fbpx

Zintegrujmy medycynę – wywiad z Andrzejem Krajewskim

Zintegrujmy medycynę – wywiad z Andrzejem Krajewskim
fot.123rf

Małgorzata Braunek pozostawiła po sobie nie tylko wspaniałe role i przykład życiowej drogi samorozwoju i duchowości, ale także refleksje płynące z choroby nowotworowej. A dotyczące leczenia. Chodzi o wspieranie idei medycyny zintegrowanej, łączącej to, co najlepsze w konwencjonalnej sztuce leczenia, oraz wszystko, co skuteczne i bezpieczne w medycynie ekologicznej, a także w dorobku duchowym i psychologicznym. Jak bliscy i przyjaciele aktorki chcą zrealizować tę koncepcję mówi mąż Andrzej Krajewski.
ROZMAWIAJĄ ANNA BIMER, BEATA PAWŁOWICZ

Skąd wziął się pomysł wspierania idei rozwoju medycyny holistycznej, zwanej obecnie zintegrowaną?

Z doświadczenia. W chwili gdy Małgosia zachorowała, byliśmy, jak to zwykle bywa, totalnie zaskoczeni diagnozą. Zwróciliśmy się do przyjaciół w konwencjonalnej służbie medycznej, a oni zrobili, co mogli w ramach tego, czym dysponują. Dostaliśmy prawdopodobnie najlepszą opiekę medyczną. A jednak pomimo nadzwyczajnej troski profesora Cezarego Szczylika, którą żona była otoczona w szpitalu, oraz tego, że to była opieka specjalnie dedykowana żonie, mieliśmy poczucie, że jest niewystarczająca i niepełna. Zderzyliśmy się z tym, z czym wszyscy pacjenci, czyli z niedoinformowaniem, niezaopiekowaniem, niedoleczeniem. W konwencjonalnej medycynie leczenie sprowadza się do kilku podstawowych metod: chemioterapii, radioterapii, zabiegów chirurgicznych. To wszystko odbywa się w szpitalu. Ale potem człowiek idzie do domu i pies z kulawą nogą się o niego nie troszczy. Jest zostawiony sam sobie. Nie ma pojęcia, jak się zachowywać pomiędzy chemioterapiami. Nie ma nikogo, kto by mu doradził. Konwencjonalna medycyna leczy konkretne chore organy podczas pobytu w szpitalu. Chory słyszy tylko: „Proszę przyjść za trzy tygodnie”.

I nie ma pojęcia, czy mógłby coś dla siebie zrobić w tym czasie.

Ja pytałam lekarzy onkologów w różnych szpitalach warszawskich, czy jest coś za granicą, może nielegalne, co można dodać do leczenia. Usłyszałam: „Absolutnie nic”.

Myśmy się też z tym spotkali. Wysokiej klasy specjaliści nie widzą, jak sądzę, szerzej niż poza ich specjalnością. Profesor, który uczestniczy we wszystkich naukowych konferencjach, wie, że w jego specjalności nie dzieje się nic więcej, niż on wie. Jeżeli człowiek jest ukierunkowany wyłącznie na swoją dziedzinę czy szkołę, nie ma pojęcia, czy pozostałe punkty widzenia są coś warte. Co więcej, ma tendencję do odrzucania wszystkiego, co inne, ponieważ opiera się to na innych kryteriach. A kryterium dla medycyny konwencjonalnej stanowią naukowe badania, statystyki, środki, dzięki którym wiemy, co jest skuteczne, a co nie. Reszta dla konwencjonalnej medycyny to z palca wyssane zabobony. Rynek oszustów, szalbierzy, oszołomów… itd. Przy czym zastrzegam, że nie chodzi o to, żeby walczyć z medycyną konwencjonalną, lecz żeby rozszerzać punkt widzenia, doprowadzić do jakiejś rozmowy na taki temat. Otóż z kontaktów Małgosi z medycyną konwencjonalną wynikało, że lekarz konwencjonalny czuje się bezpieczny, również etycznie, jak długo się trzyma swoich procedur.

Jednak następuje kolizja interesów: bezpieczeństwo lekarza przeciw bezpieczeństwu pacjenta.

