1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Ekomisja Marcina Wyrostka

Ekomisja Marcina Wyrostka

Marcin Wyrostek, akordeonista. (Krzysztof Zuczkowski /Forum)
Marcin Wyrostek, akordeonista. (Krzysztof Zuczkowski /Forum)
Dla akordeonisty Marcina Wyrostka natura to nie tylko sposób na relaks, ale i źródło muzycznych inspiracji. I nic dziwnego, bo instrument, na którym gra − jak żaden inny −  pozwala odtworzyć dźwięki przyrody. 

Akordeon to instrument akustyczny z założenia. Wymyślono go jako samowystarczalny dla wędrownych muzyków − lewą ręką można sobie akompaniować, prawą grać melodię. Towarzyszenie innych instrumentów pozwala stworzyć więcej ciekawych współbrzmień, jednak akordeon może zabrzmieć samodzielnie i nie potrzebuje sal koncertowych ani dodatkowego nagłośnienia. Zwłaszcza że jest wiele naturalnych miejsc z doskonałą akustyką: grot, dziedzińców zamkowych czy kościołów. Znana z tego jest m.in. jaskinia Jameos del Agua na Lanzarote, gdzie regularnie odbywają się koncerty. W Polsce też mamy obiekty, które fantastycznie odbijają fale dźwiękowe, np. komory „Michałowice” i „Warszawa” w Kopalni „Wieliczka” czy położona 320 metrów pod ziemią komora w Kopalni „Guido” w Zabrzu. To przestrzeń, która sama gra. Świetnym kameralnym miejscem jest dawna cerkiew w Narolu, która w latach peerelu była spichlerzem, a teraz jest centrum koncertowym, czy kościół na Nikiszowcu w Katowicach. Występowanie w takim wnętrzu, gdzie wystarczy wstawić kilka świeczek, żeby stworzyć odpowiedni nastrój, to czysta radość i wiem od słuchaczy, że czują podobnie.

Dźwięki natury to dla mnie relaks i źródło inspiracji

Lubię odgłosy ptaków, szelest liści, szum morza, stukot deszczu o parapet, grzmot burzy... Takie dźwięki to dla mnie relaks, ale i źródło inspiracji. W muzyce klasycznej jest przecież wiele kompozycji inspirowanych naturą, jak choćby „Cztery pory roku”, które chętnie gram. Podobnie jak muzykę bałkańską czy szkocką, w której wykorzystuję dźwięki natury do zilustrowania pewnej historii. Poza tym akordeonem można naśladować wiele odgłosów przyrody, więc wprowadzam takie elementy także podczas zajęć edukacyjnych dla dzieci.

Wraz z wykładowcami Akademii Muzycznej w Katowicach nagraliśmy ostatnio, trochę ku pokrzepieniu, utwór „Ziarno nadziei”. Kompozytorem jest Dariusz Janus, słowa napisała Anna Ruttar. W nagraniu uczestniczyło kilka osób rozsianych po całym budynku akademii: Grzegorz Biegas przy fortepianie, Roman Witaszek na klarnecie, Adam Mokrus na skrzypcach. Śpiewała Ewa Biegas, a ja grałem na akordeonie. Akordeon to przecież harmonia, mówi się nawet „akordeon w domu to harmonia w rodzinie”. Klip do utworu pokazuje piękno natury, która daje nam siłę i tę tytułową nadzieję, narratorem jest w nim aktor Wiesław Komasa.

Skąd ten bałagan? 

Kontakt z naturą bardzo mnie uspokaja, czuję się jej  – mikroskopijną, ale jednak – częścią. Kiedy to tylko możliwe, uciekam od betonu, od miasta, od zgiełku w stronę ciszy i natury. Nawet na wakacje wyjeżdżam pod namiot, żeby nie przebywać w zamkniętym pomieszczeniu.

Mieszkam pod lasem i często w nim biegam czy jeżdżę na rowerze. Cieszę się, że coraz więcej osób też tak robi, tylko nie mogę zrozumieć, dlaczego zostawiają po sobie taki bałagan! Brałem udział w kilku akcjach zbierania śmieci, np. Czyste Tatry, i naprawdę nie mogę sobie wyobrazić, jak można wywieźć worki z odpadami do lasu, na plażę czy w góry. Najchętniej pozamykałbym takich ludzi razem z ich śmieciami. Staram się zawsze zareagować, kiedy widzę, że ktoś coś wyrzuca nie do kosza, swojego synka uczę, że tylko brudasy nie sprzątają po sobie. Oczywiście segreguję śmieci, to mały gest, jednak daje mi poczucie, że nie dokładam się do zanieczyszczania planety. Uważam, że właśnie metodą małych kroków, zaczynając od siebie, edukując własne dzieci, można zdziałać najwięcej.

Marcin Wyrostek  - akordeonista, założyciel i lider projektów Tango Corazon, Coloriage, Music and Dance Show, ma na koncie pięć albumów, których jest wydawcą i producentem

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Nowe płyty – warto posłuchać

(Fot. Kempsk/materiały prasowe)
(Fot. Kempsk/materiały prasowe)
Słuchanie muzyki to nie tylko relaks i wyciszenie, to także czerpanie inspiracji z tekstów i dźwięków. Wybieramy płyty, które dostarczają dobrej rozrywki.

Coś dla ciała, coś dla ducha

Brodka „BRUT”, PIAS.

Była już roztańczona, wkurzona, refleksyjna. Jaka jest Brodka w najnowszej odsłonie? O klipie „Game Change” pisał do mnie znajomy dziennikarz ze Słowacji, że Brodka trafiła nim – ten wątek zapewne zabrzmi znajomo – w toczony u naszych sąsiadów spór o prawa i miejsce kobiet w społeczeństwie. We wspomnianym teledysku artystka przyjmuje męską rolę. W kolejnym, „Hey Man”, wciela się w tajną agentkę, której bronią jest seks. Oba klipy zapowiadały płytę z wielkimi literami „BRUT” na okładce, na której wąż obejmuje pięcioletnią Brodkę. Mimo takich zwiastunów sam album okazuje się... niebrutalny. Solo czy w chórkach, Brodka dialoguje tu głównie z gęstą perkusją i basem, wspólnie uwodzą i hipnotyzują. W zamyśle album miał być „muzyką dla ciała”. I tak, wprost zmusza do bujania, ale są tu także nastrój tajemnicy i finezyjne detale. Na siedząco też się zatem sprawdzi.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Kwestia czasu

Morcheeba „Blackest Blue”, NoPaper Records.

