1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Potrzeba bliskości - na czym polega czułość i jak poradzić sobie z potrzebą przytulania?

Potrzeba bliskości - na czym polega czułość i jak poradzić sobie z potrzebą przytulania?

Czułość to piękny dar bliskości i miłości, tym bardziej cenny, z im większym wyczuciem i uważnością wręczany. (Fot. iStock)
Czułość to piękny dar bliskości i miłości, tym bardziej cenny, z im większym wyczuciem i uważnością wręczany. (Fot. iStock)
Czy w czasach krótkotrwałych związków i znajomości przez Internet nie zapomnieliśmy, by być czułym i dobrym – dla siebie, partnera, dzieci…? Z psycholog Katarzyną Grębecką-Romanowską rozmawia Maja Jaszewska.

Czy w czasach krótkotrwałych związków i znajomości przez Internet nie zapomnieliśmy, by być czułym i dobrym – dla siebie, partnera, dzieci…? Na czym polega czułość okazywana bliskim? Z psycholog Katarzyną Grębecką-Romanowską o potrzebie bliskości drugiej osoby rozmawia Maja Jaszewska.

Podejmijmy to wyzwanie i spróbujmy określić, czym jest i na czym polega czułość.
Każdy z nas pragnie czułości i jest do niej stworzony, ale mimo to nie jest łatwo ją zdefiniować. W psychologii mówi się o czułości wtedy, kiedy opisuje się więź, bo jest ona jej immanentną częścią. Dlatego psychologia określa czułość jako podstawową potrzebę, wywodzącą się z relacji matki i dziecka. Opieka nad nowo narodzonym potomstwem wymaga bliskości fizycznej i czułość wywodzi się właśnie z niej. Cała sfera pielęgnacji, dotykania małego dziecka, karmienia go, przewijania, kąpania, pieszczot, przytulania, gdy płacze – ma charakter czuły i buduje więź. Dlatego dzieci z domów dziecka czy z domów, gdzie panuje dysfunkcja emocjonalna, cierpią na zaburzenia więzi. Bez czułości nie ma zdrowej, ciepłej więzi.

Swego czasu przeprowadzono głośne i kontrowersyjne badania na rezusach; odebrano młode matce i umieszczono je w pomieszczeniu, gdzie były dwie kukły – jedna z mlekiem, a druga miękka, szmaciana. Okazało się, że małpie dziecko cały czas siedziało na szmacianej małpie, w którą mogło się wtulić, a tylko na chwilę szło do drewnianej, żeby zjeść. Kiedy dorosło, nie było w stanie nawiązać żadnych relacji z innymi małpami, nie było przystosowane do życia w stadzie. Ostatnim etapem eksperymentu było połączenie dwóch osieroconych małp. Przez pierwszy miesiąc były nierozłącznie sczepione ze sobą. Badanie to dowodzi, że potrzeba czułości rozumianej jako bliskość fizyczna jest bardzo silna u naczelnych, a kiedy nie jest zaspokojona, w późniejszym czasie dochodzi do dysfunkcji w zakresie funkcjonowania w relacji i w grupie.

Nie ma czułości bez dotyku? Czy to jedyny sposób, by została zaspokojona nasza potrzeba bliskości?
Myślę, że każdy postrzega ją trochę inaczej, ale z pewnością musi być w niej bliskość. Można ją okazać też ciepłym, czułym słowem, tonem głosu. Część psychologów twierdzi, że każda rodzina, każdy system wypracowuje sobie swoje wzorce czułości. Jeśli ktoś wie, że jego mama uwielbia dobrą czekoladę, i przyniesie jej tabliczkę w prezencie, może być to dla niej wystarczający gest czułości.

A jeśli ktoś w ramach przeprosin przyniesie ulubioną czekoladę, ale słowo „przepraszam” nigdy nie padnie?
Jeśli tym gestom nie towarzyszy dobra komunikacja, to wręczanie rzeczy czy drobne przysługi mogą być odbierane nie jako gesty czułości, ale coś zastępczego. Moim zdaniem w prawdziwej czułości potrzebna jest taka wrażliwość na drugiego człowieka, żeby umieć trafić w jego potrzeby. A to wymaga uważności. Jeśli więc widzimy, że komuś słowo „przepraszam” jest bardzo potrzebne, spróbujmy je powiedzieć, zamiast wykonywać różne zastępcze gesty.

Czy czułość jest typowa tylko dla bliskich relacji, czy też można być czułym również wobec obcych ludzi? Czy da się zaspokoić potrzebę czułości w kontaktach z nieznajomymi?
Jak najbardziej można. Jest taki fragment czułości, który wydaje się być instynktowny. Jeżeli widzimy małe, bezbronne dziecko, to bez względu na to, czy ono jest nasze, czy nie, jeśli będzie potrzebowało pomocy – ruszymy z nią. Rozczula nas widok wszystkich, którzy są bezradni i potrzebują troski. Dlatego pochylamy się opiekuńczo nad starszymi osobami, głodnymi, chorymi, dziećmi, ale też nad małymi czy potrzebującymi opieki zwierzętami. Ale jeśli nie dostaliśmy w dzieciństwie czułości, troskliwej opieki i ciepła, nie mamy potem odpowiednich zasobów tych dóbr, żeby obdarować nimi inne osoby. Trzeba najpierw samemu się nasycić, żeby później dzielić się z innymi.

Niektórzy wręcz unikają czułości, są nią zażenowani. I to zarówno wtedy, gdy ktoś ich nią obdarza, jak i wtedy, gdy oczekuje się od nich czułych gestów. Przykładem tego może być brak czułości ze strony partnera. Skąd bierze się ten problem?
Często bywa tak, kiedy czułość myli się ze słabością. Szczególnie mężczyźni mają z tym problem. A przecież każdy z nas, nawet najsilniejszy, ma takie momenty w życiu, kiedy potrzebuje słowa wsparcia, zrozumienia i okazania życzliwości. Zdarza się też tak, że obawiamy się okazać czułość naszym bliskim, bo nie wiemy, jak zostanie odebrana albo jakie w nas wzbudzi uczucia. Tak bywa często z czułością pomiędzy rodzicem a dorastającym dzieckiem przeciwnej płci. Rodzice boją się, że ich czułość może być odebrana jako sygnał erotyczny, zarówno przez dziecko, jak i przez nich samych.

Czy nie dowiadując się w dzieciństwie, na czym polega czułość, możemy nauczyć się okazywać ją w dorosłym życiu?
Większość moich pacjentów doświadczyła deficytu czułości w dzieciństwie. Bywa, że rodzice nie potrafią jej dać, co może wynikać z ich własnych deficytów albo lęku związanego z budowaniem relacji. Powstrzymują się przed okazywaniem czułości, tym samym nie dając ani dzieciom, ani sobie możliwości nasycenia się nią. Zdarza się też, że brak czułości jest karą za popełnione przewinienia. Chłód emocjonalny jest jedną z trudniejszych do zniesienia kar, nieraz moi pacjenci mówili: „już bym wolał, żeby ojciec na mnie nakrzyczał, ale on za karę traktował mnie jak powietrze”. Na szczęście zazwyczaj wokół dziecka są inne osoby – dziadkowie, wujkowie, ciocie, nauczyciele czy wychowawcy, którzy mogą dać mu chociaż część tego, co powinno w ramach czułości dostać od rodziców.

Ważnym momentem jest uświadomienie sobie własnej niemocy w tym względzie, bo można być kompletnie nieczułym, ale nie zdawać sobie z tego sprawy. Pierwszym krokiem do zmiany zachowań jest wiedza na swój temat. Tylko wtedy możemy się czegoś nowego uczyć, kiedy wiemy, czego nie umiemy i jakie to ma dla nas i naszych bliskich znaczenie. Osoby, które nie potrafią przyjąć czułości od innych ani poprosić o nią, zazwyczaj nie są też czułe wobec samych siebie.

Czy nie odczuwają one potrzeby bliskości drugiej osoby? Co to znaczy być czułym wobec samego siebie?
Przede wszystkim rozpoznawać własne potrzeby. Nie być wobec siebie zbyt restrykcyjnym i nie karać się nieustannie za wszystko. Zauważać swoje uczucia i pragnienia. Iść za swoimi potrzebami, oczywiście z uwzględnieniem potrzeb innych. Zachowywać się wobec siebie tak, jak by się chciało, żeby inni nas traktowali. Pozwolić sobie na różne emocje, również te trudne – jak złość, lęk, niechęć. Często mamy problem z odczuwaniem złości, uważając, że tylko zły człowiek odczuwa gniew. A przecież wszystkie emocje są nam dane w taki sam sposób, nie wybieramy ich sobie. Nie mamy wpływu na to, co czujemy, jedynie na to, jak wyrażamy nasze uczucia. Umiejętność zaakceptowania samego siebie, zaopiekowania się tym, co w nas słabe, bezbronne – jest właśnie wyrazem czułości.

Skoro problemy z okazywaniem czułości są tak powszechne, a trzeba dodać, że wiele kobiet z potrzebą przytulania skarży się na brak czułości ze strony partnera, co się dzieje, kiedy spotkają się dwie osoby dotknięte deficytem czułości?
Zazwyczaj szukamy takiego partnera, który będzie w stanie zaspokoić to, czego najbardziej nam brakuje. Bywa jednak, że pokazujemy siebie takimi, jakimi pragniemy być, a jak już się zbliżymy do siebie, okazuje się, że tak naprawdę nie mamy tych cech, możliwości, umiejętności, które demonstrowaliśmy na początku. Jeśli w tym krytycznym dla związku momencie skomunikujemy się z partnerem i powiemy sobie otwarcie, czego pragniemy, na czym nam najbardziej zależy, mamy szansę wypracować relację zadowalającą obie strony.