Toteż szybko przekonaliśmy się, że opieka konwencjonalna – chociaż wydawało się, że jest wystarczająca i jedyna – okazała się niewystarczająca. Przede wszystkim żona, która była bardzo świadoma od strony medycznej, czuła duży niedosyt opieki pomiędzy pobytami w szpitalu. Nikt jej nie mówił, jakie będą skutki różnych ingerencji w jej ciało. Sami zaczęliśmy szukać, co skończyło się marnie, bo zostaliśmy zalani tsunami informacji z Internetu, z „doktora Google”. Również różni obcy ludzie, gdy się dowiedzieli, że Małgosia choruje, zaczęli przesyłać porady. Niektórzy dlatego, że ktoś w rodzinie został wyleczony jakąś metodą. Inni dlatego, że sami prowadzą takie usługi, i proponowali je nam. Jeszcze inni gdzieś tam coś usłyszeli… Spływały setki porad. Tonąłem w tym, bo jak te informacje sprawdzić? Każdy utrzymuje, że ma supermetodę. Z dobrego serca ktoś nam załatwiał amigdalinę (witaminę B17). Czytam więc na jej temat, ale się na tym nie znam. Rozmawiam więc z profesorami. Oni mówią: „Nic na ten temat nie wiemy”. Albo: „Zostaw to, bo to trucizna”. Ja im na to: „Dobrze, ale przecież chemia też jest trucizną”. „Ale my wiemy, jak ją podawać – słyszę. – A tu nie ma żadnej jasności, jak to działa”.

Przestraszyliśmy się, zwłaszcza że lekarze medycyny konwencjonalnej domagali się, by ich terapie doprowadzić do końca. Oni nie chcieli ryzykować podawania czegoś, o czym nic nie wiedzieli. Tymczasem na mnie spadały oferty wszystkiego, co tylko ktoś gdzieś zastosował. Na przykład metoda z wprowadzeniem pod skórę ziarna cieciorki. Próba omówienia tego z lekarzami konwencjonalnymi to żart. Oni uważają, że jesteśmy ofiarami rynku. Rzeczywiście bywa i tak. Spotkałem się z próbami zastawienia pułapki na nas, żebyśmy kupili książkę za 29,95 dolarów. Cała rozmowa była przygotowaniem do lokowania produktu. Tak było wiele razy, więc zacząłem być podejrzliwy wobec tych wszystkich cudownych metod, które ludzie przesyłali. Ale też nie sposób było rozeznać się w nich, nie sposób ocenić. Jak się nie ma kompetencji, człowiek nie ma szansy. Dodatkowo było jasne, że rzucić się w medycynę niekonwencjonalną oznacza nadwyrężenie stosunków z medycyną konwencjonalną. A więc wstrzymaliśmy się.

Więcej artykułów o tematyce onkologicznej znajdziesz w marcowym numerze magazynu Zwierciadło

Strach zaryzykować, a lekarze szpitalni mówią „nie wolno” na wszystko, co nie jest na ich liście, nawet nie sprawdzając w piśmiennictwie, czy dany środek naturalny nie zmniejszy np. dokuczliwości terapii chemicznej.

