1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Love story z morałem - Katarzyna Miller wyjaśnia, czego uczą nas filmy o miłości

Love story z morałem - Katarzyna Miller wyjaśnia, czego uczą nas filmy o miłości

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Titanic", reż. James Cameron, 1997. (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
„Przeminęło z wiatrem” pokazuje, że marzenia są groźniejsze od bajek. „Pretty woman”, że dwoje ludzi może się odnaleźć, a „Millennium” odkrywa nowy typ mężczyzny, z kobiecym pierwiastkiem. Jak wizja miłości na ekranie przekłada się na nasze związki – pytamy psychoterapeutkę Katarzynę Miller.

Najpiękniejszy film o miłości?
Ach, tak na dzień dobry? Zaraz, zaraz… „Pretty woman”! No, ten film jest samą rozkoszą. „Love story” też był fajny, ale dziś myślę, że się trochę zestarzał. Lubię bardzo filmy z Barbrą Streisand, zwłaszcza „Miłość ma dwie twarze”, o którym ostatnio rozmawiałyśmy, ale też „Księcia przypływów”, który jest także mądrym filmem o terapii.

Przed naszą rozmową zrobiłam mały research wśród znajomych na temat ich ulubionych filmów o miłości. „Casablanca”, „Pożegnanie z Afryką”, „Titanic”…
„Casablanca” uchodzi za film kultowy, ale mnie on jakoś nie rusza. W „Pożegnaniu z Afryką” jest zawarta pewna prawda o tym, że są tacy chłopcy, którzy się złapać nie dają (śmiech). „Titanic” to miłość z poświęceniem, ale też bardzo młoda, pierwsza, zbyt wysublimowana, żeby była prawdziwa, i spowodowana wyjątkową sytuacją, a to bardzo podsyca ogień miłości… O, ale widzisz, dzięki temu przypomniało mi się kilka fajnych tytułów. Jeśli nie widziałaś, musisz zobaczyć „Posłańca”, „Najemnika” i koniecznie „Kochanka lady Chaterley” – film o miłości cielesnej, przebudzeniu kobiety, ale też przekraczaniu barier społecznych. Uwielbiam również „Artura” z Dudleyem Moorem i Lisą Minelli. Rozkoszny, zupełnie rozkoszny, też o przekraczaniu barier. Oczywiście „Pół żartem, pół serio” z Marilyn Monroe i „Wyższe sfery” z Grace Kelly. Bardzo lubię też filmy duetu Katherine Hepburn i Spencera Tracy’ego, jak chociażby „Żebro Adama”. No i „Rzymskie wakacje” z cudownym Gregorym Peckiem!

'Rzymskie wakacje' - Audrey Hepburn i Gregory Peck jako Księżniczka Anna i Joe Bradley (fot. BEW PHOTO) "Rzymskie wakacje" - Audrey Hepburn i Gregory Peck jako Księżniczka Anna i Joe Bradley (fot. BEW PHOTO)

U mnie wygrywa „Przeminęło z wiatrem”.
O, tu mnie zaskoczyłaś, bo ja nie powiedziałabym, że to film o miłości. Dla mnie on jest o wszystkim: o wojnie, przetrwaniu, społecznych przemianach, no i oprócz tego jest tam fajna romantyczna historia.

Ja zawsze widziałam w nim opowieść o tym, jak można latami wzdychać do faceta, którego nie znasz, nie rozumiesz i z którym nie byłabyś szczęśliwa.
Scarlett O'Hara była zwyczajnie głupia emocjonalnie. Ashleya chciała po pierwsze dlatego, że był zupełnie inny niż ona, a po drugie był niedostępny, bo była Melanii. Scarlett była takim bachorem, który kiedy coś mu się podoba, uważa, że może to sobie wziąć. Po trzecie, Ashley był jej kompletnie obcy, bo tak naprawdę oni ze sobą nie spędzali w ogóle czasu. Gdyby zostawić ich razem na dwa dni, to ona zanudziłaby się na śmierć. Można powiedzieć, że użyła go jako wieszaka na swoje marzenia i nawieszała na nim wszystko to, czego nie zna, nie ma i nie rozumie. Poza tym zobacz, co on robił. To był typ w stylu „podpuszczę cię troszeczkę i nic ci nie dam”.

Karmił ją romantycznymi ochłapami...
I było mu strasznie przyjemnie, że taka kobieta lata za nim jak wściekła, a on tymczasem ma tu sobie cudowny związek z Melanią, bez której nie dałby sobie rady. W sumie go rozumiem, ale to było nieuczciwe. Nadużywał jej, dzięki czemu wydawał się sobie ciekawszy.

Ashley był dla Scarlett marzeniem, Rhetta uważała za chama i prostaka. Czyli takiego pana Cześka, o którym często piszesz.
Oj, Panie Boże, daj nam takich Cześków jak Clark Gable (śmiech)!

Tylko czemu ona tego nie widzi?
Tam był też taki istotny szczegół, że ona była na Rhetta wściekła za to, że na początku ich znajomości ją podsłuchał i się z niej wyśmiewał. Nie cierpiała go, jednocześnie nie zdając sobie sprawy z tego, że piekielnie ją obchodzi. Z jednej strony miała swoje marzenie o bladawcu, a z drugiej walkę z pełnokrwistym facetem – bo z bladawcem nie da się walczyć. A walka jest bardzo sexy. Tylko mała dziewczynka, którą była, nie potrafiła sobie poukładać tego w główce. Dlatego jest to tak żywa i aktualna opowieść i dlatego Scarlett jest jedną z bardziej złożonych i prawdziwych postaci. Z jednej strony dużo wie i wiele rzeczy potrafi sobie w życiu urządzić, a z drugiej strony nie ma podstawowej wiedzy o sobie. Równie fajną postacią i bardzo współczesną jest Lisbeth Salander z trylogii „Millennium” i jej trudna relacja z Mikaelem Bloomkvistem, jedynym mężczyzną, któremu udało się przebić przez jej zasieki.

'Dziewczyna z tatuażem' - Daniel Craig i Rooney Mara jako Mikael Blomkvist i Lisabeth Salander (fot. BEW PHOTO) "Dziewczyna z tatuażem" - Daniel Craig i Rooney Mara jako Mikael Blomkvist i Lisabeth Salander (fot. BEW PHOTO)

On z kolei jest nowym typem mężczyzny – w ujmujący sposób kobiecym.
Ale też bardzo rycerskim. Gdybym miała wybrać faceta z filmu czy literatury, który mnie najbardziej ostatnio ujął, to byłby to właśnie Bloomkvist, ale z wersji szwedzkiej filmu. Nie jest może piękny jak Clark Gable, ale jest głęboki, ma zasady, prawdę w sobie, taki szlachetny kruszec. I kocha kobiety. Nie „lubi”, jak mówią czasem mężczyźni skaczący z kwiatka na kwiatek, tylko właśnie „kocha”. Może dlatego, że ma w sobie kobiecy pierwiastek.

'Przeminęło z wiatrem' - Clark Gable i Vivien Leigh jako Rhett Butler i Scarlet O'Hara (fot. BEW PHOTO) "Przeminęło z wiatrem" - Clark Gable i Vivien Leigh jako Rhett Butler i Scarlet O'Hara (fot. BEW PHOTO)

Często pięknymi filmami o miłości nazywamy te, w których miłość kończy się tragicznie. Ale są też – jak mówisz – rozkoszne komedie romantyczne z happy endem: „Pretty woman”, „To właśnie miłość”…
O Jezu, tak! „To właśnie miłość”, dziękuję, że mi o nim przypomniałaś. To jednak mój najulubieńszy film o miłości i najulubieńszy film na święta. Mogę go oglądać w kółko, choć nie wszystkie wątki lubię tak samo.