Na ile ważne jest dla dziecka, żeby widzieć wzajemną czułość między rodzicami? Czy może to pomóc w wykształcaniu potrzeby bliskości drugiej osoby?
Czułość między rodzicami jest dla dziecka szkołą relacji partnerskiej. Bardzo często pytam pacjentów, jak wyglądało to u nich w domu. Jeśli dziecko widzi, jak rodzice całują się na przywitanie czy na pożegnanie, jak przytulają się do siebie, siedząc na kanapie, jak głaszczą się i mówią do siebie pieszczotliwie, to uczy się, jak traktować bliskie osoby i okazywać im uczucie. Czułość musi być wzajemna. Nie da się nią obdarować kogoś, kto nie jest na nią gotowy albo najzwyczajniej w świecie od danej osoby jej nie potrzebuje. „Wciskanie” komuś swojej czułości na siłę, bez jego zgody, jest nadużyciem. Wszyscy znamy te koszmarne sceny rodzinne, kiedy to różne ciocie, babcie i znajome rzucają się z uściskami, całusami, tuleniem do dzieci, a te sztywnieją z niechęci.

Może to nie czułość, tylko czułostkowość?
Tak, bo czułość – w przeciwieństwie do czułostkowości – nie jest egoistyczna. W czułości chodzi o wymianę, o spojrzenie na kogoś jego oczami, a w czułostkowości jedynie o ekspresję nadmiaru własnych emocji. A tymczasem podstawą czułości jest wrażliwość na drugą osobę – czego ona chce i w jaki sposób życzy sobie otrzymywać bliskość.

Dlaczego mężczyznom jest trudniej okazywać uczucia? Nie odczuwają np. potrzeby przytulania?
Fizjologia kobiet i mężczyzn różni się, więc nie przeżywamy wszystkiego tak samo, ale to nie znaczy, że mężczyzna ze swej natury pozbawiony jest umiejętności odczuwania miękkich emocji. Natomiast jeśli od najwcześniejszych lat słyszy: „nie płacz i nie pokazuj słabości”, to nic dziwnego, że potem ma problem z okazaniem wrażliwości i czułości. Panuje większe przyzwolenie społeczne na to, żeby kobiety odczuwały i wyrażały bezradność, niemoc i smutek. Dlatego w takich chwilach otrzymują zazwyczaj pocieszenie i wsparcie od bliskich. Mężczyzna co najwyżej usłyszy: „weź się w garść”.

Na ile dobra komunikacja ma wpływ na rozumienie tego, na czym polega czułość między partnerami?
Im gorsza komunikacja, tym częściej zastępujemy czułość czymś innym, a wtedy łatwo o nieporozumienia, poczucie niezrozumienia, a w efekcie deficyty i żal. Często robimy wiele rzeczy „zamiast”. Do najbardziej sztampowych przykładów należy ten, że jak facet umyje kobiecie samochód, to znaczy, że jest wobec niej czuły. Inaczej, bardziej wprost, nie umie tego okazać. Wszystko jest w porządku, dopóki potrafimy też powiedzieć sobie: „kocham cię, więc chcę ci sprawiać przyjemność”. Bo jeżeli się nie komunikujemy, nasze zachowanie może zostać opacznie zrozumiane.

Jak w anegdocie o dwóch siostrach – jedna przez całe życie oddawała drugiej spody kajzerek, myśląc, że siostra je uwielbia, a tymczasem siostra uwielbiała wierzch bułek, ale zjadała spody, bo myślała, że siostra woli wierzchy.
Czułość to piękny dar bliskości i miłości, tym bardziej cenny, z im większym wyczuciem i uważnością wręczany.

Katarzyna Grębecka-Romanowska, specjalista psycholog kliniczny. Przez wiele lat pracowała w Instytucie Psychiatrii i Neurologii i jako wykładowca w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Prowadzi własny gabinet.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak właściwie zaopiekować się sobą?

Opiekowanie się sobą polega m.in. na odkrywaniu i rozwijaniu swoich talentów. To także wyjście z toksycznych relacji, unikanie ludzi, którzy źle na nas działają, a przebywanie z tymi, z którymi nam dobrze. To znalezienie swojego aszramu, własnej przestrzeni, kącika, w którym dobrze się czujemy. (Fot. iStock)
Opiekowanie się sobą polega m.in. na odkrywaniu i rozwijaniu swoich talentów. To także wyjście z toksycznych relacji, unikanie ludzi, którzy źle na nas działają, a przebywanie z tymi, z którymi nam dobrze. To znalezienie swojego aszramu, własnej przestrzeni, kącika, w którym dobrze się czujemy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Oddajemy lekką ręką swoje sprawy specjalistom od ciała i duszy. Taki trend. Wygodny. Bo w razie czego łatwo znaleźć winowajcę. Niestety, często opłakany w skutkach. Nikt przecież nie zna nas lepiej niż my sami. A gdyby potraktować siebie tak, jak traktujemy dziecko albo ukochaną osobę? Przytulić, okryć ciepłym kocem, zabrać na spacer, posłuchać, co mamy sobie do powiedzenia? Wzbraniamy się przed tym, bo można wtedy usłyszeć to, czego słyszeć nie chcemy.

Elżbieta Krajewska, psychoanalityczka alternatywna, terapeutka duchowa, poetka (żona Seweryna Krajewskiego), wie, jak słuchanie siebie jest ważne. Przez wiele lat miała problemy ze zdrowiem, nikt jednak nie umiał jej powiedzieć, jaka jest ich przyczyna. Dzięki studiom zaczęła praktykować medytację, wsłuchiwać się w siebie, rozmawiać ze sobą.

– I wtedy usłyszałam podpowiedzi od ciała, jakie odżywianie mi służy – mówi Elżbieta. – Mądrość mojego organizmu polegała na tym, że to, co mogło mi zaszkodzić, przestało mi smakować. Mięso, a nawet ryba, smakowały jak trociny, od alkoholu mnie odrzucało, unikałam cukru.

Elżbieta zaczęła interesować się dietetyką, zdrowym odżywianiem, zgłębiać ajurwedę. Na tej podstawie stworzyła sobie dietę opartą na warzywach, owocach, roślinach strączkowych, orzechach, migdałach. Czuła się po niej zdecydowanie lepiej, choć jej problem – wtedy jeszcze nie wiedziała jaki – nie zniknął. Pojawił się też kolejny, ze znajomymi, którzy zadręczali ją pytaniami o dietę: „Nie wypijesz toastu? Nie zjesz mięsa?”. Niektórzy posądzali ją nawet o przynależność do jakiejś sekty, bo w latach 90. wegetarianizm był mocno podejrzany.

Dokarmiać energią miłości

2006 rok. Elżbieta z objawami choroby serca trafia do szpitala, przechodzi ablację, ale także wszechstronne badania. I co się okazuje? Że cierpi na wirusowe zapalenie wątroby typu C. Robi z lekarzami podróż w czasie i odkrywa, że zaraziła się tym wirusem dawno temu, w  ’83 roku podczas transfuzji krwi, którą przeszła po trudnym porodzie. Ta wiedza jest dla niej szokująca. Ale co robi Elżbieta? Nie poddaje się, tylko chce jak najwięcej dowiedzieć się o tym wirusie, jest ciekawa, jak się rozwija, czym odżywia. Czyta książki, dokształca się, porównuje to, co na ten temat mówi medycyna konwencjonalna, a co alternatywna. Dowiaduje się, że pożywieniem wirusa C jest białko, głównie zwierzęce, i alkohol. A to znaczy, że wirus uwielbia wszystko to, co dawno temu odrzuciła, wsłuchując się w swoje ciało! Dowiaduje się też, że zapalenie wątroby typu C jest swego rodzaju wyrokiem, bo trudno wyleczyć się z tej choroby raz na zawsze. Ale się nie załamuje, tylko dalej przestrzega diety. W 2006 roku znajomi już jej nie katują pytaniami, nadeszły lepsze czasy dla medycyny niekonwencjonalnej, a poza tym – wszyscy przekonali się, że dieta okazała się dla niej zbawienna. Elżbieta robi jeszcze coś, co nawet dzisiaj brzmi rewolucyjnie – podchodzi do wirusa z miłością.

– Wymyśliłam sobie – opowiada – że nie będę traktować go jak wroga, tylko jak współlokatora. Rozmawiałam z nim: „Słuchaj, siedzisz we mnie tak długo, więc nie będę z tobą walczyć, ale bardzo mi przykro, muszę podnieść ci wibrację. Bo przecież wirusy to też określona energia, tylko ciężka, jak w przypadku każdej choroby. Dlatego tak wzmacniają je produkty, które też zawierają ciężką energię. Postanowiłam przechytrzyć wirusa, dostarczając mu dietę wegańską, która niesie energię o wysokiej wibracji, stosując suplementy i homeopatię, czyli coś, za czym on nie przepada. W medytacjach dokarmiałam go energią miłości, której on też nie lubi. To była taka moja gra, po prostu zaakceptowałam, że zamieszkał we mnie wirus, i zaczęłam go sprytnie rozpuszczać w energii, która go nie wzmacnia.

Elżbieta uważa, że skuteczną autoterapią, czyli czymś, co robimy dla siebie, jest pomaganie innym. Przekonała się o tym, kiedy po stracie syna zapadła w tak ciężką depresję, że nie chciało jej się żyć. Pamięta słowa mistrza duchowego: „Jeżeli chcesz pogłębiać depresję, to stosuj technikę, która polega na tym, że się siedzi w domu i powtarza: A co ze mną będzie, a co ze mną będzie. Dlaczego mi się to przytrafiło? Jeżeli natomiast chcesz z tego stanu wyjść, stosuj technikę przeciwstawną: Kieruj uwagę na innych, pomagaj”.

– Gdy pomagamy, dostajemy wtedy wielką moc – mówi Elżbieta. – Różnie się ją określa, ja nazywam ją bezwarunkową energią miłości, która przepływa nie tylko przez tego, komu pomagamy, ale także przez nas, i tym samym nas leczy. Jak ktoś nie wie, co ze sobą zrobić, niech idzie do hospicjum, domu dziecka, domu opieki. Wszędzie są ludzie potrzebujący pomocy. Kiedy źle się czujemy, kiedy coś jest nie tak, pomyślmy, jak możemy podzielić się z innymi tym, co wiemy, co umiemy. To naprawdę działa! Podobnie jak sprawdza się w życiu inne prawo: To, czemu się opierasz, jeszcze bardziej na ciebie napiera. To nie są wydumane prawa, tylko prawa fizyki kwantowej, prawa kosmiczne. Przychodzi jakiś problem? Nie narzekaj, tylko pozwól, żeby spokojnie przez ciebie przepłynął. Wszystko jest, jakie jest, nie trzeba oceniać, czy to dobre, czy złe.

Zawsze można wstać i wyjść

Barbara Czerska, filozofka, bioetyczka, konieczność opiekowania się sobą rozpatruje w kategoriach moralnych.

– Nie wolno żadnego człowieka, a więc także siebie, traktować jako środka do jakiegoś celu, tylko jako cel sam w sobie. Myślę, że ludzie, uzurpując sobie prawo do traktowania instrumentalnie innych, dają sobie też prawo do podobnego obchodzenia się ze sobą: Pójdę na medycynę, bo to zawód cieszący się uznaniem, zacznę biegać maratony, bo to jest modne. I nieważne, czy medycyna to moje powołanie, czy lubię biegać. Jestem środkiem do realizacji tych celów. Gdybym natomiast robiła to, w czym jestem dobra, gdybym zastanowiła się, po co żyję, kim jestem – wtedy służyłabym sobie, bo sama dla siebie stałabym się celem.

Dlaczego tak często dochodzi do nadużyć wobec siebie? Z filozoficznej perspektywy Barbary Czerskiej wygląda to na brak refleksji nad upływem czasu, nad ograniczonością swojego życia.

– Pierwsze, co możemy zrobić, żeby zaopiekować się sobą, to zacząć cenić czas swojego życia, bo jest ograniczony – mówi filozofka. – Jeżeli chcę spotkać się ze znajomą, to najpierw pomyślę, po co, czy to spotkanie nas wzbogaci – mnie i ją. Chodzi o współcelowość spotkań, o owo „po co”. Zawsze można wstać i wyjść. Mamy prawo nie zgadzać się na to, żeby – jak śpiewał Wojciech Młynarski – sytuacja całowała nas w usta. Odbębnianie spotkań to strata czasu, którego już przecież nie odzyskamy, bo minął.

Drugim według filozofki warunkiem traktowania siebie jako celu jest uświadomienie sobie swojej niepowtarzalności, wyjątkowości: Pielęgnuję swoją niepowtarzalność we własnym interesie, ale to też leży w interesie innych.

Barbara Czerska: – Jest takie powiedzenie, które cytowałam na warsztatach dla młodych matek: Matka musi tańczyć, matka musi pić, bo ma małe dziecko i ma dla kogo żyć. To samo dotyczy mnie jako osoby starszej – im bardziej o siebie dbam, także intelektualnie, to znaczy, im bardziej staram się zrozumieć, czym żyją moje dzieci, moi studenci, im bardziej dbam o swój rozwój, tym łatwiej i fajniej się im ze mną żyje. Egoizm jest altruistyczny, a altruizm egoistyczny!

Czasem trzeba o swoje walczyć nawet wbrew rodzicom, którzy projektują nam inną karierę, inne życie. Podjąć decyzję, że idę swoją drogą, i trudno, rodzice, którzy chcą traktować mnie jako środek do swojego szczęścia, będą mieli pewien kłopot. Niech mają! Nie przejmujmy się tak cudzymi kłopotami, które oni sami sobie wymyślają. Nie narzucam nikomu swoich pomysłów, ale proszę też niczego nie narzucać mnie.

Barbara Czerska przyznaje, że przerobiła ten problem na własnej skórze. Jej syn urodził się w rodzinie filozofów. Zarówno ona, jak i jej nieżyjący pierwszy mąż, profesor Andrzej Kasia, byli pewni, że syn też zostanie filozofem, podobnie zresztą jak ich córka.

– Zanim zrozumiałam, że syn ma inny pomysł na siebie i że o siebie walczy, sprawiłam mu sporo przykrości, a przy okazji strasznie źle potraktowałam siebie, bo uznałam, że poniosłam pedagogiczną porażkę, do czego nie miałam żadnych podstaw. Dzieci nie są po to, żeby realizowały nasze zamierzenia i nasze wartości. Dzieci rodzimy po to, żeby dbały o siebie i siebie realizowały z pożytkiem dla świata. A jeśli przy okazji nas polubią, to już nasz fart. Po latach dotarło do mnie, że syn robi wszystko, żeby nie być filozofem. Gratuluję mu, że dopiął swego. Pracuje jako reporter w Polsacie i świetnie się odnajduje w tym zawodzie, który traktuje jako misję. Rodzice mogą nie rozumieć na przykład powołania do stanu duchownego, to może być dla nich obca planeta, ale to nie znaczy, że dziecko ma rezygnować ze swoich marzeń. Samoświadome bycie sobą to prawdziwe życie. Realizowanie czyichś narzuconych wizji to marnowanie życia. Nigdy nie wiemy, czy zostało nam 15 minut, czy 50 lat. Chcę ten czas spędzić tak, żeby mi było dobrze z innymi i z samą sobą. Żebym tęskniła za momentem, kiedy ktoś bliski, kochany przyjdzie do mnie, ale żebym też tęskniła za momentem, kiedy zostanę sama. Kochać być z innymi, ale też kochać być z samym sobą – to prawdziwe dbanie o sobie.

Odkryj i rozwijaj swoje talenty

Elżbieta dzieli się swoją wiedzą, organizuje koncerty i kąpiele w gongach (masaż dźwiękiem), pisze wiersze (opublikowała już pięć tomików). Zaczęła pisać książkę, w której dzieli się wszystkim, co przeżyła, czego doświadczyła, czego się nauczyła, także spotkaniami z niezwykłymi ludźmi, między innymi z Kenem Wilberem, Shri Shri Ravi Shankarem. Twierdzi, że pisanie to genialna terapia, bo można wyrzucić z siebie to, co doprasza się uwolnienia. I w ten sposób pomóc sobie i innym.

– Ale zacząć trzeba od zaopiekowania się sobą – mówi Elżbieta. – Każdy z nas bez wyjątku został obdarowany jakimiś talentami. Opiekowanie się sobą polega między innymi na odkrywaniu tych talentów, a potem na ich rozwijaniu. Bo kiedy się je rozwija, one rosną i służą ludziom. A to najlepsze, co możemy zrobić dla siebie i dla świata. Kto nie dzieli się swoimi talentami, ten je traci. Jeżeli więc kochasz malować – maluj, rób laurki, ucz malować dzieci. Akt twórczy to według mnie podobna do pomagania forma autoterapii. Łączy je ta sama uzdrawiająca energia miłości.

Opiekowanie się sobą to także wyjście z toksycznych relacji, unikanie ludzi, którzy źle na nas działają, a przebywanie z tymi, z którymi nam dobrze. To znalezienie swojego aszramu, własnej przestrzeni, a przynajmniej kącika, w którym dobrze się czujemy.

I kolejna sprawdzona przez Elżbietę forma opiekowania się sobą – medytacja. Bodaj najskuteczniejsza. Bo dzięki medytacji można podłączyć się bezpośrednio do źródła – jedni nazywają je Bogiem, inni kosmiczną energią. Elżbieta określa je źródłem tworzenia życia albo światłem. W tym czasie można zatopić się w ciszy, a w ciszy przychodzą odpowiedzi na najważniejsze pytania.

– Medytacji trudno kogoś nauczyć, to indywidualne doświadczenie – wyjaśnia Elżbieta. – Żeby mogła się wydarzyć, trzeba stworzyć sobie dobre warunki – znaleźć spokojny kąt, wyciszyć się, dobrze jest włączyć muzykę relaksacyjną, usiąść z wyprostowanym kręgosłupem. Bardzo ważny jest oddech, głęboki, z przepony. Medytacja to pierwszy krok do nawiązania kontaktu ze swoim wnętrzem. Mogą przepływać wtedy przez nas dobre myśli. Dlaczego dobre? Bo przesłane z wyższego poziomu myśli, tego mądrego, który wie, co dla nas dobre, i nam to podpowiada. Te podpowiedzi to właśnie intuicja, najlepszy nasz doradca. Ale na ogół go nie słuchamy. Bo nasz rozum zaczyna kombinować, zaczyna się zastanawiać, korzystać z tego, co zasłyszeliśmy, tworząc w naszej głowie zamęt. No i rezygnujemy z myśli intuicyjnej, a podążamy stereotypowymi ścieżkami. A szkoda, bo myśli intuicyjne kierują nas ku temu, co dobre – dobrym relacjom, zdrowemu życiu i odżywianiu. Zdrowe odżywianie to najlepszy sposób opieki nad sobą! Powinniśmy jeść to, co jest naszym naturalnym lekarstwem, a nie ślepo powielać czyjeś diety i wskazówki. Ponieważ przeszłam ciężką traumę, lekarze zalecali mi antydepresanty. Nigdy ich nie zażyłam, co najwyżej parzyłam melisę, a najlepsze ukojenie przynosiła mi medytacja i pomaganie innym. Efekty? Imponujące! Właśnie potwierdzono, że wirus C zniknął z organizmu Elżbiety.

  1. Psychologia

Dlaczego mężczyźni nie chcą rozmawiać? O wzajemnym wspieraniu w związku

Wchodzimy w relacje nie dla życia towarzyskiego, tylko dlatego, że chcemy budować swój świat z drugim człowiekiem, dawać mu wsparcie i otrzymywać je od niego. Zarówno to życiowe, duchowe, jak i materialne. (Fot. iStock)
Wchodzimy w relacje nie dla życia towarzyskiego, tylko dlatego, że chcemy budować swój świat z drugim człowiekiem, dawać mu wsparcie i otrzymywać je od niego. Zarówno to życiowe, duchowe, jak i materialne. (Fot. iStock)
Czy wiem, czego on potrzebuje, i czy on wie, czego ja pragnę? – Żeby to wiedzieć, trzeba się dobrze poznać. A żeby się poznać, trzeba ze sobą rozmawiać. Kobiety to robią. A mężczyźni – nie twierdzę, że wszyscy – nie uczestniczą w dogadywaniu się. Wobec tego skąd mamy wiedzieć, czego im potrzeba? – mówi psychoterapeutka Ewa Woydyłło.