Tak, toteż żona stosowała mnóstwo różnych wspaniałych praktyk i terapii, ale nie z Internetu, tylko wywodzących się z naszej ścieżki duchowej. I z całą pewnością nie przeżyła tego okresu w taki sposób, w jaki przeżyłaby, gdyby nie bardzo silne osadzenie w duchowości. Ani razu nie popadła w panikę, rozpacz, jakieś próby oskarżania siebie albo innych. Była niezwykle silna psychicznie, poddając się jednocześnie wszystkim emocjom, które są całkowicie naturalne. Jej dzień zaczynał się od tego, że o szóstej rano zaczynała mantry przez 30 minut. Potem stosowała wizualizacje różnego typu. Nie tylko typowo buddyjskie, ale wizualizowała sobie na przykład swoją chorobę. Swoje tkanki. I prowadziła z tymi tkankami dialog. Mówiła, że w jakiś sposób jest im wdzięczna za niektóre efekty tej choroby. Za to, że jest bardziej świadoma swojego ciała, bardziej świadoma swojego ducha, siebie. Że widocznie coś się stało, czego ona nie dopatrzyła w ciele psychofizycznym. Że dziękuje im za sygnał i że spróbuje zrobić, co może. Boże, ile ona tych praktyk robiła. Od szóstej rano, do godziny dziesiątej. I to było niezwykle ważne, bo wypełniało dzień. To była też próba wpływania na rozwój wypadków. Najbardziej spektakularna i szalona była śmiechoterapia. Szalona, bo żona stosowała ją już w dosyć ciężkim stanie, po tym jak zrobiono jej stomię. To ciężki zabieg. Zmienia chorego w inwalidę. Jednak codziennie wieczorem odbywała seans telefoniczny tak zwanej jogi śmiechu z koleżanką z naszej sangi. Wprowadzały się w stan wyprodukowanego śmiechu. Był prawie nie do odróżnienia od normalnego. Zarykiwały się. Nie mogłem się napatrzeć. Ona, która ma świadomość, że jest bliska śmierci, śmieje się do rozpuku. Wychodziłem czasami na korytarz ciekawy reakcji innych chorych. A oni powoli przemykają po tym korytarzu ze stojakami na kroplówki i kompletnie nie wiedzą, co zrobić. Żona wiele razy mówiła: „Ja mam szczęście, że nie jestem sama”. Dla niej to było niebywale ważne. Jak się muszą czuć ludzie, którzy nie mają nikogo, kto z nimi siedzi, potrzyma za rękę i mówi: w porządku”. Albo ci, którzy nie znajdują podpory w duchowości? Jakież to cierpienie, rozpacz, jakie pogubienie, jaka panika! To nas wtedy uderzyło.

Jesteśmy wychowani w przekonaniu, że duchowością można się uleczyć.

Sama duchowość nie wystarczy. Człowiek jest istotą fizyczno-duchową. Duch tego nie uciągnie. Chociaż jest ważny. A z innej strony patrząc, my się zmagamy z losem. Nie wierzę w to, że w naszej mocy leży negocjowanie z nim. Co by to oznaczało? Że odwleczemy wszystko na wieczność? Że się staniemy kompletnie niepodatni na choroby? Na śmierć? Wierzę, że duchowość – mądra duchowość – może nas uodpornić na wiele rzeczy, które się wydarzają. Pokazuje nam właściwą drogę postępowania w życiu. I w tym sensie ratuje nas przed różnymi przypadkowymi zakłóceniami. Ale trzeba się przygotować, że życie jest takie, jakie jest. Jeśli mamy zbyt sztywne wyobrażenie, jakie powinno być, to takiej refleksji nie mamy, tylko narzekamy. Małgosia była przygotowana na to, żeby zobaczyć, jakie życie jest, a nawet docenić wszystko to, co się w tym życiu wydarza. Ze śmiercią włącznie.

Nie zadawała sobie klasycznego pytania: „Dlaczego ja”?

Unikaliśmy rozmów na ten temat. Oczywiście, to nie było całkiem do uniknięcia. Ale ona się zastanawiała, jakie sama popełniała błędy, czy gdzieś czegoś nie dopilnowała. Bo chodziła, robiła badania. Więc analizowała raczej, gdzie trzeba było bardziej się wzmacniać. Być może trzeba było pojechać do Indii do kliniki ajurwedy, gdzie wzmacniają cały organizm. I tutaj wracamy do wniosku, że to przyszło za późno. Bo jeśli się zdajemy całkowicie na medycynę konwencjonalną plus te wszystkie dodatki – to widocznie za mało. Poza tym rak już był bardzo zaawansowany. Gdy pierwszy raz trafiliśmy do szpitala, profesor Cezary Szczylik powiedział: „Małgosiu, jeszcze miesiąc i już by cię nie było”. Natychmiast zaczęło się leczenie: operacja, potem była chemia. Szło znakomicie! Pamiętam listopad, już była po największych ingerencjach. Czuła się bardzo dobrze. Markery jej spadły z kilkuset do czterdziestu pięciu. Więc byliśmy pełni nadziei! A potem okazało się, że nie można dokończyć chemii, ponieważ szpik przestał pracować i trzeba było czekać. Choroba zaczęła wtedy szaleć.

