1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Co można wyczytać z chmur? Pytamy fizyka atmosfery prof. Szymona Malinowskiego

Co można wyczytać z chmur? Pytamy fizyka atmosfery prof. Szymona Malinowskiego

Ekscytujemy się zjawiskami na niebie, szukamy nowych chmur, a ignorujemy to, co naprawdę istotne. Fakt, że coraz częściej widzimy coś, czego dotychczas u nas nie było, jest sygnałem, że zmienia się świat. (Fot. iStock)
Ekscytujemy się zjawiskami na niebie, szukamy nowych chmur, a ignorujemy to, co naprawdę istotne. Fakt, że coraz częściej widzimy coś, czego dotychczas u nas nie było, jest sygnałem, że zmienia się świat. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Zatrzymaj się na chwilę i spójrz w górę. Co widzisz? Zapamiętaj ten widok dobrze, będziesz mieć co opowiadać wnukom. Każdego dnia nasza działalność na ziemi stopniowo zmienia wygląd nieba. O tym, jak wkraczamy w sfery niebieskie i jaki może być tego finał, mówi fizyk atmosfery, prof. Szymon Malinowski.

W filmie dokumentalnym o zmianach klimatu „Można panikować” mówi pan, że nasi przodkowie mieli nad sobą inne chmury, niż my mamy obecnie. Doskonale pamiętam tę scenę. To brzmi wręcz niewiarygodnie. Zmieniliśmy chmury? To prawda, choć te najważniejsze zmiany są tak subtelne, że trudno je dostrzec gołym okiem. Współczesne obłoki są nieco bielsze. Ta drobna różnica odcienia jest wynikiem istotnych zmian w budowie chmur. Wiadomo, że większość z nich składa się z malutkich kropelek wody, które powstały w wyniku kondensacji pary wodnej. Zmieniliśmy rozmiar tych kropelek. Obrazowo mówiąc, nasi przodkowie mieli nad sobą chmury wypełnione piłkami tenisowymi. W obecnych coraz częściej znajdują się piłeczki do ping-ponga. Większa liczba małych kropelek nieco inaczej odbija światło niż mniejsza większych kropel. W efekcie obłoki wydają się bielsze.

Jakim cudem tego dokonaliśmy? Zmieniając ziemię, uprawiając na masową skalę rolnictwo i tworząc przemysł emitujący mnóstwo aerozoli atmosferycznych, na których właśnie powstają owe maleńkie kropelki.

W praktyce oznacza to, że... Ze współczesnych chmur trochę trudniej pada deszcz. Dawniej, żeby spadła kropla deszczu, musiało się zderzyć ze sobą kilkadziesiąt tysięcy „piłek tenisowych”. Teraz potrzebny jest aż milion „piłeczek pingpongowych”. To ważna różnica, bo czas wyprodukowania kropli deszczu się wydłużył. Zmieniając budowę chmur na dużych obszarach globu, wpłynęliśmy więc także na proces powstawania opadów. To nie wszystko.

Przez wzrost zawartości gazów cieplarnianych w atmosferze, m.in. dwutlenku węgla, zmieniają się cyrkulacje atmosferyczne, czyli system prądów powietrznych nad powierzchnią kuli ziemskiej, a razem z nimi przesuwają się miejsca, w których dochodzi do powstawania chmur. Odbija się to na cyklu hydrologicznym, czyli naturalnym obiegu wody na ziemi i wpływa na dalsze zmiany klimatyczne. Właśnie tak subtelne różnice, których nawet nie dostrzegamy, determinują cały cykl zdarzeń wokół nas.

Ale coraz częściej słyszymy też o nowych sensacyjnych odkryciach na niebie. Kilka lat temu głośno było o tzw. chmurach sądu ostatecznego, które pojawiły się nad Warszawą. Gęste, ciężkie, mroczne, przerażające, wyglądem przypominają wzburzone morze. Nazwano je undulatus asperatus, od łacińskiego słowa „wzburzony”. Ale rozczaruję panią. Widziałem je nad Warszawą już 30 lat temu, wtedy jednak nie było ani wszechobecnych aparatów cyfrowych, ani Internetu, prawdopodobnie dlatego ich obecność przeszła bez echa. Teraz dużo mówi się o nocnych obłokach świecących, które w Polsce coraz częściej widać latem. Nieco jaśniejsze i podświetlone słońcem, które jest tuż pod horyzontem, tworzą widowiskowe zjawisko atmosferyczne, wywołują poruszenie. Nie są jednak odkryciem, po prostu do niedawna nie były tak jasne i powszechne. Rzadko je widzieliśmy, bo powstają daleko, nad górami Skandynawii.

Ekscytujemy się spektakularnymi zjawiskami na niebie, szukamy nowych chmur, a ignorujemy to, co naprawdę istotne. Nie dziwny wygląd obłoków, ale fakt, że coraz częściej widzimy coś, czego dotychczas u nas nie było, jest sygnałem, że zmienia się świat.

W poszukiwaniu nieznanych mi chmur i odcieni nieba z przeszłości przeanalizowałam malarstwo religijne, dzieła polskiego realizmu i francuskich impresjonistów. Na moje oko uwiecznione na nich niebo przypomina to współczesne. Może jednak przegapiłam coś ważnego? Sztuka to dobry trop! Wielu badaczy chmur zwraca uwagę na niezwykłe żółte i rdzawe odcienie nieba oraz krwiste zachody słońca na obrazach Williama Turnera uważanego za prekursora impresjonizmu. Nie jest ono jedynie artystyczną wizją. Kilka lat temu czytałem ciekawą pracę, której autorzy na podstawie dzieł Turnera oceniali wpływ aerozoli wulkanicznych na wygląd nieba w tamtym czasie. To właśnie im zawdzięczamy te żółtordzawe widowiska, które aktualnie nie pojawiają się nad Europą. Ale być może w przyszłości niebo z obrazów Turnera będziemy mieć na co dzień za oknem. Jednym z pomysłów geoinżynierii przeciwdziałającym nagłym zmianom klimatu jest rozpylenie aerozolu siarkowego w górnych warstwach atmosfery. Po co? By odbijał promieniowanie słoneczne i chronił nas przed dalszym wzrostem temperatury na ziemi. Efektem ubocznym będzie zmiana wyglądu nieba. Ale to tylko jeden ze scenariuszy.

Czyli jesteśmy w stanie przewidzieć, jak będzie wyglądało niebo przyszłości! Niezupełnie, bo to zależy tylko od nas i od ilości emitowanych przez nas gazów cieplarnianych do atmosfery. Od dawna wiemy, że człowiek jest najsilniejszym czynnikiem wpływającym na zmiany klimatu w skali globu. Ale wiadomo też, że ludzie bywają nieprzewidywalni. Bierzemy więc pod uwagę wiele scenariuszy.