Od czego zależy to, jakie love story nas uwodzi?
Albo nas roztkliwia, albo nas bawi, albo unosi nas w wysokie rejony, jak oszołomienie, euforia. „Titanic” na przykład jest właśnie takim wysokim lotem. Stoimy na dziobie statku i lecimy. To lot pod tytułem „niezwykła odwaga jej”, ale też „niespotykana wybitność jego”, bo gdyby nie zginął, na pewno zostałby kimś wyjątkowym. To miłość, która zdobywa światy, przekracza konwenanse. W wielu filmach najbardziej nas to pociąga. W życiu bywa z tym różnie i ludzie bardzo często uginają się pod presją otoczenia, rodziny, środowiska czy własnych ograniczeń. Znałam takie przykłady i pracowałam z takimi ludźmi. Jedna historia mną zwłaszcza wstrząsnęła. Przecudny facet, rzadka klasa człowieka, przystojny, inteligentny, miły. Pobrał się z dziewczyną, którą poznał na studiach, ale której nie kochał. Zresztą nikogo wtedy nie kochał. Mieli już odchowane dziecko. Po kilkunastu latach w ich wspólnym towarzystwie pojawiła się pewna pani, z którą on często siedział, rozmawiał, czasem tańczył. I któregoś dnia on jakoś mocniej ją przytulił w tańcu, a ona do niego przylgnęła, tak jakby zbierali się do tego latami. Umówili się na kawę, potem na następną, potem okazało się, że gadają godzinami, że czują się w swoim towarzystwie jak w bajce. Najpierw spotykali się po kryjomu, aż wreszcie on postanowił: jesteśmy dorośli, nie będziemy się wygłupiać, przecież możemy się pobrać. Mało tego, okazało się, że ją bije mąż, który na dodatek jest alkoholikiem, o czym całe towarzystwo nie wiedziało. On na to: „Tym bardziej musisz się z nim rozstać”. Przy czym był uczciwy wobec swojej żony, powiedział jej, że się zakochał, że bardzo jej dziękuje za wspólne lata i zostawi jej wszystko, co ona sobie życzy, a nawet więcej. No i czekał na ruch ze strony ukochanej. A ona nie odeszła od męża. Tak to bywa, jak ktoś jest przywiązany do nieszczęścia. Paradoksalnie gdyby ten cudowny mężczyzna nie był dla niej tak dobry i cierpliwy, to być może by się z mężem rozstała.

Lubimy oglądać filmy, w których miłość pokonuje przeszkody, ale nie umiemy przenieść tego do swojego życia?
Presja stereotypu czy rodziny okazuje się czasem większa: „nie wypada, żebyś była z kimś takim, on jest tylko…” i tu można wstawiać dowolnie: rolnikiem, kierowcą, robotnikiem. Dlatego uważam, że dobrze sytuowane dziewczyny powinny się zastanowić nad tym, czy nie lepiej otworzyć się na mężczyzn z innej warstwy osiągnięć czy sukcesów, bo inaczej nie będą miały z czego wybierać.

Miłość pokona wszystko czy jednak to mrzonka?
Jedno prawda i drugie prawda (śmiech). Bywa tak, że dopóki pierwszy żar miłości bucha, to ludziom się wydaje, że miłość jest ważniejsza niż status społeczny czy akceptacja bliskich, ale im dłużej zwlekają z decyzją o byciu razem, tym ich determinacja słabnie.

Słyszałam o kilku iście filmowych historiach par, które poznawały się w sytuacjach trudnych, a ich uczucie było z kategorii „zakazane”…
Och, taka miłość rozwija się najszybciej. Żeby nie szukać daleko – Romeo i Julia.

Ale kiedy wszystkie przeszkody zostały usunięte, pojawiły się kłótnie, pretensje…
Miłość się wypaliła. My ogromnie reagujemy na czynniki zewnętrzne, które albo nas podkręcają, albo demotywują. Przeszkody, sprzeciw, łamanie barier – to jest to, co sprawia, że uczucie wydaje się piękniejsze, bardziej wyjątkowe. Ale kiedy to minie, często się okazuje, że cały blask był tylko pozorny. To bardzo dziecinne podejście, typowe dla dwudziestoparolatków, dla których bunt przeciwko rodzicom jest wartością nadrzędną. Kiedy byłam smarkata, z miejsca bym poszła na wojnę. A teraz? W żywe oczy bym kłamała, zdezerterowałabym nawet – tylko po to, żeby się z tego wykręcić.

Czy „Pretty woman” nie jest właśnie dla 20-latków?
Moim zdaniem to opowieść o tym, jak fajnie i rzadko jest trafić na kogoś, kto naprawdę ci pasuje. Jemu była potrzebna dziewczyna zuchwała, z fantazją, która by go rozśmieszała, rozluźniała, nie przejmowała się tym wszystkim, czym on się przejmował. Mógł przy niej odpocząć, wyluzować, zobaczyć, jak wiele ma dziecka w sobie. Ta genialna scena, w której ona leży w wannie, nie wie, że on ją widzi, i potwornie fałszuje. Albo ta, kiedy on ją pierwszy raz widzi w eleganckiej sukience. Na facetów niesamowicie działa taka sytuacja, gdy dziewczyna, która przez większą część filmu wygląda normalnie, nagle występuje w sukni wieczorowej. Taka zwyczajna panienka, a tu nagle wychodzi i jest Gildą. O, „Gilda”, to dopiero jest film! Kochałam się w Gildzie!

'Pretty Woman' - Richard Gere i Julia Roberts jako Edward Lewis i Vivian Ward (fot. BEW PHOTO) "Pretty Woman" - Richard Gere i Julia Roberts jako Edward Lewis i Vivian Ward (fot. BEW PHOTO)

Pewne podobieństwo widzę…
…że ruda? Ale gdzie mi tam do Gildy?! Chociaż tańczyć jak ona umiałam!

Chodzi o to, żeby kobieta potrafiła zrobić wrażenie?
Żeby umiała zaskakiwać. Żeby okazywała się różnorodna, i to w dodatku wtedy, kiedy on się tego nie spodziewa. Tylko żeby tego nie robić specjalnie, a naturalnie.

Bohaterowie „Pretty woman” po prostu się odnaleźli?
Tak, choć kwestia tego, że ona była niezła w seksie, a on bogaty, też była niebagatelna (śmiech).

To weźmy jeszcze na warsztat „To właśnie miłość”.
Mój Boże, od razu widzę Hugh Granta, który między gabinetami jako pan premier przeskakuje w rytm muzyki. No i gruby menedżer, który kocha swojego idola i podopiecznego w jednym, cudny wątek z Emmą Thompson, której mąż zastanawia się nad zdradą… Ci wszyscy bohaterowie są normalni, do zrozumienia. To bardzo inteligentny film.

'To właśnie miłość' - Keira Knightley i Andrew Lincoln jako Juliet i Mark (fot. BEW PHOTO) "To właśnie miłość" - Keira Knightley i Andrew Lincoln jako Juliet i Mark (fot. BEW PHOTO)

Ale z gatunku, o którym nie mamy dobrego zdania – komedii romantycznych.
Bo one często robią nam wodę z mózgu! Po pierwsze, wmawiają, że twoje życie nie ma sensu, dopóki nie spotkasz tego jedynego. Po drugie, że musi się to odbyć w jakichś niesamowitych okolicznościach natury, z biciem piorunów.

I ten przekaz: czekasz całe życie na miłość, która załatwi wszystkie twoje problemy.
Nawet uleczy z depresji. Nie masz pieniędzy, nic nie umiesz – ona wszystko ci załatwi. A jak się skończy, umrzesz.

