Herstoria – historia o twarzy kobiety

Edukatorki herstorii z Krakowa. Od lewej: Małgorzata Kuś,  Aleksandra Suława, Maria Amin,  Nina Gabryś. (Fot. Michał Korta)

Dzieci na warsztatach z herstorii często kojarzą Marię Konopnicką jedynie ze śmiertelnie nudnymi opowiastkami. Dziwią się, że pani od „Sierotki Marysi” walczyła jak lwica o równe prawa dla wszystkich. A nie walczyła przecież sama.

Kim były pierwsze polskie posłanki? Do jakiego skandalu doprowadziła Zofia Nałkowska, gdy miała zaledwie 23 lata? Dlaczego hetmanka polskiej emancypacji Paulina Kuczalska-
-Reinschmit musiała zdradzającemu ją mężowi, człowiekowi, który zaraził ją kiłą, zostawić synka? Jaki happening był udziałem artystki Marii Dulębianki, która przeżyła wiele lat z Marią Konopnicką? Co dla wszystkich Polek zrobiła Kazimiera Bujwidowa, żona znanego bakteriologa, ta, która ponad sto lat temu nie bała się mówić, że nie wierzy w Boga, wierzy za to w kobiety na uniwersytetach?

W nikim wsparcia

Po jednym z warsztatów pod nazwą „Lekcja herstorii” nastoletnia dziewczyna zwierzyła się krakowskim edukatorkom, że chciałaby być tak silna, jak te waleczne panie z przeszłości, potrafić jak te panie mówić głośno: „nie”. Ale ona wciąż milczy. Także wtedy, gdy ktoś przekracza jej granice, dotyka ją tam, gdzie ona sobie nie życzy. W szkole nikomu o tym nie powie, bo się wstydzi. Bo dorośli mogą ją wyśmiać, już raz i drugi wyśmiali. Mama? Udaje, że o niczym nie wie. Dziewczyna nie ma w nikim wsparcia.

Ostatnio napisały do edukatorek harcerki. Poprosiły o warsztat z herstorii w trakcie ich wiosennego dziewczęcego obozu, chcą się dowiedzieć więcej o buntowniczkach sprzed ponad stu lat. Chcą poczuć się jak silne, świadome siebie kobiety. Chcą być dzielne.

– Czym jest herstoria? Jest przywołaniem tej części historii, która nie znalazła się w podręcznikach, a jest – nie mniej niż historia wojen, gospodarki czy nauki – istotna dla tego, kim dzisiaj jesteśmy. Jest przypomnieniem bohaterek, których podobizn nie znajdziemy na banknotach, tymczasem ich postawy i działania miały potężny wpływ na współczesne życie Polek i Polaków. Chętnie więc opowiemy harcerkom o mojej imienniczce Aleksandrze Szczerbińskiej, potem Piłsudskiej, o tym, jak, walcząc o wolną Polskę w gorsecie i pantalonach, przemycała dynamit, granaty i karabiny. O tym, jak przekonała swojego męża marszałka do tego, by zaczął traktować kobiety poważnie – uśmiecha się Aleksandra Suława, dziennikarka, członkini stowarzyszenia Sto Lat Głosu Kobiet. Trafiła do niego dwa lata temu po wywiadzie z Marią Amin, psycholożką, pomysłodawczynią przedsięwzięcia, krakowską aktywistką na rzecz praw kobiet. I nie tylko, bo publiczna działalność Marii zaczęła się od tego, że nagłośniła dramat dorożkarskich koni na Rynku Głównym w Krakowie. Koni bezbronnych, cierpiących, wręcz umierających, gdy temperatura w mieście dochodzi do
30 stopni Celsjusza.

To Marii dwa lata temu przyszło do głowy, że w czasach, gdy nie ma autorytetów, chciałaby znaleźć dla współczesnych dziewczynek (i chłopców) inspirujące wzorce, inne od tych, które znają z kolorowych pism i Internetu. – Wiele z tych dzieci, zwłaszcza dziewczynek, nie ma się na kim dziś oprzeć, nikt ich nie słucha, dla nikogo nie są partnerami do rozmowy. Owszem, buntują się, ale często w sposób dla nich destrukcyjny. Wydaje im się na przykład, że mogą wyrażać siebie jedynie poprzez ciało. Niszcząc je bulimią lub anoreksją. Tnąc się po udach i brzuchu. Oddając się chłopakom zbyt pospiesznie, zbyt wcześnie – opowiada. Mocno umalowane, często podobne do siebie w ubiorach i gestach nastolatki, które Maria spotkała na swoich warsztatach, otwartym tekstem mówiły jej o tym, że mają profil na Tinderze, że po Internecie hulają ich nagie zdjęcia, że w krakowskich nocnych klubach nikt nie sprawdza, ile mają lat. – Wiele z nich nie wierzy, że mogłyby inaczej wyrazić swoją tożsamość, są pogubione, wystraszone, samotne.