Małgorzata była znana z zaskakujących decyzji, zrezygnowała kiedyś z kariery i postawiła na pracę nad sobą, na duchowość. Gdy zachorowała, spodziewaliśmy się, że raczej pojedzie po pomoc do Indii, do Peru…

Człowiek w pierwszym odruchu leczy się tym, co ma pod ręką i co mu zapisuje lekarz. I dlatego inne rodzaje leczenia powinny być dostępne tu, gdzie żyjemy. Nie powinniśmy być skazani na szukanie ich po całym świecie. Tam dużo się dzieje. Ja się nie mogę nadziwić, że tego nie widzę w Polsce. Przeglądanie stron internetowych wybitnych amerykańskich i europejskich instytucji medycyny holistycznej, integralnej, alternatywnej itp. wskazuje na to, że jest całkowita zmiana paradygmatu. Wszędzie się mówi o tym, że trzeba leczyć całego człowieka, a nie tylko jego organ. Wszędzie się mówi o tym, że trzeba leczyć nie tylko podczas wizyt w szpitalu, ale pomiędzy nimi. Chory musi być zadbany. Myśmy tego nie znaleźli w Polsce. Ale nie wiedzieliśmy, że w ogóle może być inaczej. Wiedzieliśmy, że jest medycyna Wschodu… I dopiero podczas choroby żony zaczęliśmy to wszystko śledzić. Ale to również podlega prawom rynkowym. Znów się człowiek gubi i naraża na wielki błąd.

Więcej artykułów o tematyce onkologicznej znajdziesz w marcowym numerze magazynu Zwierciadło

Dlatego te rozmaite kliniki powinny być też w Polsce.

Zwłaszcza te podchodzące do medycyny całościowo, jak choćby klinika prof. Herzoga. Jego propozycja zrobiła na nas wrażenie, bo się okazało, że jest to jedyne ze znanych nam miejsc nieegzotycznych, które proponuje „metodę komplementarną” leczenia. Tym bardziej że do Niemców wszyscy mamy zaufanie, że robią solidną robotę. Dlatego zaczęliśmy zbierać pieniądze na leczenie.

Co konkretnie pana przekonało do Herzoga?

Wszystko, o czym żeśmy czytali gdzieś tam: amigdalina, hipertermia, witamina C, fitoterapia… – wszystko mają w swojej ofercie. I Herzog powiedział, że oni zastosują to, co będzie wskazane. Wtedy zaczęły się komplikacje zdrowotne. Nie wiedziałem, czy mamy szansę dotrzeć do Niemiec. Szukaliśmy pomocy bliżej. Wtedy się okazało, że część tych metod, które Herzog oferuje, już w Polsce jest dostępna. Tylko rozrzucona. Dosłownie kilka dni przed śmiercią żony dowiedziałem się, że w Warszawie oferują hipertermię, amigdalinę. Są gabinety, które to robią. Zacząłem pytać wśród konwencjonalnych lekarzy, żeby mieć pierwszą opinię.

A oni powiedzieli, że to jest niesprawdzone. Że lekarze niekoniecznie mają uprawnienia. A może to w ogóle nie lekarze? Nieszczęście polega nie na tym tylko, że ten typ terapii nie jest dostępny w Polsce, ale że on nie jest zweryfikowany. Dla mnie w tym obszarze jest duża rzecz do zrobienia. Jeśli my z naszą wiedzą, z naszymi kontaktami nie wiemy, to kto ma coś wiedzieć?

Czyli dochodzimy do wniosku, że to, co jest w Europie zupełnie legalne, u nas cały czas jest na poziomie podziemia.