Dziesiąta płyta Morcheeby ukazuje się ćwierć wieku po ich słynnym debiucie, który był jednym z filarów triphopowego boomu z lat 90. Dziś ich muzykę definiuje głównie Skye Edwards. Aranże bywają elektroniczne, bliżej rocka lub wprost popowe, ale wszystko i tak obraca się wokół ciepłej melancholii jej wokalu. Tym bardziej że po odejściu jednego z braci Godfreyów przejęła też obowiązki tekściarki i wreszcie dzieli się własnymi myślami. Ciekawostka: za perkusją usadziła własnego syna, też kończącego właśnie ćwierć wieku.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Z drugiej ręki

Arek Kłusowski „Lumpeks”, Kayax.

Choć ma niespełna trzydziestkę, Arek Kłusowski jest już branżowym weteranem. Pisał piosenki dla innych artystów, organizował festiwale, startował w talent show, a w innym sam był potem jurorem. Ostatnio zaspokaja jednak własne widzimisię – co w przypadku jego drugiej płyty oznacza syntezatorowe lata 80. Kłusowski nawiązuje do Depeche Mode i Blondie, ale „Lumpeks” pobrzmiewa też tradycją polskiego popu, sprzed dekad i współczesnego. To muzyka, a teksty? Bywa bardzo serio, kiedy śpiewa choćby o rodzinnej i społecznej presji.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Bo to już lato

Paula i Karol „Lifestrange”, Mystic.

„Dziwne czasy. Dziwne żyćko, a my swoje” – mówią o swojej piątej płycie, zatytułowanej wymownie „Lifestrange”. Najpogodniejszy duet w Polsce jak wiele z nas musiał ostatnio odnaleźć się w pracy zdalnej. Nie tylko z powodu pandemii: Paula przeniosła się do Hamburga, a Karol pozostał w Warszawie. Ich nowe folkowo-popowe szlagiery energią nie ustępują jednak wcześniejszym, słusznie więc wręczają je nam u progu lata. Najlepiej słucha się ich na żywo, w związku z czym w połowie lipca warto się wybrać
do Jarocina. Obiecują „dym na scenie”.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

  1. Styl Życia

Powstaje Ogród Zmysłów dla dzieci ociemniałych z Lasek

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Ogród Zmysłów ma być bezpiecznym miejscem, gdzie niewidome dzieci samodzielnie mogą obcować z naturą - poznawać ją dotykiem, zapachem i smakiem. 

Projekt powstał z inicjatywy firmy Shamir - producenta soczewek w ramach programu Długie Oczy będącego częścią misji społecznej odpowiedzialności biznesu firmy. W jej ramach marka zamierza działać na rzecz poprawy komfortu i jakości życia osób z chorobami wzroku.

Pomysł na Ogród Zmysłów zrodził się w Ośrodku Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, który firma Shamir wspiera m.in. podczas wolontariatów pracowniczych. W ośrodku uczy się i przygotowuje do samodzielnego życia ponad 200 dzieci z całej Polski. „Rozmawialiśmy z podopiecznymi ośrodka i ich opiekunami, starając się poznać ich potrzeby. Okazało się, że mimo wielu atrakcji, takich jak stadnina koni czy pływalnia, dzieciom brakuje miejsca, w którym mogłyby bezpiecznie obcować z naturą i samodzielnie poznawać ją dotykiem, węchem i smakiem. Wiedząc jak ważny jest rozwój pozostałych zmysłów dla osób pozbawionych wzroku oraz mając wsparcie naszych Partnerów, postanowiliśmy działać i zorganizować zbiórkę funduszy na budowę Ogrodu Zmysłów.” – mówi Aleksandra Kubańska, Marketing & Communications Manager, Shamir Polska.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Ogród Zmysłów został zaprojektowany w taki sposób, aby osoby niewidome i słabowidzące mogły czuć się w nim bezpiecznie i samodzielnie poznawać naturę – różne faktury, zapachy i smaki. Na powierzchni prawie 4000 m kw. znajdą się różne strefy, m.in. hortiterapii, orientacji przestrzennej, strefa edukacyjna czy degustacji i odpoczynku. Wszystkie elementy – sady, krzewy owocowe, kwiaty, zioła, żywopłoty, zboża, murawa z wieloma gatunkami traw, czy mapa dotykowa – znajdą się w ogrodzie po to, by dzieci mogły poczuć je dłońmi i stopami, powąchać czy posmakować, rozwijając w ten sposób swoje zmysły.

„O budowie ogrodu sensorycznego na terenie Ośrodka w Laskach rozmawialiśmy od wielu lat, ale projekt ten przerastał nasze możliwości finansowe. Wierzymy, że dzięki zaangażowaniu firmy Shamir, salonów optycznych i indywidualnych darczyńców, wspólnymi siłami uda nam się zbudować Ogród Zmysłów” – mówi Elżbieta Szczepkowska, Dyrektor Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych im. Róży Czackiej w Laskach. „Kontakt z przyrodą, poznawanie zróżnicowanych kształtów i faktur uczy koncentracji, a także usprawnia sensomotorykę i koordynację wzrokowo-słuchową. Ogród sprawi naszym podopiecznym ogromną radość i przyczyni się do ich rozwoju na wielu płaszczyznach” – dodaje.

  1. Psychologia

Jak rozwijać w dziecku miłość, wrażliwość i szacunek do przyrody?

Obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury – czytamy w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”. (Fot. iStock)
Obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury – czytamy w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”. (Fot. iStock)
Kiedyś w miastach straszyły wszechobecne tabliczki z napisem „Nie deptać trawników”. Obecnie coraz mniej dzieci ma w ogóle pomysł, żeby wejść na trawę. Jak zatem wykorzystać naturę jako sprzymierzeńca w procesie wychowawczym? Podpowiada pedagożka Ewa Nowak.