Wzajemne wspieranie się to ważne zadanie dla związku?
Absolutnie, jedno z najważniejszych. Po to w ogóle tworzymy więź, żeby się nie rozsypywać przy trudnościach, bo te wcześniej czy później się pojawią. Wchodzimy w relacje nie dla życia towarzyskiego, tylko dlatego, że chcemy budować swój świat z drugim człowiekiem, dawać mu wsparcie i otrzymywać je od niego. Zarówno to życiowe, duchowe, jak i materialne. Oczywiście, mamy także do spełnienia cel ewolucyjny, czyli wychowywanie dzieci, ale ludzie, którzy nie mają zamiaru mieć dzieci, też zawierają związki. To świadczy o tym, że relacja, wspieranie się są nam bardzo potrzebne. 

Dajemy jednak na ogół nie to, czego oczekuje partner. I dostajemy nie to, co chcielibyśmy dostać. Z czego to wynika?
A kto od kogo dostaje więcej? Mężczyźni od kobiet czy kobiety od mężczyzn? Kto okazuje wsparcie bardziej adekwatnie, czyli daje naprawdę to, czego potrzebujemy? 

Kobiety. Ale czasami dają za dużo albo to, co same chciałyby dostać.
No właśnie. Tu dochodzimy do ważnego wniosku: rozumiemy drugiego człowieka przez pryzmat własnych doświadczeń. Jakbym zobaczyła panią w mroźny dzień w bluzce z krótkim rękawkiem, tobym powiedziała: „Hej, proszę wziąć szal”. Mogłaby pani odpowiedzieć: „Ale mnie nie jest zimno!”. Uznałabym jednak, że ten szal się pani przyda. Jak ubieramy małe dziecko, to wychodzimy na dwór, sprawdzamy, czy nam zimno, czy ciepło. Czyli mierzymy innych swoją miarą. Wiemy, co nas męczy, czego nam brakuje, i na tej podstawie okazujemy innym wsparcie.

Na przykład kobieta chce czułości, więc ją okazuje.
Albo chce rozmawiać. Nasza potrzeba biegnie często w taką stronę, że prosimy o rozmowę bądź same ją inicjujemy. I bardzo często słyszymy: „No dobrze, kończ, o co ci chodzi”. Ale nadal uważamy, że rozmowa jest bardzo potrzebna, bo my jej potrzebujemy.

Robimy błąd, dając takie wsparcie, jakiego potrzebujemy?
Czy to błąd? Wyobraźmy sobie taką sytuację: Mężczyzna przychodzi do domu, kładzie pieniądze na stole, po czym zamyka się w pokoju. No, przecież daje mi materialne wsparcie, które uważam za ważne. Czy to błąd, że to mi nie wystarcza? 

On może myśleć, że wystarcza.
Wymyślono bardzo dobry sposób, żeby się porozumiewać – język. Jeżeli ktoś mówi po angielsku, a ja po niemiecku, to my się nie zrozumiemy. On nie wie, co do niego mówię, a ja nie wiem, co on mówi. A czasem ludzie znają język, ale jedna strona mówi, a druga puszcza jej słowa mimo uszu. Żeby ludzie się porozumieli, po pierwsze, muszą mówić tym samym językiem, a po drugie, komunikacja musi być obustronna, to podstawa.

Ale większość mężczyzn, bo rzecz jasna nie wszyscy, nie komunikuje swoich potrzeb. Skąd kobieta ma wiedzieć, jakiego wsparcia pragnie mężczyzna?
Rozumiem, że przechodząc obok jakiegoś pana na ulicy, nie wiem, czego on potrzebuje. Ale jeżeli umawiam się z kimś na wspólną wycieczkę, to muszę wiedzieć, czy lubi morze, góry, narty, czy rower. Tym bardziej powinnam to – i dużo więcej – wiedzieć, kiedy umawiam się z mężczyzną na życie. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Chyba że przyjmuję rolę wyuczoną od swojej matki, babki, że z mężczyzną się nie rozmawia, tylko się go obsługuje. Bo jak mamy obok kobietę, to ona mówi jasno: „Wyłącz radio, chodź, pogadamy”, albo: „Ja robię naleśniki, ty zmywasz”. Kobiety się dogadują. A mężczyźni – nie twierdzę, że wszyscy – nie partycypują w dogadywaniu się. Wobec tego kobiety dają im nie to, czego oni potrzebują. Bo skąd mają to wiedzieć? 

Myślę, że kobiety jednak wiedzą sporo na temat mężczyzn. Chodzą na warsztaty, czytają książki psychologiczne.
Żartuje pani. Czy pani czyta książki, żeby dowiedzieć się czegoś o swoim mężu? Książki traktują o jakimś mężczyźnie, a pani ma innego. Aż tak nie jest, że wszystkie kobiety są jednakowe i wszyscy mężczyźni też. To mit. 

Ale dzięki temu, że czytam, to z grubsza wiem, jak on zareaguje. Gdy na przykład ma problem, to o nim nie opowiada, nie żali się, tylko zaczyna działać: dzwoni, naprawia. Muszę go dopytywać, co się stało, bo sam z siebie nie powie.
To prawda, mężczyzna nie zawiadamia o swoich potrzebach, a kobieta owszem. I tym się różnimy. Kobieta dużo więcej mówi, ma lepiej niż mężczyzna rozwiniętą prawą półkulę odpowiedzialną za emocje. Tylko do końca nie wiadomo, czy dlatego ma lepiej rozwiniętą, że od małego posługiwała się mową, bo tego była uczona, czy tak jest wyposażona biologicznie. 

Może biologia bardziej pomaga kobietom niż mężczyznom, bo my mamy więcej hormonów więzi – oksytocyny, serotoniny. Panowie są pod tym względem pokrzywdzeni.
Jak człowieka uwiera kamyk w bucie, to się zatrzymuje, wytrząsa go, a gdy dalej boli go stopa, to idzie do lekarza. Tak więc gdy czujemy jakiś brak albo gdy coś nam przeszkadza, to sprawdzamy, co nam jest, i o tym zawiadamiamy. Natomiast mężczyzna, jeżeli odczuwa jakiś brak, idzie do innej pani. Uczciwiej byłoby powiedzieć: „Porozmawiaj ze mną o tym, co przeżywam, bo jak nie, to pójdę do innej pani”. 

Kobieta chętnie podjęłaby taką rozmowę, ale na ogół nie ma na nią szans.
Dlatego pytanie, kto o kogo bardziej dba, jest retoryczne. Bo wiadomo. Dba lepiej ten, kto wie, czego druga strona potrzebuje. Jak nie wie, to nawet gdy chce dbać, to często robi odwrotnie. Dobrze ilustruje to taka historia: Mężczyzna wraca do domu po kilku tygodniach, wsiada na lotnisku do taksówki i myśli: „Jak tylko wejdę do domu, to porwę żonę w objęcia, pójdziemy do sypialni i będziemy się kochać”. Żona cieszy się na powrót męża, robi porządki, gotuje obiad, ubiera się odświętnie i myśli: „Tyle mam mu do opowiedzenia: Jaś wygrał zawody, Kasia dostała szóstkę, pies zachorował”. Zupełnie inne potrzeby! Tak inne, że jeżeli wcześniej nie zawiadomimy o nich drugiej strony, to spotka nas totalne rozczarowanie.

Tylko różnica polega na tym, że my, kobiety, edukując się na temat relacji, rozumiemy, dlaczego oni tak się zachowują, a oni w ogóle w to nie wnikają. Oni nie dają nam wsparcia, a nasze nie jest skuteczne.
Oni dostają od nas tyle, ile trzeba. To nie jest tak, że jak damy im jeszcze więcej, to związek będzie szczęśliwy. Kobiety mają koleżanki, przyjaciółki, siostry, a oni jakoś tych tabunów kolegów nie mają. Czyli im nie chodzi o wsparcie. 

To o co im chodzi?
Dla mężczyzny najważniejsze są dwie rzeczy: pierwsza to praca. Na pytanie: „Kim jesteś?”, kobieta odpowiada: „Matką, córką, żoną...”, a na końcu, że fryzjerką, lekarką. Chyba że to jej pasja, wtedy powie na początku. Natomiast mężczyzna odpowie: „Jestem inżynierem, hydraulikiem, profesorem”. On musi być kimś, definiuje się przez pracę. I druga najważniejsza dla mężczyzn sprawa to seks. Chętnie się do tego przyznają. W przeciwieństwie do kobiet, które nawet jak seks lubią, to wymienią go na szarym końcu. 

Panom nie zależy na tym, żeby wiedzieć, jakiego wsparcia potrzebujemy?
Niby po co mają wiedzieć? Żeby co? Żebyśmy były bardziej zadowolone?! Co im z tego, kiedy oni nie są zadowoleni? Okazywanie troski, wsparcia wiąże się z tym, że chcemy, żeby związek trwał, a ja znam statystykę, z której wynika, że dużo mniej mężczyzn niż kobiet chce, żeby związek trwał, rozwody wciąż w większości inicjują mężczyźni.

Ale to się zmienia i coraz więcej kobiet odchodzi.
To prawda. Bo one wreszcie dochodzą do wniosku, że jak nie dostają od niego wsparcia, to bycie razem nie ma sensu. Coraz więcej kobiet to singielki. Podobnie jak coraz więcej mężczyzn to single. Kiedy potrzebują wsparcia, dzwonią do przyjaciół. 

O wsparcie trzeba prosić?
Trzeba zakomunikować, czego mi trzeba. Obawiam się jednak, że nawet gdy mężczyzna powie, czego mu potrzeba, to tego nie da mu stara żona. Znam takie przykłady: pobrali się jako 20-latkowie, on robił karierę naukową, ona w tym czasie wychowywała dzieci, przepisywała mu po nocach teksty, przepytywała przed egzaminami, zajmowała się jego ukochanymi psami, budowała dom. On osiągnął sukces, uznanie, a jego karmicielka i opiekunka zwiotczała, posiwiała. Więc on rozgląda się za inną. To nagminne, w mojej praktyce mam mnóstwo takich przykładów. 

Czyli niewiele się zmieniło?
W tej dziedzinie niewiele. Mężczyźni nadal realizują swoje fantazje, często na barkach kobiet. Mamy stulecie praw kobiet, wywalczyły je nasze przodkinie, Piłsudski dał im prawo wyborcze, to był piękny moment w dziejach Polski. Ale właściwie od tego czasu nic się nie zmieniło. Wszystko trzeba wydrapać, wywalczyć: stanowiska, pozycje, równe płace, respekt, szacunek. Nadal, gdy zapyta się dziecko, kim są jego rodzice, słychać odpowiedzi: „Tatuś jest nauczycielem WF-u, buduje domy, a mamusia nie pracuje, tylko siedzi w domu, mam dwie siostry i brata bliźniaka”. No więc jeżeli nadal uważa się, że jeżeli kobieta niechodząca do pracy nie pracuje, to jest w tym coś poniżającego.