Musi powstać jakieś zarządzenie ministerialne w tej sprawie, że stawiamy takie kliniki albo rynek musi to wymusić, jak to się dzieje w Stanach i wielu innych krajach. Oni, czyli lekarze, muszą zacząć walczyć o pacjenta. A walczy się, oferując kompleksową opiekę. Zmiana systemu jest potrzebna. Ale medycyna konwencjonalna w tej chwili w sposób wręcz histeryczny broni swojego stanu posiadania. Oni nie mogą się zgodzić na to, żeby dopuścić, że istnieją jakiekolwiek inne metody niesprawdzone, bo straciliby wiarygodność. Myśmy z żoną mówili: Jesteśmy w takiej tragicznej sytuacji, to jak się mają inni? Stąd się wzięła myśl, że jeżeli zostaną jakieś pieniądze z tego wyjazdu do Herzoga, to wykorzystamy je na powołanie fundacji i stworzenie ośrodka informacji. Zwłaszcza że i tak miałem setki telefonów, mejli od ludzi, którzy pytali: „Co wy robicie? Co można zrobić?”. Zacząłem funkcjonować jako skrzynka kontaktowa. Bo chory jest zdany na to, co mu powie lekarz.

Jak to zmienić?

Pierwsza rewolucja musiałaby polegać na tym, że chory jest wyczerpująco poinformowany o wszystkim: co to oznacza, jakie są przyczyny, rodzaje i kuracje. Do czego on jest uprawniony i jakie ma możliwości w sensie konwencjonalnym. Zacząłem na ten temat rozmawiać z ludźmi blisko systemu i się zgodzili ze mną, że takie uporządkowanie konwencjonalnego rynku byłoby pożyteczne. Krótko mówiąc, trzeba, żeby chory miał w ręku przewodnik po swojej chorobie. Kliniki, głównie amerykańskie, takie przewodniki opracowały. W tej chwili kompletujemy zespół lekarzy, którzy zechcą ocenić, który z tych projektów jest najlepszy na polskie warunki. Czyli pierwszy projekt fundacji to wydanie wysokiej klasy przewodnika po chorobie onkologicznej.

Co z terapiami i lekarzami, którzy wykraczają poza uniwersytecką konwencję?

Dopóki konwencjonalni obrzucają oskarżeniami niekonwencjonalnych, pacjent na tym traci. Starym chińskim lekarzom płacono za utrzymanie zdrowia, co sprawiało, że cały czas musieli dbać o pacjenta! I to właśnie nazywamy filozofią holistyczną w medycynie i w tym kierunku zmierzamy, zgodnie z pożegnalnym listem Małgosi. Trzeba znaleźć wspólny język. W związku z tym niesłychanie ważne, by doprowadzić do rozmów lekarzy medycyny konwencjonalnej z niekonwencjonalnymi. Ale rozsądnymi i odpowiedzialnymi. Bo po ich stronie też zdarza się radykalizm i mam przyjaciół, którzy ewidentnie Małgosię przekonywali: „Natychmiast rzuć chemię. Ja cię wyleczę”. Dlatego doprowadzenie do spotkania tych środowisk nie jest takie proste. A wszyscy się zgadzamy, że powinno w końcu dojść do lekarskiego okrągłego stołu. Do tego właśnie zmierzamy z naszym projektem przewodnika. Otwarcie go na to, co jest w tej chwili na świecie oczywiste. Na holistyczny stosunek do choroby i do człowieka. Teraz stoimy przed zadaniem stworzenia grupy lekarzy, którzy zechcą kompetentnie się tym zająć.

Więcej artykułów o tematyce onkologicznej znajdziesz w marcowym numerze magazynu Zwierciadło

Widzi pan argument, który przekona lekarzy?

Chory brzytwy się chwyta. Ludzie będą po te niekonwencjonalne metody sięgać, gdy nie będzie znikąd nadziei. Nie można stawiać sprawy na zasadzie: albo chemia, albo żegnaj się z życiem. Myśmy szukali pomocy, więc dlaczego inni mają nie szukać? Szalenie potrzebne jest miejsce zaufania publicznego, gdzie ludzie się zwrócą: „Powiedzcie, czy te Chiny to jest coś poważnego? A cieciorka, a witamina C, a ozonowanie krwi? A czy to miejsce, gdzie to robią, jest poważne, bezpieczne?”. Zaufana informacja czy punkt konsultacyjny to byłby ogromny komfort dla pacjentów. A pod nazwiskiem Małgosi to będzie miało zaufanie ludzi… Rozmawiałem z lekarzami z ośrodka holistycznego w Warszawie, bardzo się zapalili, bo też chcieliby wyjść na zewnątrz z czymś, co jest sprawdzalne, wiarygodne. Bo również wiedzą, że istnieje na rynku mnóstwo rzeczy niewiarygodnych. I nie chcą być z nimi wiązani ani myleni.