Dlaczego jednak tak przyjemnie się to ogląda?
Bo lubimy sobie pomarzyć. Ważne, żebyśmy pamiętały, że to tylko marzenia, iluzje. W prawdziwym życiu mężczyźni bywają zupełnie inni, jeśli nie fajniejsi. Podobnie jak miłość. Mówi się, że filmy przedstawiają życie jak w bajce. Ale w bajkach trzeba coś pokonywać, zdobywać, to marzenia są nieprawdziwe. On cię spotka, odkryje, pokocha, ty musisz tylko być. Komedie romantyczne bazują właśnie na tej tęsknocie. Oczywiście mądre kobiety też mogą sobie je pooglądać, bo wiedzą, że to jest tylko taki uśmiech na chwilę. A jeśli jakiś film zrobi na nich duże wrażenie, potrafią coś z niego sobie wziąć. Że on robił jej takie cudowne niespodzianki? Samej sobie zrobić niespodziankę. Albo partnerowi!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Oskarowy "Nomadland" już w kinach. Rozmowa Grażyny Torbickiej i Martyny Harland

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Nomadland" w reżyserii Chloe Zhao. Planowana premiera kinowa: 14 maja. (Fot. materiały prasowe)
Czy bezdomność bohaterów dramatu „Nomadland” jest ich świadomą decyzją, czy też pogodzeniem się z wyborem, jaki podjęło za nich życie? O zdobywcy Oscara za najlepszy film rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: W moim odczuciu ten film pokazuje przede wszystkim nieoczywistą kobiecość, wychodzącą poza ramy i schematy. Utożsamiam się z główną bohaterką Fern, graną przez cudowną Frances McDormand. To kobieta, która jest w drodze, a jednocześnie jest dokładnie w miejscu, w którym chce być. A ciebie co najmocniej poruszyło w tym filmie?

Grażyna Torbicka: Obraz Ameryki widzianej oczyma młodej reżyserki Chloé Zhao, która jest z pochodzenia Chinką i obserwuje społeczeństwo amerykańskie jako osoba z zewnątrz. Inspiracją była reporterska książka Jessiki Bruder. Ja takiej Ameryki w kinie jeszcze nie widziałam. Choć filmów kina drogi były już dziesiątki, to zawsze w tę drogę zabierali nas ludzie młodzi, a tu bohaterowie są właściwie u schyłku życia. Zobaczyłam ludzi zepchniętych na margines społeczeństwa, a mimo to cieszących się z każdego dnia. Współczesnych nomadów, którzy wyruszyli w drogę, bo stracili pracę. Sprzedali domy, bo nie byli w stanie ich utrzymać, i zamieszkali w kamperach. Zawiedli się na bliskich, przyjaciołach. Łapią sezonowe prace, by zarobić parę groszy i jechać dalej. Tym różnią się od dawnych wędrowców, koczowników, że tamci przemieszczali się w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia, a ci nie chcą wracać do przeszłości, uciekają przed wspomnieniami i rozczarowaniami, jakie przyniosło im życie. Uciekają też od cywilizacji, bo przeżyli coś, co ich do tego zmusiło.

A ja miałam poczucie, że oni wcale nie uciekają. Że to jest ich wybór.
Nawet gdy słyszysz opowiadanie weterana wojny w Wietnamie, który powinien mieć przez państwo zapewnione godne życie w godnym miejscu? Trauma, której doświadczył na wojnie, sprawia, że nie jest w stanie znieść krzyku, hałasu czy wszelkich mocnych dźwięków. Musiał uciec z miasta. To tylko jeden z przykładów.

Nie myślę o nich jako przegranych, tylko pogodzonych z życiem i śmiercią. Nie ma w nich lęku, jest akceptacja strat. Mam wrażenie, że oni żyją prawdziwiej niż niektórzy z nas, dla świętego spokoju wpisujący się w różne schematy i oczekiwania.
Masz rację, ale to, że są pogodzeni z sytuacją, w jakiej się znaleźli, nie znaczy, że ta sytuacja jest ich wymarzoną. Mimo że próbują tworzyć społeczność nomadów, to jednocześnie są tak głęboko zranieni, że nie chcą już wchodzić w przyjaźnie czy dłuższe związki. Widać to w relacji Fern (genialna Frances McDormand) i Dave’a (znakomity David Strathairn). Dave proponuje Fern, żeby z nim zamieszkała, ale ona odmawia. Po wszystkim, co przeszła, zdecydowała: żadnych związków i emocjonalnych uzależnień. To kobieta, która chce żyć z dnia na dzień, w bliskości z naturą. Obserwuje ten nowy dla niej „nomadland“, przygląda się ludziom, słucha ich opowieści, jakby chciała się upewnić, czy to na pewno jest jej miejsce. A my podążamy za nią.

Żałowałaś, że Fern odrzuciła propozycję Dave’a? Ja nie.
Ja też nie, ale można się zastanowić, dlaczego to zrobiła. Dave jest bardzo dobrym i wrażliwym mężczyzną. Fern miała wspaniałego męża, jak wynika z jej opowieści, i mam wrażenie, że nie chce już wiązać się z nikim. Nie miałam wątpliwości, że jej wybór jest słuszny, bo jeśli zdecydowała się na to, że zrywa z dotychczasowym życiem, to musi być konsekwentna. Bardzo ciekawa jest scena, gdy Fern wraca do domu, który opuściła. Nie wiem, jak ty ją rozumiesz, ale moim zdaniem chce się upewnić, że życie nomadki to jest teraz jej droga.

Ja w tej scenie poczułam absolutną i uwalniającą wolność!
A ja ulgę – zobaczyłam, że rzeczywiście jest pewna swojego wyboru. Ostatni raz przechodzi przez wszystkie pokoje, jak gdyby odwracała kolejne strony rodzinnego albumu i ostatecznie go zamyka.

Wybiera życie nomady. Bycie tym, kim naprawdę chce być.
Jeśli ty wybrałabyś taki styl życia, na co, widzę, masz ochotę, to byłby twój wybór. Tymczasem większość bohaterów, których widzimy w filmowej opowieści, nie ma dokąd wrócić. Nie mają środków do życia, żadnych oszczędności.

A mimo to są wdzięczni za to, co mają. Co widać w scenie rozmowy Fern z synem Dave’a, który ma zupełnie inne podejście do życia.
Z jednej strony decydują się na ten krok, nie mając wyjścia. Z drugiej, faktycznie, świadomie uwolnili się od konsumpcyjnych pragnień. Tymczasem my żyjemy w emocjonalnym szantażu, uzależnieni od wielu rzeczy, które uważamy za niezbędne do życia, zaciągamy kredyty i już jesteśmy w pułapce – o tym też jest mowa w filmie.

Pamiętasz wykład, który dał guru tej społeczności? Mówił: „Uświadomiliście sobie, że waszym tyranem jest dolar. Daliście się zepchnąć w ślepy zaułek pod tytułem praca i pieniądze”. Współcześni nomadowie próbują się od tego uwolnić, zejść do minimum swoich potrzeb. I to jest piękne, bo pokazuje, gdzie leży istota człowieczeństwa. W relacjach pomiędzy nimi, w uśmiechu i życiu blisko natury.

My też dzisiaj wybudzamy się ze snu. Wielu ogranicza koszty życia do minimum.
Tak tylko ci się wydaje. Bo żyjesz w ciepłym, ogrzewanym mieszkaniu, masz gdzie spać. To minimum jest dużo, dużo dalej...

A jednak wyszliśmy na chwilę z tego pędu za konsumpcją.
Bo sytuacja pandemii nas do tego zmusiła, ale czy rzeczywiście jesteśmy wolni od chęci posiadania? Fern zapytana przez młodą dziewczynę, czy to prawda, że jest bezdomna („homeless“), odpowiada, że tak by tego nie nazwała, że raczej jest bez domu („houseless“ ), bezmiejscowa, ale nie bezdomna.

Czuję, że jestem wewnętrzną nomadką. A ty?
Dla mnie dom jest tam, gdzie są moi bliscy. Fern straciła bliskich, pracę i nie ma już czego szukać w tym miejscu, w którym żyła. Ona dom ma w sobie.

Bardzo podoba mi się to, że nie ma w tym filmie mowy o tym, czy Fern ma lub miała kiedykolwiek dzieci. Czyli jednak można w ten sposób pokazać bohaterkę! Kobiecość tutaj nie jest definiowana przez rodzinę i dzieci, tylko poprzez relację z innymi ludźmi, ze światem, otwartość na jego piękno, ale też na siebie.
Gdyby mąż Fern nadal żył i mieliby pracę, może ona nigdy nie zdecydowałaby się na ten krok... Przez chwilę zastanawiałam się, czy w którymś z kamperów, które widzimy na ekranie, żyje jakaś rodzina. Doszłam do wniosku, że każda z tych osób mieszka w pojedynkę. A jednocześnie spotykają się, żeby pobyć razem wspólnie przy ognisku, pięknie też żegnali i wspominali znajomych nomadów, gdy ktoś z nich przeszedł na tę drugą stronę.