Jeśli twoje dziecko chodzi do przyzwoitej szkoły, prawdopodobnie ma sporą wiedzę z biologii, a nawet ekologii, ale natury nie zna i nie korzysta z niej wystarczająco. Nawet w wakacje rzadko wychodzi na dwór, a jeśli już, to ze wzrokiem utkwionym w ekran smartfona. Nastolatki dzieli dziś od przyrody przepaść i ten chroniczny brak kontaktu ma bezpośrednie przełożenie na częstość występowania krótkowzroczności, otyłości, niedoboru witaminy D, depresji, zaburzeń zachowania, alergii i uzależnień, w tym uzależnienia od Internetu. A to tylko kilka z problemów współczesnych dzieci...

Jak pisze Richard Louv w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”, to obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury, bo „rdzeniem tego ruchu są rodzice”. Nie ma sensu oglądanie się na szkołę. Trzeba najpierw zmienić zwyczaje u siebie. I nie chodzi o to, żeby rozmawiać z dziećmi o segregacji śmieci czy oszczędzaniu wody, bo to mają już we krwi. Ale czy zakręcają kran z przekonaniem, z myślą o żabie, sikorce albo ślimaku, którego spotkali w lesie?

W poszukiwaniu witaminy N

Według statystyk w Stanach Zjednoczonych na leki antydepresyjne dla dzieci i młodzieży od 10 lat wydaje się rocznie więcej niż na witaminy i antybiotyki. Lekarze najróżniejszych specjalności zaczęli więc szukać wsparcia terapeutycznego w pozafarmaceutycznych rozwiązaniach. Kiedy czytałam książkę Richarda Louva, co chwila przed oczami wyskakiwały mi wspomnienia z dzieciństwa i czułam smutek, że dziś muszę pisać tekst uświadamiający w większości jeszcze wychowanym pod gołym niebem rodzicom, że krzywdzą fizycznie i psychicznie swoje dzieci. Bo tym jest właśnie zespół deficytu kontaktu z naturą.

Chcesz mieć zdrowe, wesołe, niezestresowane dziecko? To korzystaj z wakacji i wywieź je chociaż na trochę na łono natury. Kiedy poczuje, ile daje mu spacer na bosaka albo gapienie się na chmury, zrozumie, dlaczego naprawdę warto chronić zasoby naturalne. Bez tego rozmowa, jak powinniśmy wszyscy chronić lasy, jest pustosłowiem. Jak twierdzi światowej sławy specjalista od kąpieli leśnych dr Qing Li z Japonii: „Ostatecznie to więź naszych dzieci ze środowiskiem naturalnym zdecyduje o przyszłości. Jeżeli pozwolimy dzieciom wejść do lasu, wyrosną na ludzi, którzy go chronią”.

Obserwacja ptaków, włóczenie się po lesie, biegi na orientację, spacery w świetle księżyca, pływanie w jeziorze, kwiaty w domu, spacery bez względu na pogodę, łażenie po kałużach i zgoda na ubrudzenie się błotem – to zaledwie kilka z bardzo wielu propozycji zawartych w poradniku o witaminie N. Niestety wiem, że niejeden z moich dobrze wykształconych znajomych postuka się w głowę zwłaszcza na pomysł chodzenia na bosaka. „Czy ty, Ewka, nie słyszałaś o kleszczach?”. Żyjemy w kulturze lęku i skutecznie wychowujemy w niej nasze dzieci. One drżą ze strachu na samą myśl, co straszliwego im się przydarzy, jeśli zanurzą ręce w strumieniu. Wielu nastolatków brzydzi się piachu na plaży, a swędzenie po ukąszeniu komara jest doświadczeniem granicznym...

W czym może pomóc młodemu człowiekowi obserwacja ptaków? Piszą o tym autorzy książki „Ornitologia terapeutyczna”. Możemy z niej dowiedzieć się m.in., że to czynność, która pozwoli oderwać się od dotychczasowego środowiska, poszerzyć horyzonty, a co najważniejsze, wykorzystać i stymulować wszystkie zmysły. Obserwacja ptaków to rodzaj całościowej terapii. Już samo ptakoliczenie, które wiele dzieci robi naturalnie, odpręża, a obserwacja ptaków w trudnych warunkach – angażuje funkcje poznawcze.

Jeśli wciąż nie masz przekonania do tego, żeby przyspawane do smarfona dziecko zawlec do lasu, niech ci pomoże cytat z Hipokratesa: „Choroby nie pojawiają się w nas jak grom z jasnego nieba, lecz rozwijają się z popełnianych codziennie grzechów przeciwko naturze”. A do Hipokratesa dołóżmy jeszcze słowa Richarda Louva: „Pediatrzy ostrzegają, iż dzisiejsze dzieci mogą być pierwszym pokoleniem (od czasów drugiej wojny światowej) o niższej przewidywanej długości życia niż ich rodzice”.

Czuły ogrodnik

Gra na smartfonie to czynność „niezielona”, ale biwak pod namiotem – jak najbardziej tak. Intuicyjnie czujemy, które czynności są zielone, a które nie. I tak np. uprawianie ogrodu, o czym pisze Sue Stuart-Smith w książce „Kwitnący umysł”, jest połączeniem aktywności na świeżym powietrzu i aktywności, która pochłania nasz umysł. Czyli odstresowuje. Ogrodnictwo od dawna jest wykorzystywane do terapii, a jeśli dziś absolutnie nie kojarzy się z młodzieżą, to tylko dlatego, że nie wykształciła się na to moda. Bo przecież dzieci lubią grzebać w ziemi, podlewać rośliny i patrzeć, jak rosną. Nastolatki nie mają już z tego żadnej przyjemności, bo zaczynamy ich rozliczać z pracy do wykonania.

Może więc podaruj swojemu nastolatkowi skrzynkę na kwiaty albo dwie grządki i skalniak w przydomowym ogródku? A potem powstrzymaj się od dobrych rad na temat uprawy...