Najważniejsze, by ludzi poinformować, że jak usłyszą: „Umrzesz za trzy miesiące”, to mogą pójść do innego lekarza, który być może przeciągnie ich przez trzy lata.

Chcieliśmy w perspektywie zbudować ośrodek edukacyjno-medytacyjny bądź, ale nic nie wiedzieliśmy o prowadzeniu takiego projektu. I wtedy spotkaliśmy Kasię z fundacji „pokonaj raka” i złączyliśmy siły pod nazwą „pokonaj raka. Bądź”. Czyli pokonaj raka, żyj, ciesz się. Chcemy wspólnie także przypomnieć naszą akcję „uśmiechnij się”, zaczynając w dniu urodzin Małgosi.

UŚMIECHNIJ SIĘ – POKONAJ RAKA – BĄDŹ

Małgorzata Braunek niezwykle mądra, życzliwa, tolerancyjna – poprosiła najbliższych o realizację „testamentu dobra”. Zależało Jej na uaktywnieniu wcześniej założonej przez nią Fundacji „Bądź”, która teraz będzie pomagała chorym onkologicznie i ich rodzinom w poszukiwaniu właściwych metod leczenia. Intencją aktorki było wypracowanie nowego wizerunku choroby i holistycznego podejścia do pacjenta.

Fundacja „Pokonaj Raka” założona przez Katarzynę Gulczyńską powstała z wadzenia się z życiem, z przekory. Jej założycielka po prostu chciała, żeby Ktoś żył! Uznała, że nie może pozwolić, by umarł, a jedyne, co mogła wtedy zrobić, to wejść na wysoką górę. A potem kolejną i następną… Fundacja „Bądź” Małgorzaty Braunek ma inną historię, ale ten sam powód – jest nim rak i człowiek, człowiek i rak. Pierwszego dnia wiosny pod wspólnym szyldem „Pokonaj Raka. Bądź” proponujemy cykl wydarzeń na terenie Warszawy. Nadaliśmy mu nazwę „Uśmiechnięta Warszawa – ruszamy w stronę słońca”. Bo i w chorobie, i po jej zakończeniu obowiązkowo należy patrzeć w słoneczną stronę. Odbędą się m.in. zajęcia terapeutyczne ze sztuką, które poprowadzi Joanna Świerczyńska, absolwenta warszawskiej ASP. Artystka zakłada, że będzie to warsztat dla osób nieumiejących rysować. Podczas warsztatu uczestnicy dokonają plastycznej rewitalizacji budynku w Warszawie na ulicy Wileńskiej. Nanoszenie kolejnych warstw farby przy tworzeniu własnej wizji obiektu, który otrzymają w wersji czarno-białej, będzie symbolizowało zmianę siebie samego podczas choroby i po chorobie swojej lub bliskiej osoby. Tak jak pojawiać się może pod wpływem naszej ręki i zaledwie kilku środków wyrazu postęp na kartce papieru, tak następuje progres naszego organizmu, swoista rewitalizacja, której „nowego” kształtu jesteśmy autorami my sami. Warsztaty twórcze mają też ten wielki sens, że angażują uwagę i przenoszą ją na moce ozdrowieńcze – spontaniczność myślenia, łatwość podejmowania właściwych decyzji, kreatywność, umiejętność przeobrażania, dokonania zmiany. Potrzebujemy do niej zaledwie i aż chęci, decyzji, dania dojścia do głosu instynktowi, życiu samemu.

Poza warsztatami twórczymi zaprosimy do medytacji OSHO pod hasłem: ENERGIA! TANIEC! RADOŚĆ!, na lekcję jogi wg B.K.S. Iyengara oraz do spróbowania sił w tańcu uzdrawiającym. Przyłącz się do nas w Warszawie 21 marca, czekamy. Więcej na stronie www.pokonajraka.com

Rak zmienia życie, ale nie jego wartości.

Więcej artykułów o tematyce onkologicznej znajdziesz w marcowym numerze magazynu Zwierciadło