Pewien psycholog uważa, że depresje dzieci biorą się stąd, że matki gremialnie poszły do pracy, zamiast się nimi zajmować.
Bardzo to oburzające, że kobiety stają się kozłami ofiarnymi. Jak jest jakieś niepokojące zjawisko społeczne, na przykład narkomania, to kto jest winien? Matki. No więc jeżeli matka idzie do pracy, to gdzie jest ojciec? Dlaczego nie udziela jej wsparcia takiego, jakiego ona mu udziela? A z tą epidemią depresji u dzieci to przesada, koncerny farmakologiczne zarabiają na tym biliony. Napisałam na ten temat książkę „Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresją, ale nie w depresji”. Za depresję dzieci odpowiada w dużym stopniu opresyjna szkoła. A czy zastanawiamy się, dlaczego depresja dotyka młode matki? Otóż dlatego, że są nieludzko zmęczone fizycznie, bo ciąża, bezsenność, poród, który bywa katorgą. A wtedy słyszą – to znów przykład z mojego gabinetu – że na czas jej „niesprawności” on musi zorganizować sobie inną kobietę do seksu. Tak poradził mu terapeuta, mężczyzna. Mężczyźni od wieków mieli garsoniery, jak widać nic tu się nie zmieniło. Jeżeli naprawdę potrzebujemy wzajemnego wsparcia, to musimy dobrze się poznać. A kiedy się dobrze poznamy? Gdy będziemy ze sobą rozmawiać. Ale nie mam złudzeń. Mężczyźni nadal mają z tym problem. Na uniwersytetach trzeciego wieku na sto osób 95 to kobiety. Co oni wtedy robią? Przecież wszyscy nie umarli. Kobiety lubią być z ludźmi, rozmawiać, niekoniecznie, jak się upiją.

Jest pani bezlitosna dla mężczyzn.
Promuję książkę „Własny pokój” Virginii Woolf. Własny pokój jest, oczywiście, symbolem niezależności kobiecej. Okazuje się, że większość artystek swój pierwszy własny pokój miała wtedy, gdy sama sobie go wywalczyła: wzięła kredyt, kupiła mieszkanie, wybudowała dom. Pokoje mają dzieci, mąż, teściowa, a ona co najwyżej pod schodami ma biureczko.

Ale dzięki niej rodzina trzyma się razem.
Są jednak społeczeństwa, gdzie kobieta za to scalanie rodziny nie płaci takiej ceny, gdzie mężczyzna i cały system naprawdę ją wspierają. 

W Polsce też już coś się zmienia. Młodzi ojcowie potrafią świetnie zająć się dzieckiem, a ich partnerki w tym czasie idą na jogę.
Ale pojawia się też inne nowe zjawisko: kobiety, które nie otrzymują wsparcia, szukają bardziej satysfakcjonujących związków. 

Nie ma ratunku dla związków?
Kiedyś, gdy ludzie się pobierali, to przyrzekali sobie wierność do grobowej deski. Tylko że sto lat temu średnia wieku wynosiła 35 lat. A dzisiaj kobiety żyją średnio 87 lat, a mężczyźni 79. Teraz dla młodych ta grobowa deska jest poza zasięgiem wyobraźni. Nie ma żadnego przepisu, jak żyjąc razem, zawsze iść w tę samą stronę. 

Może tym spoiwem są dzieci?
Są, ale wychowuje się je mniej więcej do czterdziestki. Kiedyś kobieta w tym wieku by zginęła bez mężczyzny. Bo kto by ją utrzymywał? A mężczyzna by zginął bez kobiety – bo kto by mu gotował i prał? Teraz ona jest niezależna finansowo, a on idzie do restauracji, oddaje rzeczy do pralni. Zorganizowaliśmy sobie świat, w którym tylko dla więzi warto być razem. Ale największe wsparcie kobiety nadal dostają nie od mężczyzn, tylko od innych kobiet. Kiedyś rozmawiały przy darciu pierza, na polu. Takiej roli mąż nigdy nie spełniał. Bo – powtórzę – żeby dawać adekwatne do potrzeb wsparcie, trzeba dobrze się poznać, a żeby dobrze się poznać, trzeba ze sobą rozmawiać. I drugi wniosek: człowiek oczekuje od partnera nie tylko wsparcia. Wsparcie można kupić u psychoterapeuty, pół Ameryki sięga po profesjonalną pomoc. Partner jest nam potrzebny dla więzi, intymności, wychowywania dzieci. Ale i tak dobre życie każdy powinien zapewnić sobie sam.

  1. Seks

Inteligencja seksualna – na ile jesteśmy świadomi swoich potrzeb?

Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Wbrew pozorom nie po to, by bez zająknięcia wymienić nazwy stu łóżkowych pozycji czy świetnie się orientować w ofercie sex shopów. Raczej po to, by nasze życie erotyczne było udane i naprawdę zgodne z tym, co nam w duszy – a także w zmysłach – gra. 

Znajomość siebie, swoich potrzeb i zahamowań oraz warunków, w których możemy je przekraczać. Odwaga, żeby prosić o to, co nam naprawdę sprawia przyjemność, i gotowość, żeby dawać partnerowi to, czego potrzebuje. Wiedza o tym, co różni mężczyznę i kobietę. Umiejętność odmawiania i otwartej komunikacji w sprawach seksu, także rozumienia drugiej osoby, ale i własnych reakcji. Wszystko to właśnie zawiera w sobie inteligencja seksualna – termin, który robi ostatnio furorę.

– Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. To niezwykle ważne, bo poziom inteligencji seksualnej decyduje o tym, czy jesteśmy zadowoleni z życia erotycznego – uważa Małgorzata Zaryczna, seksuolożka i psycholożka z Centrum Psychoterapii MAGO w Warszawie. – Im więcej wiemy o seksualności, relacji, bliskości i człowieku, z którym tworzymy parę, tym więcej mamy frajdy w sypialni.

Dobra wiadomość: z inteligencją seksualną jest nieco inaczej niż z poziomem IQ. Ten ostatni jest wrodzony, pierwszy – można skutecznie podnosić. I co ważniejsze – da się go w prosty sposób określić. Poprzez stopień zadowolenia z tego, co robimy w łóżku.

Tylko ty!

Zwolennicy i zwolenniczki wielu przygód i podbojów nie ucieszą się zapewne, ale według fachowców osoby naprawdę inteligentne seksualnie stawiają na jednego partnera. Wierność jest afrodyzjakiem!

– Dla satysfakcji w łóżku ważniejsza od ilości jest jakość – podkreśla Zaryczna. – Chcemy, żeby nasze życie seksualne naprawdę było na wysokim poziomie? Inwestujmy w budowanie dialogu z jedną osobą.

Jednak pogłębianie więzi, dbałość o potrzeby drugiej strony i komunikowanie swoich odczuć, zbyt często przerastają zdolność, motywację i chęć przeciętnych polskich kochanków. Oto typowy obraz współczesnego życia seksualnego: kilka minut stosunku, w tej samej co zwykle pozycji, rozładowanie i… koniec. Nie celebrujemy bliskości.

– Mądrze jest traktować seks nie tylko jako akt fizyczny służący rozładowaniu napięcia czy podreperowaniu poczucia własnej wartości, lecz jako zbliżenie, najgłębszy rodzaj kontaktu pomiędzy dwojgiem ludzi – uważa Zaryczna. – Inteligencja seksualna pomaga nam zrozumieć, że nie możemy stworzyć dającej prawdziwe zadowolenie więzi erotycznej bez emocjonalnej. Potrzeba seksualna leży bowiem blisko potrzeby bezpieczeństwa. A tego nie da nam kontakt z przypadkową osobą.

Potwierdzają to dobitnie badania dr Sharon Hinchcliffe z University of Sheffield, która przeprowadziła 46 wywiadów z kobietami w wieku od 23 do 83 lat. Okazało się, że tylko 10 proc. z nich odczuwało satysfakcję z przygodnego seksu.

Z kolei z badań dr. Michaela Milburna z University of Massachusetts w Bostonie, autora książki „Sexual Intelligence”, wynika, że najniższy poziom inteligencji seksualnej wykazują osoby często zmieniające partnerów. Mimo przemian obyczajowych dla większości ludzi wciąż najważniejsza jest stabilność i przywiązanie.

Jeśli wizja uprawiania seksu z jednym partnerem do końca życia przeraża nas, to dla sypialnianego dobra powinniśmy przynajmniej w kontaktach miłosnych stawiać na coś więcej niż wakacyjne, krótkotrwałe romanse.

Nie za daleko i nie za blisko

Kolejnym bardzo ważnym składnikiem erotycznej inteligencji jest umiejętne zarządzanie dystansem w związku, a właściwie wypośrodkowanie między wolnością a zażyłością. Powinniśmy się nauczyć dawać sobie przestrzeń bez oddalania się od siebie. Jeśli kontakt będzie zbyt intensywny, nasza erotyka tego nie zniesie: stłamsimy ją.

– Wiele osób chce być z partnerem tak blisko, by stanowić niemal jedno ciało – mówi Zaryczna. – To kiepski pomysł, bo przecież własne ciało raczej nas nie podnieca… Erotyka to obok bliskości także zaskakiwanie siebie nawzajem, nuta niedopowiedzenia, trochę odświeżającego dystansu.

Żeby między nami iskrzyło, nie możemy być ze sobą non stop. Kiedy kobieta idzie z mężczyzną na imprezę i obserwuje, jak on tańczy z innymi kobietami, i wie w dodatku, że one uważają go za atrakcyjnego – sama zaczyna go bardziej pragnąć. Podobnie mężczyzna, który zauważa, że jego partnerka się czymś żywo interesuje, że potrafi zatracić się w swojej pasji tak, że nawet o nim zapomina i trzeba ją „gonić” – widzi ją jako wartą starań, bardziej pociągającą.

