fbpx

Na szlaku South West Coast Path

Na szlaku South West Coast Path
South West Coast Path prowadzi z Minehead w hrabstwie Somerset wzdłuż wybrzeża Kanału Bristolskiego, Oceanu Atlantyckiego i kanału La Manche. Kończy się w Poole w hrabstwie Dorse. (Fot. iStock)

Bankructwo i niekorzystna diagnoza medyczna w jednej chwili nieodwracalnie zmieniły życie Raynor i Motha. Jednak zamiast rozmyślać o najgorszym, para wyruszyła na South West Coast Path − najdłuższy pieszy szlak w południowo-zachodniej Anglii. Z perspektywy kilku lat od zakończenia wyprawy Raynor Winn opowiada o tym, jak wędrówka pozwoliła jej i mężowi odzyskać poczucie sensu życia.

Na szlaku South West Coast Path
Raynor Winn (Fot. archiwum prywatne)

Po tym, gdy komornik zajął wasz dom, ruszyliście w długą drogę wzdłuż południowo-zachodniego wybrzeża Anglii. Z całym dobytkiem na plecach i kilkudziesięcioma funtami w kieszeni. Jak na to patrzysz po siedmiu latach?
Z dzisiejszej perspektywy trudno sobie wyobrazić gorsze rozpoczęcie wędrówki! Gdybym zdecydowała się na nią jeszcze raz, w ramach przygotowania wykonałabym więcej niż kilka krótkich spacerów bez plecaka. Na pewno skalkulowałabym też, ile jedzenia możemy kupić za pieniądze, które mamy. Pewnie odebrałabym wyprawie spontaniczność, za to oszczędziłoby to nam wielu doświadczeń, które wynikły z braku przygotowania. No i zdecydowanie wzięłabym lepszy śpiwór!

Bankructwo to jedno, ale dodatkowo tuż przed wyprawą u twojego męża zdiagnozowano nieuleczalną chorobę. Czy wasza podróż była ucieczką od problemów czy sposobem na ich oswojenie?
Zostaliśmy skrytykowani za to, że uciekamy przed problemami, zamiast stawić im czoła. Ludzie mówili: „Powinniście skupić się na znalezieniu mieszkania i pracy”. Straciliśmy wszystko: dom, dochód, większość dobytku, a wraz z diagnozą Motha także przyszłość. Cała struktura naszego dotychczasowego życia się rozpadła. Nie mieliśmy bodźca, by budować to na nowo. Pomysł pójścia wzdłuż linii na mapie dał nam ten bodziec, przywrócił kontrolę nad naszym życiem. Pewność, że co rano wstaniemy, zarzucimy plecaki i ruszymy przed siebie. Dzięki tej niewielkiej rutynie znaleźliśmy sposób, aby odbudować poczucie tego, kim jesteśmy.

Bez domu, bez pieniędzy… to niełatwe.
Kiedy straciliśmy dom, myślałam, że już nigdzie nie poczuję się u siebie. Tamten dom istniał w kamiennych ścianach, które mnie otaczały i wraz z wyrokiem sądu zniknęły na zawsze. Wędrując szlakiem, bezdomna i odłączona od przeszłości, zrozumiałam, że dom to w rzeczywistości coś więcej niż cegły i zaprawa – to coś, co sprawia, że ​​czujemy się bezpiecznie. Dla mnie zawsze była to moja rodzina, bez względu na to, czy na szlaku ze mną, czy też rozsiana po całym kraju − tak jak nasze dzieci. Odbieram też ideę domu na całkowicie wewnętrznym poziomie, w poczuciu przynależności do świata przyrody. Dorastałam z dala od cywilizacji, świat przyrody był więc przestrzenią, do której się zwróciłam, kiedy zawiodło mnie życie, zawsze czułam się w nim bezpiecznie. Kiedy zabrano nam farmę, myślałam, że straciłam swoje miejsce w naturze, a wraz z nią poczucie tego, kim jestem. Czas na wybrzeżu, gdy żyliśmy nawet nie razem z naturą, ale jako jej część, uświadomił mi, że nigdy nie utracę łączności z całą planetą. Pas dzikiej przyrody nad Atlantykiem, często nie szerszy niż kilka metrów, sprawiał, że czułam się jak w domu. Poczucie przynależności niosłam w sobie, niezależnie od tego, gdzie byłam. Dom stał się tylko stanem umysłu.