Przyrodnicze IQ

Howard Gardner, profesor pedagogiki na Uniwersytecie Harvarda, w ogłoszonej w latach 80. XX wieku teorii inteligencji wielorakiej pokazał, że nie istnieje jeden rodzaj inteligencji, ale aż siedem. A następnie dodał ósmy typ: inteligencja przyrodnicza. Czy twoje dziecko jest inteligentne przyrodniczo? Dzieci o inteligencji przyrodniczej:

  • Mają wyczulone zmysły.
  • Chętnie używają swoich zmysłów do analizy.
  • Lubią przebywać na świeżym powietrzu.
  • Łatwo dostrzegają prawidłowości i powtarzające się wzorce (podobieństwa, różnice, wyjątki).
  • Opiekują się zwierzętami i roślinami.
  • Lubią kolekcjonować okazy, robić dzienniki, zielniki, kosze skarbów.
  • Lubią książki i programy o zwierzętach.
  • Wykazują świadomość i troskę o zagrożone gatunki.
  • Łatwo przyswajają nazwy, systematykę i informacje na temat cech poszczególnych roślin i zwierząt.

Zielono w głowie

  • Richard Louv pisze, że dzieci, które mają częsty kontakt z naturą, są spokojniejsze. ADHD ulega wyciszeniu, nawet gdy tylko idą do szkoły przez park zamiast ulicą.
  • Dzieci, a potem nastolatki potrzebują silnych wrażeń. Jeśli nie wspinają się na drzewa, nie błądzą po lesie, nie bawią się nawet w chowanego – sięgają po to, co im wrażenia zapewni.
  • Żaden ekodom nie zaangażuje sensorycznie tak jak środowisko naturalne. Zapach, dotyk, wzrok, słuch, a nawet smak będą pracować na pełnych obrotach, gdy wpuścisz dziecko na łąkę, do ogrodu, do lasu, nad rzekę. Plac zabaw się nie liczy, bo to miejsce tak ustrukturalizowane, że mimo wielu dobrodziejstw rozwojowych nie zaspokaja kontaktu z naturą.
  • Miejskie nastolatki często nigdy w życiu nie taplały się w błocie, nie przesypywały piasku między palcami, nie zbierały kory, patyków, liści, nie leżały na mchu, gapiąc się w korony drzew. Kto pozwolił nam to odebrać młodym ludziom?
  • Nie wysyłaj dziecka na kolejny obóz językowo-komputerowy. Wyślij je do lasu na obóz survivalowy, na wycieczkę w jednych spodniach i bluzie. Będzie przestraszone, ale szybko mu to minie. Chodzi o to, żeby do spectrum możliwości, jak radzić sobie ze stresem, dziecko dodało punkt: przebywanie samemu wśród przyrody. Louv nazywa to dobrą samotnością. Wielu dorosłych w sytuacjach kryzysowych szuka kontaktu z naturą, bo pomaga im to w powrocie do równowagi. Tylko trzeba móc w dzieciństwie chociaż raz tego spróbować. A nikt poza rodzicem nie stworzy dziecku takiej szansy.
  • Zdrowie, terapia, odreagowanie stresu – wszystko to bardzo ważne, ale jest jeszcze taki prosty obszar życia jak przyjemność. „Młodzi ludzie mogą unikać okolicznej przyrody, ponieważ chroniczne oderwanie od niej sprawia, że nie doceniają płynącej z niej przyjemności” – pisze Florence Williams w książce „Natura leczy, czyli co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi, zdrowi i bardziej kreatywni”. Dajmy więc dzieciom szansę na odrobinę zielonej przyjemności.

Rodzicu, sprawdź się:

  • Czy twoje dziecko lubi las?
  • Jak reagujesz, kiedy wraca z dworu brudne, umazane ziemią, z zadrapaniami na kolanach? Kiedy ostatnio takie wróciło?
  • Kiedy twoje dziecko ostatnio leżało na mchu, gapiąc się w chmury? Widziałeś je kiedykolwiek podczas takiej aktywności? A ono ciebie widziało?
  • Czy uważasz, że kontakt z przyrodą ma moc terapeutyczną? Brak kontaktu z przyrodą rodzi choroby i cierpienie psychiczne? A może to bzdura? Jakie są twoje przekonania?
  • Co wydaje ci się najłatwiejsze, żeby pomóc twojemu dziecku odnaleźć drogę do kontaktu z naturą?
  • Pamiętaj, że to rodzice są odpowiedzialni za to, ile zielonych czynności wykonują codziennie ich dzieci.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

  1. Kultura

Leszek Możdzer – wszystko jest wibracją

– Wszystko, co nas otacza, jest wibracją, ale nie zapominajmy, że każdy człowiek jest też nadajnikiem, a więc rezonans może iść w dwie strony. Można być i twórcą i tworzywem, wszystko zależy od stopnia rozwoju świadomości – mówi Leszek Możdzer. (Fot. Roman Bosiacki/Forum)
– Wszystko, co nas otacza, jest wibracją, ale nie zapominajmy, że każdy człowiek jest też nadajnikiem, a więc rezonans może iść w dwie strony. Można być i twórcą i tworzywem, wszystko zależy od stopnia rozwoju świadomości – mówi Leszek Możdzer. (Fot. Roman Bosiacki/Forum)
Szumów i zakłóceń tego świata nie da się wyłączyć, można je natomiast uważnie obserwować i w ten sposób osiągnąć stan niewzruszonego obserwatora – mówi pianista i kompozytor Leszek Możdżer.

Podczas pandemii wiele koncertów odbywało się w sieci, a jednak dla słuchacza to nie to samo. Czy dla muzyka niemożność kontaktu z publicznością była też trudna?
Koncerty online to tak naprawdę nagrania studyjne, z tą różnicą, że trzeba jeszcze do tego dobrze wyglądać oraz pamiętać o tym, że tylko pierwsza wersja wchodzi. Koncerty online są okropne i nie przepadam za nimi, no chyba że mógłbym się podczas nich zachowywać normalnie, tak jak w studiu – robić sobie przerwy na herbatę, odzywać się swobodnie do realizatora nagrania czy wykonywać telefony.