Bądźmy inteligentni – nie traktujmy każdej niezależnej inicjatywy ukochanej osoby jako ataku na więź i bliskość. Pozwólmy jej zdobywać doświadczenia poza związkiem – żeby mogła je potem „przynieść” i w ten sposób wzbogacić to, co już mamy.

– Cała sztuka polega na tym, żeby być na tyle blisko, by tworzyć związek, lecz na tyle daleko, by nie wygasło napięcie seksualne – uważa seksuolożka. – Zmęczeni pracą, obowiązkami domowymi i dyskusjami o rachunkach, zapominamy, jak to było nosić podniecającą bieliznę i zawsze mieć ochotę na gorący seks. Warto kilka razy w tygodniu starać się odnaleźć w sobie echo tej kochanki czy kochanka, jakimi kiedyś byliśmy i nadal chcielibyśmy być.

Erotyczna mądrość to także rozmawianie o seksie, umiejętność komunikowania się, zadawania pytań, wsłuchania się w potrzeby partnera. My jednak mamy raczej tendencję do zabawy w jasnowidzenie: jeśli znamy partnera od lat, to uważamy, że nie musimy go o nic pytać, bo doskonale wiemy, co czuje i czego chce, a co mu się nie spodoba. W ten sposób zamykamy się w kręgu własnych wyobrażeń i okradamy z wymiany i możliwości wspólnego odkrywania nowych obszarów.

– Trudno się rozmawia o seksie, a chyba najtrudniej powiedzieć drugiej osobie, czego się chce – mówi Zaryczna. – Nie umiemy prosić o to, czego pragniemy, bo boimy się urazić partnera lub przed nim odsłonić. Poza tym wydaje nam się, że dobra komunikacja polega na tym, by skutecznie przekonać drugą stronę do tego, czego my chcemy. Nic z tych rzeczy! Chodzi raczej o przekazanie w nieofensywny sposób swoich pragnień – z gotowością i otwartością na czyjąś reakcję, nawet jeśli nie będzie po naszej myśli. Gdy ukochana osoba będzie robić dokładnie to, czego chcemy – szybko się tym znudzimy.

Tyle, ile trzeba

Mamy tendencję do myślenia, że udane życie erotyczne można zmierzyć częstotliwością uprawianego seksu. Im więcej, tym lepiej. Ale jeśli sprowadza się ono do kilku minut stosunku – to czy naprawdę warto przyznawać za to laury? Prędzej czy później odczujemy, że kochamy się wprawdzie często, ale dość mechanicznie…

– W wielu związkach przyjmuje to postać pościgu – uważa seksuolożka. – Jeśli nie mamy ochoty na seks, trudno odmówić partnerowi. Boimy się, że to postawi naszą relację nad przepaścią. Wysilamy się, by życie erotyczne nie zamarło, próbujemy nowych pozycji, eksperymentujemy. Tak jakby nasze życie miało stać się jakąś pustynią po tygodniu czy dwóch bez seksu!

A przecież „źródło” seksualności istnieje tak długo, jak długo tworzymy parę i chcemy ze sobą być. Nie staniemy się osobami aseksualnymi – no, chyba, że się znienawidzimy i nie będziemy chcieli mieć ze sobą kontaktu albo gdy tak się zbliżymy, że staniemy niemalże jednym ciałem i zdusimy erotykę. Jeśli nie wpadniemy w żadną z tych skrajności, seksualna pustynia nam nie grozi.

– Zmysłowe IQ to między innymi świadomość, że seksualność podlega naturalnym rytmom i wahaniom – podkreśla dr Zaryczna. – I na szczęście jest tak, że kochankowie, którzy są wrażliwi na potrzeby partnera, także te dotyczące częstotliwości uprawianego seksu, po jakimś czasie potrafią dopasować je do siebie nawzajem.

To, że jedna ze stron ma ochotę na zbliżenie, nie jest ani lepsze, ani gorsze od tego, że druga jej akurat nie ma. Tym bardziej, że brak chęci na seks nie jest jednoznaczny z brakiem miłości. Ważne, żeby szanować odmienne potrzeby seksualne. Interpretowanie ich braku jako ataku lub wycofania jest mało rozsądne. Równie dobrze moglibyśmy mieć do partnera pretensję, że jest głodny albo że nie chce mu się jeść. Niezrozumienie i zarzuty w tej kwestii budują czasem między ludźmi bardzo wysoki mur, bo to bardzo delikatna materia. Dlatego tak ważne jest, żeby je dobrze rozumieć. Odmawiając partnerowi, nie mówmy: „to źle, że mnie pragniesz, bo ja ciebie nie”. Powiedzmy raczej: „ja ciebie kocham, lecz w tej chwili naprawdę nie mam ochoty na seks”.

Inteligencja seksualna zawsze bowiem przyjmuje założenie dobrych intencji z drugiej strony.

  1. Seks

Do czego jest nam potrzebna inteligencja seksualna? Pytamy Kasię Miller

Wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. (Fot. iStock)
Wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. (Fot. iStock)
Pojęcie „inteligencja seksualna” stworzyli dr Sheree Conrad i dr Michael Milburn, badając, dlaczego mimo rewolucji seksualnej nadal brak nam w łóżku szczęścia. Z kolei autorką pojęcia „inteligencja erotyczna” jest Esther Perel, która w książce o tym samym tytule zastanawia się, jak dziś, w czasach „dyktatury równości”, mamy zaakceptować, że właśnie seksualna nierówność gwarantuje udany seks? Czy naprawdę inteligencja jest nam potrzebna, gdy nie mamy na sobie ubrań – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Seks w naturalny sposób łączymy z instynktami, podnietami, chemią, czyli siłami niezależnymi od naszej woli czy rozumu. Tymczasem pisze się i mówi o inteligencji kochanków. Czy więc to, co myślimy, ma znaczenie w łóżku? Przecież nie zakładamy firmy, tylko mamy się kochać. A może ta inteligencja to tylko taki amerykański modny wymysł?
Ma znaczenie nie tylko, jak myślimy, ale i jak działamy, co wybieramy. Na początek opowiem dwie anegdoty z życia. Pierwsza to tragifarsa miłosna o obdarzonej inteligencją erotyczną młodej kobiecie, która umówiła się w hotelu na seks z atrakcyjnym, onieśmielającym ją starszym mężczyzną. Była tą randką tak przejęta, że jak tylko trafili do pokoju, chciała koniecznie umyć zęby i zrobiła to z takim zaangażowaniem, że wypadła jej koronka i utknęła w kolanku umywalki. Biedulka załamała się, była już i tak speszona, a tu jeszcze – szczerbata! Cała ochota na seks jej odeszła, chciała już tylko wrócić do domu. Ale jak?! Bez koronki? Sama jej jednak nie mogła wyjąć...

Zadzwoniła do seksownego polskiego hydraulika – a jej seks-inteligencja polegała na tym, że miała pod ręką jego numer!?
To dobry pomysł mieć taki telefon zanotowany, ale akurat zrobiła coś innego, co też potwierdziło jej inteligencję erotyczną, a nawet seksualną mimo małego doświadczenia. Czekającemu na nią mężczyźnie powiedziała, choć bardzo się wstydziła, że nie dość, że brak jej wprawy w takich hotelowych schadzkach, to jeszcze nie ma zęba z przodu, bo koronka jej wpadła do kolanka umywalki. Na co on podskoczył uradowany. Jemu też niedawno przydarzyła się podobna przygoda, a więc więcej ich łączy, niż myślał. I zamiast spojrzeć na zegarek, mówiąc, że zapomniał o ważnym spotkaniu, lub też zająć się owym kolankiem umywalki, z ogniem w oczach zajął się jej kolankami. Jej bezradność, szczerość i otwartość plus urocze kobiece skrępowanie go urzekły. No i mieli udany seks, bo on wspiął się na wyżyny swojej sztuki, widząc w niej prawdziwą dziewczynę bez grama pozy, gry czy manipulacji… I, oczywiście, sam wykazał się wysokim poziomem inteligencji erotyczno-seksualno-emocjonalnej.

Jeśli więc stracimy ząb, nie musimy tracić okazji do superseksu i być skazani na randkę z dentystą?
Na tym polega inteligencja seksualna, by coś, co mogło być brakiem, przekuć w atut. A teraz druga anegdota z życia, ale tym razem o braku inteligencji seksualnej i erotycznej u pewnej atrakcyjnej i doświadczonej damy, która miała całe mieszkanie wytapetowane swoimi zdjęciami w różnych gorsetach i innych peniuarach, by przypadkiem ktoś z gości nie przegapił, jaka to jest piękna. Owa dama zawsze przechwalała się przed przyjaciółkami, że w łóżku potrafi przybrać najbardziej korzystną pozę, a więc też każdego mężczyznę owinie sobie wokół małego palca. No i pewnego dnia poznała atrakcyjnego pana. Ów obciął ją od stóp do głów i powiedział, że wchodzi w to, ale tylko na rok. Nie jest bowiem jego zdaniem kobietą na całe życie, ale na udany romans, owszem. Nasza bohaterka co prawda myślała o czymś na stałe, ale była tak pewna swojej erotycznej siły, że już widziała, jak po roku ów mężczyzna traci na jej punkcie głowę i to ona zadecyduje, co z nim będzie dalej.

Rozumiem, że się przeliczyła?
Całkowicie, bo choć żyli jak para, a nawet pomieszkiwali u siebie, to po roku on rzekł: „Dziękuję ci” (bo był dobrze wychowany), i zniknął. Odchorowała to. Nic dziwnego, trafiła na wyjątkowo zimnego i egotycznego faceta. Ale dostała nauczkę za swoją głupotę i prztyczka w nos za pychę. Zlekceważyła jego słowa, myśląc, że on nie wie, co gada. Ale wiedział. No ale jej brak inteligencji seksualnej widać było już w tym przedmiotowym traktowaniu swojego ciała, a potem i tego mężczyzny. Te jej pozy w łóżku, z których była tak dumna, to sygnał, że nie ma pojęcia, na czym seks i erotyzm polegają. Dowód na to, że nigdy nie traci kontroli, nie pozwala się unieść fali pożądania ani rozkoszy. Nie pozwalała sobie na to, by podążyć za swoimi potrzebami ani za mężczyzną, a to oznaki braku mądrości i seksualnej, i erotycznej.

Zgodnie z definicją inteligencja seksualna to wiedza o tym, co jest nam potrzebne do udanego seksu, empatia na potrzeby partnera i sygnały płynące z naszego ciała. Umiejętność rozmowy, kreatywność – o tym nieraz już pisaliśmy. Ale też dowodem na nią ma być, jak wynika z badań (m.in. prof. Johna Gottmana), bycie w stałym związku. Ci, którzy w nich są – osiągali w testach wysoką IS, a w łóżku poznali rozkosz. Głupcami okazali się za to podrywacze i „puszczalskie”.
Bo nie idą w głąb, nie rozwijają się, powtarzają ciągle tylko początek – zakochanie, fascynację itd. A to dopiero pierwszy krok! Jednak wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. Nikt nam nie powie, że trzeba szukać i znajdować, odkrywać swoje pragnienia zwłaszcza w seksie. Seksualność ludzka, a szczególnie kobiet, jest nadal poddawana obróbce, jeśli już nie przez tabu, to przez kompleksy, a od czasu, gdy uzyskaliśmy „wolność” – przez modę i pornografię. I jeśli już dziś czegoś powszechnie poszukujemy w seksie, to poklasku, uznania, połechtania próżności czy pogłaskania kompleksów. Nawet nasi kochankowie nie pytają, czego chcemy. Sami musimy to odkryć i jeszcze nauczyć się, jak to sobie dać, a to naprawdę ciężka praca. No i często jej nie wykonujemy i dlatego – sfrustrowani – wciąż zmieniamy partnerów.

Zamiast jakości ilość.
Tymczasem to, co nas łączy z drugim człowiekiem, może się rozwijać w nieskończoność i w nieskończoność dostarczać nam coraz więcej, a nie coraz mniej, także rozkoszy. Drugim człowiekiem nie można się znudzić. Szaleństwo zakochania mija i dobrze, bo byśmy kręcili się w kółko naćpani hormonami, a seksualność może i nawet powinna się rozwijać, a wówczas obejmuje nie tylko nasze ciało, ale też umysł, serce, aż sięga po duchowość i dalej jeszcze po wszechświat. I gdy jesteśmy sobie bliscy na tych wszystkich poziomach, w tych wszystkich wymiarach bytu, możemy osiągnąć najwyższą, absolutną rozkosz.

Tak to czuję i tak sobie wyobrażam. Myślę też, że taki jest sens seksu tantrycznego, który stanowi jedną z dróg ku pełnej ekstazie. A mówiąc po europejsku: im więcej między kochankami intymności, bliskości, zrozumienia i zgody na siebie nawzajem, zachwytu, fascynacji, tym więcej doświadczą rozkoszy. Za byciem z jednym partnerem przemawia też sama fizjologia mózgu, bo jak się okazuje, im częściej ćwiczymy jakieś zachowania, tym silniejsze powstają w naszym mózgu tzw. ścieżki neuronowe. I wyobrażam sobie, że dwoje bliskich sobie ludzi może mieć orgazm, patrząc sobie w oczy z dwóch stron wypełnionej ludźmi sali.

Seksuolodzy jednak ostrzegają, że nadmierna bliskość to koniec pożądania. Perel pisze, że pożądanie rodzi się w szczelinie między kochankami, w tym, co ich różni, ciekawi, ku sobie ciągnie. I że ci inteligentni erotycznie nie pozwalają sobie na całkowite odsłonięcie.
Zgadza się, nie można stopić się w jedno, zrezygnować z siebie. To nie jest intymność i bliskość. Nie wolno zostawiać siebie, zawieszać się na drugim człowieku, bo wtedy nie jesteśmy blisko nawet ze sobą, a co dopiero z kimś innym. By tworzyć intymność, dwoje ludzi ma mieć odrębne tożsamości, sprawy i tajemnice. Ale też intymność buduje to, że oni szepczą sobie na ucho, że nie opowiadają innym o tym, co razem przeżyli, że mają swoje wspólne sekrety, tajemnice, marzenia. Kobieta jest dla mężczyzny pociągająca, bo jest inna niż on. A mężczyzna jest dla kobiety sexy, bo nie jest jej lustrzanym odbiciem.

Właśnie! A polityczna poprawność w stylu amerykańskim, czyli równość niwelująca różnice, prowadzi do nudy w sypialni. Perel głosi genderową herezję, że seks demokratyczny, na równych prawach, to nuda, bo pożądanie to nie dziecko demokracji.
Kobieta i mężczyzna, jeśli są wolni i spontaniczni, mogą być w sypialni panem i niewolnicą lub panią i niewolnikiem, a w salonie, kuchni i w pracy – partnerami. To wyraz prawdziwej wolności, inteligencji seksualnej i erotycznej. Możliwość zmiany, wybierania schematów zachowań w zależności od sytuacji i potrzeb, celów, do których się dąży, to prawdziwa mądrość sypialniana.

Perel pisze, że dla kobiet sukcesu, które kontrolują, kierują, planują i realizują, oddechem jest latynoski kochanek, który dominuje i napastuje, bo w jego świecie mogą odpuścić, oddać się, ulec. Opisuje właśnie taką parę: Amerykankę i Włocha. Kobieta przyznaje, że w sypialni zapomina o politycznej poprawności, stawia na rozkosz.
Seks jest przygodą, dlatego nie może w nim być planów i nie może być demokracji. Jest jak przeprawa przez rzekę. Może nas porwać prąd, możemy z nim popłynąć cudnie bez wysiłku na drugi brzeg lub wpaść w wir, który nieźle nas wyobraca, tak że nie będziemy mogły złapać oddechu. Możemy też przedostać się na drugi brzeg, łapiąc jakiś konar... Nie da się nie zamoczyć i nie da się uniknąć szybszego bicia serca. Oczywiście, można cały czas być po tej samej stronie rzeki, ale to naprawdę nudne. Zamiast więc składać – wszędzie, a więc i w sypialni – deklarację bycia nowoczesną, genderową czy jakąś tam, lepiej być uczciwszą wobec siebie. Odkryć, gdzie i jak same siebie okłamujemy, i przestać to robić. Zignorować naszego wewnętrznego rodzica, czyli nadzorcę tego, co nie wypada – i zapytać wewnętrzne dziecko, czego ono pragnie od seksu, co lubi, czego by chciało. I tak idąc za swoim wewnętrznym głosem, takim płynącym z brzucha, krok po kroku rozwinąć własną erotyczną inteligencję. Jak zwykle gdy chodzi o coś ważnego i trudnego – małymi krokami, ale wytrwale. Zrobić więcej miejsca dla wewnętrznego dziecka, czyli naszych uczuć, potrzeb i energii. Sprawdzać, sprawdzać i jeszcze raz sprawdzać. Co nam odpowiada, sprawia przyjemność, daje rozkosz, a czego się wstydziłyśmy tak, że dotąd sobie na to nie pozwalałyśmy? Jeśli mamy ochotę, zacznijmy sobie na to pozwalać. Wrócić do przeszłości i przypomnieć sobie, czego nie zrobiliśmy, choć nas korciło, ale nie pozwolił nam na to lęk, wstyd. Jest wysoce prawdopodobne, że dotrzemy do zakazów z domu rodzinnego, i trzeba będzie wybierać, czy nadal być grzeczną, czy wreszcie szczęśliwą. Warto też czytać lektury pełne seksu o bohaterach przekraczających granice, oglądać takie filmy, rozmawiać o swoich zahamowaniach, dzielić się z zaufanymi osobami, najlepiej wzajemnie. Pisać do siebie listy z nowymi scenariuszami i potem je w realu urzeczywistniać.

A czy Katarzyna Miller ma inteligencję seksualną i jest erotycznie mądrą kobietą?
Mam nadzieję, że tak, choć początki były nieudane. Ale dałam radę nie zrazić się całkiem i poczekać, aż trafię na mężczyznę, który mnie otworzy seksualnie. A wtedy przeżyłam niezwykłą wizję, że oto mam dłuuuugie srebrne włosy, które przeciągają mnie na drugą stronę kosmosu. Dziękuję mu za to! Bo też znalazłam się naprawdę po drugiej stronie, stałam się kimś innym. Już byle czym nie można było mnie zadowolić i wiedziałam, czego chcę od seksu, co on mi może dać i co ja mogę dać.

  1. Seks

Gra wstępna czy gra miłosna?

Życie w pośpiechu i stresie sprzyja traktowaniu seksu jako czegoś, co ma zredukować napięcie. Jeśli seks ma być sposobem na odstresowanie, jest szybki i techniczny. Wtedy może być problem z grą miłosną. (Fot. iStock)
Życie w pośpiechu i stresie sprzyja traktowaniu seksu jako czegoś, co ma zredukować napięcie. Jeśli seks ma być sposobem na odstresowanie, jest szybki i techniczny. Wtedy może być problem z grą miłosną. (Fot. iStock)
Dziś w seksie deficytowe stało się to, co wymaga czasu i bliskości z drugim człowiekiem – mówi dziennikarka medyczna Bożena Stasiak, autorka książki „Zwierzenia Polaków. Listy intymne”, w której zebrała otrzymywane przez lata od czytelników pytania dotyczące życia seksualnego. W wywiadzie wyjaśnia, dlaczego „biały seks” coraz częściej zastępuje tradycyjne współżycie.

Jeśli mówimy „gra wstępna”, to myślimy o tym, co robimy przed seksem, którym ma być stosunek. Dziś seksuolodzy mówią o „grze miłosnej”, bo tak podkreślają to, że jest ona już początkiem stosunku. Czy pani się z tym zgadza?
Tak, bo mówienie o grze miłosnej, a nie grze wstępnej, bardziej oddaje to, co się dzieje między partnerami. A sądząc po listach, które dostaję od czytelników, coraz częściej na grze miłosnej kończy się cały akt. Do stosunku rozumianego dosłownie już nie dochodzi. Gra miłosna prowadzi do orgazmu obojga kochanków i bywa, że doświadczają go jednocześnie. Skoro więc to, co nazywamy „białym seksem”, czyli orgazm bez stosunku waginalnego, zaczyna dotyczyć coraz większej liczby ludzi, mówmy o grze miłosnej, a nie wstępnej.

Czy to dlatego, że zakazany w dobie pandemii dotyk staje się superafrodyzjakiem?
Od wielu lat wciąż żyjemy w pędzie: kariera, praca w dużej firmie, rywalizacja, konsumpcjonizm i jego wyzwania. Brak nam przytulania, czułości, pieszczot – dlatego nabierają one szczególnego znaczenia. Zobaczyć nagie ciało czy nawet przeżyć stosunek seksualny możemy za to prawie w każdej chwili. Pornografia jest łatwo dostępna, a seksrandki przed kamerkami nie są czymś nadzwyczajnym. Obyczajowość na wiele nam dziś zezwala. Deficytowe stało się to, co wymaga czasu i bliskości z drugim człowiekiem – czyli pieszczoty, pocałunki, czułość. Coraz częściej czujemy się też samotni, kiedy więc w jakimś cudownym miejscu i czasie przytulimy się do drugiej ludzkiej istoty i zaczniemy pieścić, może dojść do spełnienia.

„Gra miłosna toczy się już od rana” – mówi mój znajomy, który kiedy ma ochotę na seks, rano idzie po zakupy i zajmuje się dziećmi…
Niestety, nie jest to popularne, choć bardzo skuteczne. Teraz mężczyźni nie adorują swoich żon, rzadziej kupują im kwiaty bez powodu czy dają prezenty. Przez ten pośpiech zagubiliśmy się w seksie i w życiu.

A więc łatwiej dziś o seks niż o przytulenie i czułość. A czy pornografia może, zamiast być wrogiem gry miłosnej, stać się jej elementem?
Piszę w swojej książce o tym, że dziś i kobiety, i mężczyźni tak samo podniecają się przy pornografii. Różnice nie mają takiego znaczenia jak sam fakt, że pornografia może nam pomóc rozpocząć seks. Ale czy tak będzie i czy stosunek się uda? To zależy od tego, czy jej nie przedawkujemy. Jeśli będziemy tylko od czasu do czasu stosować ją jako stymulator pożądania, to może dać dobre efekty. Profesor Zbigniew Lew-Starowicz mówi, że seks po pornograficznym filmie może być wspaniały, ale też może wcale go nie być. Dziś wielu mężczyzn woli poprzestać na pornografii niż kochać się z partnerką, bo wtedy muszą oni zadbać też o jej potrzeby.

No właśnie: zadbać o grę miłosną! W książce pisze pani, co może nią być, więc można wziąć ściągę do łóżka. Dlaczego zatem seks wciąż często ogranicza się do klasycznego stosunku, po którym mężczyzna zwykle od razu zasypia?
Życie w pośpiechu i stresie sprzyja traktowaniu seksu jako czegoś, co ma zredukować napięcie – jak przysiady czy pompki. Taki seks jest szybki i techniczny. Jeśli mężczyzna używa seksu jako sposobu na odstresowanie, to może być kłopot z grą miłosną. Jednak nie ma co się poddawać, warto spróbować kochać się dwa razy pod rząd lub kiedy wróci z roweru czy biegania. Jeśli nasz partner to typ macho, może mieć w sobie niezgodę na grę miłosną, ale wtedy warto mu ją pokazać jako wyzwanie. Kłopot z grą erotyczną może też wynikać z tego, że pokłóciliśmy się i ciche dni trwały zbyt długo. Bywa, że wtedy trudno do siebie wrócić, okazując czułą namiętność. Ale i na to są sposoby. Może nie od razu dojdzie do wybuchu namiętności czy choćby wyrafinowanej gry miłosnej, ale zaczniemy oswajać się ze sobą na nowo.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego mężczyźni dziś unikają gry miłosnej. Kobiety są coraz bardziej niezależne, często zarabiają więcej niż mężczyźni, mają wyższe stanowiska albo prestiż. Ich partnerzy mogą wówczas mieć problem ze swoją rolą, bo przecież do niedawna to były męskie atrybuty. Dlatego oni nie będą wychodzić z taką czułą inicjatywą, żeby kobiety pieścić czy przytulać, bo obawiają się, że wtedy one już na pewno uznają ich za niemęskich, że w ich oczach będą wyglądać na mięczaków, słodziaków. Gładzenie piórkiem i całowanie za uszkiem może stać się ostatecznym dowodem na to, że oni nie umieją nad swoimi kobietami po męsku zapanować, nie umieją ich po prostu wziąć! Mężczyźni, zwłaszcza starsi, mogą ponadto odmawiać gry miłosnej na zasadzie przekory, bo uznali, że skoro partnerki dominują nad nimi w życiu codziennym i zawodowym, to niech dominują w seksie, a więc też inicjują grę miłosną.

Brak gry miłosnej u współczesnego mężczyzny może wynikać z rywalizacji z kobietami?
Na te wszystkie komplikacje nakłada się jeszcze to, że młodzi mężczyźni mają coraz więcej problemów z erekcją, właśnie dlatego, że całym dniami siedzą przed komputerami albo nie mają pracy i są sfrustrowani. A ponieważ wiedzą, że powinno im się w seksie i w życiu udawać, a się nie udaje – stają się agresywni. Kiedy więc poczują podniecenie, to natychmiast chcą seksu! Ale mężczyźni i ich problemy to tylko jedna strona medalu. Drugą są kobiety, którym gra wstępna nie jest już tak potrzebna. Żyją szybko i szybko się podniecają. Też oglądają pornografię i tak jak kiedyś stereotypowi mężczyźni, chcą seksu natychmiast, bez migdalenia. Skoro są już gotowe, byłaby to strata czasu.

A mężczyźni mówią, że nie są maszynami do seksu, że są też ludźmi...
Role seksualne zaczynają się odwracać i bywa, że mężczyzna zestresowany i niepewny swojej męskości potrzebuje więcej czasu w łóżku niż kobieta. Może lękać się, czy sprosta oczekiwaniom kochanki i chcąc przejąć kontrolę nad jej seksualnością – stara się narzucić swój rytm. Może też chcieć zwolnić tempo, jeśli ważne dla niego są emocje i bliskość, bo kocha tę kobietę i chce być z nią blisko dłużej niż  kilka minut. Może także być bardziej zmysłowy i sensoryczny niż inni i chcieć korzystać z tego, co daje mu jego ciało. Ponieważ jednak generalnie mężczyźni nie lubią zagłębiać się w siebie, wolą w łóżku udawać, że są zmęczeni albo seks ani żadna gra miłosna nie są im potrzebne.

Czy warto z partnerem o tym wszystkim porozmawiać? Jeśli tak, to w jaki sposób, skoro mężczyźni nie znoszą być pouczani?
„Nie komenderuj mną” – mówią... Dlatego aby ich skłonić do pieszczot, lepiej użyć fortelu, na przykład odsłonić szyję i powiedzieć: „Miałam kiedyś takiego chłopaka, który mnie tu całował… i ja to tak lubiłam”. Może to sprowokować partnera, by pomyślał: „Ja jej pokażę, jak się całuje kobietę w szyje!”, ale jest też ryzyko, że się zatnie i pomyśli: „To sobie teraz wspominaj!”. Można również pocałować partnera w szyję i powiedzieć: „Czy ty tak lubisz, bo ja bardzo?”.

Powiedziałabym, że tak jak już nie potrafimy się kochać, tak nie potrafimy o seksie rozmawiać. Kobiety albo mówią tonem nieznoszącym sprzeciwu, czego oczekują, i mężczyźni mogą poczuć się musztrowani, albo z kolei milczą i chcą, żeby mężczyźni się domyślili. A oni się nie domyślą, bo tak są skonstruowani, że trzeba do nich mówić wprost, ale bez pouczania. Stawiać wyzwania i wskazywać drogi, na których będą mogli się sprawdzić.

A co z tzw. zmęczeniem materiału, czyli  sytuacją, kiedy mężczyzna przesadza z grą wstępną?
Mężczyźni, którzy naczytali się magazynów i publikacji mówiących o tym, jak zaspokoić kobietę, mogą wpaść w przesadę. Zwłaszcza młodzi, kiedy – poznają nową partnerkę, a wiedzą, że gra wstępna powinna trwać, ciągną ją w nieskończoność, aż kobiecie przechodzi ochota na seks. Świadczy to o tym, że nie mają doświadczenia; nie potrafią odczytać reakcji partnerki i nie czują, że ona jest już gotowa.

Bywa też, że partner zasypia podczas pieszczot, głaskania… Nie jest to dla niego element gry miłosnej, tylko utulenia do snu. I kobieta zostaje ze swoim podnieceniem.
W przypadku mężczyzn, którzy są dość oporni wobec seksu, radziłabym zastosować seks oralny, ale bez spełnienia, żeby był nabuzowany, a nie wyluzowany – ziewnął i zasnął, pozostawiając kobietę samą z jej podnieceniem. Oczywiście śpioch może być konserwatystą i nie pozwolić na „takie świństwa”, ale warto próbować.

Są mężczyźni, którzy chcą się przytulać, nawet głaskać, ale nic więcej.
Być może mieli nadopiekuńcze matki i nie szukają kochanki, ale matki bis. Warto wtedy oddzielać czułość od seksu: przytulać się, kiedy chcemy spać albo być razem blisko. Przed kąpielą, przed posiłkiem, wtedy, kiedy nie idziemy w stronę seksu. Dawać sobie z tym mężczyzną czułość jako osobne danie. A kiedy mamy ochotę na seks, sięgnąć po coś zaskakującego: może gadżety, może superbieliznę. Warto, żeby to coś wybiło go z bycia misiaczkiem mamusi.

Czy Polki w grze miłosnej różnią się dziś od innych Europejek?
Pęd, konsumpcja, stres nas wszystkie zunifikował. Dewocja to margines. Pozytywne i zaskakujące jest to, że kiedyś pani 70 plus nie myślała o seksie, a teraz – co wynika z badań prof. Zbigniewa Izdebskiego – kobiety po siedemdziesiątce zaczęły uprawiać seks oralny i analny. A jeszcze 15 lat temu uważano to za zboczenie.

Bożena Stasiak, dziennikarka, popularyzatorka wiedzy na temat seksualności. Laureatka wielu nagród i wyróżnień w Konkursie na „Dziennikarza Medycznego Roku”.