pionierskim wkładzie w rozwój medycyny opartej na analizie danych? Prowadziła badania, stworzyła diagram „Róża Nightingale” do graficznego przedstawiania danych. A komu zawdzięczamy in vitro? Anne McLaren, Brytyjka, jako pierwsza powołała do życia mysz z probówki! A wiecie, że chemioterapia ma matkę, a nie ojca? To Jane Wright! Podobnie mutageneza zawdzięcza swoje narodziny kobiecie, Charlotte Auerbach. Nasza kultura lubi spychać sukcesy kobiet w niepamięć, ale przecież my także ją tworzymy i możemy się temu przeciwstawić! Nie wynalazłyśmy nawet mopa? Za to Stephanie Kwolek wynalazła lycrę!

Książka Rachel Swaby pokazuje, że kobiety zmieniały świat, choć było i jest im trudniej. W szkole średniej Yvonne Brill (1924–2013) usłyszała od nauczyciela fizyki, że kobiety nie potrafią wznieść się na wyżyny w żadnej dziedzinie. Potem zajęła się silnikami rakiet kosmicznych, zaprojektowany przez nią elektrotermiczny silnik do dziś jest wykorzystywany do napędzania satelitów.

Poznajmy te kobiety – jeśli nie dla nas samych, to dla naszych córek. Niech wiedzą, że szlaki zostały przetarte – śmiało mogą ruszać w swoją drogę.

  1. Styl Życia

Kobieca codzienność na rysunkach Marty Frej

Marta Frej przedstawia w swoich rysunkach kobiecą codzienność - pełną frustracji i absurdów, ale też solidarności, radości i luzu. (Ilustacja: Marta Frej, Instagram: @martafrej)
Marta Frej przedstawia w swoich rysunkach kobiecą codzienność - pełną frustracji i absurdów, ale też solidarności, radości i luzu. (Ilustacja: Marta Frej, Instagram: @martafrej)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jej rysunki z podpisami – czasem zabawnymi, a czasem prawdziwymi do bólu – zna cała Polska. A na pewno znają kobiety, bo Marta Frej opowiada w nich właśnie o kobiecej codzienności: pełnej frustracji i absurdów, ale też solidarności, radości i luzu. Jaka osobista historia za nimi stoi?

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Sens". Przypominamy go w ramach akcji: #zwierciadlopostroniekobiet

Jak zaczynasz dzień?
Idę na siłownię albo basen.

Inaczej niż twoje bohaterki z memów, one nie przejmują się takimi drobiazgami.
Tak, one tak, ale ja od jakiegoś czasu w ten sposób rozładowuję napięcie i towarzyszące mi frustracje.

A co cię frustruje?
Kierunek, w jakim idzie publiczna debata i stosunek do mniejszości, ostatnio zwłaszcza do ruchu LGBTQ+. No i bezsilność, bo mam wrażenie, że nie jest w tej chwili łatwo z tym kierunkiem walczyć.

Czy twoja sztuka działa w tej sytuacji terapeutycznie?
Zdecydowanie. Nic mi tak nie pomaga, jak narysowanie mema albo myślenie o tym, jak sformułować komunikat, by jego przekaz był zrozumiały i dowcipny. To na pewno zmniejsza moje poczucie bezradności i niemocy, no i bardzo mnie cieszy. Memy często wymyślam razem z moim partnerem Tomkiem, bo w zasadzie wszystko robimy razem. Taki dwugłos.

Malujesz, jesteś kulturalną aktywistką, rysujesz popularne w necie memy, a twoją stronę na Facebooku śledzi niemal 200 tys. osób. Współpracujesz też z grupą Żelazne Waginy.
Dla Wagin zrobiłam plakat i wizuale, no i byłam na ich przedstawieniu w Warszawie. Świetnie się bawiłam. Ich poczucie humoru jest mi bardzo bliskie, jestem spragniona takiej współpracy i kontaktów, a mieszkając poza Warszawą, nieczęsto mam okazję. Z drugiej strony mieszkanie „w Niewarszawie” daje mi zupełnie inną perspektywę i swobodę.