Cała moja inność

Maria wie, co znaczy samotność. W szkole wołali za nią „Rumunka” z powodu ciemnych włosów i oczu, i tego, że jej ojciec był obcym, inżynierem z Iraku. W Polsce nigdy nie poczuł się normalnie, bezpiecznie.

– Był dla mnie surowy, chłodny, wymagający. Z jednej strony chciał, bym się kształciła, z drugiej – chciał mnie uformować w zgodzie z jego patriarchalnym widzeniem świata. Miałam być posłuszna i uległa.

Buntowała się, ale długo nie wprost. W krótkie spódnice przebierała się ukradkiem po wyjściu z domu. O tym, że przekłuła sobie pępek, nie wiedział w domu nikt. Nikt też nie wiedział, że nosi w sobie palący wstyd za przezwiska, za to całe odrzucenie. – Nigdy się nie podzieliłam tym wstydem z rodzicami, nie chciałam dokładać im problemów w ich nieudanym małżeństwie. Czasem tylko było mi smutno, że mama nigdy nie wzięła mnie w obronę, myślę, że wiedziała, jak bardzo mi trudno, jak bardzo jestem pogubiona w tej swojej inności.
Dziś mama jest dla niej przyjaciółką, ale ich relacje wymagały pracy. Wspólnej.

Co ciekawe, rodzice od dziecka wołali na nią Marysia, choć przecież wcześniej nadali jej imię Zahra. – Gdy miałam 18 lat, zostałam formalnie Marią, zupełnie pożegnałam się z Zahrą. Tym samym zaprzeczyłam swojej tożsamości, jeszcze wtedy nie zdając sobie z tego sprawy.

W życiu Marii istniał jednak ktoś wyjątkowy: babcia. – Pianistka o wielkiej urodzie, wyzwolona, z wielkim hartem ducha, empatią i energią. Paliła papierosa w lufce, mieszkała z przyjaciółką, którą nazywałam ciocią. Otaczała się zwierzętami, które z czasem, niestety, nią owładnęły. Całą sobą dawała światu do zrozumienia, że jest istotą niezależną, że nie liczą się dla niej schematy i konwenanse.

Podobnie jak schematy i konwenanse nie liczyły się w życiu Marii Dulębianki, malarki, uczennicy Jana Matejki. Choć należała do najzdolniejszych artystek swojej epoki, w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych studiować nie mogła – tylko dlatego, że była kobietą. Kontestowała to, podobnie jak modne upięcia fryzur i krynoliny. Nosiła krótkie włosy, binokle i surduty. W 1908 roku, dziesięć lat przed przyznaniem Polkom praw wyborczych, Dulębianka organizuje swoisty performance: zwołuje wraz z Marią Konopnicką wiec wyborczy. Ogłasza swój program. Prowadzi kampanię. 1 marca 1908 roku Konopnicka notuje: „Dulębianka z wypiekami na twarzy nie je, nie śpi, tylko pakuje w siebie brom, który jej nic nie pomaga”.

– Na wszelkie sposoby angażuje się w sprawy kobiet i w niepodległość. Ma silne poczucie sprawiedliwości. Głębokie współczucie dla słabszych. Podczas wojny polsko-ukraińskiej zajmuje się rannymi żołnierzami, zaraża się tyfusem, umiera. Całe życie spala się w pomaganiu innym. Chyba trochę jak ja – zauważa Maria, dla której tamta dawna Maria jest dziś źródłem inspiracji i siły. Siły na bunt, pozbawiony wstydu i poczucia winy.