Jak poradziłaś sobie z lękiem o to, co stanie się później?
Nasz szlak rozpoczął się w Minehead na północnym wybrzeżu Somerset. Minęliśmy punkt początkowy i zaledwie kilkaset metrów dalej ścieżka zaczęła się piąć w górę, która wyglądała prawie jak klif. Nie do pokonania. A jednak godzinę później zdobyliśmy szczyt. Kiedy patrzyliśmy na Kanał Bristolski w kierunku południowej Walii, widzieliśmy na zachód od ścieżki cyple. Nagle nie myśleliśmy już o podróży, byliśmy w niej i wszystko stało się możliwe. Problemy, które się pojawiały, wymagały natychmiastowego działania. Nie – czy Moth w przyszłym roku nadal będzie mógł chodzić, ale czy dziś jest w stanie wejść na to wzgórze. Nie – czy będziemy mieli wystarczająco dużo pieniędzy, aby zjeść w przyszłym tygodniu, ale że dzisiaj nie mamy nic do jedzenia. Choć skończyliśmy wędrówkę, część tego myślenia została ze mną.

Na szlaku South West Coast Path
South West Coast Path (Fot. iStock)

Także to, że w gruncie rzeczy potrzebujemy dużo mniej, niż nam się wydaje?
Straciliśmy większość majątku, to, co zostało, mieściło się w plecakach. Bardzo szybko zdaliśmy sobie sprawę, że brakuje nam wielu rzeczy. Zaskakujące było jednak to, jak szybko nauczyliśmy się żyć bez nich. Odkryliśmy, że wszystko, czego naprawdę potrzebujemy, to schronienie, ciepło, jedzenie i woda. Podstawa, by przetrwać. Teraz, kiedy znów mieszkamy pod dachem, mogłoby nas kusić, by konsumować o wiele więcej, ale uważam, że to niepotrzebne. Wolę, żeby moje półki były wypełnione książkami, muszlami i szyszkami niż czymś o dużej wartości, i chcę, aby w mojej szafie były ubrania, których naprawdę potrzebuję. Za to nigdy więcej nie kupiłabym śpiwora na jeden sezon, bez względu na to, jak byłby tani, a spiżarnia jest pełna owoców i warzyw, bez śladu dań typu instant, które nieustannie jedliśmy podczas wędrówki.

Jak twój mąż radził sobie ze świadomością choroby?
Moth rozpoczął wędrówkę w szoku i strachu przed tym, co przyniesie przyszłość. Ale czas spędzony w surowym krajobrazie zmienił jego podejście. Wystarczyło stawiać jedną stopę przed drugą, nie trzeba było zastanawiać się nad niczym więcej niż to, gdzie będziemy spać danej nocy. Ten czas pozwolił mu zaakceptować fakt, że jego życie nie będzie może takie, jak to sobie wyobraził, ale wcale nie stanie się mniej fascynujące i bogate w doświadczenia, jeśli tylko skoncentruje się na byciu w chwili obecnej. Zrozumiał, że musi żyć teraz, a nie w przyszłości, nie zastanawiać się, co zdarzy się za rok czy trzy lata. Nasza wędrówka całkowicie zmieniła jego spojrzenie na chorobę.

A co zmieniła w tobie?
Odpowiedzi może być wiele. Gdybym spróbowała je skondensować, powiedziałabym, że obraz składa się z małych pociągnięć pędzla. Nie dowiesz się, czy do siebie pasują, dopóki pod koniec nie cofniesz się i nie spojrzysz na ten obraz z perspektywy. Wcześniej możesz jedynie dbać o to, żeby każde pociągnięcie pędzla było najlepsze jak tylko się da. Szlak przywracał nam wiarę w życie, kiedy myśleliśmy, że z naszym już koniec, dawał przebłysk nadziei, gdy myśleliśmy, że nigdy więcej jej nie poczujemy. Pewnego razu staliśmy na granitowych skałach Land’s End z tabliczką czekolady i kilkoma monetami w kieszeni oraz dwiema warstwami mokrych ubrań na sobie i nagle to, co mogło być jedną z naszych najgorszych chwil, zmieniło się w jedną z najbardziej podnoszących na duchu. Wrócę do tego, co już powiedziałam: staraj się przeżyć możliwie najlepiej ten moment, który właśnie trwa.

Na szlaku South West Coast Path
South West Coast Path (Fot. iStock)

Na początku było naprawdę ciężko. Byliśmy wyczerpani, zmęczeni, obolali, a przede wszystkim naprawdę głodni. Ale w miarę upływu tygodni ciała przyzwyczaiły się do ciężaru plecaków, pęcherze na stopach stwardniały, a głód ustąpił, bo odzwyczailiśmy się od jedzenia. Aż w końcu wszystkie te odczucia stały się tak codzienne, że, owszem, zauważaliśmy je, ale nas nie męczyły. Wędrówka nauczyła mnie jednak, że prawdopodobnie muszę lepiej dbać o swoje ciało, jeśli chcę, aby zabierało mnie w kolejne przygody!

