1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak pokonać nieśmiałość?

Jak pokonać nieśmiałość?

123rf.com
123rf.com
Nie potrafisz nawiązać kontaktu z innymi? Pocą ci się dłonie przed każdym wystąpieniem? A może przerasta cię zapytanie o cokolwiek podczas zakupów w centrum handlowym? Zacznij stopniowo, ale śmiało pracować nad swoją nieśmiałością

1. Postanów, jakich zmian chcesz dokonać

a)     Zmiany muszą być realne. Jeśli twoja nieśmiałość nie pozwala ci na wejście to „twojego” sklepu, by kupić gazetę, nie zaczynaj od pomysłu, aby przygotować prezentację dla 200 osób! Wytyczaj sobie niewielkie cele i pamiętaj o metodzie drobnych kroczków.

b)    Określ sposób kontrolowania swoich postępów. Np. zacznij prowadzić dziennik, w którym będziesz zapisywać swoje osiągnięcia.

c)     Cel nazwij precyzyjnie, abyś wiedziała, kiedy go osiągnęłaś. Niech to będą stwierdzenia typu: „Do końca przyszłego tygodnia rozpocznę rozmowę z dwoma osobami z pracy w czasie przerwy obiadowej”.

d)    Za wypełnienie zobowiązania należy się nagroda. Nagradzaj się za każdy najmniejszy zrealizowany punkt planu – np. spacerem lub relaksującą kąpielą.

2. Jeśli trudność sprawia ci konwersacja twarzą w twarz, możesz zacząć od rozmowy przez telefon. Zadzwoń:

a)     Do informacji turystycznej dowolnego regionu i poproś o podanie kilku informacji. Podziękuj osobie, z którą rozmawiałaś i zwróć uwagę na jej reakcję.

b)    Do kina i zapytaj o pory seansów filmu, na który chciałabyś się wybrać.

c)    Do programu radiowego. Wyraź pozytywną opinię na temat audycji, a potem zadaj jakieś pytanie.

 3.  Zadbaj o swoją prezencję – postaraj się wyglądać tak dobrze, jak to tylko możliwe. To dodaje pewności siebie

a)     Idź do fryzjera. Wspólnie wybierzcie fryzurę, która do ciebie pasuje.

b)    Zastanów się, w jakich ubraniach wyglądasz najlepiej. Jeżeli stwierdzisz, że całe życie wybierałaś czarne lub szare stroje, by mniej zwracać na siebie uwagę, powoli zacznij wprowadzać zmiany w swojej szafie. Pomyśl o wizycie u kolorystki – podpowie ci, jakie kolory najlepiej podkreślają twoją urodę.

 4. Nawiąż rozmowę w sytuacji, gdy jesteś anonimowa

Odważ się na to na poczcie, w kolejce w sklepie spożywczym lub w poczekalni u lekarza. Możesz zapytać obcą osobę o coś, co was łączy, np. „Czy to dobry zakup? Nigdy tego nie próbowałam”.

5. Praw komplementy. Jeśli są szczere, mogą być łatwym sposobem rozpoczęcia wymiany zdań

Możesz skomentować wiele różnych rzeczy: uczesanie („świetna fryzura! Wyglądasz bardzo stylowo”), samochód („masz piękny wóz”), umiejętności („robisz przepyszne ciasta”). Aby nawiązać rozmowę, wystarczy dodać jeszcze pytanie: „mogłabyś mi podać namiar na swojego fryzjera?”, „od kiedy masz ten samochód?”, „korzystasz z przepisów czy w kuchni polegasz na intuicji?”.

6. Nie bagatelizuj komplementów pod swoim adresem i naucz się je przyjmować

Najprostszym sposobem jest podziękowanie. Kolejnym krokiem może być rozwinięcie tematu, np. „dziękuję, trafiłam na tę bluzkę zupełnie przez przypadek, ale gdy ją zobaczyłam, wiedziałam, że musi być moja!”.

7. Przygotowuj się na spotkania z ludźmi, żeby mieć coś do powiedzenia

Przestań myśleć o tym, że zabraknie ci tematów do rozmowy. Pewności siebie doda ci to, że jesteś dobrze poinformowana.

8. Naucz się aktywnie słuchać. Zwracaj uwagę na wypowiedzi innych i obserwuj ich mowę ciała

Staraj się jak najlepiej zrozumieć swojego rozmówcę. Nie wahaj się zapytać o wyjaśnienie, gdy czegoś nie wiesz (np. „czy masz na myśli to, że…?”, „nie rozumiem. Czy możesz mi to wyjaśnić?”). Nie bój się przyznać do swojej niewiedzy. Ludzie najczęściej chętnie wyjaśniają innym różne rzeczy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nieśmiałość - lęk przed kontaktem z ludźmi

Jak rodzi się nieśmiałość? I co zrobić, gdy zaczyna nam zatruwać życie? (fot. iStock)
Jak rodzi się nieśmiałość? I co zrobić, gdy zaczyna nam zatruwać życie? (fot. iStock)
Co nam dodaje skrzydeł? Radość życia, entuzjazm, miłość, przyjaźń, ciekawa praca, pasja tworzenia... Tego wszystkiego może pozbawić nas nieśmiałość. Mało, że podcina skrzydła. Czasem pęta nogi tak, że trudno zrobić krok.

Słowo nieśmiałość zostało zapisane w średniowiecznych annałach już ponad 1000 lat temu. Jako nieśmiałą określano osobę trudną w kontakcie z powodu swojej bojaźliwości. Rzecz nie jest więc „nowoczesnym wynalazkiem”, może tylko współcześnie bardziej boli, bo wszystkie możliwe media, a także poradniki przedstawiają model człowieka sukcesu: idącego przez życie na zasadzie cel-pal, zwalczającego własne słabości równie łatwo, jak łatwo łamie się zapałkę. Tymczasem – to nie takie proste. O ile zupełnie możliwe jest wykorzenienie i unicestwienie jakiejś drobnej przywary, o tyle trudno w ten sam sposób wychować w sobie przebojową kobietę czy dynamicznego, rzutkiego mężczyznę, jeśli właśnie nieśmiałość jest podstawowym zrębem naszej osobowości. Aby sobie z nią poradzić, trzeba najpierw odpowiedzieć na pytania: czym jest?, skąd się może brać?, a dopiero potem szukać sposobów, aby ją opanować.

Wachlarz nieśmiałości

Jak to zwykle bywa, definicji zjawiska jest wiele. Najbardziej pojemną wydaje się ta, która określa nieśmiałość jako zachowanie osoby świadczące o świadomej niezdolności do podjęcia czynności, mimo że ma na ich temat wiedzę. Amerykański psycholog społeczny, prof. Zimbardo twierdzi, że osoba nieśmiała czuje się stale skrępowana wśród ludzi lub w różnych sytuacjach. Charakteryzuje ją rezerwa i brak wiary we własne siły. Jest to więc pewien rodzaj lęku społecznego.

Oczywiście, nieśmiałość nieśmiałości nierówna. Może być sytuacyjna albo chroniczna. Występuje też w różnym zakresie: przybiera lekką formę, np. zakłopotania, w momencie zainteresowania naszą osobą, aż po upośledzenie psychiczne, które może okaleczyć człowieka równie silnie jak poważny fizyczny defekt (tak pisze o tym Zimbardo) i uruchamia autoagresywne mechanizmy: uniemożliwia zawieranie przyjaźni, przeszkadza w publicznej obronie własnych praw, każe nadmiernie przejmować się własnymi reakcjami, obawiać, jak zostaną ocenione przez innych, zamyka człowieka w skorupie lęku, z którego nie potrafi wyjść. Gdy stan się przedłuża, do psychicznych bolączek mogą dojść kłopoty ze zdrowiem: spowodowane stresem choroby autoimmunologiczne (czyli organizm atakuje sam siebie), depresyjność, lęk i przeraźliwa samotność.

Typowa nieśmiałość ma kilka objawów fizjologicznych: przyspieszone bicie serca, czerwienienie się, wystąpienie plam na szyi i twarzy, suchość w ustach, pocenie się, drżenie rąk, nudności. Te trzy ostatnie symptomy typowe są dla fobii społecznej: mogą nawet utrudniać podstawowe czynności, jak wyjście z domu do pracy.

Gdy dziecku czegoś brak

Nieśmiałości nie można rozpatrywać jako cząstki „wyjętej” z człowieka, jak kawałek tortu. Jak to zwykle bywa, odpowiedzi na pytania: kim jesteśmy i dlaczego właśnie tacy?, należy szukać w dzieciństwie. Mamy na myśli charakter, na który mają wpływ przede wszystkim rodzice. Jego zręby tworzą się od pierwszych chwil życia, przy czym pierwszych sześć lat to kluczowy okres, kiedy formuje się baza dla późniejszego rozwoju człowieka. Właśnie psychologia rozwojowa zwraca uwagę na to, jak ważne są pierwsze tygodnie, czas tuż po narodzeniu i niemowlęctwo – jego przebieg traktowany jest jak matryca, w której odlewa się późniejszy charakter. Jeśli rodzice są wystarczająco dobrzy, człowiek przechodzi przez życie bez chorobliwej nieśmiałości. Może okazać się introwertykiem, wrażliwcem, ale nie będzie mieć lęku przed kontaktem ze światem.

Nieraz zdarza się, że spotykamy na swojej drodze kogoś, o kim mówimy, że „przeprasza, że żyje”. Ma bladą, woskowatą twarz, skurczone ciało, zawsze stoi z boku. Można z pewnym prawdopodobieństwem wnioskować, że w bardzo wczesnym dzieciństwie musiał doznać traumy, która zablokowała w nim „prawo do życia”. Może to być nieszczęśliwy los: porzucenie, dom dziecka albo długotrwałe przebywanie w szpitalu we wczesnym okresie – słowem sytuacja, w której zabrakło opieki rodzica. W tym wczesnym okresie absolutnie najważniejsza jest adekwatność zachowania rodziców do potrzeb małego dziecka: zaspokajanie jego głodu (dla dziecka głód to prawdziwy ból), potrzeby fizycznego kontaktu, głosu, który słyszało będąc jeszcze w brzuchu matki, dotyku znanych rąk, znajomego zapachu. Jeśli tego nie brakuje, w małym człowieku gruntuje się przeświadczenie, że ma prawo czuć potrzeby, na które ktoś odpowie. Tak formuje się zaufanie do samego siebie. Zaniedbany niemowlak może wyrosnąć na człowieka, który unika kontaktów albo ma kontakty „dzikie”, znajduje ucieczkę w świecie idei, woli obcować z książkami niż z ludźmi, jest samotnikiem-intelektualistą, inwestuje w rozwój duchowy, w bycie ponad potrzebami. To tylko kilka możliwych scenariuszy. W tym wszystkim kryje się przekaz: nie potrzebuję ludzi, nie potrzebuję więzi, bo nie wierzę w to, aby moja potrzeba została uznana za ważną. Bywa też inaczej: upośledzenie następuje w nieco późniejszym okresie.

Jest taki fajny moment w rozwoju dziecka, mniej więcej od około roku do półtora. Pierwszy raz staje na nogi, mówi pierwsze słowa, może się samo przemieszczać, manifestować swoją wolę. Czuje się panem sytuacji, nabiera odwagi w obcowaniu ze światem. Jeśli rodzice pozwolą dziecku na ten mały „podbój kosmosu” – rozwój szybko i naturalnie przejdzie w fazę urealnienia: za chwilę mały człowiek zrozumie, że nie jest wszechmocny. Natomiast jeśli rodzice podchodzą do wszystkiego z przesadnym lękiem, dziecko uwewnętrznia przeświadczenie, że nie ma prawa sięgać po to, czego chce. Przeświadczenie to może być źródłem późniejszej nieśmiałości.

Czasem zdarza się i tak, że „błąd w matrycy” pojawia się między osiemnastym a dwudziestym czwartym miesiącem życia. Wtedy dziecko jest już odrobinę „odpępowione”, idzie do świata i przynosi mamie różne rzeczy: a to cudny samochodzik, a to lalę. Chce w ten sposób na nowo przywołać ją do układu więzi, mówi: pochwal mnie, pobaw się ze mną. Jednak zdarza się, że mama zdążyła się już przyzwyczaić do wygodnej sytuacji, w której dziecko potrafi zająć się samo sobą. Przeszkadza jej, że znów chwyta się jej spódnicy, strzepuje więc małe łapki, mówiąc: zostaw, nie przeszkadzaj, idź baw się sam. Malec zapamiętuje, że to, co go cieszy, nie jest ważne, że nikt nie chce się tym cieszyć razem z nim. To także może być źródłem nieśmiałości.

Nic nie poradzimy: te krótkie miesiące najwcześniejszego dzieciństwa rzutują na cały nasz psychologiczny życiorys. Czasem nabyta w pierwszych miesiącach trauma ciągnie się długimi latami. Potrafi zniszczyć życie. Nie wolno sobie na to pozwolić. Przygotowując się do tego „wykładu” o nieśmiałości przeglądałam rozmaite psychologiczne fora internetowe. Pewna borykająca się z problemem nieśmiałości internautka pisała: mam już 60 lat, moje rodzeństwo odnosi sukcesy w życiu zawodowym, ma udane rodziny, przyjaciół, a ja, mimo upływu lat, wciąż pozostałam tą samą wzgardzoną, odrzuconą dzikuską...

Wola zmian

Na nieśmiałość nie ma niebieskiej tabletki szczęścia. Każdy musi znaleźć własną drogę, a przede wszystkim wzbudzić w sobie wolę ZMIANY. Kochająca osoba. Przyjaciele. Terapeuta. Trzeba znaleźć własny trop. Matryca matrycą, ale człowiek cały czas się STAJE. Nigdy nie jest za późno, żeby poprawić jakość życia.

W przypadku niezbyt głębokiej nieśmiałości sytuacyjnej wystarczy zapewne odrobina pracy nad sobą. Jeśli ogarnia cię lęk przed konkretnym wyzwaniem – mimo lęku zrób milimetrowy krok. Coś tam się zawsze uda utargować, pchniesz swój świat o ten milimetr. Takie pozytywne doświadczenie daje nam poczucie „sprawstwa” . Czasem, jeśli ktoś ma dostatecznie dużo szczęścia i trafi na życzliwego, dobrego człowieka – przyjaciela lub życiowego partnera – on pomoże nabrać pewności siebie, cierpliwie poczeka na ujawnienie tych skrywanych czy tłumionych emocjonalnych potrzeb. Odpowie na nie tak, że odbudujemy to, czego zabrakło w dzieciństwie. Nieraz przecież zdarza się, że dzikus w objęciach miłości potrafi się zmienić w normalnie funkcjonującego człowieka. Ile razy wypowiadaliśmy takie zdanie: „jak on się przy niej wyrobił!”, „jak ona przy nim wypiękniała, nabrała pewności siebie!”.

Wbrew obiegowej opinii, nie tylko kobiety mają problemy ze znalezieniem tej drugiej połówki – bo są zbyt nieśmiałe. W grupach terapeutycznych jest mnóstwo mężczyzn. Próba pokazania własnej wartości jest tłumiona u nich przez lęk przed odrzuceniem. Nieśmiali mężczyźni obawiają się, że kobieta ich pochłonie lub odrzuci, boją się zbliżyć i nie potrafią stworzyć dobrego związku. Może to i banał, ale nigdy dość go powtarzać: jeśli człowiek otworzy się na ludzi, otrzyma wielokrotnie więcej, niż oczekiwał. I jeszcze: gdybyśmy mieli dobre stosunki z ludźmi, terapeuci nie byliby potrzebni. Jednak bardzo często bez nich nie dokonamy zmian, nie ruszymy z miejsca. Terapia czy grupa wsparcia, w której przekonamy się, że ze swoim problemem nie jesteśmy sami, potrafi zdziałać cuda. W przypadku głębokiej fobii społecznej jest absolutnie niezbędna i trzeba ją wspierać lekami.

Cały czas mówimy o nieśmiałości, tej głębokiej, jako o poważnym upośledzeniu życia i to prawda, ale też niecała. Oczywiście, nie jest to pieprzyk na urodzie, to problem, który musimy rozwiązywać, ale... może on również mieć swój urok. Na ogół nieśmiali ludzie są także wrażliwi – więcej czują i widzą, głębiej rozumieją. To ma swoją wartość, o ile nie obniża zbyt drastycznie jakości życia. Jeśli nas blokuje, unieszczęśliwia, wtedy mamy święty obowiązek zaopiekować się sobą, coś zrobić. Jeśli próbujemy walczyć z nią bez niczyjej pomocy, musimy pamiętać, że w nieśmiałości typowy jest rozjazd między „ja” idealnym i tym realnym. A to łatwiej jest dostrzec podczas konfrontacji z grupą terapeutyczną czy też w rozmowie z życzliwym człowiekiem. Postarajmy się być dla siebie jak życzliwi, wyrozumiali rodzice. Nie stawiajmy sobie nierealnych celów. Te realne są naprawdę wystarczająco dobre.

Opowiadała Elżbieta Brodowska: psychoterapeutka, absolwentka podyplomowego Studium Psychoterapii Psychoanalitycznej oraz Podyplomowego Studium Psychoterapii Indywidualnej i Grupowej oraz Treningu w Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Absolwentka i certyfikowana psychoterapeutka w podejściu ISTDP. Prowadzi Ośrodek Psychoterapii i Psychoprofilaktyki w Katowicach.

  1. Kultura

Aktorka, która wyprzedziła swoje czasy. Marlena Dietrich oczami Tomasza Raczka

Marlenę Dietrich kochały miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. (Fot. Getty Images)
Marlenę Dietrich kochały miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Fascynująca, odważna, burząca stereotypy, a może skoncentrowana na sobie, żądna wrażeń i niemogąca pogodzić się z upływem czasu? Kochały ją miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. Jaka była naprawdę Marlena Dietrich, gwiazda starego kina, a jednocześnie na wskroś nowoczesna kobieta, próbujemy ustalić razem z Tomaszem Raczkiem, krytykiem i publicystą, prywatnie jej wielkim fanem.

Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu 'Destry znowu w siodle' z 1939 roku. (Fot. East News) Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu "Destry znowu w siodle" z 1939 roku. (Fot. East News)

Marlena Dietrich (własc. Marie Magdalene Dietrich) urodziła się 27 grudnia 1901 roku w berlińskiej dzielnicy Schöneberg. Międzynarodowy rozgłos przyniósł jej film "Błękitny anioł" z 1930 roku. Jej najbardziej znane piosenki to "Falling In Love Again", "Where Have All The Flowers Gone" czy "Lili Marlene". Zmarła 6 maja 1992 roku w Paryżu.

W czasach, kiedy Marlena Dietrich była na topie, widzowie po obejrzanym filmie z jej udziałem pytani, co im się najbardziej podobało, odpowiadali: „Nogi Marleny Dietrich”.
W dodatku podobno ubezpieczone na jakieś bajońskie sumy. O niczyich nogach się tyle nie mówiło, co o jej i jeszcze może Josephine Baker. W związku z tym wszyscy chcieli zobaczyć, co jest w nich tak wyjątkowego, że aż tyle kosztują. Rzeczywiście miała piękne nogi, i bardzo długo się nimi chwaliła, nawet jako pani mocno już w latach. Jednak w jej ostatniej  filmowej roli,  filmie „Zwyczajny żigolo” z 1978 roku, już ich nie zobaczymy. W kontrakcie miał się znaleźć zapis, że nie można pokazywać jej od pasa w dół. W scenie, w której występuje, a gra tam epizod szefowej żigolaków, pojawia się w pustej restauracji, staje za fortepianem, który w połowie ją zakrywa i śpiewa tytułową piosenkę „Just a gigolo” tym swoim zduszonym głosem, tak jakby każdy wyraz miał być ostatnim. To było właściwie jej pożegnanie z karierą, ostatni publiczny występ. Wzięła udział jeszcze w dokumencie Maximiliana Schella „Marlene” z 1984 roku, ale jedynie jako narratorka. Od tego czasu aż do śmierci zaszyła się w swoim apartamencie w Paryżu i całkowicie wycofała z życia publicznego.

Mówiono, że – podobnie jak w wypadku jej filmowej rywalki Grety Garbo, która w wieku 36 lat zniknęła z przestrzeni publicznej był to wynik jej niepogodzenia się z upływającym czasem.
Na pewno zdawała sobie sprawę z tego, że jej słynne nogi nie są już takie, jakie chciałaby, by były. Ale poza tym była osobą bardzo inteligentną i nowoczesną, podchodziła do sprawy wręcz marketingowo. Miała świadomość, że w jej interesie jest utrzymać mit pięknych nóg i że dla jej kariery i wizerunku lepiej będzie, jeśli ich już nie pokaże. Myślę, że z jej strony była to czysta kalkulacja.

Kiedy umawialiśmy się na tę rozmowę, powiedział pan, że spośród wszystkich gwiazd złotej ery Hollywood wybrałby pan właśnie Marlenę Dietrich jako tę najbardziej intrygującą, mimo upływu tylu lat. Dlaczego?
Dla mnie ona jest niezmiennie intrygująca i bardzo współczesna w swoim podejściu do kariery i życia. Powiedziałbym nawet, że Dietrich miała kilka żyć, niczym kot. Pewnie nie doliczylibyśmy się aż siedmiu, ale pięciu na pewno. Najpierw była przedwojenną gwiazdą filmową w Niemczech, prawdziwym brylantem w kolekcji aktorek UFA, największej niemieckiej wytwórni filmowej. I zrobiła tam naprawdę porządną, profesjonalną karierę – była po szkole teatralnej, umiała grać na skrzypcach, tańczyć, śpiewać, znała języki obce, nie była tylko piękną kobietą, która świetnie prezentuje się przed kamerą, ale osobą doskonale – oczywiście według europejskich standardów – przygotowaną do tego zawodu. Te jej nogi pojawiły się trochę przez przypadek, w „Błękitnym aniele” Josefa von Sternberga, jej pierwszej znaczącej roli. I wszyscy zwrócili na nie uwagę. W ten sposób zaczęła się jej międzynarodowa kariera. Von Sternberg był nią zachwycony, a że był wtedy już uznanym reżyserem w Hollywood, ściągnął ją tam i kręcili  film za filmem. „Maroko”, „Szanghaj Ekspres”, „Zniesławiona” – stały się głównym elementem jej dorobku filmowego. I tak zaczęło się drugie życie Marleny Dietrich. Bo Marlena niemiecka i amerykańska to były dwie różne aktorki. W Ameryce po raz pierwszy dała się komuś uformować. Tym kimś był Sternberg. Stworzył praktycznie cały jej wizerunek filmowy, łącznie z fryzurą, słynnymi brwiami, sposobem ubierania się, co z dzisiejszego punktu widzenia, kiedy już wiemy, jak silną była osobowością, jest aż zdumiewające. Jej wizerunek nie zasadzał się tylko na tym, jak gra i jak wygląda, ale też – co zależało już tylko od reżysera i operatora – jak jest filmowana, pokazywana. To były te piękne czarno-białe zdjęcia, niesłychanie rzeźbiące jej twarz i sylwetkę.

Jestem prawie pewna, że to właśnie w „Perłach z lamusa”, które prowadził pan z Zygmuntem Kałużyńskim, usłyszałam po raz pierwszy, że Dietrich wiedziała, że ma dość płaską twarz i trzeba oświetlać ją z góry, by tworzyła coś na kształt trójkąta.
I moim zdaniem fakt, że ona się tego nauczyła, był właśnie zasługą von Sternberga. Tworząc jej wizerunek, w pełni świadomie odrzucił to, co w niej było słabsze, a wyeksponował to, co było najlepsze. A ona równie świadomie się na to zgodziła. I z tym perfekcyjnie uszytym wizerunkiem dotrwała do II wojny światowej. Wtedy dopiero pokazała się od zupełnie innej strony, która nie jest wcale typowa dla gwiazd ekranu, mianowicie od strony poglądów politycznych. Powiedziała: „W żadnym wypadku nie wracam do Niemiec, bo jestem przeciwko faszyzmowi”. To była bardzo trudna decyzja dla niej jako Niemki, bo opowiedziała się przeciwko swojej ojczyźnie.

Ale ona opowiedziała się przeciw faszyzmowi…
Pani mówi to z dzisiejszej perspektywy. Jeśli przy niej zostaniemy, to można by pomyśleć: a co w tym heroicznego, że nie popierała Hitlera? Wtedy dla Niemców znaczyło to jedno: opowiedziała się przeciwko ich realnej władzy – faszystowskiej czy nie. Nie dość tego, w Niemczech została jej matka. Dietrich, odmawiając powrotu do Berlina, zamknęła więc sobie jakąkolwiek drogę do kontaktu z nią. Tamta decyzja miała swoje konsekwencje do końca życia aktorki, a nawet jeszcze długo po jej śmierci. Kiedy po raz pierwszy wystąpiła po wojnie w Berlinie, to wcale nie powiedziano jej: „Wiemy, że Hitler i faszyzm były wielką pomyłką i plamą na historii Niemiec – miałaś rację”. O nie, mówiono nadal: „Ty zaparłaś się swojej ojczyzny”. Nie wybaczono jej tego. Bardzo trudno jej było odbudować swoją pozycję w Niemczech. Właściwie do dzisiaj zdarzają się protesty wokół jej grobu na berlińskim cmentarzu.

Czytałam o napisie bezczeszczącym jej grób: „tu leży „k... w futrze”. Dopiero po jej śmierci, w stulecie urodzin, w 2001 roku burmistrz Berlina Klaus Wowereit przeprosił ją za krzywdy, których doznała ze strony rodaków.
Oczywiście ta bardziej światła część społeczeństwa rozumiała jej powody i zgadzała się z nimi, ale byli tacy – w Polsce też by pewnie się znaleźli – którzy nigdy jej tego nie zapomnieli. Krótko mówiąc, wtedy rozpoczęło się kolejne, trzecie już życie Marleny Dietrich. Silnej, świadomej intelektualnie i politycznie osoby, w dodatku odważnej, która jest w stanie podjąć decyzje formujące jej życie, z konsekwencjami ciągnącymi się przez lata. A to nie było typowe!

Gdybym teraz panią zapytał, jakie poglądy polityczne miała Pola Negri albo Greta Garbo – nie wiemy tego, bo wtedy gwiazdy nie zdradzały się ze swoimi sympatiami lub antypatiami politycznymi. A Marlena robiła więcej – jeździła na front śpiewać dla amerykańskich żołnierzy. I tego nie mogli jej zapomnieć rodacy: „Jak to?! Śpiewała dla tych, którzy walczyli z naszymi chłopcami?! Faszyści, nie faszyści, ale to byli nasi chłopcy. A ona śpiewała dla wrogów, którzy ich zabijali”. Uważam, że to był z jej strony wielki akt odwagi. Gdybym miał wymienić współczesną gwiazdę, która byłaby jej największą spadkobierczynią, to wskazałbym na Jane Fondę. Ona wzięła to, co najlepsze, z przykładu Marleny. Może nie ma jej talentu wokalnego, ale ma tę samą świadomość, tę samą odwagę i to samo zdecydowanie, by bronić swoich poglądów.

Skończyła się II wojna światowa. Czy dla Marleny zaczęło się kolejne, czwarte życie?
Próbowała wrócić do filmu, ale to było już niemożliwe. Świat się zmienił. Dla tej Marleny Dietrich, którą była przed wojną, nie było już miejsca. Skończyło się zapotrzebowanie na gwiazdy w starym stylu. Weszliśmy w lata 50., 60., pojawiły się nowe twarze i nowe kariery. Przykładem ich była choćby Brigitte Bardot, bezpośrednia, zwyczajna, bosonoga. A mądra Marlena, kiedy zobaczyła, że jej kariera w Stanach Zjednoczonych się wypaliła, wyjechała do Paryża, który zawsze kochała, a że była poliglotką, mogła sobie na to swobodnie pozwolić. Z Paryża było też bliżej do Niemiec, zaczęła więc jeździć do ojczyzny i odwiedzać matkę, dawać koncerty, od początku oswajać Niemców ze sobą. Zagrała w kilku filmach, w tym w „Wyroku w Norymberdze”, ostatnim dużym filmie ze znaczącą rolą. I cóż, trzeba było wymyślić siebie na nowo. A ponieważ zawsze śpiewała w filmach, wpadła na pomysł, że bardziej płynnym przejściem z tamtej kariery do nowej stanie się estrada. Będzie wychodziła na scenę nadal jako wielka gwiazda, posągowa, niedostępna i odpowiednio oświetlona – do tego wyśpiewująca swoim niesamowitym, seksownym głosem największe standardy (Dietrich nigdy nie miała wielkiego głosu, ale miała ogromny talent posługiwania się nim). I to zaiskrzyło! Tak narodziło się czwarte wcielenie Marleny, z którym objechała cały świat.

W tym Polskę, gdzie koncertowała dwukrotnie.
Zgadza się, i za każdym razem była niesamowicie magnetyczna, fascynująca. Do tego z szerokimi artystycznymi horyzontami. Dowód? Nie wahała się wziąć od młodego muzyka Czesława Niemena piosenki „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”, którą usłyszała w Sali Kongresowej, podczas koncertu Czarno-Czarnych, i włączyć ją do swojego repertuaru z nowym tekstem w języku niemieckim. Nawet dzisiaj mało jest artystów światowej klasy, którzy biorą jakąś polską piosenkę, bo zobaczyli w niej potencjał. We wszystkim, co robiła, co mówiła i co pisała Marlena Dietrich, przejawiała się niezwykła umiejętność krytycznego spojrzenia i nazwijmy to po imieniu – inteligencja, która wcale nie jest taka częsta i oczywista u gwiazd.

Dietrich była też trendsetterką. To ona wymyśliła na przykład słynne naked dress, czyli sukienki, które wyglądają jakby się nie miało niczego na sobie, jedynie kryształki i frędzle.
I pajety! Wyglądała w nich zjawiskowo. Widziałem jej ostatni zarejestrowany koncert w Londynie, była ubrana w tak wymagającą suknię, że każdy mankament figury byłby w niej od razu widoczny – podobno zszywano ją na niej przed wejściem na estradę – a prezentowała się bez zarzutu. Myślę, że ona całe życie miała świadomość, że musi być właśnie bez zarzutu, a jeśli zarzuty się pojawią, to nie będzie jej wcale.

To również w pewnym sensie akt odwagi.
Też bym tak to określił. Marlena wiele razy dała wyraz swojej niepokornej naturze, że wspomnę jeszcze o wielokrotnym odrzuceniu zaproszenia Adolfa Hitlera, który bardzo chciał ją ściągnąć ze Stanów do Niemiec i za każdym razem obiecywał, że będzie grała, w czym będzie chciała, a ona za każdym razem mówiła: nie.

Kiedy myślę o filmie, który najbardziej oddaje jej charakter i osobowość jako artystki, wybrałabym chyba „Maroko”, w którym nie dość, że pali papierosa za papierosem, to jeszcze gra w smokingu i całuje kobietę.
Można powiedzieć, że „Maroko” było jej „Casablancą”. Ja wymieniłbym jeszcze „Szanghaj Ekspres”. Oczywiście należałoby się zastanowić, ile w tej kreacji było geniuszu reżysera, a ile jej inwencji, ale na pewno czuła się w tej odsłonie jak ryba w wodzie. Nie była laleczką, która daje się ustawić i wystylizować, ale działo się to przy jej udziale, a od pewnego czasu nawet z jej inicjatywy.

Marlena Dietrich w słynnej 'naked dress' podczas koncertu Deutsches Theater w 1960 roku. (Fot. A.Schorr/BEW Photo) Marlena Dietrich w słynnej "naked dress" podczas koncertu Deutsches Theater w 1960 roku. (Fot. A.Schorr/BEW Photo)

Dużo się mówiło o jej życiu miłosnym. Miała tylko jednego męża – filmowca Rudolfa Siebera, któremu urodziła córkę Marię i z którym przyjaźniła się do końca, choć wiedli życia całkowicie osobne. Miała też kochanków, w tym tak znanych jak Erich Maria Remarque czy Jean Gabin, oraz kochanki…
Marlena była biseksualna, co na tamte czasy było bardzo ekscentryczne. Powiedziałbym, że jej życie uczuciowo-seksualne ukazywało ją pod jeszcze innym kątem, że to było jej piąte życie. W tej sferze okazała się chyba najbardziej postępowa. Jej córka podsumowała to wprawdzie w swoich wspomnieniach tak, że matka z niej była żadna: zawsze niedostępna, skoncentrowana na sobie i chłodna. Macierzyństwo ewidentnie nie było dla niej przeżyciem artystycznym. A seks – owszem. Ona stale potrzebowała bodźców. Męskie, powiedziałbym nawet: lesbijskie elementy jej wizerunku, jak wspomniany przez panią smoking czy pocałunek z inną kobietą, nie wisiały w powietrzu, tylko odnajdywały uzasadnienie w jej osobowości, co czyniło ją jeszcze bardziej fascynującą. I to dla obu płci. Mężczyźni byli ogromnie zauroczeni Marleną, ale i kobiety ją podziwiały. Niektóre aktorki irytują inne kobiety, a są takie, które kobiety kochają. Zygmunt Kałużyński zawsze powtarzał, że gwiazdą, która stała się sławna dzięki temu, że właśnie kochały ją kobiety, bo mężczyźni mniej zwracali na nią uwagę – była Audrey Hepburn. Dziś przyznałbym mu rację. Natomiast Marlena fascynowała po równo.

Marlena Dietrich i mężczyźni jej życia: pisarz Erich Maria Remarque, który uwiecznił ją na kartach powieści 'Łuk triumfalny' (na pierwszym planie) i reżyser Josef von Sternberg, który stworzył jej filmowy wizerunek. (Fot. East News) Marlena Dietrich i mężczyźni jej życia: pisarz Erich Maria Remarque, który uwiecznił ją na kartach powieści "Łuk triumfalny" (na pierwszym planie) i reżyser Josef von Sternberg, który stworzył jej filmowy wizerunek. (Fot. East News)

Czytałam, że największe gwiazdy kina miały w sobie właśnie to coś, co przyciągało obie płcie. Na przykład James Dean czy współcześnie – Angelina Jolie.
Angelinę Jolie to bym tu jednak oprotestował. Mam z nią taki problem, że dużo wiemy o jej wydarzeniach miłosno-rodzinnych czy zdrowotnych, nawet o jej zaangażowaniu społecznym, natomiast gdybym miał wymienić jej wybitne role, to nie wymieniłbym żadnej. Dlatego nie nazwałbym jej gwiazdą. Natomiast rzeczywiście może pociągać swoim wyglądem i seksapilem.

Kiedy patrzę na życie Marleny Dietrich, zastanawiam się, czy epoka gwiazd się już ewidentnie skończyła. Czy aktorki wzbudzają dziś takie emocje jak kiedyś? Może – jak powiedziała Catherine Deneuve – stały się zbyt dostępne, zbyt zwyczajne?
Myślę, że obecnie największe emocje, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, wzbudzają gwiazdy, które nazwałbym działaczkami. To kobiety z silną osobowością, inteligencją i silnym ego, do tego zaangażowane w sprawy społeczno-polityczne w sposób wyrazisty, biorące udział w marszach, a nawet dające się aresztować. Wspomnieliśmy już Jane Fondę. Do tego grona zaliczyłbym jeszcze Meryl Streep, której poczynania śledzę z zainteresowaniem zarówno kiedy gra, jak i kiedy przemawia. Z całego grona kobiet, o których mówimy, jest ona zdecydowanie najwybitniejszą aktorką. Natomiast młode gwiazdy, moim zdaniem, są dziś głównie celebrytkami: wiemy o tym, w co się ubierają czy jak mieszkają, a rzadko wiemy, jakie mają poglądy. Ale dzisiaj jest miejsce i na takie gwiazdy, i na inne oraz na dziesiątki celebrytek, co więcej – i będzie to najbardziej rewolucyjna koncepcja mojego autorstwa – uważam, że nie tylko nastąpił koniec zapotrzebowania na gwiazdy, do których się ludzie modlą i które uważają za archetypy kobiecości, ale że gwiazdami przyszłości będą… twory wirtualne, wykreowane, nieistniejące w realnym życiu.

Marlena Dietrich ze swoją przyjaciółką, piosenkarką Edith Piaf. (Fot. East News) Marlena Dietrich ze swoją przyjaciółką, piosenkarką Edith Piaf. (Fot. East News)

Ma pan na myśli na przykład postaci z gier komputerowych, jak Tomb Raider?
Dokładnie tak. Edward Gordon Craig, wielki reformator teatru, który wraz z kilkoma kolegami wymyślił na początku XX wieku zawód reżysera, powiedział, że żeby teatr mógł zrobić krok dalej, potrzebna jest Nadmarioneta, czyli sztuczny aktor lub aktorka. Bo największym problemem dla sztuki jest fakt, że aktorzy są ludźmi. Nadmarionetka nie dozna kontuzji, nie powie, że się nie rozbierze do tej sceny czy nie powie jakiejś kwestii, bo obraża jej uczucia religijne. Dzisiaj, czyli 100 lat później, okazało się, że teoria Craiga jest możliwa do realizacji – stało się to w „Avatarze” Jamesa Camerona. Moim zdaniem będzie coraz więcej wirtualnych aktorów z „wkładką” ludzką, potrzebną do tego, by odwzorować ludzkie ruchy czy mimikę. I powiem pani, że ja jestem gotowy na taką gwiazdę.

Czyli Marlena, stworzona komputerowo, może powrócić?
Myślę, że jeśli już, to będzie to nad-Marlena, ktoś zupełnie inny, kto nie będzie powtarzał tego, co już było i kto – co najważniejsze – nie będzie się starzał ani umierał.

Tomasz Raczek, teatrolog, krytyk filmowy i publicysta, wydawca Instytutu Wydawniczego Latarnik. Autor programów radiowych, telewizyjnych i internetowych, m.in. legendarnych „Pereł z lamusa”, które prowadził wspólnie z Zygmuntem Kałużyńskim. Obecnie ma swój kanał „Wideorecenzja Tomasza Raczka“ na YouTubie, a w nowo powstałym Radiu Nowy Świat prowadzi program „Raczek Movie”.

  1. Psychologia

Stres, napięcie, lęk... Jak sobie radzić z emocjami, które wywołuje w nas epidemia?

Kontakt ze specjalistą może pomóc nam wypracować sposoby na poradzenie sobie z kryzysem wywołanym panującą pandemią, uspokojenie emocji czy silnego stresu. (fot. iStock)
Kontakt ze specjalistą może pomóc nam wypracować sposoby na poradzenie sobie z kryzysem wywołanym panującą pandemią, uspokojenie emocji czy silnego stresu. (fot. iStock)
W obliczu epidemii koronawirusa większość osób żyje w stanie podwyższonego napięcia. Stres pojawia się nie tylko na skutek obaw o zdrowie własne i bliskich, ale również z powodów finansowych, z poczucia ograniczenia przestrzeni, czy na skutek trudności w codziennej organizacji, gdy mamy do pogodzenia pracę, zdalne nauczanie dzieci oraz inne obowiązki rodzinne.

Stres pojawia się wtedy, gdy sytuacja, w której się znaleźliśmy jest w naszej ocenie mocno obciążająca lub bardziej wymagająca niż nasze możliwości poradzenia sobie z nią. Dla wielu osób epidemia Covid-19 jest właśnie taką sytuacją. Niepewność tego, co przyniesie jutro jest obecnie dużo bardziej nasilona. Każdy na taki stan reaguje inaczej. U niektórych ludzi pojawiają się dość silne emocje (smutek, złość, strach), które trudno im czasem zaakceptować. Dlatego ważna w takiej sytuacji jest rozmowa. Samo wypowiedzenie emocji, które nam towarzyszą już w pewnym stopniu wpływa na obniżenie ich poziomu. Jeśli nie mamy bliskiej osoby w rodzinie, czy wśród przyjaciół to warto skorzystać z pomocy psychologa. Druga osoba może nam pomóc bardziej realnie spojrzeć na sytuację, a także oddzielić to, na co mamy wpływ, od tego, na co wpływu nie mamy – jest to jeden z najlepszych sposobów na opanowanie stresu: skupienie się na tym, na co mamy realny wpływ – wówczas lepiej zadbamy o siebie i swoich bliskich, a także o wspólne bezpieczeństwo.

Podstawowe wskazówki, jak radzić sobie obecnie z nadmiarem stresu, wymienia Marta Małecka - psycholog, trener profilaktyki:

Ograniczmy czas spędzany na śledzeniu informacji o epidemii

Lęk i obawy mogą być podsycane przez nieustanne bombardowanie nowymi wiadomościami, statystykami, informacjami przekazywanymi przez media. Oczywiście, warto monitorować wiarygodne źródła informacji, by orientować się w obecnej sytuacji, ale ważne jest, by ograniczyć czas spędzany na śledzeniu doniesień medialnych. Pomocne w radzeniu sobie ze stresem czy lękiem może być wyznaczenie konkretnego czasu – np. rano bądź wieczorem – na przejrzenie wiadomości, a w pozostałym czasie zrezygnowanie z przeglądania Internetu oglądania programów informacyjnych w telewizji czy słuchania w radio.

Starajmy się zachować codzienną rutynę

Ważne jest dbanie o  rytm naszej codzienności – powtarzające się rytuały i schemat dnia. Koronawirus wpłynął na codzienność wielu z nas, mocno ją zmieniając. Ustalenie stałego planu dnia, powtarzających się czynności i obowiązków może obniżać stres i sprzyjać poradzeniu sobie z pojawiającymi się zmianami.

Zadbajmy o ciało

Stres i napięcie w dużym stopniu wpływają na nasze ciało, dlatego ważne jest, by odpowiednio o nie zadbać. Zbilansowana dieta, sen, odpoczynek czy ruch zwiększają naszą odporność i wpływają na przyjemne samopoczucie. Istotną rolę odgrywa także oddech – wiele technik relaksacyjnych opiera się na głębokim, przeponowym oddychaniu. Pracę nad własnym oddechem możemy wzbogacić wizualizacjami – dokładnym wyobrażaniem sobie np. przyjemnego momentu, emocji, które nam towarzyszyły np. podczas udanego urlopu, bezpiecznego miejsca, które nas uspokaja. Skupienie się na takich myślach sprzyja redukcji odczuwanego napięcia.

Pamiętajmy o przyjemnościach i relaksacji

Czas dla siebie, kąpiel, czytanie książki, ulubiony film, gra, czy inna czynność, która sprawia nam przyjemność są doskonałym sposobem na stres. Pozwalają odwrócić uwagę od panującej na świecie epidemii, ale też rozluźniają nasze ciało i sprzyjają odprężeniu. Każdy z nas inaczej się relaksuje, dlatego w tym okresie szczególnie, ważne jest, żeby wykorzystać te sposoby, które wcześniej przynosiły nam rozluźnienie. Możemy także popróbować nowych, żeby znaleźć swój sposób na stres. Dla niektórych osób są to treningi uważności, medytacja, trening autogenny Schultza czy trening Jacobsona, a dla innych sport, angażowanie się w pasję czy aktywność fizyczna.

Pielęgnujmy relacje

Wsparcie otoczenia ma nieoceniony wpływ na nasze samopoczucie, a bliskie relacje z rodziną czy przyjaciółmi pomagają w radzeniu sobie ze stresem. Obecnie ważne jest utrzymywanie dystansu społecznego i unikanie spotkań, dlatego spróbujmy przenieść aktywność towarzyską do przestrzeni wirtualnej. Wideorozmowa na Skype czy innym komunikatorze lub rozmowa telefoniczna, mimo że nie zastąpią spotkania w cztery oczy, to mogą dać otuchę, obniżyć napięcie, a czas spędzony z bliskimi może sprzyjać pojawieniu się bardziej przyjemnych odczuć.

W sytuacji, gdy przeżywany stres czy trudne emocje paraliżują nasze codzienne funkcjonowanie, gdy czujemy, że nie dajemy sobie rady i nie wiemy, co robić, ważne jest, by poszukać wsparcia specjalisty: psychologa, czy psychoterapeuty. Obecnie takie konsultacje odbywają się najczęściej w formie teleporady, czy rozmowy przez komunikator internetowy, a w uzasadnionych przypadkach – osobiście. Pamiętajmy, że nie ma nic złego w proszeniu o pomoc i w korzystaniu z profesjonalnego wsparcia, a wręcz jest to oznaką dbałości o samych siebie, co w obecnych czasach jest niezwykle ważne.

Źródło: Środowiskowe Centrum Zdrowia Psychicznego dla Dorosłych, Warszawa - Bielany ; Infolinia czynna całą dobę przez wszystkie dni tygodnia: 22 56 90 750

  1. Psychologia

Czy jesteśmy odważni?

Na czym polega prawdziwa odwaga? Jak przejawiamy ją w życiu? (fot.iStock)
Na czym polega prawdziwa odwaga? Jak przejawiamy ją w życiu? (fot.iStock)
Odwaga jest to postawa charakteryzująca się brakiem strachu lub dużą umiejętnością przezwyciężania go, inaczej można ją określić jako śmiałość lub męstwo.

Literatura już od antyku dostarcza nam szereg bohaterskich wzorców osobowych, znakomitych przykładów heroizmu i męstwa. O ile jednak tego typu przykłady dotyczą sytuacji ekstremalnych, o tyle w życiu codziennym chodzi o mniejsze akty odwagi.

Według znanego psychiatry Antoniego Kępińskiego: „Zmiana nieznanego w znane, przyszłości w przeszłość, wymaga wysiłku i odwagi. Czyli po prostu wymaga ich nasze życie".

Czy jesteśmy odważni?

Pewnie różnie z tym bywa. Oto opinia niemieckiego satyryka i aforysty Georga Christopha Lichtenberga: „Istnieją ludzie, którzy posiadają tak mało odwagi, by stwierdzić cokolwiek, że boją się nawet oświadczyć, iż wieje wiatr, chociaż wyraźnie to czują, o ile nie usłyszą przedtem, że ktoś już to powiedział".

Odwaga cywilna, bo przecież o nią tu chodzi, jest szczególnym rodzajem odwagi. Jest to postawa, która polega na występowaniu w obronie swoich racji, nawet jeżeli wiąże się to z wysokimi sankcjami i kosztami społecznymi. Jej podstawowym elementem jest występowanie pod swoim imieniem i nazwiskiem, czyli podpisywanie się pod swoimi własnymi wypowiedziami. W dobie internetu, gdy ludzie toczą ze sobą prawdziwe boje w dyskusjach, niestety anonimowo, kwestia ta nabiera szczególnego znaczenia.

Odwaga jest również przyznaniem się do błędu, postępowaniem zgodnie ze swoim sumieniem i głoszeniem swoich poglądów.

Celnie wyraża to francuski pisarz Hervé Bazin:

Trzy lub cztery razy w życiu ma się okazję, by być odważnym, ale codziennie masz okazję, aby nie być tchórzem.
Jeśli nie wiesz, jak jest z twoją odwagą, odpowiedz sobie na kilka pytań:
  • jak reaguję na wyzwania lub poczucie zagrożenie?
  • jaka jest moja postawa w obliczu nowości i zmian?
  • jak zachowuję się w sytuacjach, w których ktoś potrzebuje pomocy?
  • czy stać mnie na podjęcie ryzyka?
  • czy wyrażam otwarcie swoje poglądy?
To nie jest test, jednak szczere odpowiedzi z pewnością okażą się bardzo cenne.

  1. Kultura

Kristin Scott Thomas o pewności siebie, feminizmie i filmie "Pojedynek na głosy"

"Dojrzałe kobiety są ciekawsze", mówi Kristin Scott Thomas. (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dziś wie, że nie wszystkim musi się podobać i nie znosi stać w cieniu. Ale jako młoda dziewczyna Kristin Scott Thomas nie miała jeszcze takiej pewności siebie. Kiedy w rodzimej Anglii nikt nie wierzył w jej talent, wyjechała studiować do Francji. I okazało się to strzałem w dziesiątkę! Dziś z powodzeniem gra w kinie brytyjskim, francuskim i amerykańskim. Ma klasę i siłę, których można się od niej uczyć.

Niedługo zobaczymy panią w filmie „Pojedynek na głosy” w reżyserii Petera Cattaneo jako żonę żołnierza, który wyjeżdża na misję do Afganistanu. Pani bohaterka Kate wraz z przyjaciółką prowadzi chór złożony z małżonek mundurowych. Pamiętam, jak rozmawiałyśmy kiedyś o pani wojskowej rodzinie. Pomyślałam więc, że powody osobiste mogły mieć wpływ na przyjęcie tej roli.
Ja wiem, jak to jest, bo sama jestem córką żołnierza. Kiedy miałam cztery lata, zginął mój ojciec, a sześć lat później ojczym. Obydwaj byli pilotami wojskowymi i stracili życie w katastrofach lotniczych. Dużą część mojego dzieciństwa spędziłam w bazach wojskowych. Pamiętam, że mama ciągle żyła w napięciu, niepewności i strachu, bała się niemal każdego telefonu. Rzadko się mówi o tym, co czują kobiety, żony, partnerki i narzeczone wojskowych, kiedy ich mężczyźni są na służbie gdzieś daleko, i ile odwagi wymaga takie życie. To tak jakby one same były na pierwszej linii frontu. Często cierpią na zespół stresu pourazowego, tak samo jak ich mężowie, ale o nich przynajmniej mówi się, że poświęcają życie krajowi. Niestety, nie własnej rodzinie.

Działalność ekranowej Kate ma w filmie cel terapeutyczny. Jaki wpływ te bolesne wspomnienia z dzieciństwa miały na pani późniejsze życie?
Dziś z perspektywy czasu myślę, że zostało mi po nich poczucie dystansu i nieufności. Trudno mi ufać ludziom, bo ciągle umierają… Jestem przekonana, że gdybym miała ojca, kiedy dojrzewałam, nie brakowałoby mi tak bardzo pewności siebie. To chyba typowe dla dzieci dorastających z jednym rodzicem. Taka już jest moja trauma. Kiedy uczyłam się aktorstwa w Londynie, nikt nie wierzył w moje umiejętności. Bardzo przydałoby mi się wtedy wsparcie kogoś takiego jak ojciec albo kogoś, kto był dla mnie autorytetem. Dla młodych ludzi w podobnej sytuacji mam świetną radę: wyjedź za granicę. Przekonaj się, jak jest gdzie indziej. Ja tak zrobiłam właśnie wtedy, gdy usłyszałam, że nie mam za grosz talentu. I to była najlepsza decyzja w moim życiu. Już po 10 dniach pobytu w Paryżu dostałam się do Conservatoire. Tamtejsi profesorowie dostrzegli jednak mój talent aktorski. To mnie ogromnie zmobilizowało. Tego potrzebowałam.

'Pojedynek na głosy' z Kristin Scott Thomas w kinach już od 21 sierpnia. (Fot. materiały prasowe) "Pojedynek na głosy" z Kristin Scott Thomas w kinach już od 21 sierpnia. (Fot. materiały prasowe)

Z czasem osiągnęła pani rozgłos i uznanie. Zastanawiam się, czy to aby nie granie amantek dodało pani pewności i wiary w siebie? Myślę o takich filmach, jak „Cztery wesela i pogrzeb”, „Zaklinacz koni”, „Angielski pacjent”, „Zagubione serca”…
Cóż… granie amantki może być naprawdę fascynujące, jeśli pracuje się z fascynującymi ludźmi. Ja miałam niesamowite szczęście pracować z Prince'em, Sydneyem Pollackiem, Harrisonem Fordem, Robertem Redfordem, Seanem Pennem... i wieloma innymi wspaniałymi artystami. Ale męczyło mnie to, że w większości romansów mężczyźni mogą prężyć mięśnie i wyglądać na dzielnych i godnych podziwu, podczas kiedy ja stoję z zamglonym wzrokiem gdzieś w tle. Są przecież pasjonujące główne role, tyle że zazwyczaj, przynajmniej w moim świecie, znajdują się w filmach o niższych budżetach, bardziej niszowych, bo nikt mnie raczej nie zaprosi do zagrania tych naprawdę pełnokrwistych postaci, w których widzi się zwykle Meryl Streep czy Cate Blanchett.

W Anglii, jak sama pani podkreśliła, nikt nie wierzył w pani talent. Jednak udało się pani zrobić karierę we Francji. Dlaczego nad Sekwaną było łatwiej?
Jestem tam „łagodniej” zaszufladkowana, gram znacznie mniej arystokratek i mogę sobie trochę „poszaleć”. Dzięki temu udało mi się nie wpaść w krater wieku średniego, w którym ginie tak wiele aktorek hollywoodzkich. Francuski przemysł filmowy kocha kobiety w średnim wieku. Francuscy widzowie też nas uwielbiają. Uważają, że jesteśmy sexy. Świetnymi przykładami są nieustające sukcesy takich aktorek, jak Charlotte Rampling, Juliette Binoche, Catherine Deneuve czy Fanny Ardant. One mają pozycję, szacunek i miłość widzów. Do diabła z kultem młodości i dyskryminacją ze względu na wiek!

Dostawała pani propozycje także w Hollywood, ale ostatecznie nie zdecydowała się pani tam zamieszkać. Dlaczego?
Mój były mąż François mógł dostać pracę na UCLA w Los Angeles, ale postanowiliśmy zostać we Francji. Chcieliśmy wychować dzieci w Europie, a nie w Ameryce. Europa z jej kulturalnym dziedzictwem jest wspaniała i nie do podrobienia. Podejrzewam, że dostałabym świra, gdybym się wtedy przeprowadziła, po części z powodu nacisków wywieranych na aktorki, żeby robiły sobie operacje plastyczne. Nie cierpię, kiedy ludzie wyglądają jak kserokopie. Przeraża mnie ten dziwny, woskowy image. Te twarze naszpikowane botoksem. Choć przyznaję, że czasem patrzę na siebie w lustrze albo na fotografiach, słyszę, jak ludzie mówią, że jestem bardzo odważna, bo „gram stare kobiety” − wtedy zaczynam się zastanawiać, czy aby nie powinnam zadzwonić do chirurga. Ludzie chyba nie zdają sobie sprawy, że twarz to moje narzędzie pracy – i będzie się starzeć. Mimo to nadal mogę wyglądać fantastycznie.

A jednak swoją międzynarodową sławę zawdzięcza pani właśnie filmom hollywoodzkim.
Zapewne myśli pani o takich hitach, jak „Cztery wesela i pogrzeb”, „Mission Impossible” oraz „Angielski pacjent”, który przyniósł mi nominację do Oscara. To są wyjątki. Większość scenariuszy, które tam dostawałam, to niestety były dość głupiutkie historie.

Kristin Scott Thomas i Ralph Fiennes w 'Angielskim pacjencie'. (Fot. Image Capital Pictures/Forum) Kristin Scott Thomas i Ralph Fiennes w "Angielskim pacjencie". (Fot. Image Capital Pictures/Forum)

Czym zatem jest dla pani sukces?
Mam do niego ambiwalentne podejście. Sukces to obosieczny miecz. Jesteś rozpoznawalna i ludzie cieszą się, że cię widzą, ale z drugiej strony jesteś własnością publiczną, co jest dziwne. Myślę, że udało mi się utrzymać względnie zrównoważone życie, ponieważ jako rodzina postanowiliśmy nie jechać do Ameryki. Byłam i jestem nadal zbyt krucha psychicznie na Hollywood. Nie mam wystarczająco dużych ambicji ani na tyle determinacji, aby poradzić sobie z konkurencją. Z czasem zrozumiałam, że muszę przestać traktować osobiście stany i emocje, które niesie tak zwany sukces kasowy filmu, zła lub dobra recenzja, porażka czy odrzucenie – bo zwariuję. Trzeba umieć zachować w tym spokój i jako taki rozsądek. Gorsze momenty należy po prostu przeczekać, a kiedy przyjdzie sukces, bo w końcu to się stanie – cieszyć się nim, ale też bez nakręcania się, bez nadmiernej ekscytacji sobą. Powściągliwość jest złotym środkiem.

Nie jest to jednak łatwe w tym zawodzie. Nie mogę nie zapytać, jak pani wspomina Romana Polańskiego, z którym zetknęła się pani w początkach swojej kariery.
Wystąpiłam w jego „Gorzkich godach”. Właśnie na planie tego filmu poznałam Hugh Granta. Zagraliśmy znudzone sobą małżeństwo, które wybiera się w daleką podróż dla podratowania związku. W czasie wycieczki małżonkowie poznają parę, która wciąga ich w swoją mocno perwersyjną grę. To było ciekawe doświadczenie. Z Polańskim świetnie się współpracuje, bo on doskonale czuje aktorów. Ma niesamowitą intuicję. Zresztą sam jest genialnym aktorem, nie tylko reżyserem.

Po latach pojawiła się pani u kolejnego polskiego reżysera…
Tak. Z radością przyjęłam propozycję zagrania w filmie Pawła Pawlikowskiego „Kobieta z piątej dzielnicy”. Znałam wcześniejsze filmy Pawła. To niesamowicie zdolny reżyser i człowiek o szerokich horyzontach. Pisze także muzykę i rysuje. Najważniejsza była dla mnie jednak możliwość współpracy z nim. Chciałabym jeszcze u niego zagrać i wierzę, że spotkamy się ponownie na planie filmowym. Zachwyciła mnie jego „Ida”, a potem „Zimna wojna”.

Mówi się o pani, że jest aktorką trudną, a o pani postaciach, że ich wspólnym rysem jest wyniosłość, emocjonalny chłód.
Być może mam taką urodę, która kojarzy się ludziom z dystansem, chłodem, powściągliwością. Tego nie zmienię. Wiele osób, które mnie nie znają, mogłoby być zaskoczonych, jak bardzo wciąż jestem… nieśmiała. Naprawdę! Wcale nie jest tak, że z wiekiem to przechodzi. Widzowie biorą czasem moje milczenie i niepchanie się przed obiektywy paparazzich jako wyniosłość. Jeśli ludzie uważają mnie za zimną i wywyższającą się, wiąże się to może z moją potrzebą bycia czasem samej. Kiedy czuję się źle, nie chcę z nikim rozmawiać. Wyłączam komórkę, zamykam laptop i chwytam za książkę lub słucham muzyki. Odcinam się od świata, a otoczenie bierze mnie za osobę zdystansowaną i patrzącą na wszystkich z góry…

Podobno na planie filmu „Gosford Park” Roberta Altmana była pani niezbyt przyjemna dla ekipy. To plotka czy prawda?
(śmiech!) Tak było. Moja nietowarzyskość wynikała z mojej roli – snobistycznej, oschłej dla otoczenia lady Sylvii. Próbując utrzymać ten stan i zagrać wiarygodnie, nie potrafiłam tak po prostu w czasie przerwy na lunch wrócić do bycia miłą kumpelą, która pożartuje, powygłupia się i za chwilę znów wejdzie w rolę. Wiem, że niektórzy mieli mi to za złe. Dlatego potem za moje zachowanie przeprosiłam.

Wyniosła i zepsuta w „Gosford Park”, słynnym filmie Roberta Altmana z 2001 roku. (Fot. BEW PHOTO) Wyniosła i zepsuta w „Gosford Park”, słynnym filmie Roberta Altmana z 2001 roku. (Fot. BEW PHOTO)

Co nie znaczy, że nie potrafię zagrać kobiety ciepłej. Jednak faktycznie jeśli którykolwiek reżyser szuka postaci, która zabija wzrokiem i w ogóle jest jędzowato-zołzowata, to mam spore wzięcie…(śmiech!) Dopiero we Francji dostrzeżono, że mogę przełamać ten lodowaty image. I tak na przykład w thrillerze Harlana Cobena „Nie mów nikomu” zagrałam temperamentną lesbijkę z artystycznej cyganerii, która wolny czas umila sobie namiętnym paleniem skrętów. Nie wiem, czy akurat określenie „miła i ciepła” jest tutaj na miejscu, ale w tej roli na pewno nie wiało ode mnie chłodem.

Które swoje role filmowe ceni pani albo lubi najbardziej?
Nie mam jednej takiej roli. Wspaniale wspominam rumuński film „Niezapomniane lato” w reżyserii Luciana Pintilie. Zagrałam po rumuńsku, fonetycznie. To był wielki film, choć mało znany i rzadko pokazywany w kinach. Ważny był dla mnie także obraz Nicolasa Windinga Refna „Tylko Bóg wybacza”. Zagrałam tam, wbrew mojemu wizerunkowi, kobietę wyzywającą, prowokującą. No i „Angielski pacjent”, gdzie pracowałam z Anthonym Minghellą i Ralphem Fiennesem. Film był nominowany do Oscara. Bardzo emocjonalna, intensywna, wspaniała rola. Niezwykle trudnym, traumatycznym, ale szalenie ciekawym filmem był dla mnie „Kocham cię od tak dawna”, w którym zagrałam kobietę odtrąconą przez społeczeństwo z powodu zabicia sześcioletniego syna. Wiele moich bohaterek jest poobijanych przez życie, niesympatycznych, jędzowatych, okrutnych. Praca nad tymi rolami jest jak obieranie cebuli. Trzeba powoli i starannie ściągać kolejne warstwy, by dowiedzieć się, co schowane jest głębiej, w środku.

Kiedy kilka lat temu w Berlinie rozmawiałyśmy o filmie „Party” w reżyserii Sally Potter, powiedziała pani, że nie dostaje wielu propozycji.
To prawda. Czułam, że często zapraszana jestem do jakiegoś projektu tylko dlatego, że mam być gwarancją jakości filmu. Potrzebują mnie głównie z produkcyjnych powodów. Dają mi więc maleńkie rólki, mając świadomość, że będę doskonale wiedziała, jak sobie poradzić na planie, będę umiała rozpłakać się w odpowiednim momencie itp. Marzyłam, by zagrać u braci Dardenne, no ale oni wolą, niestety, pracę z nieopatrzonymi twarzami. Myślałam więc znów o powrocie do teatru. Dopiero Sally Potter dostrzegła mój potencjał komediowy, dając mi w filmie „Party” rolę Jane. Świetnie się bawiłam na planie. Cieszę się, że zauważono także, iż potrafię rozśmieszyć. To już mi się przytrafiło w filmie „Cztery wesela i pogrzeb”, gdzie starałam się, by moja bohaterka, zakochana w Hugh Grancie, była zabawnie przerysowana. W „Party” bardzo spodobało mi się odwrócenie tradycyjnych ról w związku. To Jane gra pierwsze skrzypce. Jest politykiem, odnosi sukcesy, ma władzę, a przy tym nadal pozostaje atrakcyjną kobietą, która ma kochanka i której mąż wyraźnie pozostaje w cieniu. Przynajmniej do czasu.

Kiedy później grała pani żonę Winstona Churchilla w „Czasie mroku” w reżyserii Joe Wrighta, to Clementine w pani wydaniu też nie była kobietą stojącą w cieniu męża.
Nie chciałam stworzyć typowej żony, która stoi dwa kroki za swoim mężem, politykiem i premierem rządu. Mam dość powielania takich klisz. Poza tym byłam ciekawa, jak to jest być żoną mężczyzny, który poświęcił swoje życie krajowi. Próbowałam pokazać, że w trudnym dla Winstona czasie kryzysu gabinetowego w czasie II wojny światowej Clementine była jego partnerką, że bez niej, bez jej emocjonalnego wsparcia nie dałby sobie rady. Ona była niesamowicie elegancką kobietą, ale miała też cięty język i odwagę mówienia tego, co myśli. Wiele osób z otoczenia Churchilla nie lubiło jej, wręcz bało się bliższych z nią kontaktów. Jednak ci, z którymi była zaprzyjaźniona, uwielbiali ją bezgranicznie. Budziła skrajne emocje.

Niezłomna w „Czasie mroku” z 2017 roku. (Fot. BEW PHOTO) Niezłomna w „Czasie mroku” z 2017 roku. (Fot. BEW PHOTO)

Jest pani feministką?
Powiem coś niepopularnego. Przez wiele lat postulaty feministek były mi obce, a sam ruch uważałam za niepotrzebny. Jednak zmieniłam zdanie. Byłam przekonana, że kobiety nie muszą już o nic walczyć, a wszelkie problemy związane z nierównościami między płciami zostały dawno rozwiązane. Naprawdę sądziłam, że pokolenie moich rodziców poradziło sobie z najważniejszymi kwestiami, takimi jak możliwość brania udziału w wyborach, posiadanie konta w banku czy równe płace. A jako że wychowałam się w bardzo kobiecym świecie, nie byłam świadoma, jak głęboko są zakorzenione rozmaite uprzedzenia, jak bardzo niektóre rzeczy są wciąż aktualne.

To kiedy nastąpił przełom w pani myśleniu o feminizmie?
Feminizm stał mi się bliski wtedy, gdy zrozumiałam, że przypadki dyskryminacji kobiet nie są sporadyczne, ale nagminne. Impulsem do zmiany sposobu myślenia była dla mnie niespodziewana propozycja objęcia honorowego przewodniczenia Forum Ekonomicznego Kobiet. Zaczęłam czytać materiały, które od nich otrzymałam, i nagle zrozumiałam, że tak naprawdę jestem feministką, choć o tym nie wiedziałam. Nigdy nie zapomnę uwagi, którą otrzymałam kiedyś od pewnego reżysera: poinstruował mnie, bym była bardziej „pociągająca”. Byłam wściekła! Pomyślałam: „Dlaczego, do cholery, mam się nieustannie starać, żeby się podobać? Dlaczego zawsze mam być ładna, słodka, miła, grzeczna, żeby wszyscy mnie kochali?”.

Jaki jest pani stosunek do upływu czasu?
To zawoalowane pytanie o mój wiek? (śmiech). W porządku, nie ukrywam tego. W tym roku kończę okrągłe 60 lat! I wie pani co? Dobrze się z tym czuję, akceptuję to. Pewnie dlatego, że pracuję i mieszkam w Europie, we Francji. Tutaj kobiety w moim wieku są nadal postrzegane jako te, które mają coś ważnego do powiedzenia światu, a przy tym pozostają wciąż atrakcyjne i intrygujące. To że mamy kilka dodatkowych zmarszczek na czole, nie znaczy, że nie możemy mieć już wpływu na to, co się wokół nas dzieje. Kiedy kobieta jest starsza, ma bogatsze życie, więcej doświadczeń i jest bardziej interesująca od pięknych, ale często pustych młodych koleżanek. Wiek biologiczny to nie wszystko. Dojrzałe kobiety są ciekawsze. Cieszę się, że coraz więcej mężczyzn i kobiet zaczyna to dostrzegać.

Kristin Scott Thomas urodziła się w Redruth w Anglii w 1960 roku. W wieku 18 lat wyjechała do Francji. Za swoje role była wielokrotnie nominowana, m.in. do Złotego Globu, Bafty i Oscara (za „Angielskiego pacjenta”), a także do Złotych Malin (za debiut u boku Prince'a w „Zakazanej miłości”). Obecnie mieszka w Paryżu, ma troje dzieci: Hannah, Josepha i George'a ze związku z François Olivennesem, z którym rozwiodła się po 17 latach małżeństwa.