Na szczęście tego lata będzie pana można posłuchać już na żywo. Zanim o to spytam, chciałabym cofnąć się o cztery lata. Wydał pan wtedy album „Earth Particles” – Cząstki Ziemi. Opowiadał pan, że to początek nowego etapu twórczości, co też wiązało się ze strojeniem 432, uznawanym za częstotliwość pierwotną i naturalną. Mówi się o niej, że jest dźwiękiem czystszym i bardziej harmonijnym niż powszechnie stosowana 440, ale też uzdrawiającym. Częstotliwością kosmiczną.
W moim przypadku granie w stroju 432 ma raczej znaczenie symboliczne i jest wyrazem wewnętrznej niezgody na ogólnie przyjęte parametry systemu. Cała nowoczesna muzyka jest realizowana w standardzie strojenia ISO 16, który dla dźwięku A wynosi 440 Hz. Zdecydowałem się przestroić swój fortepian do stroju 432 Hz, co wiązało się z różnymi technicznymi problemami: trzeba było ponownie przeliczyć naprężenia oraz wymienić struny, z których dopiero trzeci komplet zabrzmiał zadowalająco. Taka zmiana stroju jest niemal niesłyszalna, bo wynosi około ćwierć tonu, ale podczas gry powoduje pewne zmiany w środowisku rezonansowym. Ciągle to testuję, ostatnio udało mi się wytworzyć fortepian w stroju 417 Hz, bo próbuję różnych.

Na Festiwalu Wibracje zagra pan koncert plenerowy na dwóch fortepianach – w strojeniach 432 i 440 Hz. Jak duże to wyzwanie od strony strojenia instrumentów na otwartym powietrzu?
Każdy stroiciel potrzebuje ciszy, ale wytrawny poradzi sobie nawet wtedy, gdy towarzyszy mu hałas. Chciałbym dać publiczności możliwość „przepuszczenia” sobie obydwu tych strojów przez własne ciało i przedyskutowania samemu ze sobą, który jest lepszy. Często spotykam się z krytyką stroju 432 jako „foliarskiej teorii”. Krytycy nierzadko bywają agresywni, twierdząc, że to jest bez znaczenia. Ale gdyby rzeczywiście było bez znaczenia, to po prostu nie zwracaliby na niego uwagi, zamiast go zwalczać, prawda?

Muzyka to nie tylko dźwięki, ale i cisza pomiędzy nimi. Czym dla pana jest cisza?
Cisza umożliwia mi odczuwanie częstotliwości płynących z wnętrza mojego organizmu. Przy uważnie przeżywanej ciszy mogę wyczuć delikatne drgania własnych komórek, własnego DNA, a co najważniejsze, mogę wyłapać źródłowe częstotliwości płynące od samego Stwórcy. Cały świat zewnętrzny odciąga mnie od wsłuchiwania się w ten wewnętrzny dźwięk i narzuca różne swoje częstotliwości, zachęcając do wejścia z nimi w rezonans.

W społeczności więziennej mówi się o torturze polegającej na „wzięciu kogoś na dźwięki”. Otóż zamyka się skazanego w całkowicie wygłuszonym, odizolowanym pomieszczeniu, do którego nie dochodzą żadne sygnały z zewnątrz, a dźwięki wytwarzane wewnątrz pomieszczenia nie mają odbić, bo ściany i sufit zrobione są z materiałów dźwiękochłonnych. To doświadczenie sprawia, że słyszymy własne wnętrze, w którym panuje dysharmonia. Ten cały wewnętrzny bałagan zrobiony z obcych, siłą narzuconych częstotliwości, zaczyna dochodzić do świadomości skazanego, który tylko marzy o tym, żeby opuścić wygłuszoną celę i przestać się konfrontować z własnym, wewnętrznym cierpieniem. Tymczasem dla każdego mistyka, czyli człowieka świadomie i łagodnie regulującego swój świat wewnętrzny, obcowanie z ciszą powoduje akomodację wewnętrznego słyszenia, wychwycenie dysharmonii i wyregulowanie ich poprzez akceptację i miłość.

– Szumów i zakłóceń tego świata nie da się wyłączyć, można je natomiast uważnie obserwować i w ten sposób osiągnąć stan niewzruszonego obserwatora, który i tak żyje w ciszy. Staram się nawiązywać nieustanny kontakt z wibracjami wewnętrznymi, to mi daje siłę do przetrwania – mówi Leszek Możdżer. (Fot. Jarek Wierzbicki)– Szumów i zakłóceń tego świata nie da się wyłączyć, można je natomiast uważnie obserwować i w ten sposób osiągnąć stan niewzruszonego obserwatora, który i tak żyje w ciszy. Staram się nawiązywać nieustanny kontakt z wibracjami wewnętrznymi, to mi daje siłę do przetrwania – mówi Leszek Możdżer. (Fot. Jarek Wierzbicki)

Jak pan sobie radzi z nadmiarem dźwięków, hałasem? Czy mimo takich „szumów” potrafi się pan wyłączyć?
Jedynym wyjściem jest uprawianie ciągłej samoobserwacji, czyli wznoszenie się na poziom obserwatora swojego stanu wewnętrznego. Szumów i zakłóceń tego świata nie da się wyłączyć, można je natomiast uważnie obserwować i w ten sposób osiągnąć stan niewzruszonego obserwatora, który i tak żyje w ciszy. Staram się nawiązywać nieustanny kontakt z wibracjami wewnętrznymi, to mi daje siłę do przetrwania.

Czy uważa pan, że podobnie jak w przypadku śmieciowego jedzenia, jesteśmy zatruwani „śmieciowymi dźwiękami”?
Nie ma czegoś takiego jak trucizna, istnieją tylko zbyt duże dawki. Generalnie oczyszczanie jest bardzo proste: najlepiej oczyszcza przebywanie w samotności, a na poziomie fizycznym – kontakt z własnym oddechem.

Czy podczas samoobserwacji pomagają panu dźwięki ciała, na przykład oddech, bicie serca?
Wrażenia akustyczne dochodzące z wnętrza ciała nie są najistotniejsze, ale lubię się wsłuchiwać w piski i szumy wytwarzane przez mój aparat słuchu. W moim odczuciu jest to zwykła dekompresja aparatu słuchowego, który musi sobie „odprowadzić” niektóre częstotliwości do świadomości, bo z większości dźwięków nawet sobie nie zdajemy sprawy i nie uzmysławiamy sobie tego, co słyszymy podczas zwykłego dnia. Większość ludzi idzie z tym do lekarza, ja akurat traktuję to jako normalną reakcję organizmu na ogromną ilość słuchowych zjawisk dochodzących z zewnątrz. Tak naprawdę jesteśmy nieustannie gwałceni przez uszy. Maszyny, samochody, głośna muzyka, szumy miasta, jęki radiowozów oraz karetek pogotowia i wszystkie tego typu akustyczne impulsy powodują nadwyrężenie aparatu słyszenia, który musi sobie zwyczajnie „odparować” poprzez piski i szumy. Im uważniej się w to wsłuchuję, tym krócej to wszystko trwa.