Dla mnie „Nomadland” to terapia spokojem. Spokojem, który odczuwamy, gdy jesteśmy pewni tego, co robimy i kim jesteśmy. Wtedy wiemy, że idziemy właściwą drogą. Fern jest dla mnie nauczycielką życia, ona już wie, o co w nim chodzi.
Tak, zgadzam się, tylko ci ludzie musieli wcześniej zapłacić bardzo wysoką cenę za to, żeby pójść tą drogą. Dlatego, znów to powiem, nie są dla mnie szczęśliwymi nomadami. Być może życie w drodze jest naszą przyszłością. Zamknięte hotele, restauracje, bary, podróżowanie w grupie staje się niebezpieczne. A można przecież wsiąść w kamper i wyruszyć przed siebie. Już kilka lat temu rozważaliśmy z mężem taki sposób na zwiedzanie Europy. Gdy byliśmy młodsi, chcieliśmy szybciej i więcej zobaczyć, a teraz może wolniej, ale za to dostrzec więcej szczegółów. A to one są najważniejsze.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki "Dwa Brzegi" w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu "Kocham Kino" TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program "Kocham Kino" TVP2.

[newsletterbox]

  1. Psychologia

Źródło radości jest w każdym z nas. Rozmowa z Katarzyną Miller

Aby doświadczyć prawdziwej radości, należy zdrowo traktować siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów - zaleca psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Aby doświadczyć prawdziwej radości, należy zdrowo traktować siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów - zaleca psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jest w każdym z nas, choć nie zawsze mamy do niego łatwy dostęp. To nasze źródło radości. Dzięki niemu umiemy dostrzec promień słońca w najciemniejszej rozpaczy. Psychoterapeutka Katarzyna Miller radzi, jak wyćwiczyć umiejętność bycia dzieckiem.

Podczas jednego z naszych live'ów ktoś spytał cię, dzięki czemu zachowujesz pogodę ducha, nawet w ciężkich czasach. Odpowiedziałaś: "Dzięki małym radościom".
Dzięki małym radościom, czemuś śmiesznemu i dzięki poczuciu humoru - dzięki temu całemu zakresowi uśmiech znów pojawia mi się na twarzy. Nawet kiedy jestem bardzo zdołowana, a zobaczę coś zabawnego albo słodkiego (bo co najbardziej lubią dziewczynki? małe kotki, małe pieski i małe dzieci) - już poprawia mi się humor. Ale to może być też piękny obraz przyrody albo nastrojowa muzyka. Oczywiście człowiek w trudnych momentach traci czasem inteligencję i zapomina, czym się ratować. Ale kiedy sobie przypomni i na przykład puści sobie piękną ścieżkę muzyczną, od razu jest różnica. No puść sobie na przykład takiego Kacpra Kuszewskiego, jak w programie "Twoja twarz brzmi znajomo" udaje Marię Callas. Pan Kacper powinien mnie chyba uznać za honorową przewodniczącą jego fan clubu. Bo każdemu, kogo spotkam, każę oglądać go w tej roli. Sam jest w niej niebywale piękny i niebywale pięknie śpiewa. Bardzo wielu artystów w tym programie mnie zachwyciło.

I kiedy tak słuchasz pana Kacpra...
...zapominam absolutnie o wszystkim. W ogóle gdy słucham muzyki, zapominam o wszystkim. Zaczynam tańczyć albo się naglę wzruszę w taki przyjemny, tkliwy sposób. Tkliwość to już nie jest taki czarny dół, prawda? Mieści się w niej pewna doza radości, nawet jeśli główna nuta brzmi smutno. Muzyka bywa tak piękna, że można się popłakać. Dobrze też robi na smutek wzruszający, mądry film. Bo mój stan rozpływa się w czymś wspólnym, ludzkim.

Płacz potrafi być dobry i oczyszczający, niekiedy jest nawet konieczny. Natomiast stanem, którego bardzo nie lubię, o czym zresztą już kiedyś ci mówiłam, jest rozpacz. To dla mnie najgorsze uczucie. Nie lęk, a rozpacz. Zdarza mi się czasami, ale na szczęście nie tak często, żeby się załamać.

Na dnie takiej rozpaczy czasem trudno dojrzeć światło...
A skąd się bierze ta "nieprzepuszczalność"? Jak zwykle z przyzwyczajenia, z wyuczonego nawyku. Jeśli byliśmy zmuszeni, by w dzieciństwie długo ćwiczyć przystosowywanie się do: lęku, poniżenia, zagrożenia, bezsilnej złości czy osamotnienia - to mamy na sobie taki kożuch albo grubą, zbitą pierzynę, w dodatku sfilcowaną. Ohydne, prawda? I ta pierzyna oddziela nas od wszystkiego innego. Mogę uderzać w pierzynę albo głaskać ją czule, bez znaczenia, bo ty nic nie czujesz. A jeśli widzisz kogoś, kto się śmieje i cieszy, to uważasz, że albo udaje, albo "nie ma żadnych problemów". A przecież nie ma ludzi bez problemów! Tylko komuś tak poszkodowanemu czy uszkodzonemu na emocjach trudno uwierzyć, że to możliwe, żeby ktoś miały problemy i, mimo to, się cieszył...

Wiesz, jaką radość ogromnie lubię odczuwać? Kiedy ktoś, kto przyszedł do mnie na terapię w kołdrze albo zbroi (kołdra jest nawet lepsza do pracy niż zbroja, bo ktoś w zbroi czuje się silny, a w kołdrze jest tylko zamulony), po pewnych czasie zaczyna się czuć inaczej. Na przykład pierwszy raz czuje brak lęku albo radość właśnie... I mówi: "Niemożliwe! Naprawdę to czuję".

Historyczny moment, należy go zapisać w kalendarzu i na zawsze zapamiętać. Oczywiście trzeba też wiedzieć, że ten moment nie będzie trwał długo, bo to zaledwie pierwszy promień słońca. Niektóre dziewczyny mówią: "Całe dwa tygodnie byłam szczęśliwa, ale potem mi niestety przeszło". Na co ja odpowiadam: "Kochana, to jest i tak bardzo długo, doskonały wynik, to znaczy, że świetnie się przyjęło". No ale to nie może trwać i trwać. Skoro latami były rozpacz i smutek. Teraz trzeba się skupić na ćwiczeniu wprawiania się w ten nowy, dobry stan i na utrwalaniu go. Istnieje na to dużo procedur i sposobów. A jednym z zadań jest pilnowanie, by - kiedy wracasz do starych myśli - mówić sobie: "Stop, to już minęło. Jestem w innym miejscu, znam już inny stan". Masz świadomie "przełączać się" na zdrowe traktowanie siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów.

Dwie bardzo ważne rzeczy, których nauczyłam się od Krishnamurtiego: nie usprawiedliwiać się i nie potępiać siebie. Zamiast tego: poznawać siebie, rozglądać się po sobie i cieszyć się ze wszystkiego, co znajdziesz; czy to będzie wspaniałe, czy to będzie trudne. Cieszyć się z tego, bo to pokazuje, jakie bogactwo masz w sobie.

Kilkuletnie dzieci mojej przyjaciółki, kiedy wpadają w rozpacz, to jest to rozpacz bezbrzeżna...
Bo dzieci mają taką umiejętność, że są całe w tym, co czują. I na przykład rozpaczają, bo wyjeżdżają po feriach od babci. To nic, że za tydzień znów ją zobaczą, dla dziecka każdy wyjazd jest jak na zawsze, tak bardzo są w "tu i teraz".