Aż tak inny jest ten świat niewarszawocentryczny?
Bardzo. Zwłaszcza w kwestii potrzeb i świadomości, jeśli chodzi o sztukę. Przez siedem lat razem z moim partnerem robiliśmy festiwal sztuki w przestrzeni publicznej Arteria. Zawsze narzekałam, że nie mam kontaktu ze współczesną sztuką krytyczną, zaangażowaną społecznie, bo do Częstochowy nie docierała. W mniejszych miastach 
i we wsiach kultura bywa sprowadzana do postaci festynu. Nie mam nic przeciwko festynom, pod warunkiem, że nie są jedynym pomysłem na kulturę. Zrobiliśmy ten festiwal, żebym więcej nie narzekała. To było świetne doświadczenie, siedem edycji festiwalu, z których każda była wyjątkowa i niezapomniana.

Z wykształcenia jesteś malarką. Nie miałaś poczucia, że rozmieniasz się na drobne, robiąc memy, kiedy mogłabyś tworzyć poważniejszą sztukę?
Na pewno musiałam wyrzucić z głowy wszystko to, czego dowiedziałam się na akademii, czyli cały ten zbiór niepisanych zasad. Gdyby nie to, że z hukiem rozstałam się z moją uczelnią, bo jej świat mocno mnie rozczarował, to pewnie długo tkwiłabym w schematach. I gdy po kilku latach odeszłam z pracy, poczułam się uwolniona, wyzwolona, zrozumiałam, że nie mam nic do stracenia. Dotarło do mnie, że kariery według tych zasad nie zrobię, bo nie jestem takim typem człowieka. Ta świadomość dała mi wolność – w tej chwili nie mam w sobie żadnych ograniczeń w kwestii tego, co wypada, a co nie wypada artystce. Nie mam ani przymusu ani konieczności przekonywania kogokolwiek, że jestem artystką. Jedyny przymus, jaki odczuwam, to żeby kochać to, co robię, i dobrze się przy tym bawić.

I tak jest?
Tak, ważne jest też dla mnie, żebym była całą sobą zaangażowana w to, co robię. Zdarza mi się zrobić coś komercyjnego, bo jestem odpowiedzialną żywicielką rodziny i muszę zarabiać. Ale potem zawsze mogę zrobić coś bardziej swojego. Nie jestem przywiązana do jednego pomysłu na życie. Mam w sobie chęć i energię do uczenia się i doświadczania nowych rzeczy i wciąż mam przekonanie, że najlepsze jeszcze przede mną.

Zawsze chciałaś być artystką?
Tak, miałam to szczęście, że odkąd pamiętam, chciałam studiować na ASP. Mówię o szczęściu, bo mam syna w maturalnej klasie i wiem, że podjęcie decyzji o kierunku studiów nie jest łatwe. Rozmawiałam ostatnio z grupą młodych ludzi i powiedzieli, że ich największy dylemat to, czy kierować się marzeniami, czy kasą. Ja nie miałam takiego dylematu. Nie myślałam o kasie.

Jak doświadczanie sztuki wpływa na ciebie jako na osobę?
Jestem dosyć wyczulona na stereotypy, czujna wobec nawyków i mód, bo sztuka, której zawsze szukałam, wybijała mnie z ustalonych torów, wprawiała w zakłopotanie, budziła niepokój i ciągle zaskakiwała… Przyzwyczaiła do niepewności, nauczyła pytać i godzić się z wielością odpowiedzi. Sztuka nauczyła mnie, że na każde zjawisko i na każdą sytuację można spojrzeć z różnych stron, z punktu widzenia innych i to są tak różne perspektywy, że nie ma jednej prawdy. Wszystko jest kwestią tego, czyimi oczami na coś patrzymy.

Te wątpliwości pojawiają się w twoich memach.
One są dla mnie uwalniające. Sprawiają, że w pewnym sensie jesteśmy gotowi na wszystko. Przede wszystkim gotowi na inność ludzi, których spotykamy.

Twoja sztuka nierozerwalnie związana jest z feminizmem. Zawsze byłaś feministką?
Nie mogę powiedzieć, że wypiłam go z mlekiem matki.Choć moja mama jest kobietą o silnym charakterze, nie nazwałabym jej jednak feministką. Mój feminizm narodził się z wielu niemiłych doświadczeń. I nie chodzi o to, że mam pretensję do konkretnych mężczyzn. Winię system, który sprawia, że pewne zjawiska są powszechnie akceptowane. Ale zarówno w życiu prywatnym, jak i w pracy zawodowej spotkałam się z wszystkim tym, z czym feminizm walczy i co próbuje zmienić. Dotarłam do niego przez praktykę, nie teorię.