Najbardziej nieprzyjemną wizją jest zanik nad sporą częścią odległych oceanów chmur, które można zobaczyć również nad Bałtykiem, czyli morskiego stratocumulusa. Obecnie jego płaty pokrywają niemal ćwierć globu, co skutecznie chłodzi klimat. Z najnowszych badań wynika, że jeśli temperatura wzrośnie, może on na dużych obszarach zniknąć, a wtedy na Ziemi szybko zrobi się cieplej o kolejne trzy, cztery stopnie. Zmiany będą nieodwracalne i wywołają lawinę następstw. Przykład? W epoce lodowcowej, 20 tys. lat temu, nie było Bałtyku i plaż. Dokładnie tam, gdzie teraz tak chętnie spędzamy wakacje, znajdowała się gruba, sięgająca aż do Skandynawii, trzykilometrowa warstwa lodu. Wtedy średnia temperatura Ziemi była o pięć stopni niższa niż teraz. Tymczasem według złych scenariuszy, do końca stulecia grozi nam zmiana temperatury nawet o pięć stopni. Można sobie wyobrazić, jak bardzo odmieni to świat, który znamy. Optymizmem nie napawa także fakt, że wszystkie wielkie wymierania były spowodowane nagłą zmianą klimatu.

Co możemy zrobić, by ta prognoza się nie sprawdziła? Przede wszystkim musimy jak najszybciej ograniczyć emisję dwutlenku węgla do atmosfery. Możemy wyliczyć, przy jakiej koncentracji gazów cieplarnianych morski stratocumulus zacznie zanikać, ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy nasze emisje doprowadzą do takiego stanu. Na razie zamiast szukać rozwiązań, próbujemy raczej zaczarować rzeczywistość, używając różnego rodzaju zaklęć. Jednym z nich są odnawialne źródła energii, do których zaliczamy na przykład odrastające setki lat lasy. To paradoks! Zielona energia brzmi dobrze, gorzej, jeśli uświadomimy sobie, że dzięki niej pozbywamy się zieleni. Tymczasem wielu ludziom wciąż się wydaje, że palenie drewnem jest ekologiczne i zdrowe. Nie jest. Zapach ogniska, który tak lubimy, to, mówiąc wprost, trucizna.

Może gdyby te wszystkie zanieczyszczenia, które emitujemy, zgromadziły się w wiszące nad naszymi głowami czarne chmury, ludzie szybciej uświadomiliby sobie, że za moment mogą być w prawdziwych tarapatach? Bez wątpienia. Przyroda jednak działa inaczej, daje subtelniejsze sygnały ostrzegawcze. Ale przecież sami stworzyliśmy zaawansowane technologie, które szczegółowo pokazują, co znajduje się w powietrzu, którym oddychamy.

W Warszawie, świecąc w niebo laserem, jesteśmy w stanie zmierzyć cząsteczki sadzy, która pochodzi z pożarów leśnych w Kanadzie albo wypalania łąk na Ukrainie. Mamy dostęp do wielu informacji, w Internecie codziennie aktualizowane są dane z pomiarów prowadzonych na świecie. Mamy dane o gazach cieplarnianych, aerozolach i o stanie jakości powietrza. Ale o tym, że nie jest ona najlepsza, informują nas często zmysły wzroku i zapachu. Bardziej skomplikowanych obserwacji i pomiarów trzeba się jednak nauczyć.

W książce „Przewodnik wędrowca” Tristana Gooleya przeczytałam, że wystarczy przysłonić dłonią słońce i porównać kolory otaczającego je nieba z odcieniami błękitu w innych częściach sklepienia. Im bardziej niebieskie jest niebo bliżej słońca, tym czystsze jest powietrze. Faktycznie jasny odcień nieba to sygnał, że światło rozpraszane jest na przykład przez aerozole atmosferyczne, potocznie mówiąc: zanieczyszczenia. Ale taki sam efekt mogą dawać także kryształki lodu, z których składają się rzadkie wysoko położone chmury. Ta metoda nie zawsze więc się sprawdza.

Lepszym rozwiązaniem jest patrzenie na linię horyzontu i obserwowanie, jak zmienia się kolor nieba wraz z wysokością. Piękny, błękitny odcień na nieboskłonie może dawać poczucie, że powietrze jest przejrzyste i czyste. Kiedy jednak spojrzymy poziomo na linię horyzontu, często zobaczymy tam szarą kreskę. To znaczy, że blisko ziemi znajduje się dużo cząsteczek aerozolu atmosferycznego, najczęściej smogu.

Sztuka obserwacji, której teraz musimy się uczyć od nowa, dawniej była czymś oczywistym. Z wieczornego nieba odczytywano aurę na następny dzień. Jasnoróżowe świadczy o suchym powietrzu, a więc prawdopodobieństwo deszczu jest niewielkie. Czerwony kolor zapowiada pogodny dzień, ale już ciemnoczerwony to sygnał, że może popadać. Ludzie wierzą w to do dziś. „Gdy czerwono o zachodzie, wie marynarz o pogodzie” – tak się mówi, ale nie musi to być prawda. Kolor nieba to kwestia zróżnicowanego rozpraszania przez aerozole atmosferyczne i załamania światła białego, które jest mieszaniną barw, a każda odpowiada innej długości fali. Gdy słońce jest nisko położone nad horyzontem, oświetla chmury od spodu, a warstwa atmosfery, przez którą świeci, jest grubsza, dominuje więc światło czerwone, które ma najdłuższą falę. Dlatego te niezwykłe, barwne spektakle na niebie można obserwować najczęściej o świcie lub zmierzchu. Nie zawsze mają one jednak bezpośredni związek z pogodą. Następnego dnia będzie padać albo nie będzie.

Czyli: „Gdy na świętego Prota jest pogoda albo słota, to na świętego Hieronima jest deszcz albo go ni ma”. Okazuje się, że dużo prawdy w tej ironicznej prognozie. Prognozowanie pogody to złożony proces. Nie każda ciemna chmura zapowiada nachodzącą ulewę lub burzę. Za to niewinna biała chmura może być związana z bardzo groźnym zjawiskiem atmosferycznym, tylko jest tak oświetlona przez słońce, że skutecznie usypia naszą czujność.

Dlatego co roku zdarzają się groźne wypadki spowodowane nagłym załamaniem pogody. Jak więc właściwie odczytywać sygnały ostrzegawcze na niebie? Problem w tym, że one są nie tylko na niebie. Powinniśmy zwracać uwagę na to, co dzieje się wokół nas. Z której strony dzisiaj wieje wiatr? Kto rejestruje taki szczegół, idąc do pracy czy spacerując z psem? Nieliczni. A tymczasem to pierwsza istotna informacja, która pozwala nam przewidzieć najbliższe zmiany pogody. Z której strony świeci słońce? Ile widzisz warstw chmur? Dopiero łącząc wszystkie te dane, jesteśmy w stanie ustalić, czy zjawisko atmosferyczne w zasięgu wzroku jest groźne, czy też nie. Chodźmy z głową w chmurach i patrzmy na świat jak najczęściej, a wtedy łatwiej będzie nam go zrozumieć.

Prof. Szymon Malinowski, fizyk atmosfery, specjalista z zakresu fizyki chmur i opadów, dyrektor Instytutu Geofizyki Uniwersytetu Warszawskiego, współzałożyciel portalu Nauka o klimacie, główny bohater i narrator filmu dokumentalnego „Można panikować” w reżyserii Jonathana L. Ramseya.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Brzoza i jej lecznicze właściwości

Lecznicze właściwości brzozy znane są od wieków. (Fot. iStock)
Lecznicze właściwości brzozy znane są od wieków. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W medycynie ludowej brzoza cieszyła się dużą popularnością. I - jak się okazuje - nasi przodkowie mieli trafną intuicję, bo badania naukowe dowodzą, że pozyskiwane z tego drzewa składniki mają wiele właściwości zdrowotnych. 