Przeszłość martwego snu

– Bohaterki sprzed stu lat były inne od wszystkich, odrzucane, a ogrom niesprawiedliwości, który je dotykał, był niepojęty – zauważa Małgorzata Kuś, psycholożka, członkini stowarzyszenia Sto Lat Głosu Kobiet, współautorka warsztatów z herstorii. Chętnie dzieli się z nastolatkami historią Pauliny Kuczalskiej-Reinschmit, publicystki zwanej hetmanką bądź papieżycą polskiej emancypacji, która poglądy wyrażała najczęściej na łamach założonego przez siebie pisma „Ster”. Pisała między innymi: „Za nami przeszłość martwego snu. Wskazówka sprawiedliwej miary na zegarze wolności już dobiega godziny wyzwolenia. Kobieta głośnym protestem odrzuca niewolniczą bierność ślimaczego istnienia”. Kuczalska-Reinschmit była gruntownie wykształcona, a jednak poddała się wielowiekowej tradycji i wcześnie, bez miłości wyszła za mąż za Stanisława Reinschmita, urzędnika Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego. Mąż Pauliny był zaciekłym konserwatystą, co nie przeszkadzało mu nieustannie zdradzać żonę. Ostatecznie zaraził ją chorobą weneryczną, straciła przez to oko. Zdecydowała się na rozwód. Konsekwencje były bolesne, nie mogła wychowywać syna, tak stanowiło prawo: kobietę, która zdecydowała się odejść od męża, pozbawiano prawa do dzieci.

– Na warsztatach staramy się w prosty, ale dobitny sposób pokazać, jak ogromna dyskryminacja dotykała Polki sto i więcej lat temu, nie miały prawa do miłości, do dziedziczenia, do głosowania w wyborach, do nauki w szkołach wyższych. O to ostatnie szczególnie walczyła Kazimiera Bujwidowa, która z mężem prowadziła badania naukowe – zauważa Aleksandra Suława. Dla niej Bujwidowa to ponadczasowa postać. – Ogromnie mi imponuje. Zakładała darmowe czytelnie dla młodzieży oraz czytelnie dla kobiet. Dzięki niej powstała pierwsza szkoła dla dziewcząt z programem na tym samym poziomie co szkoły męskie – bo barierą przed wejściem kobiet na uniwersytety nie była tylko niechęć kadry, ale też brak edukacji maturalnej na odpowiednim poziomie. To Bujwidowa zorganizowała akcję na rzecz przyjmowania kobiet na uniwersytety. I udało jej się!

Nie tylko dziewice i matki

W prowadzonych przez Małgorzatę zajęciach z herstorii biorą udział głównie licealiści. – Ciekawe, że uczniowie liceów są w stanie wymienić najwyżej pięć nazwisk wybitnych Polek, zaczynając od królowej Jadwigi, kończąc na Wisławie Szymborskiej. Czasem przewijają się nazwiska Olgi Tokarczuk i Ireny Sendlerowej, ale to rzadkość. Niektórym zdarza się kojarzyć Marię Konopnicką ze śmiertelnie nudnymi opowiastkami. Dziwią się, że Konopnicka, ta od „Sierotki Marysi”, walczyła jak lwica o równe prawa dla wszystkich.

Podobnie z Nałkowską. Kojarzy się z lekturami szkolnymi, które trzeba zaliczyć. – A to przecież polska Virginia Woolf. Już jako bardzo młoda dziewczyna była osobą przekraczającą wszelkie normy, wyprzedzającą swoją epokę. To jej słynne słowa: „Chcemy całego życia”, powtarzamy do dziś. W sprawie kobiecej sięgała dalej, mówiła o życiu kobiet, o ich doświadczeniu wykraczającym poza rolę dziewicy i matki, o prawdziwych pragnieniach, potrzebach, o poszukiwaniach podmiotowości, wolności do decydowania o własnym ciele, seksualności – wylicza Nina Gabryś, członkini stowarzyszenia, krakowska radna, córka poetki i pisarki. Często przedstawia się jako „córka swojej matki”, bo to Joanna Oparek najmocniej ukształtowała tożsamość Niny. Choćby, gdy córka była jeszcze w liceum, podrzucając jej książki Sylvii Plath i Virginii Woolf. – To dzięki mamie jestem buntowniczką – zapewnia Nina. – Ale, podobnie jak ona, na własnych zasadach.

Precyzuje: – Nikt nie ma monopolu na tworzenie definicji buntu, same musimy dojść, co jest jego przyczyną i celem w naszym osobistym wymiarze. Byłam mocno zaangażowana w sferę publiczną i politykę – i wielokrotnie słyszałam, jak i co powinnam mówić, czego nie wypada, padały pouczenia i instrukcje. Chciałabym, żeby dziewczyny nie musiały już z tym walczyć, żeby czuły, że nie mają się czego bać.

Z krwi i kości

Kiedyś po zajęciach do Małgorzaty Kuś podeszła licealistka tylko po to, by powiedzieć, że chciałaby być jak Paulina Kuczalska-Reinschmit, że ze wszystkimi jej postulatami się zgadza. – To dość zaskakujące w czasach, gdy idolkami licealistek są zazwyczaj celebrytki. To także dowód na to, że we współczesnych, dorastających kobietach istnieje pragnienie, by się wyłamać z lukrowanych kanonów. Że istnieje w nich głód prawdziwych opowieści, bohaterek z krwi i kości. I że emancypantki spełniają wszystkie te warunki i wciąż mogą być ciekawe. Dla obu płci. Chłopcy? Naprawdę zadziwia ich to, że tak mało wiedzą o swoich dzielnych babkach. Dlaczego wcześniej o tych walecznych Polkach nigdy nie usłyszeli? Dlaczego nikt im wcześniej nie opowiedział o Aleksandrze Szczerbińskiej, żonie Józefa Piłsudskiego, tej, która napadła na carski pociąg pełen rubli?

– Przypadek Szczerbińskiej doskonale ilustruje, jak z kobietami rozprawiała się historia pisana przez mężczyzn. Pisano o niej jako o „kochance marszałka” albo „tej trzeciej”, która przyczyniła się do kryzysu pierwszego małżeństwa Piłsudskiego – zauważa Aleksandra Suława. – Dopiero teraz, po stu latach, przepisujemy jej biografię na nowo, odkrywając w niej to, co naprawdę istotne.

Najbardziej dziennikarka z Krakowa ceni w Szczerbińskiej jej bezkompromisowość, wiarę w idee i nieraz brawurową walkę o wcielenie tych idei w życie. – Wierzyła, że Polska może być wolna, a w tej wolnej Polsce mogą i powinni żyć wolni ludzie. Wolni niezależnie od tego, jakiej są płci. Zamiast załamywać ręce nad stanem świata, starała się go zmienić. Chciała studiować, więc studiowała na nielegalnym Uniwersytecie Latającym, chciała wolnej Polski, więc konspirowała, chciała walczyć z bronią w ręku, więc wstąpiła do Legionów Polskich. Chciała, by Polki mogły głosować, więc „lobbowała” na ich rzecz u swego partnera, a później męża Józefa Piłsudskiego.

– Gdy opowiadamy o tamtych kobietach dzisiejszym uczniom, wielu z nich uważa to za kompletną abstrakcję. Nie szkodzi. Jeśli zapamiętają choć jedną, dwie bohaterki sprzed stu lat, to już będzie sukces. Jeśli zauważą, że kobietom wciąż odbiera się w wielu kwestiach prawo do podmiotowości i tożsamości, jeszcze lepiej. To takie światełko w tunelu. I pierwszy krok do zmiany – uważa Małgorzata Kuś.

Światełko, jeszcze nie światło, bo choć zaczęte w ubiegłym roku warsztaty z herstorii celowane były we wszystkie krakowskie szkoły, to tylko sześć z nich zdecydowało się na udział w lekcjach. Wciąż przez część placówek rozmowy o kobietach, o ich prawach traktowane są podejrzliwie.

Choć z drugiej strony – w lekcjach z herstorii wzięło udział około tysiąca krakowskich dzieci. Kolejna edycja warsztatów rozpocznie się w marcu, obejmie Kraków i Warszawę.

Dla Marii Amin lekcje z herstorii to coś więcej niż pogadanki o potrzebie sprawiedliwości i równości dla wszystkich. To próba pokazania dzieciom, że podobnie jak Maria, podobnie jak odważne Polki z przeszłości one też są w stanie swoje ból, samotność, poczucie odrzucenia przekuć w działanie. – Pracuję jako psycholożka szkolna i wciąż widzę, jak polska szkoła wkłada dziewczynki w szufladki, są wychowywane pod wzór, wciąż najważniejsze jest nie to, czy są mądre, świadome siebie, tylko czy są grzeczne. A niegrzeczne dziewczyny są przecież tak ciekawe świata. Ta ich ciekawość rozmywa się, gdy są karcone, formatowane na siłę. Przez nauczycieli, przez rodziców, niestety, często przez matki. Ja się na to nie zgadzam. Ale wierzę, że jeśli nie kobiety z najbliższego otoczenia, to przynajmniej dawne buntowniczki mogą pokazać dziewczynom i kobietom, że mają wartość, że mogą mówić własnym głosem. Bo tylko kontra wobec tego, co nas boli, może być wstępem do prawdziwej zmiany.