Co masz na myśli?
Pracowałam przez kilka lat w najbardziej seksistowskim otoczeniu, jakie potrafię sobie wyobrazić. Kiedy urodziłam dziecko, okazało się, że jego ojciec, który ma bardzo negatywny stosunek do aborcji, nie jest zainteresowany wychowywaniem dziecka narodzonego, a cały świat wokół mnie oczekuje, że będę matką idealną... Mogłabym opowiadać o tym godzinami. Co więcej, przez wiele lat obarczałam się całkowitą odpowiedzialnością za to, co mnie spotyka. I to chyba było najtrudniejsze: poczucie, że ze mną jest coś nie tak, bo nie potrafię żyć tak jak wszyscy, że ciągle ląduję w jakimś syfie... Na szczęście w pewnym momencie zrozumiałam, że moja historia nie jest wyjątkowa, że wpisuje się w pewien schemat i wiele mechanizmów, zwyczajów oraz stereotypów jest odpowiedzialne za to, że tak się dzieje.

Zrozumiałaś to tak po prostu?
Na pewno pomogło to, że spotkałam faceta, który chce tworzyć ze mną w pełni równościowy związek. A nie jest to proste, bo oboje wychowaliśmy się w patriarchacie. Musieliśmy wyzbyć się wielu przekonań dotyczących płci i naszych wyobrażeń o tym, jak powinniśmy się zachowywać, jacy powinniśmy być. Feminizm bardzo nam w tym pomógł. Uwolnił mnie od poczucia winy i pozwolił zaakceptować przeszłość.

Dzięki temu teraz możesz przekuwać swoją siłę w pozytywne przekazy dla innych.
Mam nadzieję, że tak się dzieje. Robię teraz projekt pod hasłem: „Jestem silna, bo...”. Kobiety z całej Polski wysyłają mi swoje zdjęcia oraz rozwinięcia zdania: „Jestem silna, bo...”, a ja je rysuję. Dostałam już ponad tysiąc maili, a wciąż przychodzą. To prawdziwe historie kobiet, które są silne wbrew i pomimo. Akcja ma na celu uświadomienie, że siłę możemy czerpać ze wszystkich naszych przeżyć, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych, ale też walkę ze stereotypem słabej kobiety, która potrzebuje pomocy silnego mężczyzny. Ten relikt przeszłości nie pozwala nam poznać własnych możliwości i osiągnąć niezależność.

Jak powstają twoje memy?
Bardzo różnie, zależy też od tego, czym się akurat zajmuję. Często dlatego, że mam w sobie niezgodę na jakąś sytuację polityczną i chcę rozładować napięcie. Czasem muszę jednak odpocząć od tego, co się wokół nas dzieje. Zwykle jednak razem z moim partnerem uznajemy, że temat jest ważny i trzeba go poruszyć. Wówczas zastanawiam się, jak chcę to zrobić, co dokładnie chcę powiedzieć. Przestawiam słowa w mojej głowie, aż trafię w sedno, bo przekaz musi być jednocześnie jasny i zabawny. Choć przyznam, że ostatnio wcale nie chce mi się śmiać. Ilustracja jest dodatkiem, ma przyciągnąć uwagę.

Masz poczucie, że memami edukujesz społeczeństwo?
Często słyszę takie słowa i jestem wtedy dumna. Staram się zmieniać świadomość ludzi za pomocą bardzo prostych komunikatów, a przede wszystkim śmiechu, bo śmiejąc się, wszystko łatwiej przyswajamy. To był dla mnie szok, gdy zorientowałam się, jak szybko moje memy rozprzestrzeniają się w Internecie, jak daleko się niosą. Wtedy pokochałam je jako narzędzie, za pomocą którego próbuję kreować świat, w którym sama chciałabym żyć.

Który z memów jest twoim najważniejszym?
Ten, który mówi, że nie mogę przejmować się tym, co mówią inni, bo innych jest dużo i każdy mówi co innego. Zbyt wiele rzeczy robimy tylko z uwagi na opinię innych. Mam wrażenie, że w Polsce nie tylko zwracamy uwagę na to, co o nas mówią, ale sami też chętnie komentujemy. Wieczne krytykowanie jest moją zmorą. Chciałabym, żeby ludzie przestali siebie nawzajem bezustannie oceniać. Kilka dni temu zapisałam sobie nawet takie zdanie na kolejną grafikę: „Nie trzeba rozumieć drugiego człowieka, żeby mu uwierzyć”.

Wyjaśnisz to?
Uważam, że powinniśmy bardziej wierzyć innym, ale i sobie. Jeśli mówię, że czegoś potrzebuję czy czegoś nie chcę, to ktoś inny, nawet jeśli mnie nie rozumie, powinien mi zaufać i uwierzyć, że nie kłamię. Jeśli ktoś mówi, że chce ślubu ze swoim partnerem, to trzeba mu uwierzyć. Jeśli ktoś twierdzi, że jest prześladowany, to też trzeba mu uwierzyć. Jeśli kobieta wyznaje, że czuje się dyskryminowana czy wykorzystywana, to trzeba jej uwierzyć. Zaufanie jest podstawą funkcjonowania każdego zdowego społeczeństwa.

Marta Frej, malarka, ilustratorka, animatorka kultury, prezeska fundacji Kulturoholizm. Laureatka nagrody O!lśnienia roku 2017. Autorka komiksu „Dromaderki” i (wspólnie z Agnieszką Graff) książki „Memy i grafy. Dżender, kasa i seks”. Znana jako autorka obrazów z podpisami, ilustrujących współczesne życie kobiet w Polsce.

  1. Kultura

Wystawa Helmuta Newtona w toruńskim Centrum Sztuki Współczesnej

HELMUT NEWTON, Ulica
Aubriot, Yves Saint Laurent,
Vogue edycja francuska, Paryż,
1975, ©Helmut Newton Estate,
dzięki uprzejmości Helmut
Newton Foundation
HELMUT NEWTON, Ulica Aubriot, Yves Saint Laurent, Vogue edycja francuska, Paryż, 1975, ©Helmut Newton Estate, dzięki uprzejmości Helmut Newton Foundation
Zobacz galerię 12 Zdjęć
Helmut Newton był jednym z najbardziej kontrowersyjnych artystów XX wieku. Początkowo dokumentował modę, jednak fotografowanie ubranych modelek szybko go znudziło. Przekraczając kolejne granice, zaczął prowokować swoją twórczością, co wyraźnie widać na retrospektywie prac artysty, które można obejrzeć w toruńskim CSW. 

Wystawa retrospektywna "Helmut Newton: Lubię silne kobiety" to zbiór fotografii niemieckiego artysty, które do 28 marca 2021 roku będzie można podziwiać w przestrzeniach toruńskiego Centrum Sztuki Współczesnej. Wystawa została zorganizowana we współpracy z Fundacją Tumult i Fundacją Helmuta Newtona z Berlina. Wydarzenie towarzyszy 28. edycji festiwalu EnergaCAMERIMAGE w Toruniu.

Helmut Newton był bez wątpienia jednym najbardziej kontrowersyjnych artystów XX wieku. Jego fotografie, początkowo dokumentujące modę, z czasem stały się prowokującymi dziełami sztuki. Fotografowanie modelek, nawet ubranych według najnowszych trendów, szybko jednak znudziło ambitnego, zainteresowanego ciągłym przesuwaniem granic twórcę – co wyraźnie zobaczymy na retrospektywie prac Helmuta Newtona w Toruniu.

Wystawa "Helmut Newton: Lubię silne kobiety" jest podzielona tematycznie i składa się na nią ponad 200 zdjęć. Kilka kategorii, wśród których znajdziemy modę, nagość, humor i portrety, obrazuje wszystkie konwencje, w których tworzył Newton. Na odwiedzających czekają również filmy dokumentalne o artyście oraz spotkania z przedstawicielami świata mody, fotografii i filmu.

Pokazywane w Toruniu prace są kwintesencją stylu Helmuta Newtona. Najpierw obserwujemy klasyczne fotografie mody, na których ciało służy jedynie do prezentacji stroju. Następnie w podejściu Newtona dokonuje się pewien przełom – ciało staje się autonomicznym elementem przedstawienia. Za pomocą wszechobecnej erotyki artysta wypowiada się na temat kultury i obyczaju, które widzi w sposób jednoznacznie dekadencki. Akty, wykonywane w wytwornych wnętrzach, jednocześnie zestawiane są z niebezpiecznymi przedmiotami, które groźnie ciążą w kierunku ciemnej strony naszej natury. Dominacja czy zniewolenie użyte w kadrze Newtona odnoszą się do kultu ciała, który zapanował pod koniec XX wieku i trwa po dziś dzień.