Młode liście na choroby układu oddechowego i w przypadku niestrawności, cienkie płatki kory na zaognione rany, nalewka lub płukanka z pączków na porost włosów... - lecznicze przymioty brzozy znane są od wieków.

Jednym z najcenniejszych surowców jest jej kora. Wielokierunkowe badania wykazały wszechstronne działanie pozyskiwanych z niej składników czynnych: betuliny, kwasu betulinowego i lupeolu. Ze względu na brak toksyczności i wszechstronne działanie bez efektów ubocznych, preparaty zawierające wyciąg z kory brzozy można stosować zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie. Substancje aktywne ekstraktu z kory brzozowej pomogą naszym komórkom w walce z wolnymi rodnikami przyczyniającymi się do rozwoju chorób cywilizacyjnych i przedwczesnego starzenia się organizmu. Sprawdzają się szczególnie przy problemach skórnych pochodzenia bakteryjnego, grzybiczego i wirusowego czy w atopowych zapaleniach skóry. Sam ekstrakt z kory brzozy może być doskonałym kosmetykiem ochronnym do stosowania na co dzień, skutecznym także w walce z przebarwieniami czy zmarszczkami. Krem z wyciągiem z kory brzozy działa również nawilżająco i natłuszczająco.

Regularne podawanie wodnej zawiesiny betuliny i kwasu betulinowego w zalecanych dawkach działa korzystnie na układ immunologiczny, zatem dla lepszego efektu warto połączyć pielęgnację kosmetyczną ze stosowaniem takich preparatów... i z kąpielą, która nie dość, że działa oczyszczająco i kojąco na skórę, to ułatwia wydalenie szkodliwych metabolitów, w szczególności kwasu moczowego, mogącego wywołać bóle stawów i ograniczenia sprawności ruchowej. Wystarczy 400–500 g świeżych lub 150–200 g suszonych liści brzozy zalać 3–4 litrami wrzącej wody i gotować pod przykryciem 3–4 minuty, a potem pozostawić na 30 minut do naciągnięcia. W zależności od preferencji napar można przecedzić lub wlać do wanny razem z liśćmi. Najlepiej kąpać się w temperaturze 38–39°C, przez 15–20 minut.

Poszukiwanie wiosny

Na przełomie zimy i wiosny warto wybrać się na zbiór pączków brzozy. Pamiętajmy jedynie, by zrywać je z drzew przeznaczonych do wycięcia lub ze ściętych gałązek, tak aby nie pozbawiać brzóz możliwości wydania listków. Pączki trzeba suszyć w miejscach przewiewnych, a następnie przechowywać w zamkniętych pojemnikach, ponieważ łatwo chłoną inne zapachy. Z pączków można przygotować herbatkę o właściwościach moczopędnych, nalewkę, która polecana jest do przemywania świeżych ran, czy dodać je do kąpieli.

Działanie ekstraktu z kory brzozy

Związki chemiczne występujące w ekstrakcie z kory brzozowej (betulina, kwas betulinowy i lupeol) są cennymi surowcami kosmetycznymi. Oto kilka ich właściwości: chronią komórki i tkanki przed tzw. stresem oksydacyjnym; betulina działa przeciwwirusowo w przypadku m.in. wirusa opryszczki; kwas betulinowy chroni skórę przed utratą sprężystości oraz stymuluje syntezę kolagenu; ekstrakt brzozowy nie ujawnia właściwości immunotoksycznych i wywołujących alergię oraz powoduje znaczną redukcję zmian skórnych i zmniejszenie objawów świądu; przy stosowaniu preparatu zawierającego ekstrakt z kory brzozy w atopowym zapaleniu skóry oraz łuszczycy można zaobserwować zmniejszenie zmian skórnych, obrzęków oraz objawów świądu.

  1. Styl Życia

Jak wciąga las? O idei bushcraftingu rozmawiamy z Sylwią Graban

U korzeni bushcraftu leży  szacunek dla natury oraz wszystkich stworzeń, odpowiedzialność wobec środowiska naturalnego, budowanie emocjonalnych więzi z przyrodą oraz pokonywanie własnych ograniczeń. (Fot. iStock)
U korzeni bushcraftu leży szacunek dla natury oraz wszystkich stworzeń, odpowiedzialność wobec środowiska naturalnego, budowanie emocjonalnych więzi z przyrodą oraz pokonywanie własnych ograniczeń. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Jest organizatorką leśnych wędrówek w Borach Tucholskich. Gdy o sobie opowiada, używa sformułowania “leśna turystka” i podkreśla, że ma zbyt małe doświadczenie, aby nazywać siebie bushcrafterką. Innego zdania są uczestnicy organizowanych przez nią imprez “Pieszo przez Bory”, w ramach których zbierane są środki na działania charytatywne. Sylwia przyznaje, że choć dzieciństwie bała się lasu i pająków, to dziś odważnie przedziera się przez dzikie ostępy, nocuje w hamaku rozwieszonym między drzewami i stara się zachęcać do bushcraftu kolejne osoby.

Jest organizatorką leśnych wędrówek w Borach Tucholskich. Gdy o sobie opowiada, używa sformułowania "leśna turystka” i podkreśla, że ma zbyt małe doświadczenie, aby nazywać siebie bushcrafterką. Innego zdania są uczestnicy organizowanych przez nią imprez "Pieszo przez Bory”, w ramach których zbierane są środki na działania charytatywne. Sylwia przyznaje, że choć dzieciństwie bała się lasu i pająków, to dziś odważnie przedziera się przez dzikie ostępy, nocuje w hamaku rozwieszonym między drzewami i stara się zachęcać do bushcraftu kolejne osoby. 

Czy pamiętasz swoją pierwszą noc w lesie? To było w czerwcu 2019 roku podczas pierwszej edycji naszej imprezy charytatywnej “Pieszo przez Bory”. Pierwotnie planowałam spędzić ją w jednym z udostępnionych domków, ale dzięki uprzejmości uczestników, którzy podzielili się ze mną profesjonalnym sprzętem do spania w lesie, mogłam sprawdzić, jak to jest “bujać się” nocą w hamaku. Pamiętam, że zasnęłam dopiero koło czwartej nad ranem, ale wpływ na to miało wiele czynników - zarówno sam hamak, jak i fakt, że było to pierwsze wydarzenie, którą organizowałam. Po tamtej nocy wiedziałam, że nie będzie ostatnią i że chcę jeszcze więcej czasu spędzać w lesie w bardziej survivalowych warunkach.

Jak wyglądała twoja relacja z przyrodą wcześniej? Miałaś bliski kontakt z naturą czy może ta potrzeba pojawiła się później? Pochodzę z małej wioski w kujawsko-pomorskim, po ślubie przeprowadziłam się w okolice Gdańska. Odkąd pamiętam raczej unikałam lasów. Panicznie boję się pająków, a jak wiadomo w lesie bardzo łatwo można wpaść w pajęczynę. Zawsze broniłam się przed tego typu atrakcjami, na przykład gdy ktoś z rodziny proponował zbieranie grzybów. Bardziej niż na wypatrywaniu kapeluszy prawdziwków czy maślaków, skupiałam się na tym czy w pobliżu nie ma pająka, żaby albo jaszczurki.