...ale ta rozpacz w jednej chwili mija, bo ktoś się poślizgnął albo dał małego kociaka do ręki.
Łzy jeszcze lecą, ale już się pojawia uśmiech. I na tym polega bardzo przydatna, także dorosłym, umiejętność bycia dzieckiem. Bo my dzieckiem - wewnętrznie - jesteśmy do końca życia, tylko nie wszyscy z tego korzystamy. Nie wszyscy mamy do tego dojście, a często też sobie na to nie pozwalamy, bo nie wypada. Albo myślimy: "Obrywałam jako dziecko, nie będę już dzieckiem". Bo może jeśli się śmiałaś, to mogłaś w twarz dostać. A kiedy tatuś być wściekły, to lubił mówić "I co się tak, bachorze, śmiejesz? Zaraz ci zetrę ten uśmiech z twarzy". Nic dziwnego, że takie dziecko zamyka śmiech na trzy spusty. No albo się buntuje totalnie i obrywa, bo to też czasem jest metoda na to, by zwrócili na mnie uwagę.

Radość zawsze pochodzi od naszego Wewnętrznego Dziecka?
Tak, bo dziecko jest od uczuć, od ruchu, od siły witalnej. Mówi się o niektórych ludziach: "rusza się, chodzi, ale jakby był nieżywy". Bo ma w sobie zatłuczone lub schowane Wewnętrzne Dziecko.

Co robisz, gdy ktoś taki do ciebie przychodzi?
Tacy ludzie zwykle do nikogo nie chodzą, bo nie wierzą, że to w ogóle jest coś warte. A jeśli przychodzą, to znaczy, że ich Dziecko się w nich jeszcze kołacze. Że czegoś jednak pragnie, w coś jeszcze wierzy, na coś jeszcze czeka. Że jest w nich nadzieja. I tę nadzieję trzeba ukochać i uszanować, bo to najzdrowsza część. Moje podstawowe myślenie o pomocy jest takie, że ponieważ nas ludzie zatruli, to i ludzie nam muszą pomóc się odtruć.

Jest taka scena w filmie "Buntownik z wyboru", kiedy bohater grany przez Matta Damona po raz pierwszy przychodzi do psychologa, którego gra Robin Williams. Williams przegląda jego kartotekę, w której są opisane wszystkie rodziny zastępcze, które go krzywdziły, oraz rozboje których się dopuszczał. Mówi: "To wszystko nie jest twoją winą". Chłopak wzrusza ramionami: "Wiem". "To wszystko nie jest twoją winą" - powtarza psycholog. "Wiem" - mówi już trochę zły chłopak. "To wszystko nie jest twoją winą" - powtarza psycholog, tak długo, aż widać, że pancerz chłopaka opada.
Ten terapeuta z "Buntownika..." to świetna postać, bardzo go lubię i cenię. Opowiem ci moment z mojej terapii. Mówię mojemu terapeucie, że byłam po raz kolejny na wigilii u mamy, gdzie po raz kolejny bardzo źle się czułam. Na co on pyta: "A po co tam jeździsz?". "Jak to, po co? Do domu się jeździ, dlatego, że jest to dom, no i to była wigilia". A on dalej pyta: "Po co? Po co?". Tak długo pytał, aż powiedziałam: "Po wpierdol. Jeżdżę tam po wpierdol. Bo to znam".

Ja i miliardy innych osób musieliśmy się w dzieciństwie po prostu zgodzić na to, co nas spotkało, bo nie mieliśmy innego wyjścia. To taka "strategia na przetrwanie", i ona długo z nami zostaje. To są te wszystkie zbroje, kołdry, maski, fasady. Czasem to są prześliczne, wesołe maski, jak domowa maskotka. Niby podskakuje, na kolankach siada, wszystkim coś miłego powie, zatańczy, zaśpiewa - ale to nie jest prawdziwa radość. Domowa maskotka gra, bo wie, że za to będą głaski albo że dzięki temu nie oberwie. Ciężka praca z czegoś takiego potem się wyrwać.

Takiej osobie trudniej jest dotrzeć do prawdziwej radości?
Strasznie trudno, bo najpierw musi przejść przez prawdziwy smutek i rozpacz, no i zrozumieć okrutną prawdę: "To ja tyle energii, cały swój potencjał ładowałam w TO?".

Joe Biden, amerykański prezydent, doświadczony przez życie rodzinnymi tragediami, kiedy był jeszcze wiceprezydentem, wygłosił mowę do rodzin zmarłych policjantów, w której powiedział, że obiecuje im, że kiedyś spojrzą na zdjęcie syna czy męża, którego teraz żegnają, i się uśmiechną - to będzie znaczyło, że wracają do życia. Radość zwraca nas ku życiu?
No jeśli była to tak wielka tragedia, to tak, na pewno jest to dowód na to, że wychodzimy z mroku. Podobnie jeśli się było w depresji i nagle człowiek zaczyna się znowu rozglądać: na coś ma ochotę, coś mu się podoba. Ludzie sobie często wyrzucają tę pierwszą radość po stracie kogoś kochanego, bo przecież jak można się cieszyć, kiedy go już nie ma? Ale to znak, że jest w nich wola życia. Tamto życie się skończyło, ale przecież ich trwa.

A poczucie humoru? Czymś różni się od doświadczania radości?
Radość jest emocją, poczucie humoru jest bardziej związane z rozumieniem czegoś, z sensem, znaczeniem, pojmowaniem takiej cudownej cechy życia, jaką jest paradoks. Moim zdaniem poczucie humoru to głównie widzenie paradoksów czy tego, o czym uwielbiam mówić, a mianowicie jedności przeciwieństw.

Poczucie humoru nieraz nas ratowało podczas tej pandemii.
Co prawda jest teraz mniej dowcipów opowiadanych z ust do ust, bo ludzie się rzadziej ze sobą spotykają, ale ile memów, ile rysunków i parodii krążących w Internecie! To nasza fajna cecha narodowa. Mnie jest strasznie żal ludzi, którzy mówią: "Z tego się śmiać nie wolno". I dlatego opowiem dowcip o papieżu Janie Pawle II, który właśnie trafił do nieba. Święty Piotr poklepał go po ramieniu i powiedział: "Rozumiem, że musiałeś być bardzo święty na ziemi, ale tu jest niebo, więc powiedz mi: czy jest coś, o czym marzyłeś, a ci się nigdy nie spełniło? Jeśli tak, to tutaj to dostaniesz. Na co papież: "Jest coś takiego. Czerwona corvetta. Marzę o tym, że kiedy do niej wsiądę i przycisnę gaz do dechy, to nikt mnie nie prześcignie". Na co Piotr wręcza mu kluczyki. Jan Paweł wsiada i pędzi, aż mu piuskę zwiewa. Nagle mija go jakiś lansiarski motor z głośnym wiuuuuu. Papież wraca do Piotra rozgoryczony: "Piotrze, przecież obiecałeś. Miałem być najszybszy, a tu minął mnie facet na motorze w czarnej skórze z rozwianym włosem". "A, wybacz, kompletnie zapomniałem, to syn szefa". W niebie jak w życiu.

Ciężko dogadać się z kimś, kto ma inne poczucie humoru, prawda?
Jeśli śmiejesz się z kimś z tego samego, to już wiesz, że odnalazłeś kogoś ze swojej paczki. No i kto ma największe branie u bab? Ten, kto je rozśmieszy. To nas rozbraja. Bo kiedy się śmiejesz, to przestaje cię boleć. Dlatego uwielbiamy ludzi, którzy potrafią nas rozbawić.

Najlepszym przykładem na to jest film "Nietykalni", gdzie spotyka się dwóch bohaterów. Jeden na wózku, ale bogaty, drugi biedny, ale z jakim biglem w sobie. Ten drugi jest pielęgniarzem pierwszego, ale robi więcej, ratuje mu życie. Bo wprowadza do tego życia radość.
Wystarczy, że pomyślę o tym filmie, a już śmiać mi się chce. Ile jest w nim cudownych scen!

Moja ulubiona to ta, kiedy bohater grany przez Omara Sy goli François Cluzeta i jednocześnie próbuje go rozbawić.
Fajna! Ja kocham scenę w samochodzie, kiedy goni ich policja. Pociąga nas radość innych, bo z takimi ludźmi jest nam po prostu łatwiej, przeważnie są tolerancyjni i mają krótką pamięć (śmiech).

A czy my sami możemy zwiększyć swoją podatność na odczuwanie radości? Oglądając takie filmy? Przebywając z takimi ludźmi?
Oczywiście. Jest też mnóstwo procedur czy ćwiczeń, które stosuje się w terapii i na warsztatach służących temu, żeby człowiek wyszedł ze swoich starych kolein i zaczął myśleć inaczej. Wizualizacje, ćwiczenia dla ciała, praca z głosem... I bardzo ważna wskazówka: spróbuj zrobić coś inaczej. Idź inną drogą do pracy, zamów coś innego w restauracji, odpowiedz wściekłemu klientowi inaczej niż zwykle... Albo taka zabawa: Co możesz zrobić z żelazkiem, oprócz prasowania? Do czego jeszcze możesz użyć gazety? Im więcej zastosowań, tym lepiej. Bo radość i poczucie humoru mają wiele wspólnego z kreatywnością.

No i bardzo polecam rozwijanie kontaktu z Wewnętrznym Dzieckiem. Weź zdjęcie samej czy samego siebie z dzieciństwa, na którym się uśmiechasz. Powiedz coś miłego do tej dziewczynki czy tego chłopczyka, przypomnij sobie, jak się wtedy czuli. Zachowaj ten obraz w sobie. No i baw się z małymi dziećmi, to wspaniali nauczyciele radości.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. "Instrukcja obsługi toksycznych ludzi" czy "Daj się pokochać, dziewczyno" (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło). 

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o żalu – karty emocji Katarzyny Miller

Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
To uczucie zwykle ściąga nas w dół i każe ciągle spoglądać w przeszłość, ale można też podejść do niego konstruktywnie. Kiedy żałujemy, wiemy przynajmniej, co było dla nas ważne. Oto kolejna karta emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk. 

Żal...

...pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. Zwykle żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy albo wprost przeciwnie - że właśnie zrobiliśmy. Bliskim bratem żalu jest poczucie winy, dlatego często lubią chodzić razem. Taka para zwykle działa podwójnie dołująco, bo im bardziej zapętlamy się w krytykowaniu siebie, tym bardziej żałujemy. Zwykle tuż po jakimś zdarzeniu najbardziej żałujemy tego, co zrobiliśmy, z perspektywy czasu - bardziej boli nas coś, czego zaniechaliśmy: nie pojechaliśmy w tamtą podróż, nie zagadaliśmy do tamtego chłopaka czy nie spróbowaliśmy jeszcze raz podejść do egzaminu. Paradoksalnie, im mamy większy wachlarz możliwości, tym większe pole do popisu dla żalu. Kiedy niewiele rzeczy zależy od nas, nie mamy do siebie pretensji i nie wyrzucamy sobie po latach własnej opieszałości czy złego wyboru. Można też powiedzieć, że im większa wyobraźnia i skłonność do idealizacji, tym odczuwany żal może być intensywniejszy. Bo przecież nie mamy dowodów na to, jak inaczej potoczyłoby się nasze życie, my tylko projektujemy je we własnej głowie. Odczuwanie żalu zależy więc jedynie od nas. Możemy też czuć żal do kogoś (np. do rodziców), że nie odnosił się do nas tak, jak tego potrzebowaliśmy, za porzucenie, za krzywdzące potraktowanie.

Po co nam to uczucie?

Żal nie musi nas skłaniać do podcinania własnych skrzydeł, a do ich rozwijania. Jest bowiem informacją - otrzymaną od samego siebie - że stać nas na więcej, że mamy w sobie niewykorzystany potencjał. Żal może być konstruktywny, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, o jakiej niespełnionej potrzebie nas informuje. Wtedy łatwiej zmotywować się do tego, by naprawić błędy z przeszłości (oraz unikać ich w przyszłości), a także by zmienić kierunek swojego życia.

Zadania:

  • Czego w życiu najbardziej żałujesz? Poświęć chwilę na zastanowienie się nad tym, a nawet zrobienie listy. To bardzo ważne zadanie, które wcale nie ma na celu zdołowania cię. Kiedy ujrzysz czarno na białym, czego ci żal, dowiesz się, co ma dla ciebie największą wartość. Jeśli najbardziej żałujesz porzucenia studiów artystycznych - to już wiesz, że czujesz się źle, bo nie realizujesz się twórczo w swoim życiu. Dobra wiadomość jest taka, że nawet teraz możesz to zmienić.
  • Jeśli żal jest uczuciem, które nierzadko ci towarzyszy, prawdopodobnie zbyt często wybiegasz myślami w przyszłość albo sięgasz do przyszłości. Za mało jest cię w twojej teraźniejszości, która jest przecież piękna i ważna, głównie dlatego, że dzieje się teraz i nigdy już się nie powtórzy. Pomyśl o wszystkich rzeczach, które obecnie możesz zrobić - od najbardziej prostych, jak zjeść coś dobrego czy pójść na spacer, po te bardziej wymagające, ale przecież też możliwe: powiedzieć komuś, że go kochasz; przeprosić za coś, co kiedyś zrobiłeś. Ćwicz się we wzbudzaniu w sobie uczucia wdzięczności - to skuteczny sposób na przywołanie dobrego samopoczucia.
  • Jedna sprawa, kiedy ogarnia nas żal na myśl o czymś, co nam się nie udało; inna - gdy żałujemy utraty czegoś lub kogoś, na który to fakt nie mieliśmy żadnego wpływu. Jeśli nadal cierpisz z powodu czyjegoś odejścia, śmierci czy wyjazdu; jeśli opłakujesz utracone dzieciństwo czy młodość - jedyną wskazówką będzie praktyka akceptacji i zgody na to, co jest, bo jest.
Więcej w zestawie z książeczką: "Poznaj siebie. Karty emocji", Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep.

  1. Kultura

Najlepsze włoskie filmy: komedie i romantyczne. Nasz ranking

Trudno wybrać najlepsze włoskie filmy, szczególnie jeśli mają to być komedie. Większość z nich ogląda się z uśmiechem i uczuciem sympatii. Na zdjęciu kadr z filmu „Terapia sercowa” z Tonim Servillo (fot. materiały prasowe Kino Świat)
Trudno wybrać najlepsze włoskie filmy, szczególnie jeśli mają to być komedie. Większość z nich ogląda się z uśmiechem i uczuciem sympatii. Na zdjęciu kadr z filmu „Terapia sercowa” z Tonim Servillo (fot. materiały prasowe Kino Świat)
„Komedia po włosku” (Commedia all'italiana) to włoski gatunek filmowy, który powstał na przełomie lat 50. i 60. XX w. Za tym określeniem kryje się kilkanaście lat, we włoskim przemyśle filmowym, obfitujących w dobre produkcje. Włoskie komedie z tego okresu były najczęściej satyrą na trudne kwestie społeczne. Nie nabierajmy się jednak na ten „uśmiech” przepełniony groteską. Niezależnie od tego, czy porusza wątek romantyczny, miłosny, czy polityczny, włoskie kino komediowe zawsze okraszone jest pewną dawką smutku i goryczy. I na tym właśnie polega jego urok. Warto dodać, że ta komediowa tradycja została ponownie ożywiona w ostatniej dekadzie.

Włoskie komedie swój okres świetności miały w latach 60. XX w. W Polsce, poza pewnymi wyjątkami, były raczej mało znane. Do tych wyjątków zaliczyć można takie filmy jak „Rozwód po włosku” z Marcello Mastroiannim, „Wczoraj, dziś, jutro” z Sophią Loren, czy kultowy komediodramat „Amici miei” (już z lat 70.). Trzeba przyznać, że włoskie kino komediowe, mimo upływu lat, zachowało swój własny, niepowtarzalny styl. To, co wyróżnia włoskie komedie to różnorodność podejmowanych tematów. Ich twórcy nie popadają w schematy i rozśmieszają widza na wiele (inteligentnych) sposobów.

Poniżej przegląd filmów (10 tytułów) komediowych i komediowo – romantycznych z ostatnich lat, które dostępne są w wersji z polskimi napisami:

„Terapia sercowa” („Lasciati andare”)

Jeśli marzą nam się włoskie komedie w dobrym wydaniu to ten film rozśmiesza „z klasą”. Nie odrywa od rzeczywistości, ale odpręża. Sam reżyser Francesco Pio Amato zaznacza, że projekt narodził się z „chęci zrobienia genialnego filmu o zderzeniu ciała z umysłem”. Warto ten film zobaczyć choćby dla roli Tony Servillo. Znany z oscarowego „Wielkiego piękna” aktor po raz pierwszy w filmie wciela się w rolę komediową (choć talent komediowy ma we krwi, o czym świadczą jego kreacje teatralne). Servillo podkreślał, że Francesco Amato i Francesco Bruni w scenariuszu wycięli dla mnie tę rolę z pewnymi cechami pedanterii, obsesyjności, nudy, w których czuję się całkiem dobrze... (źródło: „La Repubblica”). Grany przez aktora bohater, Elia Venezia, jest psychoanalitykiem stroniącym od ludzi. Również z byłą żoną żyje na dystans (choć jest o nią zazdrosny). I pewnie kontynuowałby życie w tym „zamknięciu” i zawieszeniu, gdyby nie problemy zdrowotne, które zmuszają go do diety i uprawiania sportu. Elio zatrudnia więc młodą, zabawną i ekscentryczną trenerkę personalną o imieniu Claudia. Ta znajomość to początek wspaniałej przygody i przyjaźni, a przede wszystkim sposób na odzyskanie radości z życia (w końcu oryginalny tytuł „Lasciati andare” tłumaczy się z włoskiego jako „Rozluźnij się”).

Do obejrzenia na Chili.com lub Vod.pl

„Jak bóg da” („Se Dio vuole”)

Tommaso De Luca, cieszący się dobrą sławą chirurg i zagorzały ateista podejrzewa, że jego syn Andrea jest homoseksualistą. Pewnego dnia syn informuje go, że chciałby porozmawiać z rodziną i coś ważnego im zakomunikować. Przekonany o swoich racjach (odnośnie orientacji syna) Tommaso zwołuje rodzinę i uprzedza ich, aby zachowali się podczas tego wyznania „właściwie”. Kiedy Andrea staje przed nimi wszyscy są już gotowi na jego „coming out”. Jednak, ku wielkiemu zaskoczeniu bliskich, oznajmia on, że poczuł powołanie i zamierza zostać… księdzem. I tu zaczyna się prawdziwa akcja. Zdesperowany ojciec postanawia wytropić charyzmatycznego księdza, który zaszczepił w jego synu ten „absurdalny” pomysł. Zatrudnia się więc w małym kościele jako osoba, która pragnie wspomóc jego remont. Nawiązuje w ten sposób kontakt z młodym księdzem (don Pietro). Ba, nawet się z nim zaprzyjaźnia... Film nie tylko pełen jest śmiesznych scen i ciepłych rozmów. W pewnym momencie pojawiają się dość niespodziewane wypadki, które zmuszają głównego bohatera do refleksji. Zabawną i sentymentalną włoską komedię szczególnie można polecić na święta, tym bardziej, że dotyczy kwestii wiary i podejścia do niej. Warto zaznaczyć, że Marco Giallini (Tommaso) to jeden z czołowych aktorów komediowych współczesnego kina włoskiego.

Do obejrzenia na Chili.com

„Ciao Italia!”

Włoskie komedie kojarzą się niektórym z oscarowym „Życie jest piękne” – do tego właśnie klimatu nawiązuje „Ciao Italia”. Czas wojny mamy tu jednak w innym ujęciu – amerykańsko-sycylijskim. Jest rok 1943. Włoski imigrant z Nowego Jorku (Arturo) zakochuje się w swojej rodaczce. Niestety, dziewczyna powiązana jest z sycylijską mafią. Wuj Flory obiecał jej rękę synowi szefa mafii. Zakochany Arturo gotów jest jednak pokonać przeszkody, które stoją na drodze ich wielkiej miłości. Chcąc skłonić rodzinę Flory do zmiany decyzji, wstępuje do amerykańskiej armii i razem z wojskiem udaje się na Sycylię, gdzie mieszka jej rodzina. Całą wojenną historię i sprawy mafijne obserwujemy przez bajkowy filtr. Humor rodzi się tutaj m.in. z obserwacji zderzenia kultur, jednej bardziej tradycyjnej, drugiej bardziej progresywnej. Ciepła, zabawna i wzruszająca komedia polecana jest dla całej rodziny.

Do obejrzenia na Vod.pl

„Nadmiar łaski” („Troppa Grazia”)

Lucia jest inspektorką nadzoru. Jej delikatność nie współgra jednak z rzeczywistością wokół niej, a także z osobami, z którymi na co dzień ma do czynienia. W dodatku małżeństwo Lucii również przechodzi kryzys i mąż opuszcza dom. Można się domyślać, że bohaterka nie podjęłaby żadnych radykalnych działań i zmian, gdyby nie to, że niespodziewanie zaczyna jej się ukazywać Matka Boska (co ciekawe, łączy ona ten fakt z metafizycznymi zdarzeniami z okresu wczesnego dzieciństwa). Ta szczególna łaska zaczyna wywracać jej świat, a przy okazji otoczenie, w którym żyje, do góry nogami. Ukazująca się Lucii Matka Boska, mimo spokoju i łagodności, „wie czego chce”. Kim jest widziana przez Lucię postać? Warto się przekonać. Tym bardziej, że film został w Cannes wyróżniony nagrodą Europa Cinemas Label dla najlepszego filmu europejskiego.

Do obejrzenia na Vod.pl

„Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie („Perfetti sconosciuti”)

Włoskie komedie z Kasią Smutniak to żadna nowość. Ta jednak była jedną z pierwszych, więc było o niej głośno także w Polsce. Jeśli ktoś jeszcze jej nie widział to warto, choćby ze względu na grę aktorów.

Co by się stało, gdybyśmy podczas kolacji z najlepszymi przyjaciółmi wymienili się telefonami i podsłuchali, jakie każdy z nas ma sekrety? No właśnie, może lepiej tego nie wiedzieć… Znana komedia z Kasią Smutniak (w roli głównej) porusza temat prawdziwej przyjaźni, prawdy, słabości, tolerancji i prywatności. Trzeba tu zaznaczyć, że aktorka polskiego pochodzenia wcale nie wciela się w tym filmie w pozytywną rolę. Grana przez nią bohaterka (Eva) zaprasza, wraz z mężem, przyjaciół na kolację. Założenie jest takie, że będą celebrować spotkanie i cieszyć się wspólnym wieczorem. Początkowo wszystko przebiega w miłej atmosferze. Eva wymyśla jednak towarzyską zabawę, której konsekwencji, jak się okazuje, sama nie jest w stanie udźwignąć. Niewątpliwie każdy z bohaterów zmuszony będzie skonfrontować się z trudną prawdą o sobie, swoich przyjaciołach i relacjach. Postacią, która jest w tym filmie ostoją spokoju i zdrowego rozsądku i która nie ma tak naprawdę nic do ukrycia, jest mąż Evy (grany przez Marco Giallini).