W przestrzeniach CSW zobaczymy zdjęcia modelek wykonywane dla rozmaitych edycji magazynu „Vogue”. Widać już na nich zapowiedź późniejszych fascynacji artysty. Ułożenie ciała, elementy tła, często najdrobniejsze detale są zwiastunem zmian, które przebijają spod wierzchniej warstwy fotografii z magazynu dla pań domu. Te z początkowego okresu kariery, często robione na neutralnym, białym tle, mimo charakterystycznego dla estetyki lat sześćdziesiątych minimalizmu, kryją w powyginanych pozycjach modelek proroctwo późniejszych koncepcji artysty dotyczących ciała.

W portretach Newtona zobaczymy również okrutną ironię wymierzoną w idealnie wykreowane wizerunki ze świata highlife’owych magazynów – od fascynujących, ujmujących w tragiczny sposób upływ czasu zdjęć wybitnych postaci związanych z filmem (Leni Riefenstahl, Billy Wilder), przez dyktatorów wyznaczających trendy w świecie mody (Karl Lagerfeld, Yves Saint-Laurent), po celebrytów ówczesnej epoki, włóczących się po zakamarkach wielkiego świata (Paloma Picasso).

W fotografiach wykonanych pod koniec życia Newton wymienił ludzkie ciała na manekiny. Traktując tak nasze ciała, przyjmując za wzór efekty retuszów, stajemy się ofiarami sztucznej rzeczywistości, której daliśmy się zniewolić podobnie jak fotograficzne „modele” Newtona. To pułapka, w której znaleźliśmy się z własnej woli.

Wystawie fotograficznej tradycyjnie towarzyszy przegląd filmowy, w ramach którego zaprezentowane będą filmy dokumentalne, których bohaterami są słynni autorzy zdjęć świata mody i sztuki: tytułowy artysta tegorocznej ekspozycji, Helmut Newton (Niemcy), Lene Marie Fossen (Norwegia) oraz Inta Ruka (Łotwa). Projekcje posłużą jako pretekst do spotkań i dyskusji ze specjalnymi gośćmi. Wraz z twórcami i ekspertami zastanowimy się nad fenomenem fotografii portretowej oraz sposobami ukazywania ciała i seksualności w kulturze współczesnej.

  1. Psychologia

Zanim wychowasz córkę na „grzeczną dziewczynkę”

Często w naszych głowach pokutuje utarty schemat myślowy, wskazujący nam idealny żeński archetyp. (Fot. Getty Images)
Często w naszych głowach pokutuje utarty schemat myślowy, wskazujący nam idealny żeński archetyp. (Fot. Getty Images)
„Bądź grzeczna!”. „Nie mów tego na głos!”. „Nie przy ludziach!”. „Nie ważne co myślisz, idź przeproś i zapomnijmy o temacie!”. „Nie wymyślaj, tak robią wszyscy, nie masz wyboru”.

Czy któraś z was zna to może z autopsji? Może to właśnie do was zwracano się w podobny sposób? Może to ty tak właśnie zwracasz się do swojej córki?

Tak jak na opakowaniu papierosów mamy informację o szkodliwości palenia tytoniu, tak ja w tym artykule chcę przedstawić konsekwencje stosowania metody wychowawczej na tzw. „grzeczną dziewczynkę”.

Często w naszych głowach pokutuje utarty schemat myślowy, wskazujący nam idealny żeński archetyp. Jest on jednak różny w zależności od wieku. Wpojono nam jak powinna zachowywać się dziewczynka, młoda kobieta, a jak kobieta dorosła, dojrzała kobieta. Każdej przypisano długą listę tego, co powinna i tego, czego jej nie wypada, czy wręcz nie wolno robić.

Idealna córka ma przecież same piątki w szkole, nienaganną aparycję, miłe koleżanki, czeka aż ją ktoś zaprosi do wspólnej zabawy lub zaproponuje udział w jakimś konkursie, a wówczas ona na pewno posłusznie się zgodzi. Potem taka prymuska przechodzi okres dojrzewania, a faza buntu, która jest naturalna w tym procesie, jest z góry tłumiona przez rodzinę i otoczenie. Dziewczyna wynosi z tego taką lekcję, że jedyne czego oczekuje od niej świat to odtwórcze wypełnianie z góry wymyślonego dla niej scenariusza, dokładnie w następującej kolejności: szkoła, matura, studia, praca na etacie, małżeństwo, dzieci, budowa własnego domu i sielanka uwieczniona na coniedzielnych fotografiach z wizyt u teściów.