Potrzeba obcowania z naturą pojawiała się stopniowo. Rok po narodzinach mojego syna przeżywałam ciężki i trudny etap w życiu. Wtedy mój serdeczny przyjaciel zaczął mi opowiadać o tym, w jaki sposób las i kontakt z przyrodą pomagają mu walczyć z  kiepskim samopoczuciem. Na początku tłumaczyłam się brakiem czasu, umiejętności czy odpowiedniego sprzętu, ale on powtarzał, że wystarczy tylko wstać z fotela. No i pewnego razu wstałam, zapomniałam o tych pająkach i jakoś to ruszyło. Wszystko, co mówił, okazało się prawdą - to były niesamowite godziny, które spędziłam we własnym towarzystwie  i od tamtego czasu zaczęłam stopniowo wciągać się w las. Na początku tylko spacerowałam, ale później chciałam spędzać w nim całe weekendy.

Pamiętasz, kiedy weszłaś do lasu już nie jako “zwykła” spacerowiczka, tylko bushcrafterka? Ja do dzisiejszego dnia nie czuję się bushcrafterką. Owszem spaceruje i nocuje w lesie, ale nazywam siebie “leśną turystką”. O samym bushcrafcie dowiedziałam się po naszym pierwszym marszu charytatywnym. Lubiłam wtedy maszerować po lesie, wiedziałam, że w naszej okolicy jest duża baza harcerska i postanowiłam zorganizować tam trzydniowy pobyt i połączyć go ze zbiórką pieniędzy dla beneficjentów naszej fundacji “Pieszo przez Bory”. Impreza przyciągnęła prawie 400 osób z całej Polski. Przyjechali ludzie ze środowiska bushraftowego i to właśnie od nich dowiedziałam się na czym to polega.

Sylwia Graban (Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory) Sylwia Graban (Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory)

Wielu osobom hasło bushcraft kojarzy się z umiejętnością przetrwania w leśnych ostępach, ale to pewne uproszczenie. Czym dla ciebie jest bushcraft? Według definicji bushcraft jest sztuką przetrwania przy użyciu tego, co oferuje nam las i natura. Dla mnie to po prostu odskocznia, coś co pozwala mi zwolnić, wyrwać się z codziennej rutyny, oderwać od problemów i spędzić czas sam na sam ze sobą i przyrodą. Bushcraft pozwala odpocząć mojej głowie.

Budowa szałasu, rozpoznawanie jadalnych roślin to tylko niektóre z umiejętności, które trzeba opanować. Które z nich uważasz za najbardziej cenne i wartościowe? Jako mama pięciolatka, który uwielbia “Avengersów”, najbardziej cenię sobie umiejętność rozpalania ognia przy użyciu krzemienia lub krzesiwa. Dzięki temu nie jestem już “nudną” mamą, tylko bohaterką dla syna, który gdy widzi jak rozpalam ognisko, wykrzykuje “Mamo, ty jesteś superbohaterką!” Na wiele z tych umiejętności patrzę właśnie przez pryzmat bycia matką - dzieci są żywiołem, który ciężko opanować, szczególnie w lesie. Dzięki umiejętnością, które cały czas zdobywam, mogę również zapobiegać wielu niebezpiecznym sytuacjom, o które nietrudno w trakcie spaceru. Podczas każdej takie wyprawy staram się przekzywać mojemu synowi wiedzę, którą ktoś przekazał mnie i dzięki temu on także coraz bardziej wciąga się w las.

Jesteś mamą dwójki dzieci. Najmłodsze ma dwa miesiące. Jak wygląda bushcraft z takimi maluchami? Jula urodziła się w grudniu, wiec jeszcze nie miałam okazji się o tym przekonać, ograniczamy się jedynie do codziennych spacerów po lesie. Czarek, który ma pięć lat, jest oczarowany lasem, uwielbia zwierzęta, przede wszystkim wilki i zawsze, gdy wybieramy się na wycieczkę, ma nadzieję, że jakiegoś spotkamy. Swoją pierwszą noc spędził w lesie w lutym, gdy miał cztery lata. Wychodzę z założenia, że nasze pasje cieszą najbardziej, kiedy możemy dzielić je z bliskimi. Dlatego mam nadzieję, że uda mi się zarazić moje dzieci miłością do lasu i z czasem będę musiała wymienić hamak czy dwuosobowy namiot na znacznie większy, który umożliwia rodzinne nocowanie. Dla dzieci bushcraft to jest wspaniała przygoda, wystarczy je tylko powoli do tego zachęcać i nie robić niczego na siłę. Dla cztero- czy pięciolatka spędzenie nocy w lesie może wiązać się z ogromnym stresem, dlatego warto w miarę możliwości zacząć od nocowania np. w przydomowym ogródku.

Sylwia Graban (Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory) Sylwia Graban (Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory)

(Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory) (Fot. materiały pasowe Pieszo przez Bory)

Na rynku jest całkiem sporo praktycznych przewodników dla bushrafterów, są blogi i youtube'owe kanały. Wy postanowiliście założyć fundację "Pieszo przez Bory", dzięki której wędrowanie po lesie przynosi wymierne korzyści waszym podopiecznym. Opowiedz proszę czym konkretnie zajmuje się fundacja? Nasze stowarzyszenie łączy miłość do lasu i piesze podróże z pomaganiem innym. Organizujemy kilkudniowe pobyty w lesie, podczas których zbieramy fundusze dla naszych beneficjentów. Zapewniamy uczestnikom nocleg, a dzięki sponsorom i przyjaciołom, także wyżywienie. Organizujemy masę prelekcji związanych ze sztuką bushcraftu, podróżowaniem, robimy szkolenia z rozpoznawania roślin jadalnych, uczymy budować schroniska, pokazujemy jak rozpalić ogień czy pozyskiwać wodę pitną w lesie. W zamian za to uczestnicy opłacają ‘wpisowe’, które w całości przekazujemy podopiecznym fundacji. W trakcie naszych imprez organizujemy również charytatywne licytacje, ale najważniejsze są wielogodzinne marsze, posiedzenia i śpiewanie przy ognisku. Chcemy, żeby ludzie ze środowiska ‘leśnego’ zobaczyli, że czasami wystarczy po prostu robić to, co się kocha i w ten sposób pomagać innym. Pozostałych chcemy przekonać, że las jest otwarty na każdego.

Z powodu pandemii Covid-19 zeszłoroczna edycja imprezy musiała zostać odwołana, ale dzięki naszym darczyńcom udało się przekazać sporo fantów na licytację (plecaki, noże, a nawet smalec), którą prowadziliśmy w grupie na Facebooku. Udało nam się zebrać ponad 80 tys. złotych, które przekazaliśmy dla Hospicjum dla dzieci “Nadzieja” w Toruniu.

