1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Rola ojca. O korzyściach z bycia zaangażowanym tatą

Rola ojca. O korzyściach z bycia zaangażowanym tatą

123rf.com
123rf.com
W naszym kraju wciąż popularna (jeśli nie dominująca) jest tradycyjna koncepcja roli ojca. Ojciec w takim ujęciu jest głównym żywicielem rodziny. Ojciec pojawia się, gdy trzeba wykonać ciężkie prace fizyczne. Ojciec wkracza do akcji, gdy dzieci sprawiają kłopoty wychowawcze. W takim stereotypowym ujęciu ojcostwo to głównie obowiązki, z których mężczyzna powinien się wywiązać, żeby być „dobrym ojcem”. I już. O relacji ojciec-dziecko we współczesnym społeczeństwie pisze dr Jarosław Kulbat, psycholog społeczny z SWPS we Wrocławiu.

Wyraźnie jednak widać, jak na naszych oczach zmienia się koncepcja ojcostwa. Współczesny ojciec jest stale obecny w życiu dzieci, jest cierpliwy i wyrozumiały, okazuje bez wahania miłość i troskę. Takich ojców spotykamy coraz częściej na ulicach, w parkach czy galeriach handlowych. Nowoczesny ojciec, nawet jeśli wciąż wykonuje obowiązki rodzicielskie, czyni to z radością i są one dla niego źródłem spełnienia. Osobiste korzyści wynikające z zaangażowanego ojcostwa utrzymują motywację do bycia tatą na wysokim poziomie. I tu czasem pojawia się problem, bo dla wielu ojców wychowanych w tradycyjnym modelu nie zawsze jest oczywiste, gdzie szukać radości czy okazji do rozwoju w relacjach z dziećmi. No właśnie, gdzie ich szukać? Oto kilka propozycji.

Zaangażowane ojcostwo może stać się źródłem poczucia dumy. Najbardziej oczywiste są te sytuacje, w których nasze dziecko odnosi sukcesy. Ale przecież porażka, którą dziecko odnosi w wielkim stylu, po której potrafi się podnieść i spróbować ponownie, też może być wielkim powodem do dumy. Z drugiej strony, sukces ojca w przełamywaniu stereotypowych oczekiwań innych, że mężczyzna nie potrafi zająć się dzieckiem, też może być źródłem wielkiej satysfakcji. I nierzadko wzrostu pewności siebie.

Rozwiązywanie praktycznych problemów związanych z opieką nad dzieckiem wymaga często kreatywności. Zwłaszcza dla ojców wychowanych w rodzinach, w których rola ojca miała tradycyjny charakter i którzy niekoniecznie wiedzą, co robić. Na przykład wtedy, gdy pielucha zrobi się pełna w czasie spaceru po parku.

Utrzymywanie bliskich relacji z dziećmi stanowi świetną okazję do nabrania dystansu wobec siebie. Żeby rozbawić malucha, trzeba czasem wyjść z roli prezesa czy mężczyzny, zrobić śmieszną minę albo przemówić w dziwnym języku. Nierzadko w obecności innych ludzi.

Kontakty z dziećmi mogą być wielkim wyzwaniem, gdy stajemy wspólnie z dziećmi w obliczu porażek czy kryzysów. Nie tylko podczas nauki. Również w zabawie mogą pojawić się porażki czy rozczarowania. Stawienie im czoła, przezwyciężenie negatywnych emocji jest wielkim wyzwaniem dla dziecka, a dla ojca stanowi bardzo skuteczny trening cierpliwości i opanowania.

Zaangażowane ojcostwo pozwala kształtować wymienione wyżej cechy czy tego chcemy czy nie. I w tym sensie odmienia mężczyznę. Na dobre i na zawsze.

źródło: 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dziecko - najlepszy nauczyciel od wypartych uczuć i emocji

Czego możemy nauczyć się od dziecka? (fot. iStock)
Czego możemy nauczyć się od dziecka? (fot. iStock)
Dzieci pokazują nam to, co wyparliśmy w procesie uspołeczniania. Najczęściej jest to złość, ale też smutek, żal, poczucie winy, spontaniczność. Dlatego warto potraktować je jako naszych najlepszych nauczycieli.

Kiedy przychodzi do mnie matka, twierdząc, że ma problem z własnym dzieckiem, wówczas daję jej kilka zaleceń: „Po pierwsze, napisz na kartce, jakich rad udzieliłabyś swojemu dziecku, co byś w nim zmieniła, a potem przeczytaj wszystko na głos, najlepiej przed lustrem. Następnie wprowadź te zmiany w swoje życie i obserwuj, jak dokonuje się cudowne uzdrowienie twojego dziecka. Po drugie, opowiedz komuś bliskiemu na głos, jak postrzegasz swoje dziecko, zrób to szczerze, opisz rzeczy, z których jesteś dumna, ale też zachowania lub cechy charakteru, które cię niepokoją. Kiedy będziesz opowiadała, bądź świadoma, że każde z wypowiedzianych zdań jest częścią ciebie”.

Z moich długoletnich i wnikliwych obserwacji jasno wynika, że dzieci są papierkiem lakmusowym nas samych. Sposób, w jaki do nich mówimy, pokazuje tak naprawdę nasz wewnętrzny dialog, który z czasem staje się również dialogiem wewnętrznym naszych pociech. Ich zachowania odzwierciedlają wprost nasze emocje. Dlatego jeśli widzimy, że dziecko jest niespokojne, to zamiast je uspokajać, krzyczeć, upominać – warto skontaktować się z własnymi emocjami, bowiem dzieciaki stanowią swoiste odbicie tego, co dzieje się w nas samych. Kiedy my się wyciszymy, w efekcie dziecko zarezonuje spokojem.

To, czego nie chcemy widzieć

Pewnego dnia przyszedł do mnie mężczyzna, który był bardzo zmartwiony negatywnym nastawieniem swojego dziecka. Zapytałam, kiedy ostatnio doświadczył trudnych emocji, i jak by je opisał. Nie potrafił powiedzieć. Stwierdził, że jeśli dzieje się w jego życiu coś trudnego, skupia się na rozwiązaniu problemu. Oczywiście w takim podejściu nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że mężczyzna ten nauczony został całkowitego wypierania trudnych emocji. Niestety, to, co odtrącamy, zawsze upomina się o siebie i to właśnie najczęściej dzieci pokazują nam to, czego nie chcemy widzieć.

Mężczyzna wraz ze swoją żoną rozpoczął świadomą pracę nad zatrzymywaniem się na negatywnych emocjach – nie po to, aby rozpamiętywać to, co trudne, ale po to, żeby przyznać, że istnieją uczucia, które sprawiają dyskomfort i ból. Paradoksalnie przyznanie się do odczuwania trudnych emocji uwalnia nas od nich, i tym samym uwalnia nasze dzieci. Energię, którą poświęcaliśmy na utrzymywanie ich w nieświadomości, możemy spożytkować na kreowanie radosnego życia, w którym doświadczamy całego spektrum uczuć.

To, przed czym się bronimy

Kiedy postanawiamy, że nie chcemy być więcej ofiarą, ponieważ w dzieciństwie doświadczyliśmy cierpienia, zaczynamy zwykle wchodzić w rolę kata, w konsekwencji nasze dziecko najczęściej przejmuje rolę ofiary, pokazując nam to, z czym nie chcemy się skonfrontować. I przeciwnie – kiedy sami zachowujemy się jak ofiara, nasze dziecko zaczyna przypominać kata. Zjawisko to można zaobserwować w przyrodzie. Wielu opiekunów drapieżnych zwierząt opisuje to niezwykłe doświadczenie, że gdy uciekasz przed tygrysem, to on cię goni, a kiedy zaczynasz biec w jego kierunku – ucieka. Natomiast kiedy się zatrzymujesz i kierujesz życzliwe emocje ku zwierzęciu, ono zaczyna bawić się z tobą i do momentu, w którym nie czujesz lęku, jesteś całkowicie bezpieczna, nawet jeśli tygrys jest głodny.

Podobnie jest z dzieckiem. Jeśli mamy kontakt z własnymi emocjami, wówczas maluch otwiera swoje serce nie tylko na nas, ale na wszystkie przejawy życia. Dziecko, które przebywa w towarzystwie rozluźnionego rodzica, nie jest w stanie być „niegrzeczne”.

To, czego możemy się nauczyć

Zaobserwowałam, że nasze dzieci widzimy przez pryzmat nas samych, własnych nawyków, wzorców, które ukształtowała przeszłość. Wśród psychologów słynne jest powiedzenie, że jesteśmy sumą naszych przekonań. Kiedy rozwijamy się, zaczynamy proces podważania tego, co wydawało się wyrocznią. W niewytłumaczalny sposób dzieci zaczynają dostosowywać się do naszych nowych przekonań – tak jakbyśmy naszymi myślami tworzyli dziecko. Oczywiście, nie ma jednoznacznych badań naukowych potwierdzających to zjawisko. Jednak wnikliwy obserwator bez zbytecznych psychologicznych kwalifikacji może doświadczyć tego, o czym piszę, dlatego zachęcam do otwarcia się na to doświadczenie. Daje ono poczucie ogromnej sprawczości, które potem można z powodzeniem przełożyć na inne dziedziny życia.

Dzieci, oprócz tego, że pokazują nam to, czego nie akceptujemy w sobie, są skarbnicą wiedzy i dają nam odpowiedzi na trudne pytania. W związku z tym, że ich umysły nie są jeszcze przesiąknięte szkolną wiedzą, mają ogromny dostęp do intuicji. Wiedza szkolna wbrew pozorom w bardzo dużym stopniu ogranicza nasze horyzonty. Problem polega na tym, że dorośli nie biorą na poważnie dziecięcych rad. W związku z tym, że dzieci często posługują się metaforą, dorośli traktują ich słowa jako fantazję, a to wielki błąd. Dlatego zachęcam do uważnego słuchania naszych pociech i szacunku do ich mądrości, która pochodzi prosto z serca.

Dorota Hołówka, prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.

  1. Psychologia

Jedno chce mieć dziecko, a drugie nie - czy taki związek przetrwa?

Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być... Jak przejść przez kryzys w związku związany z odkryciem, że partnerzy mają kompletnie inne podejście do rodzicielstwa – pytamy psychoterapeutkę Renatę Pająkowską-Rożen.

Czy to oczywiste, że w związku chcemy mieć dzieci, czy lepiej zapytać? Przed ślubem lub przed wspólnym wzięciem kredytu, który także połączy nas na dobre i na złe...
Koniecznie trzeba o tym porozmawiać! I nie w ten sposób, że nie udzielamy sobie jednoznacznych odpowiedzi. Mężczyzna na przykład mówi: „Porozmawiamy o tym później, nie teraz”. Być może to nieodpowiedni moment, bo właśnie stracił pracę, jednak ustalmy, kiedy o tym porozmawiamy. Jeśli tego nie wyjaśnimy, to w pewnym momencie może pojawić się problem, bo mężczyzna, mówiąc: „nie rozmawiajmy o tym”, miał na myśli „nie ma o czym gadać, nie chcę dzieci!”, a kobieta zrozumiała jego słowa jako odroczenie: „teraz nie, ale za 10 lat będziemy je mieć!”.

Niedogadane pary przychodzą po pomoc do psychoterapeuty?
Dobrze, jeśli się na to zdobędą, bo to jest poważny problem. Zazwyczaj wygląda to tak, że na początku oboje przeżywają ogromne zdziwienie. Jedno pyta: „Dlaczego wracamy do tego tematu? Przecież to ustalone?!”, drugie równie zaskoczone: „Jak to? Dziwisz się, że chcę mieć dzieci?”. Problemem pary, o której teraz opowiadam, nie było jednak chciane i niechciane rodzicielstwo, ale to, że był to jeden z tematów, których nie poruszali, żeby nie psuć atmosfery w związku. Ponieważ bardzo angażowali się w swoje kariery zawodowe, nie było to konieczne do momentu, kiedy kobieta poczuła, że już teraz chce dzieci. Niedogadane sprawy są jak kula śniegowa…

Co zrobili? Rozstali się czy jedno z nich ustąpiło?
Zrobili to, co powinni zrobić już dawno temu, czyli zaczęli wreszcie rozmawiać o tym, co jest dla nich w życiu najważniejsze. To, że omijali na trudne i ważne tematy, powodowało, że nie żyli razem, ale obok siebie, w dwóch różnych światach. Pracowaliśmy więc na terapii nad tym, czy będą mogli na nowo się spotkać i być razem, czy nie.

Spotkać? Przecież byli razem...
Czyżby? Kobieta przez te lata marzyła o byciu mamą, o zabawkach na środku salonu, o kinderbalach z balonikami i tortem, mężczyzna z kolei w swoich fantazjach widział ich zawsze tylko we dwoje – jak prowadzą wygodne życie, podróżują, odwiedzają przyjaciół. Ich marzenia, ich wizje przyszłości rozmijały się. Żeby to zmienić, zaczęliśmy rozmawiać o tym, co jest dla nich w życiu najważniejsze. Dla każdego z nich indywidualnie i dla nich w związku. I czy można te wizje połączyć. Kiedy kończyli terapię, temat dziecka nadal był otwarty. Mieli podjąć wspólnie decyzję, ze świadomością, że zegar biologiczny tyka. Mężczyzna dopuścił już taką możliwość, ponieważ podczas terapii indywidualnej, którą także rozpoczął, zrozumiał, że przed byciem ojcem hamuje go lęk, że nie będzie potrafił zadbać o dzieci, że powtórzy błędy swojego ojca. Jednocześnie zdał sobie sprawę, że jest przecież innym człowiekiem niż jego ojciec i nie musi być złym rodzicem.

Sama doświadczyłam tego, że chęć bycia rodzicem może się niespodziewanie pojawić. Poczułam, że chcę zostać mamą, kiedy skończyłam terapię i 40 lat.
No właśnie! Nawet jeśli omówimy ten temat raz, to się może zmienić. Można nabrać pewności siebie, koleżanki mogą urodzić dzieci, a my bawiąc się z tymi dziećmi, zaczynamy odnajdować się w roli matki. Każde wydarzenie może wpłynąć na zmianę stanowiska. Mogę zapragnąć dziecka, gdy stracę rodziców, żeby nie być sama. Ale też go nie chcieć – bo co z nim będzie, jeśli i ja umrę?

Nie sposób przewidzieć, co będę myśleć ani co będzie myślał mój mąż za kilka lat, choć teraz oboje jesteśmy przeciw.
Pamiętajmy, że w związku spotykają się dwie osoby, które mają indywidualne historie wyniesione z domu rodzinnego. Chcą być razem, ale to nie znaczy, że stają się tacy sami i mają takie same potrzeby. Poza tym nie jesteśmy tą samą osobą w wieku 20 lat i potem 30. Rozwijamy się, mamy różne doświadczenia, które mogą silnie na nas wpływać. I ważne jest, czy kiedy zmienimy zdanie, jesteśmy blisko z partnerem. Bo jeśli tak, to łatwiej nam będzie znaleźć najlepsze dla obojga rozwiązanie.

Usłyszałam kiedyś: „mam już wszystko, brak mi tylko dziecka”.
Zawsze pytam kobietę, dlaczego chce być mamą. Może dlatego, że jej zdaniem kobiety bezdzietne są gorsze? Prowadziłam terapię dla pary, w której kobieta upierała się, żeby mieć dziecko, bo – co odkryliśmy – bez tego czuła się gorsza od pierwszej żony swojego męża, z którą miał ich aż troje. Kiedy ten mężczyzna to zrozumiał, dał swojej partnerce tak wiele miłości i zachwytu, że już nie czuła potrzeby dowartościowania się przez urodzenie dziecka. Jeśli kimś kieruje „projekt dziecko”, a nie potrzeba serca, to szczerze odradzam. Jeśli kobieta tak naprawdę nie chce mieć dziecka, to zostając mamą, będzie rozczarowana. Choćby dlatego, że obok perfekcyjnej żony i perfekcyjnego męża pojawi się nieperfekcyjne dziecko. W takiej sytuacji warto być uczciwą wobec siebie, bo często nie chodzi wcale o dziecko, ale na przykład o to, że teściowa albo mamusia mówi: „Co ja mam swoim przyjaciółkom powiedzieć? Kiedy będziecie mieć dzieci, a ja wnuki?”.

Nacisk rodziny ma takie znaczenie?
Oczywiście, pytanie „kiedy będziecie mieć dziecko?” należy do zadawanych najczęściej. A pary niekiedy zapominają, że to ich intymna sprawa, więc rodzic, który o to pyta, przekracza granice. Radzę, żeby w takiej sytuacji powiedzieć: „na takie pytanie nie odpowiadamy, to jest nasza prywatna sprawa” i omawiać ten temat tylko ze sobą. Dzieci nie mamy z rodzicami, tylko ze sobą, podobnie jak tylko ze sobą uprawiamy seks.

Rozmowa może przekonać do rezygnacji z bycia rodzicem?
Znam przykład, gdzie to kobieta absolutnie nie chciała mieć dziecka. Nie rozwiedli się, bo mężczyzna poczuł, że dla niego istotniejszy jest ten związek, ta kobieta i to, żeby ona była szczęśliwa. Świadomie więc zgodził się na ten brak w swoim życiu.

Ogromny brak!
Czy ktoś, poza twórcami reklam, obiecywał nam, że będziemy mieć wszystko? Szczęście nie na tym polega. Kiedy ta para ode mnie wychodziła, wyglądali na dwójkę szczęśliwych ludzi. Szczęśliwych, bo się ze sobą dogadali, znaleźli świadomy kompromis. Terapia zmieniła ich wewnętrzne nastawienie. Kobieta zaakceptowała to, że jej mąż potrzebuje zajmować się dziećmi, więc zgodziła się, żeby raz na miesiąc przyjeżdżali do nich siostrzeńcy męża. I choć sama za nimi nie przepadała i miała piękny dom, to akceptowała, że na ten jeden weekend dzieci wprowadzały do niego chaos.

Może nie chodzi nam o „wszystko”, ale w naszej kulturze dzieci są najważniejsze…
A jednocześnie do mojego gabinetu trafia wielu ludzi, którzy wychodzą z traum z czasów dzieciństwa... i to doświadczeń bycia niekochanymi dziećmi. Jakoś mi się to nie składa z deklaracją o tym, że dzieci są priorytetem.

Czy coś może zastąpić doświadczenie bycia rodzicem?
Nie, ale to nie znaczy, że wszyscy musimy je mieć. Najistotniejsze, abyśmy dokonywali świadomych wyborów. Wtedy będziemy szczęśliwi i będzie mniej nieszczęśliwych dzieci. Oczywiście wybór zawsze jest trudny i może oznaczać rozstanie, a z kolei bycie razem dalej oznacza kompromis.

Jeśli kompromis, to jak uniknąć żalu, kiedy widzę małe buciki i mam ucisk w gardle?
To jest najtrudniejsze i bardzo ważne, aby zająć się swoimi uczuciami. Mogę na przykład cały czas rozpamiętywać tę stratę, a jednocześnie pozostawać w związku z lęku. Czyli nie odejdę, bo przecież mogę nikogo już nie spotkać, no i wtedy nie będę miała ani męża, ani dziecka. Tylko że taka zanurzona w żalu i stracie postawa zapewne doprowadzi do rozstania! Bo kiedy tylko rano mój mąż wstanie, to nie zobaczę w nim ukochanego mężczyzny, a kogoś, kto nie pozwolił mi zostać mamą! Zatem jeśli decydujemy się zostać i czujemy stratę, trzeba coś z nią zrobić.

Co można zrobić ze stratą marzenia o byciu mamą?
To zależy, czasem wystarczy wolontariat w domu dziecka? A może uwolnienie się spod presji rodziny, która szantażuje emocjonalnie i ekonomicznie z tego powodu, że nie mamy dzieci? Każdy człowiek to inna historia, a więc też inne rozwiązanie.

Dom dziecka? Kobiety chcą mieć własne dzieci, nie pożyczone czy nawet adoptowane!
Nie zgodzę się z tobą! Dla młodych kobiet to już nie jest taki problem jak dla pokolenia ich matek. Patrząc z perspektywy gabinetu, mam wręcz wrażenie, że to jest problem dla matek moich klientek. Kobiet niespełnionych, sfrustrowanych, które tłuką córkom do głów: „Musisz mu urodzić dziecko, bo cię zostawi i będziesz sama!”. Myślę, że dużą część problemów młodych par generują ich rodzice. Gdy matka, teściowa są wspierające, ale nie naruszają granic, to para ma szanse się dogadać w każdej sprawie. Ale jeśli młodzi na każdy weekend jadą do którychś rodziców, a ci pytają kobietę: „Przytyłaś?! Jesteś wreszcie w ciąży”, to trudno zachować własne zdanie i obronić potrzeby.

A może kobietą kieruje jakaś inna potrzeba czy ukryty lęk?
Przywołam jeszcze jeden przykład: kobieta wyszła za mąż, ale miała już dzieci z pierwszego związku. Była też starsza od swojego nowego męża i nie chciała już mieć dzieci. On z czasem przyznał, że trzymał ją na dystans, bo ona nie chciała mieć dzieci, a taki związek jego zdaniem nie jest trwały. W końcu rozstali się, a mężczyzna ponownie związał się z kobietą z dziećmi. Nie mieli jednak wspólnego dziecka. Dlaczego? Może tak naprawdę ten mężczyzna nie chciał mieć własnych i dlatego wybierał kobiety, które już były matkami? Każdy z nas ma niepowtarzalną historię i jeśli chcemy żyć świadomie, trzeba poznać swój cel i swoje prawdziwe potrzeby. Bo wtedy dopiero możemy zrozumieć, o co nam tak naprawdę chodzi, gdy mówimy o rodzicielstwie.

Nowy związek może wpłynąć na chęć bycia matką czy ojcem?
Tak. Zdarza się, że nie chcemy dzieci z jednym partnerem, a myślimy, że nie chcemy ich w ogóle. Kiedy jednak w naszym życiu pojawi się ktoś inny, zaczynamy odczuwać ogromne pragnienie, aby zostać rodzicem. Znam wiele kobiet, które nie chciały mieć dzieci w jednym związku, ale w nowym już po kilku miesiącach były w chcianej ciąży. I może zdarzyć się też odwrotnie: kobieta ma dziecko z pierwszym mężem, ale z drugim już nie chce. Pozornie ma całkiem racjonalny powód, już jest mamą, jednak prawdziwa przyczyna leży gdzie indziej, na przykład mężczyzna jest narcystyczny i skupiony na sobie.

Jak to możliwe, że nasze podejście do bycia rodzicem zmienia się w różnych związkach? Przecież wiele osób uważa, że chęć posiadania potomstwa to coś oczywistego i naturalnego, a nie relacyjnego.
Stajemy się trochę inni, będąc z różnymi ludźmi. Kiedy nowy partner daje kobiecie poczucie bezpieczeństwa i stabilność, a poprzedni nie dawał, to jej potrzeba bycia mamą może dojść do głosu. Mówiąc wprost: jeśli nie chcemy mieć dzieci, to po prostu możemy być w związku z kimś, z kim ich nie chcemy. Najważniejsze to odkryć w życiu swoją prawdę i nią się kierować. Nie pozwalać na to, aby rządziły nami nasze własne lęki. Decydować o tym, czy chcemy zostać rodzicami, nie może za nas nawet partner, a co dopiero rodzice lub teściowie.

Renata Pająkowska-Rożen, kulturoznawczyni, psycholożka, psychoterapeutka, terapeutka, trenerka Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach.

  1. Psychologia

Rodzic i jego oczekiwania, czyli jak zbudować prawdziwą relację z dzieckiem

Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości i aktywnego słuchania. (Fot. iStock)
Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości i aktywnego słuchania. (Fot. iStock)
Często jeszcze przed narodzinami dziecka układamy sobie idealny plan wychowawczy. Problem, że w tym planowaniu jest mało miejsca na potrzeby… dziecka. Jak więc zbudować prawdziwą relację?

Na jednej z warszawskich ulic młoda kobieta szarpie rozhisteryzowanego, 4-, 5-letniego chłopca. To jego mama. Oboje głośno krzyczą. Ostatecznie chłopiec siada na środku chodnika, bije pięściami mamusię, która próbuje go podnieść. Mijają ich podejrzliwie zerkający przechodnie. Przerażona kobieta bezradnie rozgląda się wokół i cicho prosi chłopca żeby wstał. Założę się, że przed narodzinami synka nie tak wyobrażała sobie relacje z dzieckiem. Co więc się stało?

W ostatnich latach nasze rodzicielskie plany bywają coraz bardziej szczegółowe: planujemy, kiedy zajdziemy w ciążę, jak będzie przebiegał poród, z ilu tygodni urlopu macierzyńskiego lub tacierzyńskiego skorzystamy. Układamy sobie w głowie obraz relacji z dzieckiem, nosimy w głowie cały szereg obietnic składanych.. samym sobie, które brzmią jak zaklęcia i zwykle zaczynają się od słów „nigdy” albo „zawsze”. Na przykład „NIGDY nie poniżę swojego dziecka publicznie, tak jak mnie poniżano; NIGDY nie będę go z nikim porównywał; ZAWSZE będę spokojnie i łagodnie rozwiązywała wszelkie spory; ZAWSZE przytulę dziecko, nawet jak będę zła".

Z czasem zaczynamy coraz bardziej koncentrować się na tym wszystkim, co wydarzyło się kiedyś. Po to, by nie zdarzyło się (NIGDY WIĘCEJ!) w naszej rodzinie. Sam fakt urodzenia się dzieci w jakiś magiczny sposób przenosi nas do dzieciństwa: przypominamy sobie różne sytuacje. Porównujemy się z niemowlęciem, przeciwstawiamy własne metody wychowawcze metodom rodziców. Gdy utykamy w trudnych wspomnieniach z dzieciństwa, okazuje się, że zamiast być w prawdziwym kontakcie z dzieckiem i realizować jego potrzeby, próbujemy zaspokajać swoje własne dziecięce niespełnienia, braki miłości, młodzieńczy bunt, żądając od wszystkich uwagi, miłości itd, czyli tego wszystkiego, czego kiedyś nie dostaliśmy. Koncentracja na tym niewiele ma jednak wspólnego z aktualnymi potrzebami naszego dziecka. Brnąc dalej tą ścieżką, stajemy się RODZICEM REAKTYWNYM, który przez większość swego rodzicielskiego czasu jest w reakcji na coś, co pochodzi z jego wewnętrznego świata, co powstało w przeszłości jako skutek smutku, zaniedbania, braku prawdziwej miłości i troski. To tu należy szukać źródeł bezradności albo niewłaściwie używanej siły i władzy w stosunku do własnych dzieci. Dlaczego 35-letni dorosły mężczyzna albo kobieta  czuje się bezradna  wobec 4-latka i jego histerii? Czego się przestraszyli? W jaką rolę bezwiednie wpadli?

Rodzic reaktywny to ktoś, kto nie ma prawdziwego kontaktu ze swoim dzieckiem, bo zbyt często bywa w kontakcie ze swoim wewnętrznym światem. Toczy wewnętrzny dialog, krótko mówiąc: nie ma go, jest nieobecny w relacji z dzieckiem i wcale nie z nadmiaru pracy. Jakiekolwiek wydarzenie choć trochę przypominające „tamtą” trudność wtrąca go z powrotem w jego wewnętrzny nierozwiązany od lat problem. I nie ma znaczenia, że sytuacja jest nieco inna - gwałtownie reagujące dziecko przypomina dorosłej kobiecie gwałtowną siłę, której kiedyś używano wobec niej. Kobieta nie może sobie z tym poradzić poradzić. Niepocieszone, przestraszone Wewnętrzne Dziecko w niej odzywa się znów. Zamiast krótkim komunikatem postawić granice, a potem z uwagą i miłością dopytać, co tak zirytowało malca, matka kuli się w sobie i cicho prosi malca, by „nie robił kłopotu”. Jeśli pozwolimy sobie zapaść się w przeszłości, zareagować tak jak w przeszłości, stajemy się nieobecni w relacji. Nie ma nas-rodziców w prawdziwej relacji z dziećmi. Wraca skrzywdzone dziecko, poniżany nastolatek, wyśmiewany publicznie i samotny.

Nawiązując do Analizy Transakcyjnej Berne’a, można powiedzieć, że to nie Dorosły albo Rodzic rozwiązuje problem z dzieckiem, ale zranione Wewnętrzne Dziecko usiłuje wyplątać się z bolesnej sytuacji. I nie jest to żadne zaburzenie, lecz zwykłe braki w komunikacji z drugim człowiekiem. Małym, nieświadomym, bezbronnym! To nieobecność w relacji tu i teraz, powszechna w nieuważnym, a czasem nieświadomym byciu w różnych rolach.

To także pewna forma zdrady wobec naszych dzieci. Bo zdrada w stosunku do dziecka to nie tylko jego odrzucenie. To także spłodzenie go (a tym samym obietnica składana dziecku i światu - bycia Rodzicem), a potem uporczywe, nieświadome trwanie w roli ofiary, Piotrusia Pana lub Księżniczki, gdy potrzebny jest pełnokrwisty świadomy swojej roli Rodzic.

Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości. Jak zadbać o świadome bycie w roli rodzica, o aktywne słuchanie, a świadomą komunikację z naszymi ukochanymi dziećmi?

  1. Wyjdź z wymiaru nigdy-zawsze, ten wymiar zwykle jest nierealny, a tobie (tak jak każdemu) zdarzą się wpadki.
  2. Rozeznaj się w swoich zasobach rodzicielskich. Zobacz, czym dysponujesz: jaki wzorzec dominuje w twojej komunikacji z dzieckiem?
  3. Dowiedz się jakie masz rangi, kim jesteś, jak używasz siły i wrażliwości w relacji z dziećmi?
  4. Jakie postaci (spersonifikowane wzorce osobowości) funkcjonują w twoim wewnętrznym świecie, kiedy i w jakim celu posługujesz się nimi, jakie masz trudności, by ich użyć w relacji z dzieckiem
  5. Dowiedz się, jaki jest twój mit życiowy, twój mit relacji z dzieckiem oraz twój rodzicielski mit, poszukaj ich w swoich snach, marzeniach o relacji ze swoim dzieckiem. Odkryj, czym dysponujesz, jaki jest twój jasny i mroczny sen wokół relacji z dzieckiem
  6. Dowiedz się, na czym polega prawdziwa żywa relacja, aktywne słuchanie, bycie w relacji, a czym wychodzenie z relacji. Naucz się używać całego spektrum różnych swoich cech i jakości z tym związanych, by móc w pełni świadomie być ze swoim dzieckiem, stawiać granice i otwarcie komunikować swoje uczucia.
Dorota Biały, psychoterapeutka i coach w Instytucie Psychologii Procesu, pracuje w Ośrodku Poza Centrum w Warszawie.

  1. Psychologia

Nadopiekuńcze matki dorosłych dzieci - jak sobie z nimi radzić?

Matki, które żyją życiem swoich dorosłych dzieci, noszą w sobie dużo rozczarowania światem i sobą. (Fot. iStock)
Matki, które żyją życiem swoich dorosłych dzieci, noszą w sobie dużo rozczarowania światem i sobą. (Fot. iStock)
Rola opiekuna to doskonały pretekst, by nie zajmować się własnymi sprawami. Dlatego matki, które żyją życiem swoich dorosłych dzieci, noszą w sobie dużo rozczarowania światem i sobą. 

Alina zadzwoniła i poprosiła o sesję w sprawie córki. Z góry założyłam, że chodzi o nastolatkę. Dziś myślę, że zaczarował mnie jej głos… był taki podobny do głosu mojej mamy. Chyba poczułam przed nią respekt.

Krok 1. Próbujemy ustalić, kto z czym ma problem

Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że córka Aliny to 35-letnia kobieta. – Rozumiem, że to ty masz problem z córką? – spytałam. – A skąd, to Alusia ma problem – odpowiedziała. – Alusia?! – zdziwiłam się.

Okazało się, że imię Alina nadawane jest wszystkim kobietom w rodzinie ze strony mojej pacjentki. – Drugie imię, które noszą wszystkie kobiety, to Maria, po prapraprababce – z dumą poinformowała mnie Alina. Zapytałam, czy zwraca się do córki „Alusia”? Kiedy potwierdziła, skomentowałam, że Alusia to bardziej trzylatka niż dojrzała kobieta. – Przecież my dobrze wiemy, że dzisiejsze dzieciaki nigdy nie dorastają. – Nie mogłam nie zauważyć tego „my”, które najwyraźniej miało mnie ustawić po właściwej stronie barykady: ja i Alina kontra reszta świata. Bezskutecznie próbowałam jej wyłumaczyć, że o problemach córki mogę rozmawiać tylko z samą zainteresowaną. Ale to była tylko połowa problemu, druga polegała na tym, że ja, terapeutka z niemałym stażem, coraz bardziej wchodziłam w rolę dorosłej córki kontrolującej matki. Nie byłam w stanie wykrztusić ani słowa, gdy Alina mówiła, jaka to Alusia jest niewdzięczna, jak mogła mieć wszystko, a marnuje sobie życie z kretynem, który zrobił jej trójkę dzieci i trzyma w domu jak w więzieniu, a tak w ogóle to wdała się w swojego ojca idiotę…

Patrzyłam na Alinę i widziałam w niej te wszystkie matki, które poświęcają się dla dziecka i rezygnują z własnego życia. Wiedzą lepiej, co jest dla niego najlepsze, nie chcą, a raczej nie potrafią zaakceptować faktu, że ich dziecko jest już dorosłe. Uciekają się do wszelkich możliwych środków, by sterować synem czy córką. Czasami jest to manipulacja pieniędzmi („od ust sobie odejmę a tobie pomogę, ale ty za to…”), innym razem szantaż stanem zdrowia („ty mnie do grobu wpędzisz”) albo wzbudzanie poczucia winy („ja przez ciebie…”). A potem nagle zobaczyłam w oczach Aliny lęk, samotność, bezsilność i zagubienie. I w tym momencie wróciłam do roli terapeutki.

Krok 2. Analizujemy czarny scenariusz życia córki, który okazał się scenariuszem życia matki

Jako dzieci obiecujemy sobie, że nigdy nie będziemy żyć tak jak nasi rodzice. Ale kiedy sami zostajemy rodzicami, oczekujemy od dzieci właśnie tego, że będą żyć życiem przez nas zaplanowanym, które na dodatek jest dokładnie takim życiem, jakiego absolutnie nie mieliśmy zamiaru powielać. Wiem, brzmi to nieco skomplikowanie, ale cierpliwości.

Życie Aliny matki okazało się typowym scenariuszem: osiemnastoletnia dziewczyna zaszła w ciążę z żonatym facetem. Dziecko wychowywała samotnie, bez wsparcia własnej matki, która twierdziła, że córka zmarnowała sobie życie i że sama sobie nie poradzi, a ona jej nie pomoże, bo tamta ją zawiodła. – Wiesz, moja matka miała czterech mężów, a ja żadnego – powiedziała Alina. – Już sam ten fakt był dowodem na zmarnowane życie. – To zdanie twojej matki, a ty jak uważasz? – spytałam. – Ja uważam, że mężczyzna to dla kobiety jedynie kłopoty – powiedziała po zastanowieniu. – Poradziłam sobie bez faceta, choć nie było wcale łatwo. Na przykład studia mogłam skończyć dopiero przed czterdziestką, co oczywiście nie podobało się mojej matce. – Co powiedziała? – Że wszystko robię nie wtedy, kiedy trzeba. – To znaczy? – Dziecko urodziłam za wcześnie, studia skończyłam za późno. – Czy usłyszałaś kiedyś od swojej matki, że jest z ciebie dumna? – spytałam, choć zdawałam sobie sprawę, że być może Alina nie jest jeszcze na nie gotowa. – Mówiłam, że to nie ja mam problem, tylko moja córka – odpowiedziała z niezadowoleniem. – A ja mówiłam, że o problemach córki mogę rozmawiać tylko z nią – delikatnie sprawdzałam, czy Alina będzie już gotowa zająć się sobą. – Ty niczego nie rozumiesz – prawie krzyknęła. – Alusia nie poradzi sobie sama. Ona jest taka inna od nas. – Od was, to znaczy od kogo? – spytałam i poczułam, że wreszcie mamy ważny trop.

Krok 3. Odkrywamy słabość i moc żeńskiego rodu

Bardzo staram się być delikatna, żeby nie urazić Aliny. Wiem, że nadopiekuńcze matki naprawdę chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. I że to dzieci powinny dać sygnał do wyfrunięcia z gniazda. Pokazania swoim życiem, że poradzą sobie same, a kiedy będą potrzebowały pomocy, to o nią poproszą.

Trafiają do mnie dorosłe kobiety, ale też mężczyźni, którzy narzekają na nadopiekuńczych rodziców, ale jednocześnie bez skrupułów biorą od nich pieniądze, podrzucają dzieci na wychowanie, mieszkają w ich mieszkaniu, nie płacą nawet za czynsz. Kiedy rodzic daje – przyjmują bez zastanowienia, ale gdy próbuje ingerować w ich życie – to już gorzej.

Proponuję Alinie, żeby spośród figurek Playmobil wybrała reprezentantów kobiet ze swojej rodziny. Czuję, że tak będzie jej łatwiej odszyfrować rodzinny przekaz. W jednym rzędzie ustawia siebie, swoją matkę, babkę i prababkę. Naprzeciwko, tyłem do rzędu, w pewnym oddaleniu ustawia córkę. Proszę, żeby przyjrzała się uważnie ustawieniu i opisała, co widzi. Ma z tym problem. – Widzę, że twoja córka jest inna niż pozostałe kobiety – próbuję jej pomóc. – Na czym polega ta inność? – Ona jest głupia, za bardzo ufa facetom, choć tyle razy tłumaczyłam jej, że my, kobiety, spokojnie możemy sobie bez nich poradzić.

Okazuje się, że kobiety w jej rodzie albo miały kilku mężów, albo radziły sobie same. Wszystkie miały po jednej córce. A Alusia od lat ma tego samego męża, znają się od podstawówki i tworzą tradycyjną rodzinę. – Ale co to za tradycja?! – wykrzykuje Alina. – Trójka dzieci, ona w domu jak kura domowa. A gdzie ambicje? Gdzie kariera zawodowa? W naszej rodzinie żadna z kobiet nie dała sobie zrobić tylu dzieci. Jedno – proszę bardzo, sama bym jej pomogła wychować, żeby mogła skończyć studia, a nie tak jak ja być ze wszystkim sama. – Dlaczego rodzina cię nie wsparła? – pytam. – Chodziło o to, że byłaś za młoda na dziecko? – Nie, matka nawet była zadowolona, pamiętam powiedziała, że może dobrze, że mam to już z głowy, że dziecko się wychowa, a ja wrócę na studia. – To o co chodziło? – czuję, że to ważne. – Nie chciała, żebym mówiła mu o dziecku, a kiedy zgodziłam się, żeby płacił alimenty i od czasu do czasu widywał córkę, to się mnie wyparła. – A jak jest teraz? – Kiedy on, w rezultacie bardzo szybko, zrezygnował z widywania się z córką i płacił tylko pieniądze, matka przywróciła nas do łask. – Musiało być ci trudno. – Dlatego chcę zaoszczędzić tego własnemu dziecku.

Która z nas, matek, nie chce zaoszczędzić swojemu dziecku tego, co trudne, bolesne, złe. Tylko te wszystkie „nieszczęścia” to najczęściej nasze trudy, nasze bolesne doświadczenia i dzieci nie mają z tym nic wspólnego. Nadopiekuńczość i kontrola to manifestacja matczynych lęków, rozczarowań, poczucia winy, a czasami także nutki zazdrości, bo dzieci dopiero wchodzą w życie, świat stoi przed nimi otworem, żyje im się często łatwiej niż nam, podczas gdy my powoli schodzimy z tej areny.

Krok 4. Odkrywamy, że kontrolujące matki to tradycja w rodzinie Aliny

Być może córka Aliny ma za zadanie przeciwstawić się rodzinnemu scenariuszowi, zgodnie z którym kobiety obywają się bez mężczyzn. Mam zamiar powiedzieć o tym Alinie, ale powstrzymuje mnie myśl, że może jest za wcześnie, żeby to zrozumiała.

Stawiam przed nią miskę szklanych kulek i proszę, żeby wybrała sobie kilka, a każda ma symbolizować dar, który dostała w spadku od kobiet z rodziny. Wybiera i nazywa je: siła, odwaga, niezależność, wojna z facetami. Proszę, by dobrze zastanowiła się, które z tych darów chce zachować, bo są dla niej ważne, a które odłożyć z szacunkiem. Odłożenie z szacunkiem brzmi dla niej nierealnie. Czuję, że choć sama jest matką dorosłej córki, trudno byłoby jej się przeciwstawić własnej matce. Zwykle tak bywa, że problem nadopiekuńczości i nadkontroli sięga korzeniami wielu pokoleń. Ale nasza sesja dobiega już końca. Podsumowuję, że dary od rodziny są bardzo cenne, najcenniejszy z nich to dar życia i to jedyny, za który należy nam się wdzięczność i szacunek naszych dzieci. Z pozostałymi mają prawo zrobić to, co uważają za słuszne. A my musimy to uszanować.

– Myślisz, że kobieta może być szczęśliwa, siedząc w domu z trójką dzieci, w pełni zdana na łaskę męża? – pyta. – Może nie na łaskę, a na troskę wynikającą z miłości – mówię. I dodaję: – Najlepiej będzie, jak spytasz o to córkę. – Ona nieraz mówiła, że jest szczęśliwa, tylko ja jej nie wierzyłam. – Wszystkim nam czasami jest trudno zaakceptować, że ludzie, którzy żyją inaczej niż my, czują się szczęśliwi – mówię i dodaję: – to wymaga ogromnej pokory i zaufania do życia.

To kolejna sesja, która pozostawia we mnie niedosyt. Zadaję sobie pytanie, czy i w jakim stopniu spełniła ona oczekiwania Aliny. Jestem pewna, że coś dostrzegła, coś zrozumiała, jakieś ziarenko zostało w niej zasiane.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Autoterapia dla nadopiekuńczych matek dorosłych dzieci

Wyobraź sobie, że nagle twoje dziecko zaczyna żyć zgodnie z twoimi oczekiwaniami i nie musisz już: doradzać, pilnować, kontrolować. Za to masz mnóstwo wolnego czasu. Co z nim robisz?
  • Na kartce wypisz wszystkie lęki, obawy, niepokoje związane z twoim dzieckiem obecnie i w przeszłości. Zaznacz te, które się zmaterializowały. Czy i ile ich jest?
  • Napisz list do dziecka z intencją, czego najbardziej życzysz mu w życiu. Przeczytaj go i pomyśl, czy twoje życzenia są tożsame z pragnieniami twojego dziecka. Może pokażesz mu ten list i posłuchasz, co ma ci do powiedzenia? Może poprosisz, żeby dziecko napisało podobny list do ciebie?
  • Stań przed lustrem i powiedz na głos: ,,Jestem wystarczająco dobrą matką. Zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby przygotować moje dzieci do dobrego życia. Teraz mam prawo zająć się sobą”. Ćwicz to tak długo, aż w pełni uwierzysz w te słowa. Następnie pomyśl, jak chcesz/ możesz/ masz ochotę zająć się sobą?

  1. Psychologia

Mądre wychowanie - czyli jakie?

Zadaniem rodzica jest wychować samodzielną, niezależną jednostkę. Taką, która poradzi sobie w świecie. (Fot. iStock)
Zadaniem rodzica jest wychować samodzielną, niezależną jednostkę. Taką, która poradzi sobie w świecie. (Fot. iStock)
Nie chodzi o to, by dać dziecku to, czego sami nie dostaliśmy. Ani o to, by chronić przed złem całego świata. To o co chodzi w rodzicielstwie? Wyjaśnia psycholog dr Magdalena Śniegulka.

Coraz więcej par odkłada na później decyzję o powiększeniu rodziny. Chcą skupić się na rozwoju zawodowym, życiowych przyjemnościach. Mówią: „To nie jest dobry czas na dziecko”, ale czy kiedykolwiek będzie?
Nigdy nie ma dobrego momentu na dziecko. Ale też pary, o których pani mówi, nie stanowią większości. Nadal jest sporo osób, które zostają rodzicami stosunkowo wcześnie, tak jak zrobili to ich rodzice i rodzice ich rodziców. Na pewno coraz więcej wiemy o dzieciach i dzieciństwie oraz potrzebach tego okresu. I jest w nas większa gotowość na zaspokajanie tych potrzeb. A to może być trudnym, obciążającym wyzwaniem. Poza tym nasze społeczeństwo staje się coraz bogatsze, a w związku z tym poszerza się oferta skierowana do osób, które chcą, jak to się mówi, korzystać z życia.

Powiedzmy, że jestem młodą kobietą na progu dorosłego życia. Zwykle jeszcze na tzw. dorobku, nie na wszystko mogącą sobie pozwolić. I stoję przed dylematem: czy decydować się na dziecko, które nie tylko zahamuje mój awans zawodowy, ale też któremu nie będę mogła zapewnić tego, co chciałabym? A chciałabym wiele. Dlaczego? Bo jako dziecko łaknęłam dóbr, które nie były dostępne i teraz chciałabym to wynagrodzić mojemu dziecku. Tylko, że ono do szczęścia nie potrzebuje aż tylu rzeczy. Tak naprawdę ono potrzebuje głównie mnie.

Stąd przekonanie, że nie mogę sobie pozwolić na dziecko, dopóki nie będę mogła zapewnić mu dostatniego życia?
Właśnie. Odstraszająca może być także świadomość tego, że dziecko potrzebuje uwagi. Jeśli jesteśmy na fali wznoszącej, zadowoleni ze swojego życia, to może nam być bardzo trudno to przerwać i poświęcić się dla dziecka.

Czy tacy „spóźnieni” rodzice będą mieli potem inne podejście do wychowania niż ci, którzy nie zwlekali i zrobili to „na spontanie”?
Na pewno, ale ja bym wolała unikać wartościowania. Jest wiele czynników, które wpływają na to, jakimi będziemy rodzicami. Znam wiele badań na temat tego, jaki wpływ na przyszłe życie ma to, czy byliśmy jedynakami czy też pierwszym lub drugim z rodzeństwa. Wiele z nich wykazuje, że tak naprawdę kluczowa jest dojrzałość rodziców. Wtedy zarówno bycie jedynakiem, jak i piątym dzieckiem z rzędu jest zasobem, nie ograniczeniem. Dojrzałość to podstawa i nie zależy ona od wieku czy tego, na jakim etapie życia jesteśmy. Dojrzałość ułatwia zachowanie dystansu i wyhamowanie ciągot do bycia rodzicem idealnym. Dojrzałość daje wolność i zrozumienie, że naprawdę nie muszę aż tak wiele, jak mi się wydaje.

To, co jest niepokojące, to sytuacja, w której mamy dziecko, czas i pieniądze, żeby je wychować, ale jednocześnie jest w nas wiele niepewności i lęku, więc skupiamy się na usuwaniu wszelkich niedogodności i przeszkód spod nóg dziecka. Wydaje nam się, że zawsze musimy być w stanie pełnej gotowości, że musimy być gwarantem szczęśliwego dzieciństwa. To może być potwornie męczące i dla rodzica, i dla dziecka. Nie na tym polega nasza rola.

A na czym polega?
Zadaniem rodzica jest wychować samodzielną, niezależną jednostkę. Taką, która poradzi sobie w świecie. Bo przecież nie wiemy, jak długo będzie nam dane uczestniczyć w życiu dziecka, czy nas nie zabraknie, a może samo wcześnie wyjdzie z domu. Dlatego od momentu porodu powinniśmy pamiętać, że dziecko nie jest naszą własnością, lecz osobnym bytem. To bardzo trudne zadanie, ale daje też rodzicowi wolność i poczucie „ja też jestem ważny”. Jednak to się nie uda bez akceptacji siebie.

Jakie sprawy trzeba w sobie „pozałatwiać”, żeby przygotować się dobrze do roli rodzica?
Pojawienie się dziecka to dobry moment, żeby zastanowić się nad tym, jaką jestem osobą, jakie rzeczy są dla mnie ważne, jakie wartości. Czego będę uczyć moje dziecko? Jak będę je wprowadzać w świat? Ile siły mam w sobie, żeby z tym światem się zmierzyć? Co w ogóle sądzę o świecie?

Ważne jest też to, jaki mamy stosunek do własnego dzieciństwa. Czasem obserwuję pewną postawę u dorosłych, którą można wyrazić słowami: „Taka jestem, bo takich miałam rodziców”. Tak może powiedzieć dziecko, dorosły powinien już rozumieć pewne mechanizmy i mówić raczej na przykład: „Jest mi trudno wyrażać emocje, ale mogę się tego nauczyć”. Miejmy świadomość, że jakkolwiek nasi rodzice nie byli wolni od błędów, to jednak chcieli dla nas dobrze. Bardzo rzadko spotyka się rodzica, który robi dziecku celowo krzywdę, większość chce jak najlepiej. Jedni myślą, że najlepiej to znaczy wyznaczać granice, inni, że należy być przyjacielem, a jeszcze inni, że trzymać dzieci na dystans. Która metoda jest najlepsza? To zależy od dziecka. Bo nasze dziecko to nie my. System wychowawczy, który byłby najlepszy dla nas, jemu może nie posłużyć. Niektóre dzieci są łatwe i przyjemne, uśmiechają się od małego, bardzo szybko odnajdują się w kontekście społecznym, internalizują normy i zasady, są wrażliwe… Inne potrzebują dużo czasu, żeby się tego nauczyć, a na dodatek mają taki temperament, że reagują złością w sytuacjach dla nas neutralnych. Każde z tych dzieci potrzebuje zupełnie innego wzmocnienia, ale każde potrzebuje też akceptacji.

Wielu rodziców jest przekonanych, że dzieci same sobie nie poradzą bez ich ciągłego wsparcia.
Chciałabym, żeby współcześni rodzice pozbyli się tej napinki. Żeby potrafili zobaczyć w sobie zasoby, które będą stanowiły dla dziecka oparcie. Żeby byli też gotowi dziecko pooglądać. Nie kierować nim, nie sugerować mu dróg, tylko wspierać w kroczeniu tymi, które samo wybierze. I pozwólmy dziecku być dzieckiem, pozwólmy mu „marnować” czas. Rodzice, którzy boją się, że dziecko sobie nie poradzi, zwykle nie dają mu żadnych możliwości, żeby się nauczyło dawać sobie radę. Bo jak się uczymy najlepiej? Na własnych błędach!

Jakie są największe wyzwania dla współczesnego rodzicielstwa? Media? Świat wirtualny?
Myślę, że w każde rodzicielstwo jest wpisane zadanie zmierzenia się z postępem cywilizacyjnym, odnalezienia się w nowym świecie, by potem przeprowadzić przez niego nasze dziecko. Wyjątkowe dla naszych czasów jest to, że młodsze pokolenia są bardziej kompetentne i uzdolnione w kwestii nowych technologii. Dlatego największym wyzwaniem współczesnych rodziców jest umieć słuchać dziecka i przyznać, że w pewnych sprawach to ono jest ekspertem. I nie przesadzajmy z czarnym PR-em. Dostępność Internetu ma wiele pozytywnych aspektów – obecnie można w nim znaleźć w sekundę informację na każdy temat, kiedyś dostęp do takiej wiedzy był utrudniony. Przy umiejętnym pokierowaniu Internet może zachęcić nasze dzieci do pogłębiania wiedzy. Dlatego nie narzekajmy na wirtualny świat, bo nie ma co stawać w poprzek postępowi. Jeszcze sto lat temu wprowadzenie elektryczności uznawano za straszne zagrożenie.

Są rodzice, którzy jednak starają się stawać w poprzek.
Ale wtedy wychowują swoje dzieci pod kloszem, z dala od realnego świata, tak jakby Internet, telewizja i gry nie istniały. Przecież wszyscy żyjemy w jakiejś społeczności, nie jesteśmy samotną wyspą. Jeśli dziecko w domu nie styka się z grami czy światem wirtualnym, większego szoku poznawczego dozna, gdy dorośnie i dopiero wtedy pozna zakazany owoc. Poza tym poczuje się wykluczone, jeśli w szkole co chwila będzie słyszało o nowych grach czy filmach. Zrobimy mu większą przysługę, jeśli nauczymy korzystać z nowych technologii w sposób krytyczny. Sama znam kilkulatki, które oglądają reklamy i mówią: „Ale bzdury chcą nam wcisnąć”.

W jakim stopniu dzieci świadczą o nas? A w jakim tylko o sobie?
To strasznie trudne pytanie. Bo dzieci są różne, po prostu. Jedne są ciche, dobre, wrażliwe i utalentowane, inne trudne, wybuchowe, powolniejsze. Z tych pierwszych łatwo być dumnym i przyjemnie jest podbijać sobie samopoczucie myślą, że to dzięki nam taki fajny egzemplarz dostał świat. Ale są też sytuacje, w których trudno być dumnym ze swojego dziecko. Zwłaszcza jeśli ma jakieś dysfunkcje, np. ADHD czy kłopot z przystosowaniem się do pewnych form. Znam rodziców, i bardzo ich za to podziwiam, którzy są niezwykle dumni z wysiłku, jakie ich dziecko wkłada w to, by sobie poradzić z tymi dysfunkcjami. Prawda jest taka, że dzieci prócz nas wychowuje świat. Oczywiście rola rodzica jest nieoceniona, ale to, kim się staje dziecko, to już wyłącznie jego zasługa. Na pewno możemy być dumni z tego, że na różnych etapach jesteśmy z dzieckiem i pokazujemy mu pewne narzędzia, a ono korzysta z nich w dobry lub mniej mądry sposób. Myślę, że można być też dumnym z tego, że dziecko nie jest mną, że jest inne, samodzielne.

Dr Magdalena Śniegulska psycholog, dydaktyk ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.