1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda i uroda
  4. >
  5. Gianni Versace – od pomocnika krawcowej do legendarnego projektanta

Gianni Versace – od pomocnika krawcowej do legendarnego projektanta

Gianni Versace (fot. H.Weidner-Weiden / Interfoto / Forum)
Gianni Versace (fot. H.Weidner-Weiden / Interfoto / Forum)
Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Miami Beach, 15 lipca 1997 roku. Po powrocie z porannego spaceru po klifie w Ocean Drive włoski kreator mody Gianni Versace zostaje zastrzelony pod swoją posiadłością Casa Casuarina. Zabójcą jest Andrew Cunanan, seryjny morderca i obsesyjny wielbiciel twórczości legendarnego projektanta.

"Nie wierzę w poczucie dobrego smaku"- jak na ironię mawiał Gianni Versace, jeden z największych i najbardziej utalentowanych projektantów mody w historii, założyciel kultowego imperium stylu. Odwiecznie rywalizował o miano cesarza mody z Giorgio Armanim ("Armani ubiera żonę, Versace ubiera kochankę tego samego mężczyzny"). Wyznaczając nowe trendy wychodził poza schematy. Nie powielał mody, lecz kreował ją od zera. Odważną stylistyką oczarował cały świat.

Był wizjonerem, zaciekłym indywidualistą, pracoholikiem i perfekcjonistą, ale też niezwykle otwartym i towarzyskim człowiekiem. Prowadził wystawne życie, otaczał się ludźmi z pierwszych stron gazet, nie stronił od imprez i blasku fleszy. Miał wszystko: talent, pieniądze, warte miliony dolarów imperium mody, kochającego mężczyznę u swego boku (przez lata związany był z modelem Antoniem D'Amico), Księżną Dianę za przyjaciółkę... Los jednak nie okazał mu litości. Dla mody poświęcił życie. Zmarł tragicznie 23 lata temu.

Historia przyszłego kreatora mody rozpoczęła się niepozornie, w malowniczym miasteczku Reggio Calabria na południu Włoch. Gianni Versace przyszedł na świat w 1946 roku jako trzecie z czworga dzieci krawcowej Franceski i sprzedawcy węgla Antonia. Jako mały chłopiec godzinami przesiadywał w małej szwalni swojej mamy, podglądając ją i inne krawcowe przy pracy. Pod okiem swojej rodzicielki zdobywał doświadczenie, a szycia nauczył się sam, robiąc szmaciane lalki ze skrawków materiałów znalezionych na podłodze pracowni. Tak wszystko się zaczęło.

Sztuką interesował się od zawsze. Mając zaledwie 9 lat zaprojektował swoją pierwszą suknię, a kilka lat później sprzedał w rodzinnym miasteczku pierwszą kolekcję sygnowaną własnym nazwiskiem. Później studiował architekturę, a w wieku 26 lat wyjechał do Mediolanu, gdzie zadebiutował kolekcją dla Florentine Flowers. Czteroletnia współpraca z marką okazała się owocna, dlatego zmotywowany sukcesem projektant zdecydował się stworzyć własną firmę pod szyldem Versace. Po otwarciu pierwszego butiku szybko stał się sensacją na międzynarodowym rynku mody i od razu przykuł uwagę branży swoimi ponadprzeciętnymi projektami, które z początku szokowały, jednak z czasem stały się wyznacznikiem tego, co naprawdę modne.

Inspirowały go kobiety, bogactwo, energia ulicy, barokowy przepych, starożytna Grecja i... Andy Warhol. „Lubię mieszać kultury” – powiedział Versace w jednym z wywiadów porównując się do Marco Polo. W swoich projektach wykorzystywał żywe kolory, odważne nadruki i seksowne kroje, co kontrastowało z wszechobecnym w owym czasie trendem opierającym się na prostocie i stonowanych barwach. Nie bał się odważnych eksperymentów. Banalne i oczywiste rozwiązania zupełnie go nie interesowały. Uwielbiał niecodzienne kombinacje (neonowe barwy zestawiał z czernią, skórę z jedwabiem itd.), a jego twórczość określano mianem "luksusowego klasycyzmu połączonego z jawną seksualnością". To kwintesencja projektów Versace. Jak każdy twórca, oprócz pochwał zbierał też nieprzychylne opinie - niejednokrotnie zarzucano mu np. bezczelne sprzeciwianie się zasadom mody. Po sukcesie pierwszych kolekcji jego nazwisko stało się jednym z najważniejszych w świecie mody. W 1982 roku oferta marki powiększyła się o biżuterię, porcelanę i meble, a w 1989 roku powstała pierwsza kolekcja haute couture.

Jego znakiem rozpoznawczym stały się seksowne, balansujące na granicy wulgarności projekty. Z dumą nosiły je Linda Evangelista, Naomi Campbell, Claudia Schiffer, Cindy Crawford, Lisa Marie Presley i Kate Moss. Dzięki niemu nieznane wcześniej modelki zyskały rozpoznawalność na całym świecie. Versace był również twórcą kostiumów filmowych (ubierał m.in. Salmę Hayek i Demi Moore) i scenicznych (tworzył stroje dla Madonny, Eltona Johna i Tiny Turner).

Gianni Versace w towarzystwie swoich muz: modelek Naomi Campbell i Carli Bruni. (Fot. BEW PHOTO) Gianni Versace w towarzystwie swoich muz: modelek Naomi Campbell i Carli Bruni. (Fot. BEW PHOTO)

Kilka miesięcy przed śmiercią wykryto u niego nowotwór. Pokonał chorobę, jednak wkrótce został zastrzelony przez obsesyjnego wielbiciela na progu swojej willi Casa Casuarina w Miami Beach. Rankiem 15 lipca 1997 roku Versace jak każdego dnia udał się na spacer po klifie w Ocean Drive. Gdy wracał, zabójca podszedł do niego i oddał dwa strzały w głowę projektanta. Mordercą okazał się niejaki Andrew Cunanan. Mężczyzna przez lata zabiegał o przyjaźń Gianniego, aż w końcu popadł w obsesję, która doprowadziła go do morderstwa. Kilka dni później popełnił samobójstwo. Od tego czasu imperium mody Versace zarządza Donatella, młodsza siostra projektanta, jego największa muza i krytyk. W naszej galerii możecie zobaczyć zdjęcia z ostatniego pokazu marki (kolekcja na sezon jesień-zima 2020-2021).

Historię życia i tajemniczej śmierci legendarnego projektanta przybliża nagrodzony Złotym Globem serial "American Crime Story. Zabójstwo Gianniego Versace" z 2018 roku. Produkcja szczegółowo obrazuje obsesję Andrew Cunanana na punkcie Versace i rysuje fascynującą sylwetkę mordercy rozkładając jego psychikę na czynniki pierwsze.

Edgar Ramirez jako Gianni Versace w serialu 'American Crime Story. Zabójstwo Gianniego Versace' (reż. Ryan Murphy, 2018). (Fot. BEW PHOTO) Edgar Ramirez jako Gianni Versace w serialu "American Crime Story. Zabójstwo Gianniego Versace" (reż. Ryan Murphy, 2018). (Fot. BEW PHOTO)

Choć serial zdobył ogromną popularność wśród widzów, rodzina zmarłego kreatora mody skrytykowała go za nieprawdziwe sceny. Niemniej jednak warto się z nim zapoznać, chociażby ze względu na fenomenalną obsadę aktorską. W rolach głównych występują bowiem uderzająco podobni do swoich pierwowzorów Darren Chris, Edgar Ramirez, Penelope Cruz i Ricky Martin. Produkcja dostępna jest na platformie Netflix.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.

  1. Moda i uroda

Spełnione marzenia w kolekcji limitowanej answear.LAB x Paulina Krupińska

Fot. materiały partnera
Fot. materiały partnera
Co powstrzymuje Cię przed spełnianiem własnych celów? Nie stój w miejscu, podążaj za tym, czego najbardziej pragniesz i nie bój się łamać schematów. W limitowanej kolekcji powstałej we współpracy z Pauliną Krupińską, answear.LAB zachęca Cię do pielęgnowania marzeń i działania. Nastał dobry czas. Dare to dream!

answear.LAB x Paulina Krupińska – kolekcja, która inspiruje

Kolekcja ta jest żywym dowodem na to, że marzenia się spełniają. Młodej marce answear.LAB wyśniła się kapsuła, którą mogłaby zrealizować przy udziale Pauliny Krupińskiej a Paulinie wymarzyło się stworzenia nowego projektu, który będzie w namacalny sposób blisko kobiet, gotowych na kolejny mały i duży krok. Dlatego w nowej kolekcji limitowanej answear.LAB x Paulina Krupińska marka pragnie Ci dodać odwagi i zainspirować: do zmian, wzięcia życia we własne ręce i realizacji marzeń. Kobieta, jej cele i pragnienia leżą powiem u podstaw powstania answear.LAB. Nową kolekcją brand kreśli kolejną kobiecą historię, choć już zapowiada, że w niedalekiej przyszłości pojawi się ich jeszcze więcej. Paulina Krupińska wierząc, że marzenia się spełnia, jest idealną reprezentantką kobiet answear.LAB. Jak sama podkreśla: „Pracując tyle lat w branży modowej marzyłam o czymś, co będzie bardzo spójne ze mną i pod czym będę mogła się podpisać w 100 %. Taka właśnie jest kolekcja answear.LAB: totalnie synergiczna z moim charakterem i wartościami. Wygodne ubrania, które są eleganckie, komfortowe i jednocześnie zmysłowe -takie połączenie sprzeczności jest we mnie i zapewne w każdej kobiecie.” Na zdjęciach promujących kolekcję, wykonanych przez znaną fotografkę kobiecych dusz Martę Wojtal, widzimy Paulinę będącą symbolem każdej z nas, która oszałamia śmiechem, i dziecinną radością, choć z drugiej strony nie boi się emanować zmysłowością i sex-appealem.

Fot. materiały partneraFot. materiały partnera

Komfort i zmysłowość w jednej kolekcji

Aktualne trendy skupiają się przede wszystkim na komforcie i swobodzie, stąd spore ilości ubrań oversize, dzianin, a nawet dresów, jakie możemy zaobserwować w modzie ulicznej. Jednak, czy w pragnieniu komfortu całkowicie zapomnieliśmy o zmysłowych, podkreślających sylwetkę, maksymalnie kobiecych fasonach? Te dwie pozorne sprzeczności postanowiła połączyć marka answear.LAB, która wierzy, że ubrania mają ogromną moc. To, co nosimy, powinno wydobywać nasze największe atuty, sprawiać, że czujemy się pewnie, a jednocześnie nie krępować ruchów i umożliwiać codzienną aktywność i działanie. Propozycje zawarte w limitowanej kolekcji answear.LAB x Paulina Krupińska są minimalistyczne, pełne zmysłowości, a jednocześnie wygodne, idealne, by spełniać w nich swoje marzenia. Marka stawia na proste sukienki na ramiączkach przypominające kultowe slip dress z lat 90., nie brakuje też koszul oversize, szerokich spodni, zwiewnych topów i kopertowych spódnic wykonanych z lejącej się wiskozy, modalu i bawełny. Kontrastem dla ubrań z lekkich tkanin o satynowej strukturze są skórzane komplety: marynarki, kurtki, spódnice i szorty. „W nowej kolekcji stawiamy na jakość materiałów i szycia. Chcemy, aby ubrania w niej zawarte zostały z naszymi klientkami na dłużej w ich szafach– by przez wiele sezonów mogły dodawać każdej noszącej je kobiecie siły, odwagi, a nawet otuchy.” – mówi Agnieszka Korsak, brand director answear.LAB.

Sięgnij po sygnowane przez Paulinę Krupińską ubrania i akcesoria na Answear.com i pamiętaj, że kolekcja dostępna jest w ograniczonych ilościach!

Fot. materiały partneraFot. materiały partnera

  1. Kultura

Stąd do wieczności – Galeria Sztuki Starożytnej Muzeum Narodowego [Galeria Zwierciadła]

Posążek czarnego szakala, który wyobrażał egipskiego boga Anubisa, odpowiedzialnego między innymi za wprowadzenie zmarłych do krainy cieni. (Fot. Piotr Ligier/Muzeum Narodowe w Warszawie)
Posążek czarnego szakala, który wyobrażał egipskiego boga Anubisa, odpowiedzialnego między innymi za wprowadzenie zmarłych do krainy cieni. (Fot. Piotr Ligier/Muzeum Narodowe w Warszawie)
Ten drewniany posążek czarnego szakala ma ponad 3000 lat. Można go oglądać wśród wielu innych eksponatów sztuki starożytnej na wystawie, która – paradoksalnie – jest bardzo aktualna.

Na otwarcie Galerii Sztuki Starożytnej Muzeum Narodowego w Warszawie czekaliśmy blisko dekadę. Została zamknięta w 2011 roku i od tamtej pory trwała jej kosztowna i pracochłonna modernizacja. Nowa galeria powróciła w formie nieporównanie bardziej efektownej. Ekspozycja jest teraz spektaklem światła i cienia. Widz raz czuje się, jakby przemierzał egipską pustynię w pełnym słońcu, by za chwilę zejść w mrok grobowców. Współczesne muzeum musi dostarczać nie tylko wiedzy, lecz także emocji. Nie może też w nim zabraknąć multimediów. I tak, sekcja poświęcona zbiorom starożytnym w nowej aranżacji stała się najbardziej zaawansowaną technologicznie częścią warszawskiej instytucji.


We współczesnym świecie dziewięć lat, w czasie których trwała modernizacja, to niemal epoka. Tymczasem wiek zgromadzonych tu artefaktów liczy się w setkach lat i tysiącleciach. Dziś zbiory, jakimi dysponuje Muzeum Narodowe, byłyby już niemożliwe do zgromadzenia. Czasy archeologów z północy Europy, którzy w basenie Morza Śródziemnego odkrywali antyczne grobowce i świątynie, by wywozić z nich znaleziska do muzeów w swoich krajach, należą do przeszłości. Swoboda obrotu starożytnościami została mocno ograniczona. I słusznie. Dobrze jednak też, że mamy możliwość stanąć przed obliczem czarnego szakala.

Posążek ma 60 centymetrów wysokości (z ogonem) i 56 – długości. Powstał w Egipcie między 1550 a 1069 rokiem przed naszą erą, w epoce tak zwanego Nowego Państwa. Szakal jest jednym z wcieleń Anubisa, egipskiego boga odpowiedzialnego między innymi za wprowadzanie zmarłych do krainy cieni. To także patron balsamistów, którzy mumifikując zwłoki, nosili na twarzach maski właśnie czarnego szakala. Daje do myślenia, jak wiele artefaktów zgromadzonych w Galerii Sztuki Starożytnej – na czele ze słynną „Księgą Umarłych”, nie mówiąc o mumiach – związany jest z zaświatami i życiem pozagrobowym. Ta wystawa niewiele ma nam do powiedzenia o dniu dzisiejszym, ale ukazuje za to kulturę jako sztukę radzenia sobie z wiecznością. W tym sensie Galeria Sztuki Starożytnej jest nie tylko ciekawa, ale w przewrotny sposób również bardzo aktualna – przejęci teraźniejszością, niczego nie potrzebujemy bardziej niż dystansu i zobaczenia jej w szerszej perspektywie.

  1. Kultura

Malta Festival Poznań powraca. "Będzie kolorowo i nostalgicznie"

W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
Festiwal Malta wraca do korzeni. W tym roku między 18 a 29 czerwca Poznań ponownie zmieni się w plenerową scenę zasilaną energią widzów i zaproszonych artystów i artystek – cyrkowców, tancerzy, performerek, muzyków. Tegoroczne hasło brzmi „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta zaprasza w czerwcu do parku Wieniawskiego w Poznaniu. 31. edycja odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”. Powraca teatr plenerowy i Generator Malta, który przygląda się społecznym kontekstom ziemi. Nowym nurtem programowym jest „Portret”, który w tym roku będzie poświęcony szwajcarskiemu reżyserowi Milo Rau. W programie m.in. konferencja o wizji teatru jako przestrzeni oporu wobec kapitalizmu, jako praktyki solidarnościowej i emancypacyjnej, spotkania publicystyczno-literackie „Ruchy oporu” oraz przegląd spektakli wyprodukowanych przez Komunę Warszawa.

31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta powstał w 1991 roku, gdy po dekadach komunizmu wolność odżywała i nabierała nowych znaczeń. Sztuka stawała się przestrzenią wolnej ekspresji i wspólnego świętowania. Maltańskie projekty, pokazywane najpierw nad Jeziorem Maltańskim, a później na ulicach, placach i skwerach całego miasta, były dostępne dla każdego widza.

Pandemia na nowo wyzwoliła potrzebę wspólnego świętowania i celebrowania bycia razem. Z wirtualnych przestrzeni powróćmy na ziemię, odzyskajmy grunt pod nogami. Będzie kolorowo i nostalgicznie - na Maltę powrócą siedzenie na trawie, piknikowanie, a także żonglerka, pantomima, klaunada i akrobacje. Szaleństwo znów przejmie kontrolę nad miastem. Zaplanowano też poranny rozruch na trawie, aby zadbać o ciała, o których istnieniu zapomnieliśmy w czasie pandemii. W ramach rozgrzewek cyrkowych będzie można nauczyć się podstaw akrobatyki, operowania frisbee czy hula-hoop. Taneczne rozgrzewki poprowadzą uznani artyści i artystki tańca współczesnego - będzie to ostatnia odsłona działań ekipy Starego Browaru Nowego Tańca na Malcie.

Na plenerowej scenie będzie można zobaczyć wyprodukowane przez Komunę Warszawa spektakle w reż. Agnieszki Smoczyńskiej, Cezarego Tomaszewskiego, Agnieszki Jakimiak i Anny Smolar oraz „Morderstwo (w) Utopii” Grzegorza Laszuka w Teatrze Polskim. W programie muzycznym prezentacja trzech europejskich scen: Berlina (Laura Lee & the Jettes), Poznania (Izzy and the Black Trees, Shyness!), Kijowa (Gurt O, Ofliyan), koncert Karoliny Czarneckiej z dziewczęcym chórem Skowronki, występ Meli Koteluk i Bartka Wąsika z poezją K. K. Baczyńskiego oraz finałowy koncert odwołujący się do tradycji polskich orkiestr jazzowych międzywojnia Jazz Band Młynarski-Masecki.

Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)

Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)

„Portret” to nowy, międzynarodowy nurt kuratorski Malty, w tym roku wokół twórczości szwajcarskiego reżysera Milo Rau, który jest dyrektorem teatru w Gandawie, NT Gent. Krytycy nazywają go „najambitniejszym” artystą naszych czasów. Teatr Milo Raua jest jednocześnie teatrem wspólnotowym, solidarnościowym, działającym na rzecz dobra wspólnego i symbolicznego Innego, a także teatrem kontrowersji, emocji i artystycznego ryzyka. W spektaklach przywołuje przede wszystkim historyczne i współczesne konflikty, zbrodnie, niesprawiedliwości, rozprawia się ze współczesnymi tabu. Reżyser wykorzystuje materiały archiwalne, stara się poznać jak najwięcej punktów widzenia: powołuje świadków, oddaje głos ofiarom albo ich bliskim, a także ekspertom. Aktorzy i aktorki (profesjonalni i nieprofesjonalni, pochodzący z różnych środowisk i kultur, mówiący różnymi językami) uczestniczą w poszukiwaniach, zbierają informacje, są zawsze współtwórcami scenariusza spektaklu. Na Malcie zaprezentowany będzie głośny spektakl o pierwszym w Belgii morderstwie na tle homofobicznym.

Wyjątkowym wydarzeniem będzie premiera koncertu Projekt Krynicki, który tworzy trzech wybitnych i uznanych kompozytorów – Paweł Mykietyn, Alek Nowak i Paweł Szymański. Każdy z nich przygotowuje muzykę do wierszy Ryszarda Krynickiego – prawykonanie utworów usłyszymy 24 czerwca na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Jedną z kompozycji wykona Sinfonia Varsovia pod batutą Bassema Akiki.

Festiwal ogłosił również dwa konkursy dla środowisk artystycznych – Chodźmy w plener / Let’s hit the outdoors na działania plenerowe – od krótkich form teatralnych i muzycznych po formy nowocyrkowe oraz nabór Zaklepane / Ground Rules na projekty artystyczne do Generatora Malta skupione wokół społecznych kontekstów ziemi. Jury wyłoniło łącznie 17 projektów, które zobaczymy na festiwalu.

Malta zaprezentuje twórców, zespoły teatralne i instytucje kultury z Poznania i Polski. W programie premiera widowiska Teatru Biuro Podróży „Eurydyka”, spektaklu o Grzegorzu Ciechowskim „Kombinat” Teatru Muzycznego, spektaklu Polskiego Teatru Tańca z Moniką Błaszczak i performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego.

W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)

Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)

To dopiero początek ogłoszeń – całość programu zostanie opublikowana na konferencji prasowej pod koniec maja. W programie m.in. teatr w przestrzeni publicznej, teatr krytyczny i teatr familijny, koncerty na świeżym powietrzu, działania dla dzieci, joga na trawie, taneczne rozgrzewki, premiery sztuki zaangażowanej, koncert finałowy, instalacje i interwencje artystyczne, warsztaty, spotkania i debaty. „Wciąż jesteśmy w sytuacji pandemii. Wierzymy, że odpowiedni dystans, przestrzeganie reżimu sanitarnego pozwolą nam oglądać sztukę na żywo. Zapiszcie daty w kalendarzu 18-29.06.2021 – do zobaczenia na Malcie!” - informują organizatorzy Festiwalu.

  1. Kultura

Melissa MacCarthy: "Bez moralizowania proszę!"

Melissa Ann McCarthy, aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.(Fot. Getty Images)
Melissa Ann McCarthy, aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.(Fot. Getty Images)
„Nie masz szans na Hollywood z takimi krągłościami”, usłyszała kiedyś od pewnego menedżera. I paradoksalnie właśnie dlatego doszła do momentu, w którym jest teraz. Trudno zapomnieć jej role, a według licznego grona fanów równie trudno Melissy McCarthy nie pokochać.

Jesteś uwielbiana za role w filmach „Złodziej tożsamości”, „Gorący towar”, „Ghostbusters. Pogromcy duchów” czy ostatnio „Królowe zbrodni”. Grasz w nich kobiety pozbawione kompleksów na punkcie własnej figury. Czujesz, że tym samym robisz w Hollywood rewolucję?
Jeśli już, to czuję się częścią większej zmiany. A ona bierze się z nowego podejścia scenarzystów do postaci kobiet. Nawet nie wiesz, jaka to ulga, kiedy czytasz kwestię swojej bohaterki i lektury nie przerywa ci irytująca myśl: „Że co?! Rany! Która babka by tak powiedziała?!”. Nie chodzi przecież tylko o to, żeby zapełnić ekran kobietami. Ważne jest, żeby ekranowe bohaterki reprezentowały nas naprawdę. Mówiły tak jak my, były wiarygodne psychologicznie, podejmowały określone decyzje i ponosiły ich konsekwencje. Tak, jak robimy my w prawdziwym życiu. No i wreszcie – żeby wyglądały tak jak my.

Uważasz, że to, co dzieje się w branży filmowej, rzeczywiście można nazwać rewolucją czy może to za mocne słowo?
Prawda jest taka, że ja i moje koleżanki i moi koledzy z ekipy możemy wyczyniać nie wiadomo jaką gimnastykę na planie, ale to nie musi przekładać się na uznanie producentów. Głos krytyków też tego nie zmieni – dziennikarze mogą piać z zachwytu, ale dopóki siedzący w biurze wytwórni księgowi nie powiedzą, że film przyniósł zadowalające wpływy, dopóty nie będzie rozmowy o kolejnych takich projektach. Tutaj sędziami są wyłącznie widzowie. Albo nasz film przyjmą i polecą innym, albo odrzucą. Czekam na ich osąd w pokorze, nie panikuję. A musisz wiedzieć, że jestem dość emocjonalną osobą. Kiedy podczas promocji filmu spotkałam się z dziewczynami, z którymi robiłyśmy „Królowe zbrodni” – aktorkami Elisabeth Moss i Tiffany Haddish oraz reżyserką Andreą Berloff – popłakałam się.

Dlaczego?
Było coś wzruszającego w tym, że nad tym projektem pracowały niemal same kobiety. Ja bardzo łatwo się wzruszam, a wtedy spotkałam się z nimi pierwszy raz, odkąd zeszłyśmy z planu. Powróciły wspaniałe wspomnienia z pracy. Nie wiem jak dla nich, ale dla mnie plan filmowy to zawsze w pewien sposób są wakacje. Chociaż muszę uczyć się kwestii i wstawać codziennie bladym świtem, w zamian dostaję coś niezwykle cennego.

Co takiego?
Chociażby komfort korzystania z toalety w pojedynkę [śmiech]. Czegoś takiego nie zaznałam u siebie w domu od 13 lat, czyli odkąd urodziłam pierwsze dziecko i zaadoptowałam psa. Patrząc na dziewczyny, przypomniałam sobie, jak cudowne były miesiące naszej pracy, kiedy mogłyśmy w pełni zaangażować się w swoją robotę, a dodatkowo miałam prywatność, nie musiałam mieć oczu dookoła głowy i zastanawiać się, co zdemolowały moje córki, a co wziął do pyska mój pies.

Zaraz, zaraz… Przecież pracujesz nie tylko jako aktorka. Masz własną kolekcję ubrań, sama szyjesz dla siebie kreacje na gale wręczania nagród. Kiedy się tym zajmujesz?
W ciągu dnia nie mam na to szans. Panuje za duży rozgardiasz. Zazwyczaj szyję po nocach, kiedy dzieciaki i pies śpią, a ja nie muszę się uczyć tekstu. Wtedy siadam do maszyny, co działa na mnie niezwykle odprężająco.

Granie w komediach też cię odpręża? Pytam, bo wielu aktorów twierdzi, że wbrew pozorom właśnie rozśmieszanie widzów to najcięższa robota i że atmosfera na planie komedii potrafi być napięta.
Gatunek nie ma znaczenia, zawsze staram się wycisnąć z tego, co mam do zagrania, wszystko, co się da.

Masz swoje ulubione role? Postaci, które zapamiętasz na zawsze?
Wszystkie po równo obdarowałam swoim ciałem i uwagą. Więc tak jak ważni są dla mnie wszyscy ludzie, bez względu na rasę, płeć i seksualność, tak i wszystkie postaci traktuję tak samo. Co więcej, kocham te moje bohaterki, są dla mnie jak dzieci.

Z Tiffany Haddish i Elisabeth Moss w „Królowych zbrodni” - film dostępny na HBO Go.(Fot. materiały prasowe)Z Tiffany Haddish i Elisabeth Moss w „Królowych zbrodni” - film dostępny na HBO Go.(Fot. materiały prasowe)

Liczyłem, że wskażesz jednak „Królowe zbrodni”, bo to film dobrze oddający ducha naszych czasów: trzy kobiety całkowicie podległe facetom mają dość i buntują się przeciwko patriarchalnym układom. Piękna metafora tego, co dzieje się poza ekranem.
Doceniłam scenariusz „Królowych…” za tę właśnie metaforę. Opowiadamy o kobietach zmęczonych układami. Niby przenosimy się do końcówki lat 70., ale tak naprawdę mówimy o mechanizmach, które obowiązują we współczesnych korporacjach, w ogóle w życiu społecznym. Nie wiem, jak to możliwe, by w XXI wieku na stanowiska menedżerów wciąż byli zatrudniani faceci, którzy krzykiem i presją próbują zarządzać zespołem! Przecież taki nieustannie ponaglany, zestresowany człowiek nie będzie potrafił dać z siebie tego, co ma najlepsze.
W „Królowych…” pokazaliśmy kobiety, które nie tyle buntują się przeciwko takiemu porządkowi, co po prostu znajdują dla niego alternatywę. Nie urządzają sobie polowania na mężczyzn, nie mszczą się na nich, tylko zaczynają działać po swojemu, wypracowują nowy model bez odnoszenia się do bzdurnych męskich reguł. Moja bohaterka nie jest kobietą działającą w gniewie, pragnącą dać każdemu napotkanemu facetowi w twarz. To nie tak. Kobiety u władzy muszą znaleźć własny sposób na zarządzanie, a nie kopiować modelu, który wypracowali mężczyźni. Nasz film opowiada także o tym.

Ty też musiałaś się buntować przeciwko władzy mężczyzn?
Jestem szczęściarą, bo urodziłam się w domu, w którym figura ojca nigdy nie kojarzyła się z siłą. Przez lata nie wyobrażałam sobie, że mama mogłaby bać się taty. Albo że jako dziewczynka miałabym czuć się gorsza od chłopca. Tworzyliśmy naprawdę fajną paczkę przyjaciół, w której każdy liczył się ze zdaniem drugiego, choć moi bliscy nie byli ani hipernowocześni, ani specjalnie wykształceni. Dorastałam w małej mieścinie na farmie, w bardzo katolickim domu. A kiedy mówiłam, że zostanę projektantką, słyszałam: „Świetny pomysł!”, „Dasz radę!”, „Idź za tą myślą!”. Kibicowano moim pomysłom.

McCarthy: 'Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom'.(Fot. Getty Images)McCarthy: "Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom".(Fot. Getty Images)

Dzięki temu wierzyłaś, że możesz wszystko?
Przez długi czas tak. Kiedy przeniosłam się do Nowego Jorku, nie miałam grosza przy duszy, amimo to nie zniechęcałam się. Myślałam, że ciężką pracą i cierpliwością zdobędę to, o czym marzę. W pewnym momencie los postanowił dać mi prztyczka w nos.

Co się stało?
Byłam już dość rozpoznawalna jako standuperka, kiedy dowiedziałam się o pewnym castingu. Poszłam na niego i przeżyłam szok. Dookoła mnie czekały same szczupłe, śliczne dziewczyny, a pośród nich ja – która mogłam uchodzić za dwie osoby w przebraniu. Bardzo przytyłam, bo z braku kasy jadłam wyłącznie tanie, niezdrowe jedzenie: makarony, sosy z konserwantami, parówki. Czułam się na tamtym castingu jak bohaterka „Truman Show”, jakby świat przez całe moje życie mnie oszukiwał. Zaczęłam mieć paranoję, że zarówno moja rodzina, jak i przyjaciele po prostu bali się powiedzieć mi, że jestem nieatrakcyjna i że z takim wyglądem niczego w tej branży nie osiągnę. Po tamtej przygodzie stałam się chodzącym kompleksem. Apogeum nadeszło, kiedy spotkałam się z pewnym menedżerem, który powiedział mi, że nie rozumie, jak taka osoba jak ja – zabawna i bystra – może sobie pozwolić na taką figurę. „Nie masz szans na Hollywood z takimi krągłościami”, rzucił mi prosto w twarz.

I…
I wtedy miarka się przebrała. Bunt wziął górę nad użalaniem się. Miałam już serdecznie dość pytania innych o to, co mi wolno i na co zasługuję. Doświadczyłam oświecenia [śmiech]. Uświadomiłam sobie, że o tym, czego pragnę i potrzebuję, próbuje decydować stojący przede mną facet, który nie ma pojęcia, co potrafię, widzi tylko moją tuszę. Dotarł do mnie absurd całej sytuacji i po prostu zaczęłam się śmiać. Nagle poczułam rosnącą pewność, że to nie on, ale ja sama rozstrzygnę, czy zrobię karierę w Hollywood, czy nie. Świat nie składa się przecież z samych szczupłych, długonogich piękności. I nie trzeba mieć doktoratu z socjologii, żeby to zauważyć.

Jak to doświadczenie przełożyło się na twoje granie?
Nauczyłam się jednego: nie mam prawa oceniać moich bohaterek.

McCarthy w duecie z Richardem E. Grantem w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” (Fot. materiały prasowe)McCarthy w duecie z Richardem E. Grantem w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” (Fot. materiały prasowe)

Nawet kiedy grasz tak kontrowersyjne postaci jak Lee Israel? Oszustkę, która fałszowała listy sławnych pisarzy, a potem sprzedawała je antykwariatom, za co została aresztowana przez FBI w latach 90.? Za rolę w „Czy mi kiedyś wybaczysz?” dostałaś nominacje do Oscara i Złotego Globu.
Przyczyn sukcesu tego projektu upatruję właśnie w niemożności wybronienia Lee. Takie niejednoznaczne, trudne postaci to moim zdaniem przyszłość amerykańskiego kina. Zauważ, że Hollywood niemal nie pokazuje negatywnych głównych bohaterek. One są najczęściej heroinami w opałach albo czekającymi na księcia z bajki nieszczęśliwymi kurami domowymi. Albo bohaterkami przez duże B. Widz ma zawsze z nimi sympatyzować. Mam tego dość, bo kobiety nie są dobre i fajne tylko dlatego, że są kobietami. Mamy różne historie i różne motywacje. Tak samo Kathy z „Królowych zbrodni”. Nie mogłam jej oceniać, bo ona jest w sytuacji, kiedy zostaje sama z małymi dziećmi. A co robić, kiedy wiesz, że twoim dzieciom grozi spanie na ulicy? Ja nie mam wątpliwości, do czego byłabym w takiej sytuacji zdolna.
Lubimy mówić: „Ja na jej miejscu zachowałabym się inaczej”, „Nie pozwoliłabym sobie na coś takiego”, „Na pewno dałoby się tę sytuację rozwiązać w inny sposób”. Niezwykle łatwo przychodzi nam pouczanie i mówienie innym, jak mają żyć.

McCarthy z Octavią Spencer w „Thunder Force” (Netflix, premiera 9 kwietnia).McCarthy z Octavią Spencer w „Thunder Force” (Netflix, premiera 9 kwietnia).

I to mi się bardzo podoba – grasz w filmach, w których nie moralizowania ani litowania się nad kobietami. To daje moc. A czasem nawet supermoc, jak w najnowszym filmie „Thunder Force” – grasz w nim superbohaterkę w kostiumie plus size.
Najbardziej zależy mi na tym, żeby zamknąć usta moralizatorom. Pokazać, że nie mamy prawa oceniać innych, jeśli nie jesteśmy na ich miejscu. Sporo filmów z mojej filmografii pozwala spokojnie przyjrzeć się pokazywanym w nich bohaterkom. Przyjrzeć i łaskawie zamilknąć, darując sobie wszelkie niepochlebne komentarze. 

Melissa Ann McCarthy rocznik 1970. Aktorka dwukrotnie nominowana do Oscara – za role w filmach „Druhny” i „Czy mi kiedyś wybaczysz?”. Karierę rozpoczynała jako standuperka. Studiowała na wydziale ubioru w Southern Illinois University, stworzyła linię ubrań dla kobiet plus size. W 2016 roku „Time” umieścił ją na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wiele razy znalazła się też w różnych zestawieniach najlepiej opłacanych aktorek.