O czym myślałaś, idąc krok za krokiem?
Że będę miała czas na przemyślenie tego, co się z nami stało, i znalezienie sposobu, by stawić czoła przyszłości. Ale w rzeczywistości nie myślałam zbyt wiele. Mimo że usilnie starałam się skupić, zawsze wracałam do tego, gdzie będziemy spać tej nocy lub kiedy moglibyśmy znowu coś zjeść. Gdy z powrotem trafiłam do cywilizacji, zrozumiałam, że jakkolwiek różni i podzieleni wydajemy się jako ludzie, na poziomie podstawowym wszyscy jesteśmy tacy sami. Nasze potrzeby są identyczne: jedzenie i schronienie, miłość i nadzieja. Myślę, że tylko koncentrując się na podstawowych sprawach, które nas łączą, będziemy w stanie poradzić sobie z ważnymi problemami związanymi z klimatem czy zaopatrzeniem w żywność, które nas czekają.

Czas pokazał, że ta wyprawa miała ogromny sens. Prognozy lekarzy co do choroby Motha nie sprawdziły się, a ty napisałaś książkę, która stała się bestsellerem. Co jeszcze wyniosłaś z tej podróży?
Kiedy zmieniasz dynamikę wszystkiego, co definiowało cię od dziesięcioleci: domu, dzieci, pracy, rzeczy – pozostajesz z pustką. Zrozumiałam, że potrzeba tylko maleńkiej zmiany energii w pustce, by wszystko mogło się zdarzyć. Nigdy bym nie pomyślała, że mogę przejść 630 mil tylko z zawartością plecaka albo że mogłabym napisać książkę, a potem drugą. Nigdy bym się tego nie dowiedziała, gdybym nie ruszyła w drogę. Ludzie określają się poprzez swoje życie, ramy egzystencji, które budują. W końcu życie staje się jak stara para butów, które pasują tak idealnie, że nawet nie zauważasz, że je nosisz. Większość problemów społecznych związanych jest z tym, że za bardzo przyzwyczailiśmy się do tych ram, przesądów i uprzedzeń względem innych, które sami zbudowaliśmy. Może każdy powinien w pewnym momencie swojego życia przejść się w czyichś butach. A jeszcze lepiej – bez butów.

Czy masz wskazówkę dla wszystkich, którzy boją się zrobić pierwszy krok?
Możesz obawiać się, że nie będziesz mieć siły, aby zrealizować to, co planujesz. Jeśli jednak zrobisz pierwszy krok, pokonasz pierwszą przeszkodę, możesz być zaskoczony tym, co czeka cię po drugiej stronie. Dla nas też początek był najtrudniejszy. Wszystkie instynkty podpowiadały: to śmieszne, wycofajcie się. By im nie ulegać, wystarczyło jednak przypomnieć sobie, że nie mamy już do czego wrócić. Potem trudności dzikiego biwakowania przysłoniły te lęki. Co wieczór, gdy nadchodził czas, aby znaleźć miejsce na rozbicie namiotu, przez kilometry nie mogliśmy znaleźć nawet skrawka płaskiej przestrzeni. Spędziliśmy wiele nocy w polach ostów lub na nawisach skalnych, które w każdej chwili mogły się oberwać i spaść do morza. Jednak stopniowo to stawało się najpiękniejszym aspektem wyprawy. Jest coś magicznego w tym, że nie wiesz, czy obudzisz się na polu lęgowym biedronek wzbijających się do swojego pierwszego lotu, czy na mglistym cyplu, słuchając fok zawodzących w zatoczkach poniżej. Jedyne, czego nie mogę pojąć, to jakim cudem ludzie wyprowadzający psy wstają tak wcześnie!

Czy to prawda, że ​​liczy się droga, nie cel?
Cel jest potrzebny, bez niego nie ma drogi. Ale jednocześnie sama droga musi mieć sens, ponieważ możesz nigdy nie dotrzeć do celu.

Raynor Winn mieszka w Kornwalii z mężem Mothem i psem Montym. Debiutanckie „Słone ścieżki”, w których dzieli się doświadczeniami z kilkusetmilowej pieszej wyprawy wzdłuż angielskiego wybrzeża, stały się bestsellerem. Wkrótce w Wielkiej Brytanii ukaże się jej druga książka „Wild Silence”.

Na szlaku South West Coast Path
Raynor Winn, „Słone ścieżki” (wyd. Marginesy)

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze