1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Głodne dzieci

Głodne dzieci

W coraz szybszym tempie zamieniamy nasz świat w niby-piękny iluzoryczny McŚwiat. Choć oferuje nam niezliczone dobra, żyjemy w nim emocjonalnie wygłodniali, samotni, nie wiedząc nawet, czego nam brak. Ten głód i ból duszy próbujemy zagłuszyć coraz większą konsumpcją. Jak Jaś i Małgosia rzucamy się na chatkę z piernika, wpadając w ręce złej czarownicy. Czy da się zawrócić z tej drogi? Rozmowa z Katarzyną Miller.

Tatiana Cichocka: Z „Jasia i Małgosi” pamiętałam głównie chatkę z piernika. Zapomniałam, jaka to smutna baśń. Mówi o ekstremalnym głodzie, który znieczula człowieka do tego stopnia, że jest w stanie wyrzucić z domu własne dzieci, by nie musieć się z nimi dzielić chlebem...

Katarzyna Miller: To baśń  z bardzo wczesnego okresu życia, dotyczy karmienia. Pokazuje, co się dzieje, gdy rodzice nie spełniają podstawowych potrzeb dziecka, bo sami cierpią głód, są biedni.

Baśń  mówi o braku chleba, ale nie chodzi tu chyba tylko o biedę w sensie materialnym? – Chodzi o biedę w sensie najszerszym z możliwych. Materialnym, emocjonalnym, duchowym. Zdarzają się ludzie, którzy potrafią się dzielić z innymi ostatnim okruszkiem bez poczucia straty, wręcz z radością. A bywają i bogacze, którzy nie są w stanie niczego nikomu dać, bo czują się wiecznie nienasyceni. Można się dzielić choćby dobrym słowem. A można żyć z nastawieniem: Nie mam, więc nie dam. Są ludzie, którzy żyją w stanie takiej biedy permanentnie. I niektóre dzieci rodzą się u takich rodziców, którzy nie mają nic do dania, bo sami ledwie przędą bytowo czy emocjonalnie. Ale ponieważ mają dzieci, udowodnili, że są „normalną” rodziną. Tylko że w takiej rodzinie nic nie jest normalne – przede wszystkim dzieci przymierają w niej głodem. Nikt ich nie karmi.

Co to oznacza? – Karmienie to nie tylko zaspokajanie fizycznego głodu. Oznacza też miłość, zrozumienie, wspieranie,  dawanie troski i uwagi, poczucia bezpieczeństwa. Dziecko karmione tym wszystkim rośnie nie tylko fizycznie, ale i rozwija się wewnętrznie. Aż w końcu staje na własnych nogach i może samo zacząć karmić siebie i innych. Dopóki nie jest w stanie tego zrobić, jest zależne od rodziców. Tymczasem rodzic, który ma poczucie, że świat się z nim źle obszedł, nie potrafi karmić. Ma poczucie krzywdy własnej, a tu jeszcze ma się zajmować dzieckiem. Dlaczego ten bachor ma dostawać coś, czego ja nie mam? Dla mnie samej prawie nie ma chleba, dlaczego mam oddawać go dzieciom – mówi macocha Jasia i Małgosi.

To okrutne, ale dla niej to racjonalne wyjście: jest mało jedzenia, więc pozbądźmy się dwóch dodatkowych gąb. – I udawajmy, że ich w ogóle nie było. Wypieranie to cudowna właściwość ludzkiej psychiki. Żyjemy dalej, nie myśląc o tym, że dokonaliśmy zbrodni.

Można też powiedzieć, że w taki sam sposób odrzucamy swoje wewnętrzne dziecko, spychamy je w nieświadomość, czyli do lasu. Nie ma go, więc nie trzeba się nim zajmować. Tyle tylko że to nic nie da, dalej będziemy mieć biedę.

To najbardziej przykre, ofiara na nic. – W wielu baśniach pojawia się motyw dzielenia się ostatnim kawałkiem chleba. Te historie pokazują, że gdy się czymś podzielisz, to ci przyrośnie, zostaniesz nagrodzony. Tutaj nic nie może przyrosnąć, bo nie ma z czego.

Mówimy: matka głodna – wyrzuciła dzieci. A ojciec? Czemu się na to zgadza? – Bo jest słaby – w naszej kulturze ojcowie są słabi. Oddają matkom decyzje w sprawie dzieci i domu. Mało mężczyzn decyduje się w sposób świadomy brać udział w wychowaniu. Nie tylko karaniu czy wykonywaniu poleceń  żony: a tak ubierz, a to daj do zjedzenia, albo zajmij się nim, bo to twój dzień. Za mało jest ojców, którzy znajdują wartość w aktywnym byciu z dzieckiem, dlatego między innymi mamy taką cywilizację. To cywilizacja mężczyzn, którzy się nie rozwijają, bo ich ojcowie też się nie rozwijali, którym władza sama wchodzi w ręce, więc ją degenerują, sprowadzają do rywalizacji z innymi mężczyznami. Nie mają ochoty na odpowiedzialność, więc oddają władzę nad życiem: karmieniem, domem, dziećmi, wakacjami, kulturą – kobietom.

Które pełnią funkcję menedżera w rodzinie: wszystko organizują i o wszystkim pamiętają, od rocznicy ślubu po listy zakupów, oraz pracują zawodowo. A mąż ewentualnie czeka na polecenia, „pomaga”. – Krzywdzące jest, że ponieważ to kobiety rządzą w domu, wszelkie prace z tym związane w patriarchalnej hierarchii wartości są na ostatnim miejscu. Mimo to on wciąż jest głową domu. Ona organizuje, a on może się bawić albo zajmować ważnymi sprawami. A że gdzieś w tym układzie funkcjonują jeszcze dzieci? Przecież żona wychowuje, daje jeść, opiera, kupuje ubrania, szuka szkoły, chodzi na wywiadówki. A to, że przez to żadne z rodziców nie ma dla nich czasu i tak naprawdę nikt ich nie karmi? Trudno.

Mimo to dzieci chcą być w domu. Są w stanie wiele poświęcić. – Wszystko niemal: Jaś robi rzecz wielką. Kiedy idą do lasu, kruszy po drodze ostatnią kromkę chleba, żeby po śladach trafić z powrotem do domu.Jaś i Małgosia nie mają co jeść. Są też głodni emocjonalnie: wyrzuceni z domu, z poczuciem, że rodzice ich nie chcą, sami w lesie, a ich życie jest w niebezpieczeństwie.

Nic dziwnego, że gdy trafiają na domek zrobiony ze słodkości, rzucają się na niego: boją się, że zaraz znów nie będzie nic do jedzenia, trzeba się nachapać jak najszybciej, bo zabraknie. – Tak właśnie często reagują ludzie „głodni”. Taki ktoś może być ubrany w garnitur od Armaniego, ale mieć głód w oczach. Zaspokoił swój głód pożywienia, ale nie wykarmił się emocjonalnie. Zresztą najczęściej bywa tak, że im bardziej człowiek karmi się pieniędzmi, tym mniej karmi się emocją. Miłością, spokojem, bezpieczeństwem  i poczuciem przynależności. Za sprawą tego głodu ludzie wiele osiągają, odnoszą spektakularne sukcesy, ale w środku czują pustkę i brak.

Taki człowiek często nie jest świadomy, czego mu brakuje. – Jeśli jesteś głodna, chęć zaspokojenia głodu przyćmiewa wszystko. To jeden z mechanizmów przetrwania. Gdy masz dziurę w duszy, możesz opływać w dobra i wciąż czuć niedosyt. Można tak życie przeżyć – i nie żyć naprawdę.

Jaś i Małgosia przełamują ten schemat: idą w las, znajdują chatkę z piernika, podstępem pokonują czarownicę, która chce ich zjeść, i wracają z lasu nakarmieni. Jak im się to udaje? – Są dzielni, kochają się, co prawda się boją, ale idą dalej. Wspierają się: Jaś poświęcił swoją kromkę chleba, Małgosia podzieliła się z nim swoją. Choć oboje byli głodni. Można powiedzieć, że to chłopiec i dziewczynka, ale też że to dwie części naszej osobowości. Kiedy idą razem, współpracują, mają szansę przetrwania. Gorzej, jak się rozdzielą. W lesie Jaś dodawał Małgosi odwagi, prowadził. Ale gdyby sam trafił do czarownicy, pewnie by został zjedzony. Dzięki Małgosi uratowali się oboje. W starciu z czarownicą potrzebujemy nie tyle męskiej siły i odwagi, co intuicji, mądrości właściwej kobiecej części naszej natury.

 
A tak w ogóle skąd w lesie chatka z piernika? – To dom z marze  głodnych dzieci – zrobiony z jedzenia, słodki, sycący. Piękna iluzja karmienia.

Słodycze są pyszne, choć nie karmią naprawdę. Ale wiadomo też, że są lekarstwem na smutki. – Uczymy się tego związku bardzo wcześnie. Przychodzi ciocia, mówi: Ach, masz tu, kochany siostrze cze, czekoladki. I chłopiec już wie, że słodycze równa się miła atmosfera, czułość, przyjemność, święto. Nic dziwnego, że chce jeszcze. Ze słodyczami jest jak z alkoholem. W małej ilości daje przyjemność, rozluźnia. Ale odrobina więcej – i już wyłazi zza tej przyjemności czarownica, która chce nas pożreć. Jesteśmy samotni i przerażeni, więc się zapychamy, karmimy iluzją. Na tym się opiera reklama: zjedz batonika, nie będziesz głodny.

Chcesz seksu, zjedz czekoladkę. Kochasz kogoś, daj mu bombonierkę. Wyraź uczucia słodyczami. – Zastąp uczucia słodyczami. Daj w zamian fast food. Coś bez wartości. Ludzie, którzy czują się puści w środku, nienakarmieni, swój głód próbują zaspokoić czymś z zewnątrz. Rozglądają się za gadżetami, konsumują. Ale nie da się tego głodu zaspo-koić rzeczami. Budujemy coraz więcej centrów handlowych, supermarketów, zamiast budować drogi, metro. Nie ma komunikacji, ale za to są świątynie żarcia, które w większości jest przetworzone, nie karmi naszego ciała, a przez to i ducha.

To jest baś  o tym, czym grozi galopująca konsumpcja? – Mało tego, to jest baś  o tym, że i u nas pod bokiem, i w Afryce giną dzieci z głodu. My, którzy żyjemy w dobrobycie, jesteśmy tą złą macochą, która ma, ale mówi: mam za mało. Nie możemy oddać kawałka chleba. Bo to jest nasz chleb, nasze wędliny w 76 rodzajach, nasze samochody. Nie damy, co nas obchodzi, że oni gdzieś tam padają milionami. Dla nas nie starczy, jeśli damy. Zaślepia nas strach przed tym, że będziemy jeszcze bardziej głodni, niż jesteśmy. To jest opowieść o ludzkim głodzie w najszerszym rozumieniu. Żyjemy w globalnej wiosce – to modne sformułowanie. Więc jesteśmy odpowiedzialni za całą tę wioskę. Szczególnie że nasza ekspansywność każe nam podbijać innych i na siłę zmieniać ich sposób życia, zabijać ich kultury. Zabieramy tym ludziom wszystko, a dajemy nasze cukierki. A potem zabieramy te cukierki. I oni są w stanie za nie się zabijać. Stworzyliśmy McŚwiat. I to jest też bajka o tym. O niby pięknym, nic niewartym świecie opartym na iluzji.

Czarownica jest tego symbolem. Symbolem zła, które się ukrywa za piękną, lukrowaną fasadą. Z pozoru karmi, a tak naprawdę pożera. – Jeszcze nas do szczętu nie zjadła, ale już mamy przeróżne efekty tego wpływu. Bo my jeszcze sobie jakoś żyjemy, niektórzy nawet całkiem nieźle. Kiedy chodzę na targ, myślę sobie: tu jest żywe jedzenie. Pójdę na barykady walczyć o targi. Ci ludzie zrywają jedzenie z drzewa, wyrywają z ziemi, pracują ciężko i biorą dwa złote za kilo. I jeszcze się z nimi kupujący kłócą, że za drogo, po czym lądują w fast foodowni i zjadają za 15 zł nadmuchany zestaw, w którym są same niezdrowe, przetworzone rzeczy. I w dodatku to dla nich święto. Takie są nasze święta. Dzieci są najszczęśliwsze, kiedy się je zabierze do McDonalda, a plują na kasze i szpinak. Ale przecież one się tego uczą od dorosłych. Tacy jesteśmy.

Możemy narzekać, ale nie zmienimy cywilizacji... – Na szczęście są ludzie, którzy starają się zdrowo żyć, wychowują dzieci w szacunku, interesują się rozwojem, docieraniem do tego, co jeszcze możemy ocalić przed zalewem konsumpcji. Dzięki nim ten świat istnieje.

Większość jednak tkwi w szponach czarownicy, bo, jeśli wierzyć Małgosi, póki nie zobaczysz, że to czarownica, czujesz się jak w niebie. – Niełatwo zobaczyć, że się tkwi w uzależnieniu, szczególnie że uzależniamy się od rzeczy, które pozwalają nam nic nie widzieć i nie czuć. Konsumujemy, bo unikamy sytuacji, które sprawiają, że czujemy niespełnienie, własną nieadekwatność. Zagłuszamy nieprzyjemne komunikaty. Smutno ci, to pędź do sklepiku, kup cukierki. Boli cię głowa, pędź do apteki, nie pytaj, po co cię boli, dlaczego, tylko zagłuszaj. Konsumpcja daje chwilowe, ale natychmiastowe poczucie szczęścia. Nowy seks, nowy ciuch, dobre jedzenie... Tylko potem, by osiągnąć ten sam efekt, trzeba konsumować coraz więcej. Podstawą wychodzenia z uzależnień jest znalezienie czegoś „zamiast”. Nie możesz zostać z tą dziurą w duszy i nic z nią nie robić. Musisz znaleźć coś innego, czym ją zapełnisz. To może być jakaś aktywność, inwestowanie w siebie, w ludzi, pasja. Trzeba nauczyć się czerpać z tego satysfakcję.

To trudne, bo ulga i satysfakcja nie przychodzą natychmiast, w przeciwieństwie do tego, czego dostarczają zapychacze. – Trzeba się uczyć być z siebie dumnym, a nie ukojonym przez złudny chwilowy smak namiastki. To nas nakarmi naprawdę. W ciszy wewnętrznej, chwili zatrzymania przychodzi wiedza, jak to zrobić. Jak być świadomie ze sobą i nie dać się przechytrzyć własnym głodom. Wtedy można powiedzieć: spróbowałam, ale za więcej dziękuję, to wszystko jest pyszne, ale ja mam swoje korzonki i one są dla mnie dobre. Chcę żyć na pewnym poziomie, ale pewnych rzeczy nie zrobię. Stosuję swoją miarę. Jaki człowiek na świecie naprawdę potrzebuje mieć miliardy, odrzutowce? To nie są potrzeby człowieka, tylko rozdmuchane żądania czarownicy, która trzyma nas w swoich szponach.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Po co nam ten czas? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Ilustracja iStock
Ilustracja iStock
Myślę, że to poważne ostrzeżenie. Okazja, by dostrzec błędy, które człowiek popełnia w imię chciwości – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. I zastanawia się, czy pandemia nie zatrzymała nas przypadkiem w drodze do autodestrukcji.

Czy można znaleźć jakiś sens w tym, co się dzieje dziś na świecie?
To się dopiero okaże. Na razie widnokrąg zasłania nam czarna chmura nieszczęścia i lęku. Z bliska oglądamy chorujących i umierających ludzi, więc boimy się o nasze przetrwanie. Z drugiej strony – odczuwamy zagrożenie perspektywą utraty pracy, zarobków i utonięcia na lata w biedzie, w długach. Mamy powody przypuszczać, że świat, jaki znamy, i system wartości, który go napędzał, rozpadają się na naszych oczach. Wszystko to zmusza do zadawania sobie pytań, które wcześniej nie przychodziły nam do głowy, np.: Czy nasze życie ma trafnie zdefiniowany cel? Czego potrzebujemy do szczęścia?, itp.

Dostaliśmy czas, by zastanowić się, czy stworzyliśmy świat, który daje nam to, czego naprawdę potrzebujemy?
Odpowiedź na pytanie, po co nam była groźba „końca świata”, poznamy zapewne dopiero, gdy ta groźba minie. Obyśmy nie uznali jednak wtedy pandemii za przypadkowe i chwilowe zrządzenie losu. Tak jak w dowcipie o mężczyźnie, który w obliczu nieuchronnej śmierci z rąk męża swojej kochanki wyskakuje przez okno na 30. piętrze, a w trakcie tych kilku sekund spadania modli się żarliwie o ratunek. Obiecuje Bogu, że jeśli go ocali, będzie żył w zgodzie ze wszystkimi przykazaniami! Kiedy jednak szczęśliwie ląduje na ogromnym rozłożystym drzewie, myśli: „Co też za głupoty człowiekowi w stresie przychodzą do głowy!”.

Miejmy nadzieję, że i my wylądujemy szczęśliwie!
I że wtedy trudno będzie nam zaprzeczyć, że to, co nas spotkało, było negatywną konsekwencją tego, że nasz system ekonomiczny – a my wszyscy wraz nim – był nastawiony na zysk za wszelką cenę. Za cenę ludzkiego zdrowia i życia, za cenę popsucia powietrza i klimatu, za cenę niewyobrażalnej udręki zwierząt hodowlanych, za cenę masowego wymierania wielu tysięcy gatunków zwierząt dzikich i za cenę destabilizacji ekosystemu Ziemi.

Trudno nie myśleć o apokalipsie…
Koronawirus zatrzymał nas wszystkich w biegu. Prawdę mówiąc, marzyłem o tym, żeby jakimś cudem tak się stało – co nie znaczy, broń Boże, że marzyłem o pandemii. Marzyłem tylko o tym, żebyśmy się wszyscy choć na moment zatrzymali. Nawet jedna z moich pierwszych książek nosiła tytuł: „Zatrzymaj się”. Gdy 1 sierpnia zeszłego roku w Godzinie „W” znalazłem się w miejscu, gdzie wszystkie samochody i przechodnie zatrzymali się na całą minutę – pomyślałem, że powinniśmy się tak zatrzymywać częściej i na dłużej, by uświadomić sobie, jak głęboko jesteśmy uzależnieni, jak, poświęcając wszystko inne, pędzimy na oślep, odurzeni perspektywą kupienia sobie jeszcze jednej niepotrzebnej rzeczy. Gotowi harować na to dniami i nocami.

Ilustracja Paweł Jońca Ilustracja Paweł Jońca

Konsumpcjonizm nie dał nam szczęścia. Ale wszyscy, choć w różnym stopniu, wpadliśmy w jego sidła. Czy sam nie byłeś przez te lata zapracowany?
To prawda, ale nie w imię posiadania rzeczy i pieniędzy, lecz mojej uporczywej misji pomagania innym w rozstawaniu się ze złudzeniami. Lecz i tak nie zapominałem o tym, by żyć w zgodzie ze sobą, czyli realizować pasje, uczyć się, doskonalić, medytować, bawić się i wypoczywać. Dlatego, patrząc na ludzi biegających w kieracie „zarób – wydaj – zarób”, mogłem dostrzec, jak bardzo są umęczeni i zagubieni. Często miałem nawet wrażenie, że uczestniczę w jakiejś zbiorowej psychozie… Więc mam nadzieję, że to wymuszone przez pandemię gwałtowne zatrzymanie się stanie się dla nas wszystkich początkiem procesu wychodzenia z nałogu. Ciągnąc tę analogię, można powiedzieć, że jesteśmy teraz na przymusowym detoksie.

Szkoda, że nie na dobrowolnym.
Tak, ale przymus bywa konieczny, gdy chodzi o życie. Potem zapewne wejdziemy w fazę odwyku wraz z jej nieuchronnymi epizodami nawrotu. Ale i tak będziemy stopniowo odzyskiwać zdolność do odczuwania wszystkimi zmysłami dawno zapomnianych smaków życia. Do rozpoznawania tych prawdziwych potrzeb naszych serc i dusz. A wtedy już nic ani nikt nie zdoła nas na powrót zaprząc do dawnego kieratu.

Pandemia może więc pomóc nam pokonać konsumpcjonizm z tym, co nam wmówił, czyli sztucznymi potrzebami?
Spod chmury grozy i nieszczęścia trudno dostrzec jakiekolwiek pozytywy w tym, co się nam teraz przydarza. Jednak za jakiś czas być może docenimy to, że pandemia zatrzymała nas – niestety, tylko tych, którzy przeżyli – w nieświadomym pędzie ku autodestrukcji. A więc że dzięki groźbie końca świata uniknęliśmy rzeczywistego końca świata. Stanie się tak jednak, pod warunkiem że ten czas będzie dla ludzkości okazją do opamiętania się. Na szczęście tak się już powoli dzieje! Wkrótce po wybuchu pandemii słyszałem od wielu klientów i znajomych: „W imię czego tak ciężko pracowałem i dokonywałem wyborów, które demolowały moje życie rodzinne, moje relacje z przyjaciółmi, moje prawdziwe marzenia?”. To ważne dla nas wszystkich, by zdać sobie sprawę z beznadziei konsumpcyjnej egzystencji. Ale ile grozy trzeba było nam zaaplikować, aby rozpoczął się proces przemiany zbiorowej świadomości?!

Co nam może pomóc, aby ten proces się nie zatrzymał?
Może nam w tym pomóc zbiorowe poczucie, że śmierć jest realna, przez dekady usiłowaliśmy zaprzeczać jej istnieniu. Ukrywaliśmy ją skrzętnie w szpitalnych kostnicach, przebieraliśmy i szminkowaliśmy w luksusowych domach pogrzebowych. Nawet sama żałoba stopniowo zaczęła być uznawana za stan wymagający leczenia albo wręcz stratę czasu! Żal i świadomość, że nasze istnienie jest kruche i ma swój kres, są nie do pogodzenia z życiem w radosnej konsumpcji. Więc kiedy przypomnimy sobie wreszcie, że jesteśmy śmiertelni, wiele może się zmienić.

Mamy szansę odkryć, czym jest szczęście?
Tak, jeśli ta lekcja pokory nas czegoś nauczy. Jeśli uznamy, wbrew temu, co od lat wciskały nam reklamy, korporacyjne prezentacje, mówcy motywacyjni i różni, pożal się Boże, przywódcy, że nie jesteśmy ani nieśmiertelni, ani wszechmocni!

Poczucie bezsilności może nas wewnętrznie przemienić?
Urealnienie to kolejny ważny warunek przemiany naszej świadomości. Urealnienie, czyli także dostrzeżenie, że cierpliwa natura wystawia nam w końcu słony rachunek za naszą zbiorową agresję, niepohamowaną chciwość, arogancję i ignorancję. Warto uznać to, że Ziemia jest inteligentnym bytem, że dba o swoją równowagę i wszystkie stworzenia. A także i to, że gdy zostanie ona wyprowadzona z równowagi, gdy broni życia jako takiego, działa bezwzględnie. Bardzo ważne jest więc, abyśmy to, co nas teraz spotyka, potraktowali jako bolesną, ważną nauczkę. Dostrzegli wreszcie nasze zbiorowe ślepotę, zadufanie i nielojalność wobec planety, która robiła i wbrew pozorom nadal robi wszystko, aby ratować i wspierać życie – w tym także życie naszego gatunku!

Przyjęcie hipotezy Gai może pomóc nam przetrwać?
Nawet jeśli uznać istnienie Gai za baśń, to jest to baśń warta głoszenia. Baśniową interpretację tego, co nas spotyka, można zamknąć w opowieści o Gai, która zdecydowała się na obronę świata natury przed agresją ludzi. Nie bez powodu wrogie nam wirusy pochodzą ze świata zwierząt. Paradoks polega na tym, że prawdopodobnie sami ich produkcję prowokujemy. Na tej samej zasadzie, na jakiej wyprodukowaliśmy wiele lekoopornych bakterii, bo np. karmimy zwierzęta hodowlane antybiotykami. Niestety, ludzi, którzy ostrzegali przed takim postępowaniem, lekceważono i nazywano ekoterrorystami.

Co teraz będzie? Jak myślisz?
Trudno powiedzieć, jak to się potoczy. Jeśli kryzys ekonomiczny będzie głęboki, gdy zabraknie zasobów potrzebnych do życia, różnie może być. Choć myślenie egotyczne byłoby skrajną głupotą, bo problemy, przed którymi stanęliśmy jako ludzkość, można rozwiązać tylko przez wspólnotowe, świadome działania wszystkich ludzi i krajów – czyli tylko w skali globalnej możemy znaleźć ratunek przed końcem świata.

Czyli dzięki pandemii mogą odżyć i ocalić nas takie wartości, jak poczucie wspólnoty, które tępił neoliberalizm?
Świadomość ludzka, nawet gdy zostanie skonfrontowana z niebezpieczeństwem końca świata, może jednak zmieniać się zbyt wolno. Podobnie jak się to dzieje ze świadomością człowieka skonfrontowanego z diagnozą terminalną. Pierwszą fazą jest zawsze zaprzeczanie: „To jakaś ściema ta pandemia”. Kolejna faza to agresja: „Dlaczego nas to spotyka, to wszystko wina Chińczyków, masonów, Żydów!”. Potem następuje faza targowania się z losem, z naturą czy z Bogiem: „Jeśli nie zachoruję, to pójdę na drobne ustępstwa, np. przestanę jeść mięso”. I dopiero kolejny etap to czas rezygnacji z mechanizmów obronnych i wzięcie odpowiedzialności za swoje działania, czyli bicie się w piersi. Wtedy dopiero idziemy po rozum do głowy i pojawia się szansa na adekwatne do zagrożenia, racjonalne działanie. Niestety, jako zbiorowość jesteśmy ciągle w fazie zaprzeczania i targowania się. Wciąż wierzymy w wielkie zwycięstwo człowieka w walce z ciemnymi siłami przyrody. To zgubne. Czas wylądować na ziemi, zacząć zachowywać się dojrzale i przyzwoicie.

Przyzwoicie?
Przyzwoicie, czyli tak, by człowiek funkcjonował zgodnie z wymaganiami ekosystemu. Wtedy historycy przyszłości będą mieli szansę uznać, że to wszystko, czego teraz doświadczamy, stało się w głęboko pojmowanym interesie ludzkości, a nie przeciwko niej. I że ludzkość była w stanie z tej strasznej lekcji wyciągnąć naukę.

Klasyczna opowieść o epidemii, czyli „Dżuma” Alberta Camusa, to opowieść o tym, że dopiero uznanie rzeczywistości i podjęcie mądrych decyzji zatrzymało zarazę…
Dopiero teraz, kiedy mamy pandemię i katastrofę klimatyczną, dokładnie widać, jak potężny jest ten mechanizm „zaprzeczania”, który doprowadził naszą cywilizację na krawędź. Dziś wreszcie też widać, że ci, którzy zaprzeczają powadze sytuacji, są ogromnym zagrożeniem dla pozostałych, gdyż to oni w istocie są roznosicielami zarazy. A, niestety, to właśnie oni przez ostatnie dekady decydowali o losach świata. Na przykład pan Trump – jako czołowy „zaprzeczacz” – doprowadził Amerykę do sytuacji tragicznej, bo pozbawił ogromną liczbę swoich obywateli dostępu do służby zdrowia. Jest nadzieja, że w związku z tym przegra najbliższe wybory.

Pandemia pokazuje, że idea państwa jako opiekuna swoich obywateli ma głęboki sens, choć przez ostatnie 25 lat nam ją obrzydzano.
Przyjdzie niebawem czas, aby się nad tym poważnie zastanowić. Na razie wykorzystajmy ten okres wymuszonego zatrzymania i odosobnienia na uporządkowanie naszej hierarchii wartości, na odkrywanie i doświadczanie naszych prawdziwych potrzeb i aspiracji, takich jak: poczucie solidarności, wspólnoty, bezinteresowności, bliskości i miłości. Porzućmy pokusę zaprzeczania i targowania się z pandemią, a w zamian wyciągnijmy właściwe wnioski z tej bolesnej lekcji. Pojmijmy, że w istocie jesteśmy zjednoczeni z naszą planetą, że szkodząc jej, szkodząc innym jej mieszkańcom – szkodzimy sobie. Niech nam się uda dostroić naszą zbiorową świadomość do tej rzeczywistości. A potem urządźmy nasz świat na nowo.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl). 

  1. Psychologia

Stare i nowe metody walki z nadmiarem

Uwolnienie się od nadmiaru to może być pierwszy krok na drodze do minimalizmy. (Fot. iStock)
Uwolnienie się od nadmiaru to może być pierwszy krok na drodze do minimalizmy. (Fot. iStock)
A gdyby tak w kolejny rok wejść jedynie z walizką? W dodatku wypełnioną tym, czego naprawdę potrzebujesz. Joanna Olekszyk sprawdza, czy nowe i stare metody walki z nadmiarem są dobrym pomysłem na szczęśliwe życie.

Ryan pewnego dnia obudził się w pokoju, w którym nie było niczego oprócz łóżka. Wstał, przeciągnął się i ruszył przez puste mieszkanie w kierunku kartonów stojących przy wejściu i opisanych kolejno: kuchnia, łazienka, ubrania, różności… Podszedł do tego drugiego i wyjął z niego szczoteczkę do zębów i pastę. Poszedł do łazienki. Po czym wrócił, jeszcze raz sięgnął do pudełka i wyjął z niego żel pod prysznic i ręcznik. Znów zniknął w łazience… Tak wyglądał pierwszy dzień jego eksperymentu. Postanowił spakować do pudeł i worków wszystko, co ma, i przez 21 dni (jak wyczytał, tyle trwa wyrabianie nawyku) wyjmować z nich tylko to, czego akurat potrzebuje. Po upływie tego czasu miał się dowiedzieć, ilu rzeczy naprawdę używa. Nigdy nie rozpakował wszystkich pudeł. Po 21 dniach uświadomił sobie, że potrzebuje ledwo procenta rzeczy, które posiada. Cała reszta ma mu zapewniać status, być potwierdzeniem tego, że osiągnął sukces.

Ryan Nicodemus to jeden z bohaterów książki „Rzeczozmęczenie” Jamesa Wallmana, dziennikarza, futorologa i prognostyka trendów.

Ryan dorastał w biedzie, obiecał więc sobie, że kiedyś będzie zarabiał tyle, by móc zamieszkać w jednym ze wspaniałych domów, które remontowali razem z ojcem. I dopiął swego. W wieku 28 lat, zarabiając ponad 100 tysięcy dolarów rocznie, mając piękny dom i fajną dziewczynę, czuł się jednak nieszczęśliwy i zagubiony. Po zakończeniu eksperymentu pozbył się większości dobytku. Przestał też pracować do późna, by zarabiać na przedmioty, których tak naprawdę nie potrzebował. Rozpoczął nowe życie, w którym nie był już przytłoczony rzeczami. Jak pisze Wallman, zamiast realizować swoje materialne aspiracje, zaczął dążyć do innych celów – dbania o zdrowie czy dobre relacje z bliskimi. I rzeczywiście stał się szczęśliwszy.

Mało, coraz mniej

„Z własnej woli zaprzestań już teraz marnotrawstwa, zanim zostaniesz do tego zmuszona w niedalekiej przyszłości” – apelowała w 2008 roku w książce „Sztuka prostoty” Dominique Loreau, Francuzka propagująca japoński minimalizm. Już wtedy zwracała uwagę na to, że wszystko, co jednorazowe, nie tylko niszczy środowisko naturalne, ale i nas samych. Od tego czasu dosłownie utonęliśmy w jednorazówkach, na szczęście ten trend ostatnio się odwrócił. Nie nauczyliśmy się jednak przestać gromadzić rzeczy. Przywykliśmy do kupowania kolejnych gadżeciarskich modeli smartfonów, telewizorów nowszej generacji czy trzeciej pary takich samych butów, tylko w innym kolorze. Tak sobie wynagradzaliśmy i wynagradzamy czasy, kiedy albo nie było nas stać na pewne rzeczy, albo nie mogliśmy ich dostać. Ale czy staliśmy się szczęśliwsi?

„Obfitość nie uczy wdzięku ani elegancji. Niszczy duszę i pozbawia wolności – przestrzega Loreau. – Prostota zaś rozwiązuje wiele problemów. Miej mało rzeczy – będziesz mogła poświęcić więcej czasu swojemu ciału. A gdy poczujesz się dobrze w swojej skórze, będziesz mogła zapomnieć o sprawach ciała i zająć się kwestiami duchowymi, wieść życie pełne sensu”.

Wielu z nas przyznaje jej dziś rację. I marzy o życiu prostym, bardziej ekologicznym, pozbawionym tysięcy drobnych decyzji i wydatków (oraz niekończącego się sprzątania ich efektów). Dlatego obiecujemy sobie: w nowym roku walczę z nadmiarem! Ja też tak postanowiłam, po tym jak przeprowadziłam własny eksperyment.

Otóż z powodu remontu na miesiąc przeniosłam się z całym moim dobytkiem w inne miejsce. I zobaczyłam, jak ogromną ilość rzeczy posiadam. To, co do tej pory było dla mnie powodem do czegoś w rodzaju dumy, okazało się męczarnią – zwłaszcza że musiałam przenosić ów dobytek tam i z powrotem. Bez żalu więc część przedmiotów oddałam, a część wyrzuciłam. Zorientowałam się też, że korzystam jedynie z ubrań zapakowanych do podręcznej walizki – i niczego mi nie brakuje. Mogłam w parę minut spakować się i wyruszyć w podróż w dowolnym kierunku. I było to rzeczywiście coś na kształt wolności.

„Prostota oznacza, że mamy niewiele, by stworzyć miejsce dla spraw najważniejszych – pisze Dominique Loreau. – Jeżeli zrezygnujemy z posiadania zbyt wielu rzeczy, będziemy potrafili lepiej docenić to wszystko, co przynosi satysfakcję duchową, emocjonalną i intelektualną”.

Ryan postawił na minimalizm, czyli na eliminację ze swojego życia i otoczenia wszystkiego, co zbędne. Można pomyśleć: cóż pozostaje? Tylko to, co konieczne. I wyjątkowe. Bo aby żyć w stylu minimalistycznym, przedmioty, które masz – nawet te najmniejsze – muszą być piękne i funkcjonalne. „Nie wahaj się pozbywać przedmiotów, które są jako takie, i zastąpić ich rzeczami doskonałymi, nawet jeśli pociągnie to za sobą wydatki, które wiele osób uzna za marnotrawstwo – radzi Dominique Loreau. Jej zdaniem przed wejściem na drogę minimalizmu powstrzymuje nas właśnie lęk przed marnotrawstwem, czyli wyrzuceniem lub oddaniem tego, co kiedyś jeszcze może się przydać. Ale czy nie większym marnotrawstwem jest właśnie to zachowywać? Minimalizm dużo kosztuje, ale właśnie płacąc tak dużo, zadowolisz się tym, co rzeczywiście niezbędne.

Czyli: mniej kupuj, oddawaj niepotrzebne i zbędne rzeczy, no i upraszczaj, krok po kroku. Pomyśl: Czy naprawdę potrzebujesz aż tylu zestawów sztućców? Albo ciepłych czapek? Dawno przeczytanych książek? Może ucieszą kogoś innego? Czy nie lepiej przenieść się z wielkiego domu do mniejszego mieszkania, a przy okazji zaoszczędzić? Zwłaszcza to ostatnie pytanie jest na czasie. Zdaniem Loreau w wyniku przeludnienia za kilka lat wszyscy będziemy zmuszeni funkcjonować na niewielkich, ale za to świetnie zorganizowanych metrażach. Lepiej już teraz umieć się tym rozkoszować.

Jak upraszczać życie?

  • nie miej poczucia winy, gdy coś wyrzucasz lub oddajesz;
  • nie akceptuj tego, czego sobie nie życzysz;
  • wyobraź sobie, że twój dom spłonął – zrób listę rzeczy, które kupisz ponownie;
  • pozbądź się wszystkiego, czego nie użyłeś chociaż raz w ciągu ostatniego roku;
  • powtarzaj co jakiś czas: „Nie pragnę niczego, co nie jest konieczne”;
  • odróżniaj swoje potrzeby od swoich pragnień;
  • przekonaj się, jak długo możesz żyć bez czegoś, co uważasz za niezbędne;
  • znajdź miejsce dla każdej rzeczy;
  • zawsze zadawaj sobie pytanie: „Dlaczego trzymam to w domu?”;
  • dla zabawy zrób listę wszystkich rzeczy, które masz; niemożliwe?
  • nigdy nie akceptuj wyboru drugiej kategorii;
  • kupuj tylko wtedy, gdy masz pieniądze w kieszeni;
  • miej zaufanie do rzeczy klasycznych, które sprawdziły się do tej pory.

Jakość ponad ilość

Minimalizm może jednak okazać się dla niektórych zbyt restrykcyjny. Jeśli chcesz pożegnać się z nadmiarem, ale w bardziej stonowany sposób, postaw na „rozważną aranżację”. Określenie to stworzyła blogerka Tara Burton. W skrócie oznacza ono, że rozważnie otaczamy się przedmiotami – inwestujemy w te godne zaufania, dzięki czemu oszczędzamy czas, energię i pieniądze, które pochłaniają ich naprawy lub wymiana na nowe. Według tej koncepcji kupujemy rzadziej i tylko takie rzeczy, które będą towarzyszyły nam przez lata – radowały oko, sprawnie funkcjonowały i stawały się dla nas ważne. W przeciwieństwie do minimalizmu nie zakłada ona ograniczenia się do określonej liczby przedmiotów, które można spakować do walizki, choć możesz, tak jak Burton, sporządzić listę rzeczy, których nie potrzebujesz – pomoże ci ona podejmować decyzje zakupowe. Nie chodzi bowiem o całkowite zaprzestanie kupowania, tylko o kupowanie jedynie tego, co wspiera funkcjonalny i satysfakcjonujący styl życia. Idealna sytuacja jest wtedy, gdy możesz sobie powiedzieć, że „masz wszystko, czego potrzebujesz” – tak jak brzmi tytuł książki Tary Burton, wydanej w tym roku.

Pisze w niej: „Nasze domy, podobnie zresztą jak całe życie, zostały wypchane przedmiotami, które zawodzą i sprawiają, że nasz poziom stresu wzrasta, a oszczędności topnieją”. Jak przyznaje, sama zawsze była rozrzutna, już jako dziecko, bez względu na to, ile kieszonkowego dostawała, zawsze pod koniec miesiąca była spłukana. W końcu doprowadziło to do jednego: jej karty kredytowe były obciążone na kilka tysięcy funtów. „Wracałam do zagraconego domu, którego sprzątanie mnie wykańczało, a  potem wpatrywałam się niewidzącym wzrokiem w sterty ciuchów będących pokłosiem szybko zmieniającej się mody i zastanawiałam, dlaczego wydaje mi się, że nie mam co na siebie włożyć” – wspomina. Kiedy rozpadł się jej ostatni związek, tak bardzo się pogubiła, że musiała wspomagać się antydepresantami, do tego dołowała ją praca – pisała teksty reklamowe, jak mówi: „dla ludzi takich jak ja, przekonujące ich do kupowania niezależnie od tego, czy rzeczywiście czegoś potrzebują”.

Na szczęście w jej życiu nastąpił punkt zwrotny. Zmiana zaczęła się od jednego naczynia – błękitnego garnka marki Le Cruset, który dostała na 30. urodziny. Francuska firma słynie z tego, że jej produkty służą pokoleniom. Kiedy Burton trzymała go w rękach, zdała sobie sprawę, że nigdy więcej nie będzie musiała kupić podobnego. I pomyślała: „Gdyby tylko wszystko w moim życiu takie było”. Stworzyła firmę i stronę internetową BuyMeOnce, na której poleca rzeczy z dożywotnią gwarancją przydatności do użycia. „Z czasem ze zdumieniem odkryłam zarówno praktyczne, jak i emocjonalne korzyści z wybierania tylko tych przedmiotów, które odzwierciedlają moje wartości i zostaną ze mną na dziesięciolecia” – pisze.

Blogerka zwraca uwagę na to, że nadmierne kupowanie często wiąże się z niskim poczuciem własnej wartości. Ma wypełnić emocjonalną pustkę, jednak tylko ją pogłębia. Trwające sześć lat badanie, którego wyniki opublikowano w „Journal of Consumer Research”, pokazało, że niezależnie od tego, ile wydamy, materializm potęguje samotność, a ta z kolei zwiększa materializm.

Trzeba jednak podkreślić, że to niecała prawda o tym problemie. Burton demaskuje w swojej książce tzw. planowane postarzanie. Ma ono dwie odmiany: pierwsza polega na tym, że firmy projektują przedmioty tak, aby psuły się wcześniej niż powinny, na przykład nie pozwalając na wymianę baterii lub jakiejś części w urządzeniu. Druga to postarzanie psychologiczne – celowo wywołuje się w nas przekonanie, że nie chcemy już dłużej korzystać z tego, co mamy, choć nadal jest to sprawne.

Jak pisze Burton, „przed nastaniem XX wieku ludzie nie mieli naturalnej potrzeby wymieniania  dobytku, dopóki się nie zużył, dlatego wymyślono powody, by trwale to zmienić”. Na przykład taki, że nowa kosiarka jest bardziej wydajna, samochód to ulepszony model zeszłorocznego, pralka ma dodatkowy gadżet, a torebka jest po prostu trendy. Pora przestać się dłużej na to nabierać.

Jak walczyć z materializmem?

  • każdego dnia po przebudzeniu uśmiechnij się i podziękuj za to, co dzisiaj cię spotka;
  • codziennie znajdź czas, aby skupić się na rozwoju osobistym i poczuciu własnej wartości;
  • odszukaj ludzi, których pasjonuje to samo co ciebie, i poczuj z nimi więź;
  • blokuj materialistyczne treści, które do ciebie docierają;
  • medytuj i rozwijaj świadomość;
  • wychodź z domu jak najczęściej, choćby do ogródka albo do parku (udowodniono, że kontakt z przyrodą redukuje materializm).

Doznania uszczęśliwiają

Czy można w ogóle „wypisać się” z materializmu? Według Jamesa Wallmana – tak. Tym bardziej że jako mieszkańcy całkiem dostatniej Europy cierpimy na jedno z najbardziej dotkliwych schorzeń – rzeczozmęczenie. Jak z nim walczyć? – Zamiast kupować – przeżywaj, a z dużym prawdopodobieństwem osiągniesz szczęście – radzi Wallman. Swoje zalecenie opiera na najnowszych pracach takich badaczy jak Thomas Gilovich czy David C. Howell. A ponieważ stary system nazywał się materializmem – nowy nazwał się „eksperientalizmem” (od angielskiego experience, czyli doświadczenie, przeżycie, doznanie).

Skąd przekonanie, że doznania nas uszczęśliwią bardziej niż rzeczy? Po pierwsze, nie nudzimy się nimi tak jak przedmiotami; po drugie, na doświadczenia patrzymy przez różowe okulary; po trzecie, są częścią naszej tożsamości; po czwarte, zbliżają nas do innych, i po piąte, choć możemy porównywać przeżycia, to – w przeciwieństwie do rzeczy – trudno jednoznacznie ocenić, które z nich jest lepsze. Dlatego rzadziej żałujemy swoich wyborów. Poza tym kiedy działamy, jest większe prawdopodobieństwo, że popchnęła nas do tego motywacja wewnętrzna i doświadczymy wtedy stanu przepływu. A tego nie można osiągnąć przez sam fakt posiadania. Wallman podkreśla, że rozwój technologii sprzyja eksperientalizmowi – niedługo zamiast mieć coś na własność, będziemy jedynie korzystać z usług. Zamiast chodzić do pracy dla pieniędzy, za które możemy kupić różne rzeczy, będziemy robić to dla samego sensu pracy. To już się dzieje!

Niedawno przeczytałam o brytyjskiej dziennikarce, Suzy Walker, która przeprowadziła małą życiową rewolucję. Jej 16-letni syn rozpoczął dwuletnią naukę w jednym z londyńskich koledżów, a że Suzy mieszka na stałe w hrabstwie Sussex, pomyślała, że ponad dwugodzinne dojazdy do domu ich wykończą. A wynajęcie mieszkania w Londynie to nie taka prosta sprawa. Ani tania. Jej syn za dwa lata będzie pełnoletni i wyfrunie z domu, chciała dobrze wykorzystać te ostatnie chwile, kiedy może być przy nim. I nagle ją olśniło. Robiła akurat wywiad do swojej rubryki w magazynie „Psychologies” z Tiu de Haan, mówczynią motywacyjną, która mieszka w Londynie… na barce. Pomyślała: „A czemu by nie przenieść się na dwa lata na taką łódź?!”. Będzie tanio, syn Charlie będzie miał ze szkoły jedynie pięć minut komunikacją miejską, a ona – prawdziwą przygodę.

Po sześciu tygodniach udało jej się wynająć swój dom, pozałatwiać sprawy na miejscu i kupić długą na 14 metrów (46 stóp) barkę, którą właśnie płynie w kierunku Londynu. Jak przyznaje, będzie to eksperyment, który pokaże jej, czy zdoła pomieścić się (wraz z synem) na tak małej przestrzeni, w dodatku z niewielką liczbą ekwipunku. Zdała sobie też sprawę, że tyle razy przekonywała czytelników, by podążali za własnym głosem, tymczasem ona – wciąż gdzieś pędząc – zapominała słuchać swojego. Postanowiła, że nadchodzący rok będzie dla niej nie tylko minimalistyczny, ale i powolny. Toczący się ze spokojną, stałą prędkością rzeki.

Według Wallmana tak może wyglądać nie tylko kolejny rok, ale i nasza przyszłość. Zamiast gadżetów będziemy kupować rzeczy umożliwiające nam przeżycia. Przyjemna wizja, przyznacie.

  1. Psychologia

Jak kupować, żeby nie żałować?

Na zakupy, nawet te ubraniowe, warto iść z listą potrzebnych rzeczy. (Fot. iStock)
Na zakupy, nawet te ubraniowe, warto iść z listą potrzebnych rzeczy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W naszych domach i szafach pełno jest rzeczy, bez których mogłybyśmy się doskonale obejść. Zyskałoby nasze samopoczucie, portfele i… związki. Jak kupować z głową? W jaki sposób zakupy mogą naprawdę wzmocnić nasze poczucie wartości – psycholożkę Katarzynę Kucewicz pyta Renata Bożek.

Czerwona, rozkloszowana spódnica kłuje mnie w oczy za każdym razem, gdy otwieram szafę. Wydałam na nią sporo, nie założyłam ani razu, bo to nie mój styl. Kupiłam ją dwa lata temu po jakiejś awanturze z partnerem.
To klasyczna sytuacja: kobieta jest pod wpływem silnych emocji, idzie do sklepu i kupuje to, czego w spokojniejszym nastroju nigdy nie włożyłaby do koszyka. Jeśli po awanturze domowej lub nieprzyjemnej rozmowie z szefem znajdziemy się w sklepie, małe są szanse, że wyjdziemy bez torby z zakupami. Co gorsza, zakupy robione w takim stanie są przeważnie nieadekwatne, bardzo często na bakier z naszym stylem i preferencjami. Lubimy luźne ubrania z miękkiej bawełny, a w szafie ląduje obcisła sukienka z lycry, nie gotujemy, a kupujemy książkę kucharską. Trzeba o tym pamiętać i zanim wejdziemy do sklepu lub zamówimy coś przez Internet, dać sobie pięć minut na sprawdzenie, w jakim jesteśmy stanie psychicznym, co się dzieje w naszym życiu. Ostrzegawcza lampka powinna się nam zapalić, jeśli właśnie pokłóciłyśmy się z matką, mąż po raz pierwszy zapomniał o rocznicy ślubu czy szef nie poparł projektu. Lepiej wtedy poczekać z zakupami, aż emocje przestaną nami trząść, uspokoimy się lub znajdziemy sposób na zaradzenie problemom.

A jeśli nic tak jak zakupy nie poprawia nam humoru?
Nie ma w tym nic złego. Pod warunkiem że potrafimy to kontrolować. Niebezpieczeństwo pojawia się, kiedy kupowanie to nasz główny sposób na uspokojenie nerwów. Dlatego warto odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy umiem wymienić co najmniej pięć metod poprawiania sobie samopoczucia? Zakupoholiczka tego nie potrafi, bo tylko zakupy przynoszą jej ulgę, gdy jest zestre­sowana. Warto opracować listę najbardziej skutecznych „uspokaja­czy”, czyli sposobów radzenia sobie z napięciem. Ważne, żeby były z różnych dziedzin, np. zakupy, rozmowa z przyja­ciółką, seks, oglądanie komedii, spacerowanie, zabawa z psem, medytacja, joga. Bo jeśli nie dodzwonię się do przyjaciół­ki, mogę obejrzeć film lub pójść na spacer, zamiast wpadać w zły nastrój i potem w desperacji biec do sklepu...

…po buty do biegania, bo jak już je będę miała, to wreszcie zacznę poranny jogging.
To iluzja, która często wpędza kobiety w zakupowe porażki. Lepiej trzymać się zasady: zaczynam od aktywności, a dopiero do niej dokupuję rzeczy. Biegam przez tydzień w starych butach i jak się w to wciągnę, wtedy idę po nowe buty. Bywa też tak, że idziemy do sklepu w doskonałym nastroju, bo nasz projekt wygrał konkurs, zdałyśmy egzamin lub chłopak się oświadczył. Przekonanie: „należy mi się nagroda za sukces” to efekt wychowywania w systemie kar i nagród materialnych. Jeśli za piątki dostawałyśmy czekoladę, sukienkę czy pieniądze, a za trójkę przepadało nam kieszonkowe, to wyrosłyśmy w przekonaniu, że za dobrze wykonaną pracę coś nam się należy. Zwykle chodzi o jakieś dobro materialne. Taka osoba żyje w świecie, w którym uznanie i miłość wiąże z upominkami i nagrodami. Gdy ich nie ma, czuje się niekochana, niedoceniana, niezauważana. I to jest dramat w związku, bo nie potrafi cieszyć się tym, że choć facet nie obsypuje jej biżuterią, to przyjeżdża po nią do pracy, a w weekend robi śniadanie do łóżka. Wtedy nawet najbardziej kochający i oddany partner będzie niewystarczający bez toreb z markowych sklepów w garści.

Czy w takiej sytuacji rozwiązaniem może być robienie prezentów samej sobie?
Do pewnego stopnia to może działać i nie ma w tym nic złego, że nagrodzimy się za ciężką pracę. Problem jest wtedy, jeśli ta nagroda musi być materialna i najlepiej droga. Bo w ten sposób cały czas trzymamy się świata, w którym akceptację, troskę i czułość wyraża się przez kupowane rzeczy. Jeśli nauczymy się doceniać rzeczy, których nie można dostać w sklepie, jak leniwe popołudnie w łóżku, masaż stóp zrobiony przez partnera czy wspólny spacer, bardzo możliwe, że nasza potrzeba kupowania się zmniejszy. To idzie też w drugą stronę, bo jeśli przestaniemy gonić za nowością – nowym telefonem, kremem czy kanapą, jeśli energię przeznaczaną na chodzenie po sklepach pożytkujemy na dostrzeganie pozytywnych stron tego, co mamy, to otworzymy przestrzeń na docenianie niematerialnych darów, jakie w nasze życie wnoszą bliskie osoby.

A kiedy to my doceniamy bliskich, kupując im ubrania, zabawki, gadżety? Sobie możemy odmawiać, ale trudno nam nie kupić sukieneczki dla siostrzenicy lub ekskluzywnej wody kolońskiej dla męża.
Pozornie wszystko gra. Spełniamy kulturowe oczekiwanie, że kobieta ma dbać o innych: męża, dzieci, rodziców. Jeśli uwielbiamy kupować dla bliskich, a potem budzimy się z ręką w pustym portfelu, warto zadać sobie jednak pytanie: Po co kupuję dla nich? Co mi to daje? Większość z nas kupując coś, kieruje się pobudkami wewnętrznymi, czyli związanymi z własnymi potrzebami i pragnieniami. Na przykład kobieta, która znosi mężowi modne ubrania i kosmetyki, może chcieć urobić go na obraz i podobieństwo kogoś innego, np. aktora, celebryty, byłego męża. Są mężczyźni, którzy nie mają nic przeciwko. Są jednak tacy, którzy widzą w tym brak akceptacji tego, kim są, oraz chęć kontrolowania. I się buntują, demonstracyjnie nie noszą tych ubrań, tylko chodzą w swoich starych szmatach.

Kobieta zostaje z uszczuplonym kontem, naburmuszonym partnerem i poczuciem odrzucenia.
Uniknęłaby tego, jeśli uczciwie zagłębiłaby się w swoje motywacje. Jeśli zależy ci na tym facecie i chcesz go przywiązać do siebie, wzmacniaj waszą więź nie za pomocą perfum i koszul, ale robiąc wspólnie ekscytujące rzecz, np. idąc na kurs tańca, ucząc się gry w tenisa czy chociażby oglądając mrożące krew w żyłach filmy. Z badań wynika, że bliskość w związku pogłębiają aktywności podnoszące poziom adrenaliny u obojga partnerów.

Polski zwyczaj to raczej „zastaw się, a postaw się”, czyli udawaj, że cię stać, udawaj kogoś, kim nie jesteś, zapożycz się, ale zaimponuj drogim samochodem.
Nasze narodowe wady nie sprzyjają dorosłym, mądrym zakupom. Z jednej strony chcemy pokazać, że należymy do Zachodu, do tego lepszego świata, z dużymi domami pełnymi ekskluzywnych mebli, nowoczesnych sprzętów i szaf wypełnionych eleganckimi ubraniami typowymi dla dostatnich, zachodnich społeczeństw. Z drugiej strony, jak pokazują analizy socjologiczne, po transformacji ustrojowej w 1989 roku rzuciliśmy się do sklepów z nadzieją, że nadrobimy braki z dzieciństwa i młodości, że nasze dzieci będą miały to, czego my nie mogliśmy mieć. Dla wielu rodzin niedziela w centrum handlowym stała się jedynym sposobem na wspólne spędzanie czasu.

I ciągle gonimy innych, w czym pomagają nam slogany reklamowe głoszące, że bez nowego modelu telefonu będziemy nikim.
I mamy obraz człowieka przestraszonego, że jest gorszy od tych nadążających za trendami i „na czasie”. Wielu zakupoholików cierpi na FOMO (ang. Fear Of Missing Out), czyli obawę przed wypadnięciem z towarzystwa. Kupują, żeby być na fali, być trendy. Tymczasem świat sklepów jest skonstruowany w taki sposób, żebyśmy właściwie cały czas byli z lekka do tyłu. Nie tylko w sieciówkach, ale też w second-handach  towar zmienia się co kilka dni, czyli żeby być na bieżąco, musimy tam chodzić dwa, trzy razy w tygodniu. Poza tym komplementy sprzedawców, wyszczuplające lustra, twarzowe światło w przymierzalniach popychają nas do zakupu rzeczy, w których po przyjściu do domu ani dobrze nie wyglądamy, ani się dobrze nie czujemy.

Jak się nie dać na to złapać, a jednocześnie mieć to, czego potrzebujemy?
Myśleć i planować. Ograniczać rzeczy, których nie potrzebujemy. Zanim wrzucimy coś do koszyka, zadać sobie pytanie: Czy ja naprawdę potrzebuję tych butów? Czy nowy model telefonu uczyni moje życie lepszym? Dobrze jest zrobić listę zakupów i wziąć ją ze sobą. Tworząc listę, nie bądź zbyt dla siebie surowa, nie odmawiaj sobie przyjemności i drobnych grzeszków. Łącz je jednak z rozwagą i dorosłym podejmowaniem decyzji: na to mogę sobie pozwolić, tego teraz nie kupię, tego potrzebuję, bez tego mogę się obejść. Z mądrymi zakupami jest tak jak z dobrym stylem – są kwestią harmonii, umiaru i dostosowania do okoliczności.

 

  1. Psychologia

Zdrada – szukanie bliskości poza związkiem to alarm

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste.

Kiedyś wspólnota religijna, rodzina wielopokoleniowa zaspokajały naszą potrzebę przynależności, jasno określonej tożsamości, a teraz tę potrzebę przerzucamy na partnera, chcemy dostać to od niego w gratisie. Zbyt dużo na nim wieszamy. Marzymy, by ktoś, kogo wybraliśmy, wyrównał nam wszelkie straty, żeby nas dopieścił, sprawił, że poczujemy się nareszcie docenieni. Dodatkowo zaciera się definicja związku, formalizacja tego, że jest się razem, nie jest już konieczna, mamy seks przedmałżeński, bez ślubu możemy mieć wspólne dzieci. Wierność, obietnica wyłączności stają się więc często ostatnim wyraźnym wyznacznikiem związku. Nic dziwnego, że zdrada partnera tak mocno nas dotyka.

Z badań socjologicznych wynika, że choć potępiamy zdradę bardzo stanowczo, to jednocześnie powszechnie ją praktykujemy. Ta „schizofrenia” bierze się z potrzeby myślenia o sobie jako o lepszych, niż jesteśmy. Boimy się prawdy, szczególnie jeśli w przeszłości byliśmy nieuszanowani przez rodziców i wychowawców. Obawiamy się, że może mieli rację, a zdrada byłaby przecież tego potwierdzeniem. Poza tym człowiek dorosły choć wie, że musi liczyć na siebie, marzy, że jego partner zdejmie z niego część odpowiedzialności za życie, da więcej bezpieczeństwa, wsparcia. I jak on zdradza, to odczuwamy wtedy wielką samotność, stajemy twarzą w twarz z okrutnym losem.

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego same- go, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. Niekoniecznie ze względu na kochankę, bo ona się po prostu trafia. Zdradzający szuka balsamu na serce, nie tyle innej osoby, ile innego siebie – ciekawszego, młodszego, bardziej frapującego, zadowolonego z siebie, żyjącego pełnią. Gdy ktoś zaczyna nas ekscytować, to my się sobie samym bardzo podobamy. Oczywiście, jeżeli w tej fascynacji możemy liczyć na wzajemność. Warto więc to samobiczowanie ukrócić i skończyć z odnoszeniem zdrady do siebie. Nie ma też sensu pytać o jej szczegóły, zamiast tego lepiej pytać o to, co ona znaczy dla naszego związku.

Na początku naszą reakcją na zdradę są żal, złość, strach, zazdrość i chęć ukarania winnego, ale jak już się trochę ogarniemy, to nie ma co zachowywać się wsobnie w stylu: „Co ty mi zrobiłeś?!”. No, nie tobie, raczej sobie. Jeśli nie zaczniemy rozumieć partnera czy partnerki, to znów będziemy żyli obok siebie, a nie razem.

Ludzie, którzy są ze sobą blisko, którym ze sobą ciepło i dobrze, nie zdradzają się, bo nie mają takiej potrzeby. Stwarzają sobie razem bogaty świat, są spełnieni erotycznie i emocjonalnie. Niewierność pojawia się, kiedy w relacji czujemy się samotni lub nieszczęśliwi.

Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste. Czy ktoś, kto nie lubi siebie ani swojego partnera, rzeczywiście może się nazwać ofiarą zdrady? Albo ktoś, kto odmawia seksu partnerowi, i on zaspokaja swoje potrzeby gdzie indziej? Zawsze podkreślam, że kobieta, z którą zdradza cię twój partner, jest taka sama jak ty.

Sama diagnoza kryzysu, mówienie, że w związku jest źle, że jest mi smutno czy pusto przy tobie, zazwyczaj niespecjalnie do ludzi trafia, niestety.

Tak wynika z mojego doświadczenia i doświadczeń moich pacjentów. Reakcja to zwykle: „O co ci chodzi, przecież wszystko jest dobrze!”. Często dopiero zobaczenie rywala czy rywalki działa oprzytomniająco, ponieważ utrata związku staje się realna i nie ma co udawać, że wszystko jest okej. Następuje wtedy mobilizacja. I kobiety, i mężczyźni, kiedy robią skok w bok, najczęściej mówią, że ktoś się nimi zachwycił. To wcale nie musi być lepszy seks ani tak zwany lepszy model. To może wynikać z pragnienia aprobaty, ciepłych słów. Dobrze jest więc częściej okazywać sobie nawzajem więcej aprobaty. Jednak zacznijmy od siebie, ponieważ człowiek z siebie niezadowolony nie daje nikomu ciepła, bo nie ma z czego.

Jak świat światem ludzie z różnych powodów wchodzili w związki „nieoficjalne”. Czasem para, która sobie pasuje przez wiele lat, stopniowo się rozchodzi. Jeśli się nie dostarcza materiału związkowi, jeżeli ludzie się zajmują osobno zupełnie różnymi sprawami, to wtedy w tej swojej osobności mogą spotkać kogoś innego, kto stanie się bliski. Szukanie bliskości poza związkiem może być sygnałem alarmowym, że oddalamy się od siebie, że nie zaspokajamy w związku swoich potrzeb. Bywa też tak, że dochodzi do rozstania, bo ktoś spotyka lepszego dla siebie partnera, ciekawszego, bardziej odpowiedniego, i odchodzi. I gdy zdrada kończy związek, i wtedy, gdy on dalej trwa – można na nią spojrzeć konstruktywnie. Bo ona daje nam refleksję, że związek jest z jakichś powodów niedobry i albo trzeba go zmienić, albo pożegnać. W obu wypadkach kochance męża należą się kwiaty, że nawiążę do tytułu mojej książki. Gdy przyspieszyła koniec niedobrego związku, ale też gdy relacja przetrwa. Bo to znaczy, że jest na tyle ważna, że opłaca się budować nowe podwaliny, żeby już nie powtórzyć tego, co było. Najciekawsze jest to, że można zacząć być z tą samą osobą trochę jak z nową. Zdrada bywa katalizatorem zmian w związku, co oczywiście, nie znaczy, że jest przyjemnym doświadczeniem.

  1. Psychologia

Dobrze być ze sobą

Dobrej samotności można (i trzeba) się nauczyć. To nie jest łatwa nauka, bo zazwyczaj brak zapachu bliskich pleców nocami i melodii najdroższego oddechu popycha w stronę bolesnych tęsknot, a nie pogodzenia. (Fot. iStock)
Dobrej samotności można (i trzeba) się nauczyć. To nie jest łatwa nauka, bo zazwyczaj brak zapachu bliskich pleców nocami i melodii najdroższego oddechu popycha w stronę bolesnych tęsknot, a nie pogodzenia. (Fot. iStock)
Są chwile, w których samotność jest błogosławieństwem, bonusem podarowanym przez życie. Nieraz już napisano, że dobrej samotności można (i trzeba) się nauczyć. To nie jest łatwa nauka, bo zazwyczaj brak zapachu bliskich pleców nocami i melodii najdroższego oddechu popycha w stronę bolesnych tęsknot, a nie pogodzenia.

Jednak można rozsmakować się w byciu tylko ze sobą wieczorami. Spojrzeć na gorzką czekoladę i kisiel z jabłkami jak na okazjonalne wiktuały. Przygotowanie kanapki z pachnącym ogórkiem traktować jak wyczarowanie uroczystej kolacji. I nie bać się tego, że dwa pomidory w lodówce pokryła warstwa pleśni, że kupiona koszula może okazać się o rozmiar za mała, że pozostawiony na wierzchu wiersz utonie w powodzi kpin. Jak to dobrze móc zrobić sobie herbatę i pić ją bez obaw, że ktoś zastawi kolejną emocjonalną pułapkę i przyciśnie świeżutkim sarkazmem tak, że pozbawi tchu.

Herbatą sączoną w strachu można się łatwo udławić. Ale poniżające słowa i władcze gesty nie porysują zmarszczkami twarzy mądrej kobiety, nie poranią pewnego siebie ducha. Każda mądra kobieta wie doskonale, jak obronić się przed domowym piekiełkiem do momentu, aż… sama nie wpadnie w pułapki zastawiane co krok przez zniechęconego (rozczarowanego? znudzonego? zestresowanego? zakompleksionego?) towarzysza życia. I wtedy zaczyna się wyścig o zachowanie twarzy. Twarzy dla świata spoza czterech ścian. Wszystko sprowadza się do tego, aby słyszeć jak najmniej, a jak już się słyszy, to pewnie dlatego, że się zasłużyło. Do końca nie wiadomo czemu, ale to już nieważne, powód na pewno się znajdzie: nieistotna praca, nieudolne gotowanie, nudne zainteresowania, przygnębiająco lichy seks, brak wyobraźni, za mało uśmiechów, nie ta sukienka itd. Miny wybuchają na każdym kroku.

Czasem, gdy świat zewnętrzny zajrzy do środka, chwila wytchnienia, wówczas scenariusz dla obcych: piękne kwiaty, jakaś urocza błyskotka, a nawet całus dla publiczności. Uff… Podobno można się nie otrząsnąć. Przyzwyczaić. Jeszcze trudniej, gdy w czterech ścianach błyszczą oczka dziecka i żal ściska serce, bo może burząc „strukturę rodziny”, nie uda się posprzątać tak, aby maluch czuł się bezpieczny? A może coś się zmieni, wrócą wspomnienia dawnej miłości, czułość zaskoczy wszystkich, na przykład na urodziny? A jeśli to wcale nie prywatna gehenna, przed którą należy się bronić, tylko zwyczajne życie i wynik kaprysu, marudzenia? I można tak bez końca.

Wiem coś o tym. Wiem, że nawet mądra kobieta potrafi zgubić sierść wilczycy i pewnego dnia obudzić się w skórze niechcianego kundelka, który ma wciąż swój kąt, bo kochają go dzieci. Trudno się otrząsnąć. Bo do spokoju i równowagi niełatwa droga. Przeszkody lubią się mnożyć, bywa, że straszy widmo spraw o wymeldowanie, o opiekę nad dzieckiem, o alimenty. A małe miasteczko pyta i pyta. W takich momentach trzeba szczerzyć kły w uśmiechu, a w środku warczeć. Oby tylko nie uwierzyć, że jest się jedynie komicznym utykaniem: bez ciała, seksu, domowych umiejętności i marzeń.

Wiem, że można obudzić się z tego letargu. Rozedrzeć umęczony światek i pozbyć się raz na zawsze życiowej zgagi. Spojrzeć w lustro i zapragnąć wrócić do siebie.

Pamiętam, jak znajoma „od psychologii” mówiła mi, że gładko poddałam się przemocy psychicznej. Na pewno na domowe miny trafiają nie tylko mądre kobiety. Niejeden mądry mężczyzna utknął pewnie pośród fantomów udających gniazdo domowe. Każdy z nas może próbować żyć złudzeniami. Oby nie za długo.

Wiem, że mój samotny sen jest skromniejszy od śnienia we dwoje. Często żywi się tęsknotami i żalem za namiętnością, której nie ma. Ale mam na stole coraz więcej wierszy. Na półce czekają ulubione płyty. Wieczory rozgrzewam herbatą z miodem i cytryną. Spokojnie otwieram drzwi bez lęku przed plutonem lichych epitetów. Nie zasypiam z armią niespełnionych oczekiwań pod łóżkiem. Mam udomowioną samotność. Czasem smutną, czasem kojącą. Zawsze bezpieczną.