A co sprawia, że jakaś muzyka nam się podoba i jest przyjemna, a inna denerwuje czy smuci? Dlaczego werble aktywizują, a misy tybetańskie uspokajają?
Wszystko zależy od kontekstu. Akurat werble były często stosowane przez przemysł militarny, dlatego skojarzenia z werblami powodują określone reakcje. Ale nie można przecież wykluczyć sytuacji, że misy tybetańskie będą kogoś irytować. Mamy pewne normy i zapisy w podświadomości, ale ciało generalnie zawsze emituje jakieś tam emocje i najczęściej są to emocje zaległe, dopiero czekające na uświadomienie. Często podczas koncertu przychodzi odpowiedni moment, żeby sobie uświadomić rzeczy, na które wcześniej nie było czasu.

Interesuje pana wiedza dotycząca zdrowia i natury. Jak się pan zapatruje na pogląd, że wszystko, co nas otacza, jest wibracją, która może wpływać na zdrowie psychiczne, a nawet fizyczne człowieka?
Wszystko, co nas otacza, jest wibracją, ale nie zapominajmy, że każdy człowiek jest też nadajnikiem, a więc rezonans może iść w dwie strony. Można być i twórcą i tworzywem, wszystko zależy od stopnia rozwoju świadomości.

Leszek Możdzer, jeden z najwybitniejszych polskich muzyków jazzowych, pianista, kompozytor. Ma na koncie ponad 100 albumów. Od roku 2011 jest dyrektorem artystycznym plenerowego festiwalu muzycznego nad Jeziorem Strzeszyńskim w Poznaniu – Enter Music Festival.

Wibracje to największy w Polsce festiwal dotyczący holistycznego, naturalnego dbania o siebie i swoje otoczenie, ekologii, rozwoju i życia w harmonii. W tym roku odbędzie się on w dniach 21–25 lipca. Program składa się z pięciu bloków: prelekcje i wykłady warsztaty świadoma praca z ciałem: m.in. joga, taniec koncerty część targowa. Weźmie w nich udział ponad 100 prelegentów i artystów z Polski i z zagranicy. Więcej na stronie wibracje.com.pl.

  1. Styl Życia

Kąpiele leśne – na czym polega japońska technika shinrin-yoku? Wyjaśnia dr Katarzyna Simonienko

– Las daje ogromne pole do popisu dla psychoterapeutów. Można tu pracować na metaforach, lękach, relacjach. W lesie dużo osób dostrzega odniesienia do swojego życia – to też jest dobry punkt wyjścia, aczkolwiek nie należy przesadzać, żeby nie wejść za głęboko – mówi Katarzyna Simonienko, doktor psychiatrii, certyfikowana przewodniczka kąpieli leśnych i autorka książki „Lasoterapia” (wyd. Dragon). (Fot. Kamil Simonienko)
– Las daje ogromne pole do popisu dla psychoterapeutów. Można tu pracować na metaforach, lękach, relacjach. W lesie dużo osób dostrzega odniesienia do swojego życia – to też jest dobry punkt wyjścia, aczkolwiek nie należy przesadzać, żeby nie wejść za głęboko – mówi Katarzyna Simonienko, doktor psychiatrii, certyfikowana przewodniczka kąpieli leśnych i autorka książki „Lasoterapia” (wyd. Dragon). (Fot. Kamil Simonienko)
Kąpiel leśna to termin, który robi ostatnio furorę. Czym się różni od zwykłego spaceru po lesie, a czym od terapii lasem – wyjaśnia dr Katarzyna Simonienko, psychiatra i certyfikowana przewodniczka takich kąpieli.

Dziś coraz chętniej i częściej chodzimy do lasu. Co zrobić, żeby jak najlepiej wykorzystać taką wycieczkę? W swojej najnowszej książce radzi pani, by iść powoli, z nikim nie rozmawiać, wyłączyć komórkę, a włączyć wszystkie zmysły.
Takie zasady stworzyli japońscy badacze, którzy zajmowali się wpływem kąpieli leśnych na ludzkie zdrowie i samopoczucie. Myślę, że ma to sens, bo jeśli się przyjrzymy technikom relaksacyjnym, których obecnie się używa, chociażby w terapii poznawczo-behawioralnej, to one wszystkie koncentrują się wokół prawidłowego oddechu, relaksacji mięśni i uważności. Podobnie podczas kąpieli leśnych – najważniejsze jest, by wyłączyć mechanizm ruminacji, czyli natrętnego wracania myślami do spraw, które nas zajmują: jestem ja i jest przyroda. Nic więcej przez najbliższą godzinę nie będzie mnie absorbować. Oczywiście to nie jest takie proste, bo czasem im bardziej nie chcemy o czymś myśleć, tym mocniej to nas męczy. Zatem pozwalamy sobie zauważyć ten proces i znowu powracamy uwagą do przyrody.

Druga rzecz to głębokie zaangażowanie zmysłów, co wpływa na układ współczulny i przywspółczulny. W lesie powinien nam się wyostrzyć nie tylko wzrok, ale i słuch, dotyk czy węch. Dlaczego to takie ważne? Bo ciało się wtedy odpręża w całości, inaczej pracują układy krwionośny i oddechowy, inaczej wydzielają się hormony. Spada też poziom cukru, ale nie hipoglikemicznie, on się po prostu normalizuje, dlatego w lesie nie musimy obawiać się na przykład, że zemdlejemy.

Kąpiel leśna tym się różni od zwykłego spaceru, że skupiamy się na relacji z przyrodą, na jej obserwacji i na doznaniach zmysłowych. Podczas spaceru często z kimś rozmawiamy albo mamy słuchawki na uszach. Sama kiedy wychodzę na spacer z psami, całą uwagę skupiam na tym, czy czegoś akurat nie jedzą, czy smycz się nie zaplątała albo czy z naprzeciwka nie nadchodzi inny pies... Zamiast się odprężać, jestem zaabsorbowana różnymi sprawami, więc to wciąż nie jest to.