Fińscy lekarze przepisują wędrówki po lesie zamiast tabletek, Japończycy mają Shinrin-yoku, czyli leśne kąpiele. Co ty zawdzięczasz lasowi? Przede wszystkim spokój ducha. Czas spędzony w lesie pozwala mi poukładać sobie wiele spraw, pokazuje mi, że nie ma rzeczy niemożliwych, a moje lęki i bariery znajdują się wyłącznie w mojej głowie.

Czy jest jakiś las, który chciałabyś odwiedzić? Marzy mi się rodzinna wyprawa do Norwegii i Danii. Wstyd przyznać, ale mimo trzydziestki na karku, nigdy jeszcze nie byłam w Bieszczadach. Bardzo bym chciała zwiedzić tamtejsze rejony.

Czym jest bushcraft? Nie ma jednej definicji. Z jednej strony bushcraft to filozofia życia związana z dobrowolnym bytowaniem w leśnej dziczy. Z drugiej gotowy zestaw pierwotnych technik, takich jak budowanie schronienia z naturalnych materiałów czy zdolność rozpalenia ognia za pomocą krzesiwa, które pozwalają przetrwać w głuszy. Choć bushcraft stawia duży nacisk na praktyczną wiedzę z zakresu botaniki, ziołolecznictwa, zoologii, myślistwa, meteorologii, podstaw chemii czy fizyki i uczy, jak radzić sobie w warunkach pozbawionych oczywistych wygód, nie zapomina o kwestii najważniejszej, czyli kontakcie z przyrodą. U korzeni bushcraftu leży bowiem szacunek dla natury oraz wszystkich stworzeń, odpowiedzialność wobec środowiska naturalnego, budowanie emocjonalnych więzi z przyrodą oraz pokonywanie własnych ograniczeń.

Najważniejszą postacią świata bushcraftu był Mors Kochanski, kanadyjski instruktor przetrwania, autor bestsellerowej książki „Northern Bushcraft” oraz mentor Reymonda Paula Mearsa, brytyjskiego dziennikarza i leśnego przewodnika, który w dużej części odpowiada za spopularyzowanie idei bushcraftu, także w Polsce. Wbrew pozorom bushcraftem nie zajmują się wyłącznie mężczyźni, choć trzeba przyznać, że panowie bardzo aktywnie zajmują się jego popularyzowaniem.

Bushcraft dla początkujących: wytyczne Leave No Trace

Etyka idei bushcraftowej odnosi się do etycznego obcowania z przyrodą, bez pozostawiania w niej śladów - czy to odpadów czy szkód w środowisku. Leave No Trace to zestaw praktycznych wskazówek, dzięki którym można bezpiecznie biwakować w lesie i zachować przyrodę w jak najmniej naruszonym stanie.

  • Trzymaj się szlaków i biwakuj wyłącznie w miejscach do tego przeznaczonych. W 2019 r. Lasy Państwowe zainicjowały pilotażowy program „Zanocuj w lesie”, w ramach którego udostępniono leśne obszary, na których można biwakować legalnie i bezpłatnie. Od maja 2021 roku takich terenów będzie znacznie więcej - około 1500 ha w każdym z 429 nadleśnictw. Listę leśnych obozowisk można sprawdzić na stronie Lasów Państwowych. Warto pamiętać, że warunki biwakowania również rządzą się swoimi prawami - pobyt dłuższy niż dwie nocy czy w grupie powyżej 9 osób należy zgłosić w nadleśnictwie. Turyści mogą rozbić namiot, rozwiesić hamak albo rozłożyć płachtę, można również korzystać z kuchenek gazowych. Do lasu można wjechać rowerem, ale auto czy kamper musi pozostać poza jego obszarem.
  • Zabierz ze sobą swoje śmieci.
  • Pozostaw miejsce w takim stanie, w jakim je zastałeś. Nie zabieraj niczego do domu. Nie buduj trwałych konstrukcji, nie naruszaj gleby, nie kop rowów czy głębokich dziur.

  1. Styl Życia

W ogrodzie wyobraźni - ilustracje Bożki Rydlewskiej

Bożka Rydlewska przenosi w swojej twórczości świat snu na jawę. (Fot. Helena Majewska)
Bożka Rydlewska przenosi w swojej twórczości świat snu na jawę. (Fot. Helena Majewska)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Są momenty, kiedy bardzo tęsknimy za soczystą zielenią, kwiatami i śpiewem ptaków. To szara późna jesień i blade przedwiośnie. Warto wtedy uruchomić wyobraźnię - zamknąć oczy i zatopić się w wyimaginowanym ogrodzie pełnym barw. Takim, jaki można podziwiać na ilustracjach Bożki Rydlewskiej.

Kwiaty, liście, łodygi, owady i ptaki… ale także dziwne stworzenia i rośliny, których nikt nigdy nie widział – przedziwne hybrydy, lustrzane odbicia, plątanina zieleni. Taki świat tworzy Bożka Rydlewska, absolwentka krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Ogrody, które powstają w jej wyobraźni są piękne i jednocześnie tajemnicze. Tak ja te, które inspirowały ją w dzieciństwie w czasie rodzinnych podróży po Europie i dalekiej Kanadzie. Spędzanie wakacji pod namiotem blisko natury zaowocowało miłością do przyrody. Stąd to właśnie ona jest główną bohaterką jej twórczości.

W krainie baśni

Bożka, będąc dzieckiem, zaczytywała się w baśniach. Fascynowały ją szczególnie bogate ilustracje w książeczkach z rozkładanymi kartami  i przestrzennymi ilustracjami w formie pop-upów. Potem odkryła atlasy przyrodnicze. Aż w końcu zaczęła prowadzić dziennik snów. Szkicuje w nim stwory i rośliny, które pojawiają się w jej marzeniach sennych.

Jak sama mówi „świat roślin do niej gada”: „Gdy wyciszymy umysł we wnętrzu zwykłego kwiatka możemy dostrzec mikrokosmos”  - mówi z przekonaniem.

Kwiaty, które od lat ją fascynują to storczyki. Zainteresowała się nimi po pobycie na kursie tworzenia pop-upów w Wielkiej Brytanii. Uczestnicy mieszkali w Pałacu Sir Edwarda Jamesa, angielskiego arystokraty, ekscentrycznego artysty i poety patrona surrealistów, a także obsesyjnego kolekcjonera storczyków. James podróżował po Ameryce Południowej w poszukiwaniu kolejnych niezwykłych okazów. Zgromadził tysiące storczyków, które kochał jak swoje dzieci. W efekcie pobytu w pałacu Sir Jamesa powstała niezwykła praca „Edward”, w której artystka oddała hipnotyzujący aspekt natury.

Bożka Rydlewska 'Edward' Bożka Rydlewska \"Edward\"

Odrobina grozy

Kolorowy świat roślin i zwierząt na ilustracjach Bożki Rydlewskiej nie zawsze jest tak do końca przyjazny. Mroczne, oniryczne wizje widać choćby w pracy „Dżungla”, która powstała po nocy spędzonej w peruwiańskiej dżungli. Uruchomiona nocnymi odgłosami dżungli wyobraźnia artystki podsuwała jej obraz czającej się pantery. Jej pobłyskujące w ciemności oczy widnieją na ilustracji, która powstała pod wpływem tej przygody.

Bożka Rydlewska 'Dżungla' Bożka Rydlewska \"Dżungla\"

 

Podobną tajemniczość można wyczuć na ilustracji „Ogród trucizn” – ta praca jest zainspirowana ogrodem w którym rosną niemal wyłącznie rośliny trujące. Stworzyła je ekscentryczna hrabina angielska jako antidotum dla nudnych ogrodów klasycznych.

Bożka Rydlewska 'Ogród trucizn' Bożka Rydlewska \"Ogród trucizn\"

Jako jedną ze swoich ukochanych prac, Bożka wskazuje ilustrację „Krew, morze”. Inspiracją do jej stworzenia było opowiadanie "Krew, Morze" z książki Italo Calvino "Opowieści Kosmikomiczne", a zwłaszcza jedno zdanie, które artystce szczególnie zapadło w pamięć: "Warunki naturalne z czasów, kiedy życie nie wyszło jeszcze poza ocean nie zmieniły się tak bardzo dla komórek ludzkiego ciała, obmywanych pierwotną falą, która nadal płynie w tętnicach".

Bożka Rydlewska 'Krew, morze' Bożka Rydlewska \"Krew, morze\"

Okno do innego świata

Większość ilustracji powstaje w technice mieszanej - najpierw powstają odręczne rysunki, które następnie artystka przenosi do komputera. Tam kontynuuje pracę nad nimi w programach graficznych, m.in. nakładając faktury i gradienty, dzięki którym obrazy zyskują niepowtarzalną trójwymiarowość. Patrząc na nie przypominamy sobie magię obrazów z kalejdoskopu.

Część prac tworzy kompleksowe projekty graficzne, z której powstają książki artystyczne, tak zwane pop-upy. To wyjątkowe, pracochłonne dzieła sztuki złożone z trójwymiarowych ilustracji – niektóre rozkładane karty buduje się z kilkudziesięciu sklejonych ze sobą elementów. Praca nad takim projektem to mrówcza robota poszczególne strony powstają jak rzeźby, część wycina się i klei ręcznie. Praca nad jedną książką zajmuje artystce cały rok.

Bożka Rydlewska 'Lotos pop-up' (Fot. Michał Kawecki) Bożka Rydlewska \"Lotos pop-up\" (Fot. Michał Kawecki)

W domu i na wystawie

Prace Bożki Rydlewskiej prezentowane były na wielu wystawach w Polsce i zagranicą. Do sierpnia 2021 można je oglądać na wystawie  "Botaniczne poszukiwania. Sztuka Botaniczna w XXI wieku" w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha.

Prace Bożki Rydlewskiej na wystawie 'Botaniczne poszukiwania. Sztuka Botaniczna w XXI wieku' w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. (Fot. archiwum artystki) Prace Bożki Rydlewskiej na wystawie \"Botaniczne poszukiwania. Sztuka Botaniczna w XXI wieku\" w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. (Fot. archiwum artystki)

Wiele prac w postaci sygnowanych limitowanych grafik można kupić w internetowym sklepie na stronie artystki. Znajdują się w nim również tapety ozdobione autorskimi ilustracjami.

Tapety z ilustracjami Bożki Rydlewskiej można kupić na jej stronie internetowej: www.bozka.com. (Fot. materiały prasowe) Tapety z ilustracjami Bożki Rydlewskiej można kupić na jej stronie internetowej: www.bozka.com. (Fot. materiały prasowe)

Ze sztuką Bożki mogą się spotkać nie tylko miłośnicy sztuki. Jej ilustracje zdobiły pudełka słynnej cukierni Lukullus, a także opakowania ekskluzywnych kosmetyków marki Shiseido Cle de Peau Beaute pojawiły się również na porcelanie Kristoff, pościeli marki Echa Leśna oraz kolekcji autorskiej dla Empiku. Tego typu współpraca cieszy Bożkę Rydlewską szczególnie: możliwość połączenia doświadczeń zmysłowych z ilustracją, to właśnie to, co lubi najbardziej.

Kolekcja Bożka dla Empiku. (Fot. Empik) Kolekcja Bożka dla Empiku. (Fot. Empik)

„Moment rozkoszowania się chwilą, taką jak picie porannej kawy z filiżanki ozdobionej pięknym rysunkiem – takie rzeczy sprawiają mi radość” - mówi artystka.

  1. Styl Życia

Ekologiczne ciekawostki miesiąca

Co roku do oceanu wlatuje 8 milionów ton plastikowych odpadów. (Fot. iStock)
Co roku do oceanu wlatuje 8 milionów ton plastikowych odpadów. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Coraz częściej na co dzień dokonujemy wyborów z myślą o środowisku, coraz bardziej zdecydowanie wypowiadamy wojnę plastikowi. Nawet sztuka powoli staje się eko. 

Calineczka w wersji eko

Ekologiczny teatr? Owszem, jest taki. Pierwszy w Polsce i zarazem pierwszy w świecie. Nazywa się Bohema House, założył go prezes firmy Eko Cykl Organizacja Odzysku Opakowań. Ekoteatr będzie wystawiać, rzecz jasna, ekosztuki. Debiutował w sylwestra przedstawieniem „Calineczka. Magia tkwi w naturze”. Bohaterka zmaga się nie tylko z kolejnymi niedopasowanymi pretendentami do jej ręki, lecz także ze zmianami klimatu i zanieczyszczeniem odpadami. „Pandemia z jednej strony pozwoliła zgromadzić wokół ekospektaklu najznamienitszych polskich artystów i akrobatów, którzy wrócili z miejsc, takich jak Las Vegas czy słynne statki wycieczkowe, gdzie występowali dla największych tego świata, z drugiej – zmusiła nas do występów online” – mówi reżyser Michał Derlicki. Jako narrator wystąpił Maciej Orłoś, któremu bliskie są idee ekologii. I edukacji. Bo to główny cel działalności teatru. „Calineczkę” zobaczymy na YouTubie – kanały Eko Cykl Organizacja Odzysku Opakowań S.A. oraz Maciej Orłoś przedstawia... – a także na Facebooku.

materiały prasowe materiały prasowe

Na ratunek

O tym, że Marcin Dorociński to świetny aktor, nikogo przekonywać nie trzeba. Znana jest też jego prozwierzęca pasja. Słyszymy go w spotach kampanii WWF. Mówi o tygrysach z Syberii i o rysiach z Polski. Angażuje się w pomoc schroniskowym psom i kotom. A teraz napisał książkę. To seria rozmów z ludźmi, którzy zwierzętom i przyrodzie poświęcili życie. Jest o ratowaniu małych i większych jeży. O wilku Romeo, który przeszedł przez Alpy, by znaleźć Julię. O tym, co w Ptasim Azylu robią pluszowe misie. O żubrze, królu puszczy. O tym, czym jest rozmiazg kolweński albo ponurek Schneidera. O znikających z mórz i oceanów rybach. O schroniskowych psach i kotach. O nietoperzach. Dla miłośników zwierząt to pozycja obowiązkowa. Rozmowy są prowadzone wnikliwie, bez czułostkowości, i z humorem, i na serio. Ale przede wszystkim dają ogromną pigułę wiedzy. I o zwierzętach samych, i o naszych z nimi relacjach, i o zależnościach w przyrodzie. Warto mieć tę książkę na półce.

Marcin Dorociński „Na ratunek. Rozmowy o zwierzętach, naturze i przyszłościnaszej planety”, Wyd. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 31,49 zł. Marcin Dorociński „Na ratunek. Rozmowy o zwierzętach, naturze i przyszłości
naszej planety”, Wyd. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 31,49 zł.

Pożegnanie z plastikiem

To już koniec. Unia Europejska zakazuje użycia plastikowych sztućców, słomek, mieszadełek, styropianowych kubków i opakowań na żywność. Do 3 lipca te produkty mają zniknąć z magazynów. To pierwszy etap tak zwanej dyrektywy plastikowej (The Single-Use Plastics Directive). Kolejny to rezygnacja – do 2025 roku – z plastikowych zakrętek butelek z napojami, same zaś butelki będą musiały być w 25 proc. wykonane z materiału z recyklingu. Pora na takie kroki, bo pomału świat staje się plastikowy. Co roku do oceanu wlatuje 8 milionów ton takich śmieci. Tak, jakbyśmy co minutę wyrzucali w fale wyładowaną plastikiem śmieciarkę…

Ogrzewanie i schładzanie

Pora roku taka, że człowiek myśli tylko o tym, jak by tu się ogrzać. Sposoby są różne: koc, herbata, może też być termofor. A najlepiej ekologiczny. Bez gumy, bez gorącej wody. Właściwie w ogóle bez wody. Za to z… pestkami wiśni, opakowanymi w płócienny woreczek. Wystarczy podgrzać go w piekarniku albo położyć na kaloryferze. Do tego miękki pokrowiec z bawełny. Termofor nie tylko ogrzeje, ale w razie potrzeby (na przykład przy stłuczeniach) zamieni się w okład chłodzący. Dodatkowy ekoplusik: firma gwarantuje, że w paczce, która do ciebie przyjdzie, nie znajdziesz plastiku. Wypełnienie stanowi ekologiczny skropak, który możesz wyrzucić do bioodpadów lub rozpuścić w wodzie.

materiały prasowe materiały prasowe

Greta na znaczku

W styczniu skończyła 18 lat,z tej okazji szwedzka poczta wypuściła serię znaczków z jej podobizną. Greta Thunberg w sierpniu 2018 roku, zamiast pójść do szkoły, stanęła przed gmachem parlamentu w Sztokholmie z transparentem „Szkolny strajk dla klimatu”, protestując przeciw działaniom człowieka niszczącym środowisko naturalne. W ciągu kilku miesięcy do protestu dołączyły 2 miliony ludzi na świecie. Chciano z niej zrobić „klimatyczną celebrytkę”, nagradzano, ale ona tłumaczy, że ruch klimatyczny nie nagród potrzebuje, ale tego, żeby politycy słuchali naukowców mówiących o konieczności zmian.

materiały prasowe materiały prasowe

Kwitnący karmnik dla pszczół

„Be(e) your friend” to akcja rodzinnej manufaktury Wooden Story - do zabawek oraz mebli dokładane będą nasionka miododajnych roślin: lawendy, chabrów, czarnuszki, orlika, kąkola, dzwonka ogrodowego i onętki. Kupujący będą mogli je zasiać przy domu czy w parku i w ten sposób podarować pszczołom kwitnące łąki, które zapewnią im miododajny nektar.

materiały prasowe materiały prasowe

 

  1. Styl Życia

Zanurz się w naturze - to najłatwiej dostępne lekarstwo na wszystko, co złe

Zdrowie i samopoczucie człowieka są uzależnione od jego związków ze środowiskiem naturalnym. (Fot. iStock)
Zdrowie i samopoczucie człowieka są uzależnione od jego związków ze środowiskiem naturalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Zerwanie więzów z przyrodą jest groźne dla zdrowia, zanurzenie się w nią może uleczyć.

Ciągnie nas za miasto, czekamy na pierwszy powiew wiosny! Zapach w powietrzu, mgiełka zieleni, słońce - potrzebujemy tego jak pożywienia i wody. Ta tęsknota to biofilia - silny, odwieczny związek człowieka z przyrodą. Nie zdajemy sobie sprawy, że brak tego kontaktu jest nie tylko męczący, lecz także szkodliwy dla zdrowia. Coraz rzadziej patrzymy w niebo, rozglądamy się wokół siebie czy zwyczajnie gapimy przez okno. Zresztą, nic dziwnego, dookoła tylko betonowe osiedla i obłoki smogu. Wielu z nas nie widuje na co dzień ani kawałka zieleni. Dom - auto - praca - sklep - dom... Tak wygląda codzienna trasa przeciętnego mieszkańca większego miasta.

A przecież lubimy przyrodę. Wraz z przyjściem wiosny odczuwamy zew Ziemi i - choćbyśmy posiadali jedynie parapet z niewielką na nim doniczką - biegniemy do sklepu ogrodniczego po cebulki żonkili czy tulipanów. Bo tak działa...

Biofilski instynkt

Tkwi w każdym żywym stworzeniu. Brytyjski socjolog i biolog Edward O. Wilson określił biofilię jako „wrodzony, zakodowany w naszych genach pociąg do przyrody, której jesteśmy częścią”. Słynny psychoanalityk Erich Fromm pisał zaś o niej: „To miłość do życia”.

W wydanej w 1984 r. książce „Biophilia: The Human Bond With Other Species” Wilson poszedł w opisie tego zjawiska jeszcze dalej. Wyjaśnił, dlaczego ludzie chowają zwierzęta, hodują kwiaty w domu i pielęgnują ogródki działkowe: „Odczytane dotąd kody genetyczne pozwalają założyć, że ów wspólny przodek był podobnym do dzisiejszych bakterii jednokomórkowym mikrobem o najprostszej znanej anatomii i budowie molekularnej. To właśnie za sprawą tego przodka, który zjawił się na Ziemi ponad trzy i pół miliarda lat temu, wszystkie współczesne gatunki łączą dziś pewne fundamentalne cechy molekularne”. Na poziomie pojedynczej komórki wszystko, co żyje, jest w zasadzie identyczne. Z tego pokrewieństwa Wilson wyprowadza swoją teorię biofilii.

Genetycznie jesteśmy pochodną natury, dlatego gdzieś głęboko w sobie odczuwamy jedność z przyrodą. Oderwanie się od niej jest działaniem, które pozostawia bolesne ślady w duszy i ciele. Zdrowie i samopoczucie człowieka są uzależnione od jego związków ze środowiskiem naturalnym.

Za rękę z Matką Ziemią

„Gatunek ludzki przypomina mitycznego giganta Anteusza, który czerpał siły z kontaktu ze swoją matką Gają, boginią Ziemi. Dopóty, dopóki czuł ją pod stopami, był niepokonany. Herkules, poznawszy jego tajemnicę, uniósł Anteusza w górę i trzymał go tak długo, aż gigant opadł z sił, i wtenczas go zabił. Zwykli śmiertelnicy też słabną, gdy tracą kontakt z Ziemią, różnica polega na tym, że sami sobie gotują ten los” - pisze Wilson w wydanej również w Polsce książce „Przyszłość życia”. Przestrzega przed niszczeniem przyrody, które może przynieść katastrofalne skutki dla naszych potomków. My już je odczuwamy - zamknięci w betonowych ścianach, oddaleni od lasów i ogrodów zapadamy na depresje, nowotwory, stajemy się bardziej drażliwi, agresywni.