O to, co kryje się w jej umyśle i jej sercu nikt nie pyta...no bo po co? Nikt nawet nie pomyśli, że w głowie tej młodej kobiety, matki, żony mogą zachodzić procesy, które wcześniej były tłumione. Rodzina i otoczenie uznają ją bowiem, za bezproblemową, zaradną i dbającą skrupulatnie o swoje osobiste sprawy. Z pewnością na taką zaradną, posłuszną i radzącą sobie ze wszystkim (w swoim własnym wewnętrznym świecie) kobietę ją wychowano. Dziwi się później rodzina, że ich poukładana córka staje się na przykład ofiarą przemocy, tej fizycznej, psychicznej, emocjonalnej, seksualnej czy ekonomicznej. Silna, wykształcona kobieta, nauczona dźwigać swoje życie na swoich barkach i nie „martwić” swoim zdaniem innych staje się kimś, kto nie potrafi bronić swoich własnych granic…. Zwyczajnie nie wie, gdzie je ma.

To jedna z podstawowych i druzgocących prawd o tzw. „grzecznych” córkach. Posłuszeństwo wpajane i wzmacniane wzorcem posłusznej wobec woli ojca i matki, bez możliwości konfrontacji poglądów w sposób asertywny, sprawia, że młoda kobieta wkraczająca w dorosłe życie jest bardzo ufna, otwarta i pomocna. Są to cechy bardzo pożądane, ale za nimi snuje się cień niepewności własnego “ja”, braku samoświadomości i umiejętności samostanowienia, podejmowania korzystnych dla siebie decyzji.

Taka kobieta ma w nawyku godzenie się nawet z niesprzyjającym jej osądem dla tzw. „świętego spokoju”. Metodę tę powtarza jak zdartą płytę. Boi się lub nawet nie ma w sobie przekonania, że może komunikować, bronić, czy nawet walczyć o prawo do swojej opinii.

Reaktywność, bezrefleksyjne posłuszeństwo, podatność na manipulacje, nadmierna ufność, brak umiejętności asertywnego wyrażania swoich przekonań oraz komunikowania swoich potrzeb w skuteczny sposób, to podstawowe, ale nie jedyne cechy charakterystyczne dla kobiet wychowanych w duchu „grzecznych” dziewczynek.

Małżeństwa zawierane z iluzji miłości, tylko dlatego, że już czas, że inni tego od niej oczekują, że musi zgodzić się na tego partnera, bo inny już może się nie pojawić. Studia podejmowane tylko dlatego, ze dany kierunek jest akurat na topie, albo gwarantuje pewną finansową niezależność. Dzieci rodzone w pierwszych latach małżeństwa, gdy ona może nawet nie jest na nie gotowa, spełnia jednak czyjeś marzenie o wnukach…

Grzeczne dziewczynki świetnie spełnią każde marzenie tego, kto w sposób konsekwentny, pewny siebie lub agresywny będzie od nich tego wymagał. Są idealnymi żonami, matkami, synowymi. Wcielają się posłusznie w każdą napisaną dla nich rolę. Mają tylko jeden mankament: nie potrafią być sobą.

Jeśli w tym artykule rozpoznajesz swoją historię, życzę ci przebudzenia i odwagi do bycia sobą. Nikogo w ostatecznym rozrachunku nie stać na spłatę długu, jaki u ciebie zaciąga.

Ty żyjesz, ty decydujesz! Nikt nie weźmie odpowiedzialności za twoje decyzje, nawet jeśli mają one źródło w podświadomym nakazie wypełniania obowiązków względem rodzica, współmałżonka.

Zacznij już dziś stanowić o sobie. To twoje życie i ty napiszesz w nim niepowtarzalny scenariusz, który nie musi być idealnym.

Na koniec proponuję ćwiczenie, abyś na kartce wypisała osoby i wydarzenia, które mają lub miały istotny wpływ na twoje życie. Zastanów się, jak silny jest ten wpływ w skali od 0-7, przemyśl, czy i jak chcesz coś w tym układzie zmienić. Gdy już będziesz gotowa zakomunikuj to przed sobą i tymi, którymi powinnaś, w sposób asertywny, zaczynając od tego co czujesz, unikając ocen.

Powodzenia!