Ale można też zażywać kąpieli leśnych w towarzystwie: psa, dzieci czy partnera...
Oczywiście. Pod warunkiem że nie będą oni w centrum naszej uwagi. Chodzi o to, byśmy razem współodczuwali kontakt z przyrodą i dali sobie przestrzeń na milczenie czy brak komunikacji. Po fakcie można oczywiście to wszystko przegadać. Tak też się robi w kąpielach leśnych.

A czemu „kąpiel”, a nie „spacer” lub choćby „prysznic”?
Japońskie shinrin yoku można metaforycznie tłumaczyć właśnie jako kąpiel leśną, ale dosłownie chodzi o zanurzenie się w atmosferze lasu za pomocą wszystkich zmysłów. Istotny jest proces zanurzenia, zanurkowania – żeby las nas dogłębnie zamknął w sobie. Kiedy oglądam to, co znajduje się na ściółce, w mchach i runie leśnym, przypominam sobie eksplorowanie rafy koralowej. To jak nurkowanie po skarby ukryte między liśćmi.

A czy grzybobranie może być formą leśnej kąpieli?
Może, jak najbardziej, tylko znów istotne jest nasze nastawienie. Jeśli idziemy na grzyby z myślą, że wreszcie prześcignę teścia, będzie to już troszkę inny mechanizm – ujawni się żyłka myśliwego, leśnego zbieracza, będziemy działać pod wpływem adrenaliny. Jeśli jednak grzybobranie jest dla nas przyjemne dla samego grzybobrania i czerpiemy radość z tego, że po prostu sobie chodzimy, znajdujemy grzyby albo i nie – to rzeczywiście ma znamiona kąpieli leśnej.

To, czy spacerujemy po lasach gospodarczych, czy tych naturalnych, ma znaczenie?
Różnica jest ogromna. Mówię to na podstawie praktyki, bo jeśli chodzi o badania, to jesteśmy dopiero w ich trakcie. Powstaje fantastyczny międzynarodowy projekt badawczy Dr. FOREST, Polska też weźmie w nim udział. Myślę, że wyniki będą jednoznaczne.

Teoretycznie każdy las wydziela substancje aktywne. Natomiast las naturalny jest o wiele bardziej bioróżnorodny, jest tam więc dużo więcej elementów, które mogą na nas oddziaływać. Oraz procesów, do których można się odnieść metaforycznie, a których nie ma w lasach hodowlanych, chociażby dlatego że brakuje tam zamierającego drzewa, samodzielnie wysiewających się siewek, które są potem w różnym wieku, czy drzew dziuplastych. W lasach naturalnych, właśnie dzięki temu, że jest w nich martwe drewno, jest też dużo organizmów nadrewnowych: grzybów, śluzowców, chrząszczy. Gleby są bardziej żyzne, mają bogatszą florę bakteryjną.

Bardzo bym chciała, by lasów naturalnych było w Polsce więcej. Oczywiście lasy mają nam też dostarczać drewna czy papieru – i temu służą lasy hodowlane. Ale już to, że Puszczę Białowieską przekształca się w taki sposób, by stanowiła źródło surowca, zamiast otoczyć ją opieką i pozwolić, by żyła swoim życiem – nie jest dobre. To cudowne i unikalne miejsce. Świetnie poradziłaby sobie z renaturalizacją początkowo zmienionych przez człowieka obszarów, gdybyśmy tylko dali jej trochę odetchnąć.

A jest różnica między kąpielami w lasach liściastych i iglastych?
Jest, i zasadza się ona głównie na kwestii olejków eterycznych. Lasy iglaste wydzielają trochę więcej substancji aromatycznych. Są też korzystniejsze pod względem alergicznym, bo mniej się w nich pyli. Jeśli ktoś ma problemy z drogami oddechowymi, to polecam mu właśnie spacery po lasach iglastych. Natomiast mam wrażenie, że las liściasty dodaje trochę więcej wigoru. Jest najbardziej efektywny wiosną i latem, bo powierzchnie zielone wytwarzają wtedy substancje czynne. Las iglasty jest „czynny“ praktycznie cały rok.

W książce znalazło się rozróżnienie lasoterapii od shinrin yoku. Pisze pani, że ta pierwsza to połączenie kąpieli leśnych ze zdobyczami współczesnych technik psychoterapeutycznych i metod relaksacyjnych.
Shinrin yoku to jest prosty spacer uważnościowy, metoda opracowana w Japonii. Ponieważ to stosunkowo nowa dziedzina wiedzy, niektóre organizacje używają zamiennie określeń „kąpiel leśna” i „terapia lasem”. Trochę jest w tym racji, bo kąpiel leśna ma spory potencjał terapeutyczny, ale Forest Therapy Institute, w którym się kształciłam, mocno te dwie kwestie oddziela; i ja z tym podziałem się zgadzam, bo ma więcej sensu. W technikach terapeutycznych można bardzo dużo uzyskać, dokładając inne elementy do tego, co wynika z samej przyrody. Jej działanie wzmocni praca z oddechem, z ciałem, trening Schultza czy Jacobsona, praca z wyobrażeniami, z przeniesieniem...

Las daje ogromne pole do popisu dla psychoterapeutów. Można pracować na metaforach, lękach, relacjach. W lesie dużo osób dostrzega odniesienia do swojego życia – to też jest dobry punkt wyjścia, aczkolwiek nie należy przesadzać, żeby nie wejść za głęboko, bo to nie jest jednak regularna psychoterapia – nie można czegoś rozgrzebać, a potem zostawić. Dlatego raczej szłabym w kierunku poznawczo-behawioralnym, zmniejszania stresu i napięcia, niż psychoanalitycznym. Przeczuwam, że psychoterapia oparta na relacji z naturą będzie naszą przyszłością.

Czyli można powiedzieć, że kąpiele leśne to jest coś, co każdy z nas może przeprowadzić na własną rękę, a terapia leśna powinna być jednak prowadzona przez terapeutę?
Najważniejsze rozróżnienie jest takie, że terapia dotyczy osób z rozpoznanym zaburzeniem, kąpiele są natomiast dla wszystkich: chorych i zdrowych, a zwłaszcza dla tych, którzy chcą się zrelaksować. Terapia lasem jest idealna dla kogoś, kto boryka się z problemem lub ma za sobą jakieś leczenie, na przykład onkologiczne, jest po stresie czy traumie – i potrzebuje rehabilitacji. Powinna być prowadzona pod okiem specjalisty, chociażby z tego względu, że takie osoby mają bardzo dużą wrażliwość i mogą doświadczyć niepokoju czy zbyt wielkiego pobudzenia. Obok nich powinna znaleźć się wtedy osoba, która kompetentnie zareaguje.