Biofilia doczekała się już młodszej siostry, której na imię „ekopsychologia”. Za jej ojca uznaje się Theodore’a Roszaka, profesora historii na California State University. On pierwszy napisał, że zaburzenia relacji człowieka z przyrodą są „faktycznym źródłem powszechnego szaleństwa w społeczeństwie przemysłowym”. - Jako dzieci - argumentuje naukowiec - wszyscy otrzymujemy dar naturalnej więzi z przyrodą, tak zwane ego ekologiczne. Jednak gdy dorastamy, zaburzamy swą wewnętrzną ekologię - podporządkowujemy własną naturę określonym przekonaniom na temat tego, kim jesteśmy, czy kim chcielibyśmy być.

Ekopsychologia jest swego rodzaju próbą uleczenia tego stanu, wzmocnienia nadwątlonych więzi człowieka z naturą. Specjaliści z tej dziedziny przestrzegają, że człowiek, niszcząc otoczenie, zabiera sobie cenny azyl.

Doniczki na stres

Degradacja przyrody i niehigieniczny tryb życia są przyczyną wzrostu chorób nowotworowych i układu krążenia - potwierdza to wiele badań naukowych. Natomiast stały kontakt z przyrodą polepsza stan naszego zdrowia, uspokaja psychikę i równoważy nasze stany emocjonalne. Te zależności naukowcy badają od dawna.

Sympatia ludzi do roślin, ustawianie kwiatów w domu wydaje nam się zwykłym ozdabianiem przestrzeni. Tymczasem to nie tylko przyjemna ozdoba - rośliny mogą mieć bezpośredni wpływ na poprawę zdrowia chorych ludzi.

To prawda. Dowodzą tego badania przeprowadzone na Kansas State University, do których wybrano 90 pacjentów-rekonwalescentów po usunięciu wyrostka robaczkowego. Część z nich przebywała w pokojach bez roślin, pozostali w salach, w których ustawiono piękne kwiaty doniczkowe. Co się okazało? Otóż pacjenci z „zielonych pokoi” przyjmowali mniej leków, mieli niższe ciśnienie krwi i tętno, odczuwali mniejszy ból i byli bardziej pozytywnie nastawieni do życia. Aż 93 proc. Z nich wyznało potem, że największą zaletą ich pokoi były właśnie rośliny. Natomiast ci, którzy nie przebywali w otoczeniu kwiatów, jako największą atrakcję pobytu wskazywali telewizor (91 proc.).

 
Czy można zatem poprawić komuś zdrowie, stawiając obok jego łóżka bukiet róż? Badacze sugerują, że lepiej rośliny doniczkowe, bo korzystniej wpływają na nasze samopoczucie. Cięte kwiaty mają krótki żywot, szybko więdną, przypominają o przemijaniu. Tymczasem z roślinami doniczkowymi „zaprzyjaźniamy się” na długo. Angażujemy się w ich życie i troszczymy o nie.

Personel szpitala, gdzie przeprowadzano badanie, zaobserwował, że pacjenci bardzo interesowali się kwiatami - podlewali je, przycinali, przestawiali w lepsze dla nich miejsca. Z posiadania kwiatów doniczkowych w domu płyną także inne korzyści: większa wilgotność powietrza i mniejsza ilość unoszących się w nim zarodników pleśni oraz bakterii.

Badania naukowe dowiodły również, że po dłuższym spacerze poprawiają się koncentracja i zdolności pamięciowe. Pozytywny wpływ na sprawność umysłową ma również oglądanie zdjęć przyrody. Skoro więc nie masz szans podziwiać pięknego widoku ze swoich okien, ustaw sobie wspaniały krajobraz choćby na pulpicie ekranu w komputerze. To co prawda nędzna namiastka obcowania z naturą, ale lepsze to niż nic.

Prawie jak prozac

A zwierzęta? Jaki mają na nas wpływ? Zbawienny! Co do tego właściciele psów czy kotów nie mają żadnych wątpliwości. Metody rehabilitacyjne, takie jak dogo-, hipo- albo delfinoterapia, opierają się na biofilskim instynkcie, który tkwi głęboko w nas.

Kilka lat temu na kongresie Amerykańskiego Towarzystwa Kardiologicznego opisano doświadczenie, które zostało przeprowadzone w szpitalu. W badaniu wzięło udział 76 pacjentów, których podzielono na trzy grupy. Chorych z pierwszej grupy odwiedzali przez 12 minut dziennie obcy ludzie w towarzystwie psów - specjalnie przeszkolony czworonóg kładł się na łóżku badanego i pozwalał się głaskać. Do pacjentów przydzielonych do drugiej grupy wpadali tylko od czasu do czasu nieznajomi. Osób zaś z trzeciej grupy nie odwiedzał nikt. I co zaobserwowano? Okazało się, że najkorzystniej wpływało na chorych towarzystwo obcych ludzi z ich czteronożnymi pupilami: czuli się lepiej, poziom ich lęku spadł o 24 proc., a adrenaliny (hormonu stresu) o 17 proc. Natomiast w przypadku pacjentów, którzy spędzali czas jedynie w ludzkim towarzystwie, stres zmniejszył się tylko o 10 proc. Jak można się było spodziewać, osoby pozostające bez niczyjego towarzystwa, wykazywały duże zdenerwowanie i lękały się cały czas tak samo.

Psi kompani działają kojąco także na ludzi cierpiących na dolegliwości układu krążenia - ich właściciele mają większą szansę przeżycia zawału serca. Kontakt z czworonogiem pomaga również wydobyć się z depresji. Bezcenny wpływ tej przyjaźni na ludzką psychikę naukowcy porównują z działaniem... prozacu. Właśnie dlatego w wielu szpitalach na świecie psy i inne zwierzęta są stałymi mieszkańcami na oddziałach pediatrycznych i geriatrycznych. - Zwierzęta wnoszą w życie hospitalizowanych radość, spokój i miłość. To bardzo dużo dla ludzi, którzy źle się czują i obawiają o swoje zdrowie - oświadczyła kierująca amerykańskimi badaniami dr Kathie Cole.

Poczuj puls natury!

Aby być bliżej przyrody, czerpać z jej krystalicznego źródła, w cudowny sposób odnowić siły witalne i naładować życiowe akumulatory, niepotrzebne są wielkie nakłady sił ani środków, egzotyczne wakacje czy wyprawy na bieguny. Dobra jest każda forma ruchu na świeżym powietrzu i miejsce, gdzie całym ciałem poczujesz puls natury. Może to być spacer po lesie, górska wędrówka, rowerowa przejażdżka pośród łąk i pól czy leniwe leżenie na trawie pod gruszą...

Wiosna budzi się do życia, dajmy się jej uwieść i rozkwitajmy razem z nią. Starajmy się przebywać jak najwięcej na słońcu i cieszyć oczy wiosennym krajobrazem.

Warto przeczytać Edward Wilson, "Przyszłość życia", wydawnictwo Zysk i S-ka, 2003