Szukałam w słowniku etymologii słowa „las” i trafiłam na słowo „gaj” obecne we wszystkich językach indoeuropejskich. Pochodzi od prasłowiańskiego słowa oznaczającego: rosnąć, zarastać, leczyć, opiekować się, pozwolić rosnąć. Tak też działa psychoterapia.
W kolejnej książce piszę o tym, że w naszej jako ludzkości relacji z lasem zaszło coś, co jest obecne także w dojrzewaniu czy procesie psychoterapii. Początkowo byliśmy od lasu zależni – tak jak małe dziecko jest zależne od matki. To była matka surowa, karząca, wymuszająca szacunek. Potem poznaliśmy technologie i się przeciwko takiej matce zbuntowaliśmy – stwierdziliśmy, że relacja z nią jest nam do niczego niepotrzebna, mamy przecież antybiotyki, samoloty, rezonanse magnetyczne – właściwie natura jest tylko do wykorzystania i zostawienia. To był swego rodzaju bunt nastolatka. Teraz dorośliśmy i zauważyliśmy, że dojrzałość i samodzielność niekoniecznie musi polegać na odcięciu się od mamy, tępieniu czy wojnie z nią – że zdrowa relacja to niezależność, ale też integracja zależności. Szkoda, że tak późno to zrozumieliśmy, bo już sporo zdążyliśmy zniszczyć.

Mówi pani, że przyroda czy las przypomina pani matkę. Co mnie z kolei przywiodło na myśl moją mamę. Wychowała się blisko lasu. Nauczyła mnie zbierać grzyby i je rozpoznawać. Zawsze mi powtarzała, że w lesie mam się zachowywać cicho. Nie łamać gałązek, nie wzniecać poszycia butami, nie krzyczeć i nie biegać.
Ja byłam wychowywana tak samo. Moi rodzice nie są związani zawodowo z lasem, ale często zabierali nas do lasu na wycieczki. Zawsze powtarzali, że trzeba się zachowywać cicho z szacunku do zwierząt, które tam żyją. Bo jesteśmy u nich w gościach. To wzbudzało moją ciekawość, bo pojawiała się też pewna obietnica – jeżeli będę wystarczająco cicho, to zwierzęta wyjdą z ukrycia i je zobaczę. I tak się wiele razy zdarzyło. Siedziałam sobie w szałasie i nagle przychodziła bardzo blisko sarna i się pasła albo wiewiórki ganiały się po drzewach, a ja trwałam tak w bezruchu długimi minutami. Do dziś wyznaję zasadę, że wchodząc do każdego lasu, nieważne, czy naturalnego, czy hodowlanego, powinniśmy zachowywać się tak, by minimalnie ingerować w życie jego mieszkańców. Czyli szanujemy okresy lęgowe ptaków, nie słuchamy muzyki z odtwarzaczy, nie krzyczymy. Jeśli są przepisy mówiące o tym, że nie należy schodzić ze szlaku, nie robimy tego; jeżeli jest to unikalna część z rzadkimi roślinami – niczego nie zrywamy. Staram się również nie wydeptywać nowych ścieżek i chodzić tylko po tych już wyznaczonych. Ale też nie popadajmy w skrajność, bo bywa, że osoby bardzo wrażliwe na przyrodę czują się w lesie intruzami. A przecież kiedyś żyliśmy w lasach. I nadal możemy, potrzeba tylko szacunku i zrozumienia. Jeśli nie mamy na celu skrzywdzenia natury, ona też nas nie skrzywdzi.

Mnie las od zawsze pociągał, jako dziecko mogłam do woli korzystać z prywatnego lasu wujka i cioci. Stopniowo zaczęłam poznawać coraz więcej osób związanych z lasami, stwierdziłam, że zostanę przewodnikiem leśnym, potem napisałam książkę, a obecnie jestem zaangażowana w wiele działań na rzecz ochrony przyrody. Ale tego wszystkiego nie byłoby, gdybym nie chodziła do lasu i czuła się tam jak intruz. Nie rozwinęłabym takiej miłości.

Podczas pierwszej fali pandemii rekordy popularności bił film dokumentalny „Królestwo”. Pokazuje on, jak na przestrzeni wieków karczowaliśmy lasy i puszcze, niszcząc dom dla dzikich zwierząt. W Internecie krążą filmiki z sarnami chodzącymi ulicami głównych miast, ale też dzikami plądrującymi przyosiedlowe śmietniki. Mówimy, że wkraczają na nasz teren. Tymczasem jest dokładnie na odwrót...
Polecam również serię dokumentalną „Nasza planeta” Davida Attenborough oraz jego film „Życie na naszej planecie” z 2020 roku. Sam ma już prawie 100 lat i pokazuje, jak przez ten czas zmieniło się środowisko. O naszym podejściu do dzikich zwierząt mówi wiele to, co obecnie dzieje się z odstrzałem wilków. Jeśli wilk ma duży teren łowiecki, gdzie jest odpowiednio dużo saren i jeleni, którymi się żywi, będzie trzymał się swojego terytorium. Natomiast jeśli wycinamy lasy i jego rewir zaczyna się kurczyć, on tego nie rozumie. Będzie szukał pożywienia na tym samym obszarze, tylko w innych źródłach. To nie przyroda wchodzi nam do miast, tylko my wchodzimy w przyrodę naszymi miastami. Cała odpowiedzialność leży więc po naszej stronie.

Więcej w książce: „Lasoterapia” Katarzyny Simonienko, wyd. DragonWięcej w książce: „Lasoterapia” Katarzyny Simonienko, wyd. Dragon

Katarzyna Simonienko, doktor psychiatrii, certyfikowana przewodniczka kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską, autorka książki „Lasoterapia” (Wydawnictwo Dragon). Swoim pacjentom przepisuje las na receptę.