Do obejrzenia na Vod.pl

„Żona czy mąż?” („Moglie e marito”)

Typowy motyw jak z kultowej, amerykańskiej komedii „Vice Versa”, jednak w innym, małżeńskim wydaniu. Andrea, zdolny neurochirurg, pochłonięty jest niemal bez reszty nauką. Razem z żoną Sofią (graną przez Kasię Smutniak) prowadzą raczej osobne życie. Sofia, też zaabsorbowana swoimi ambicjami, pracuje jako prezenterka w telewizji. Ich życie małżeńskie toczy się więc swoim torem... do momentu aż kochający eksperymenty Andrea postanawia wypróbować, z udziałem żony, jeden ze swoich pomysłów. Niestety, eksperyment okazuje się niezbyt udany i Andrea wraz z żoną zamieniają się ciałami. Teraz pozostaje im odnaleźć się w nowej, nieznanej rzeczywistości. Andrea (grany już przez Kasię Smutniak) odkrywa więc wszystkie aspekty bycia kobietą: trudności, wyzwania (w tym modowo – ubraniowe), a także życie seksualne z innej perspektywy (te głębsze doznania nawet by go przekonały do zmiany roli na stałe). Małżeństwo, w którym każde z partnerów skupione było na własnej pracy i karierze, dostaje przymusową lekcję empatii. Przy okazji odkrywają też różne swoje sekrety...

Do obejrzenia na Vod.pl

„Viva l’Italia”

Satyra na współczesne Włochy (i nie tylko): na zakłamanych polityków, umiłowanie do tandetnej rozrywki, załatwianie wszystkiego „po znajomości”. Nadto wielowątkowa, ale dynamiczna. Przede wszystkim gorzka, tak samo jak gorzka może być prawda. To właściwie prawdę można uznać za głównego „bohatera” tego filmu. A prawdę głosi… polityk. Pewien znany poseł Michele Spagnolo, będący już w starszym wieku, podczas wizyty u prostytutki dostaje ataku, po którym pozostają mu pewne zmiany w mózgu… zespół Tourette’a to mały problem w porównaniu z jego przypadłością. On, niegdyś „szczwany lis”, zaczyna mówić prawdę, każdemu, bez wyjątku, w każdych okolicznościach. Nie ma najdrobniejszych zahamowań. Ani względem dzieci, ani względem żony (która go zostawia), ani polityków (tutaj też relacje ulegają „rozluźnieniu”). Z prawdą muszą zmierzyć się wszyscy bohaterowie filmu, a przede wszystkim dorosłe dzieci posła: córka, która jest niskiej klasy aktorką/ celebrytką, syn nieudacznik (typ „poczciwego durnia”) i syn zbuntowany, będący młodym lekarzem ze wzniosłymi ideałami, ale patrzący na bliskich z góry. Mamy tu pełen przekrój włoskich archetypów. Rodzeństwo, które raczej nie utrzymywało ze sobą kontaktów, zmuszone jest zjednoczyć się wokół ojca, rzekomo wymagającego opieki. Wydawałoby się, że cała trójka jest dzięki tatusiowi „ustawiona”, ale nazwisko bardziej im ciąży niż pomaga. Puenta „niepoprawnego politycznie” filmu, trzeba przyznać, jest dość optymistyczna: tylko prawda, nawet bardzo bolesna, może doprowadzić do prawdziwej zmiany na lepsze. Pytanie tylko, ile osób może taką bezwzględną prawdę przyjąć.

Do obejrzenia na Netflix

„Trzymaj się ode mnie z daleka” („Stai lontana da me”)

Humor sytuacyjny w dobrym wydaniu. Z pewnością tym lekkim filmem można ekspresowo poprawić sobie nastój. Trwająca zaledwie ponad godzinę komedia rozśmiesza do łez. Jacopo, który zajmuje się terapią par i słynie z tego, że potrafi uratować każdy związek, sam wybiera życie singla. Powód jest dość nietypowy. Otóż wszystkim kobietom, z którymi się spotyka, przynosi pecha. Każda ulega poważnym wypadkom, w efekcie których trafia do szpitala. Jedynym pocieszeniem dla Jacopo jest jego najlepszy przyjaciel – lekarz, który opiekuje się poszkodowanymi „pacjentkami” i stara się zorganizować koledze wolny czas. Ten solowy żywot udaje się Jacopo utrzymać aż do momentu, gdy poznaje Sarę, w której zakochuje się z wzajemnością. Czy ich miłość będzie miała większą moc niż ciążąca nad nim „klątwa”? Ile wypadków Sara może jeszcze przeżyć i mimo wszystko nie poddać się w tym związku? W tej włoskiej komedii romantycznej każda postać, bez wyjątku, budzi ogromną sympatię. Idealny film na poprawę humoru.

Do obejrzenia na Netflix

„Niewierni” („Gli infedeli”)

„Zdradziecki” koktajl. Przegląd różnych form niewierności: od „zwykłych” małżeńskich zdrad i kłamstewek, przez upodobania do fetyszy w seks klubach, po robienie z żony zupełnej „wariatki” (i to z dużym powodzeniem). Oglądając ten film można odnieść wrażenie, że wierność w związku po prostu nie istnieje, a przynajmniej nie istnieje we Włoszech. W tej komedii nie ma jednej fabuły. Mamy kilka historii, które skupiają się na różnych rodzajach „słabości”, a każda słabość wiąże się z jakimś konkretnym typem mężczyzny. Pomimo śmieszności żaden z tych męskich typów nie budzi sympatii, wręcz przeciwnie, budzą litość i niechęć. Na szczególne „uznanie” zasługuje jednak typ perfidny, który doprowadza żonę niemal do szaleństwa. Jedna z historii, co ciekawe, toczy się z kolei wokół pragnienia zdrady, do której nie dochodzi. Jej bohater za wszelką cenę usiłuje zdradzić żonę na wyjeździe służbowym, ale efekty jego starań są dość marne… Trudno tę komedię przypisać do kategorii „Najlepsze włoskie filmy”, ale można ją potraktować jako przypowieść o „zepsutych” związkach.

https://www.youtube.com/watch?v=6rh5wDjH7gE

Do obejrzenia na Netflix

„Przepraszam, że żyję” („Scusate se esisto!”)

Włoskie komedie odznaczają się zwykle dużym dystansem do narodowych wad, a Włosi potrafią się z siebie śmiać. Tak jest i tym razem. Mamy w tej komedii zbiór włoskich przywar i hipokryzji. Mamy też smutny obraz młodych, zdolnych ludzi, którzy chociaż kochają swój kraj, karierę zmuszeni są robić za granicą. Do takich osób zalicza się Serena, utalentowana architekta, która odnosi międzynarodowe sukcesy. Z tęsknoty za ojczyzną podejmuje decyzję o powrocie do Włoch. Tutaj jej zawodowa rzeczywistość nie jest usłana różami. Nie dość, że zmuszona jest na początku zadowalać się pracą kelnerki to jeszcze przeżywa nietypowe perypetie miłosne. Francesco, którego poznaje, przystojny i czarujący szef restauracji, okazuje się mieć odmienne upodobania seksualne… Stają się jednak dla siebie prawdziwym wsparciem. Tym bardziej, że Sara nie poddaje się w swoich zmaganiach związanych z pracą architekta.

No obejrzenia na Netflix

  1. Kultura

"Cząstki kobiety" - o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Cząstki kobiety" (dostępny na Netflix). W roli głównej nominowana do Oscara Vanessa Kirby. (Fot. materiały prasowe)
Życie co chwila coś nam daje i odbiera. A jednak z niektórymi stratami jest bardzo trudno się pogodzić, wydaje się to wręcz niemożliwe... O filmie Kornéla Mundruczó „Cząstki kobiety” z nominowaną do Oscara Vanessą Kirby, rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Zanim jeszcze zaczęłam oglądać „Cząstki kobiety“, już miałam poczucie, że nie chcę tego robić. To na obecny czas trudny film i temat.
Nie można zapominać, że wśród nieszczęść związanych z pandemią istnieje jeszcze normalne życie, w którym dzieją się takie historie jak w tym filmie. Utrata dziecka to niewyobrażalna tragedia, która pozostawia ból na całe życie. Jak sobie z tym poradzić, gdzie szukać pocieszenia, ratunku, wsparcia? Na te pytania próbuje odpowiedzieć film i może dlatego warto go zobaczyć.

„Cząstki” otwiera bardzo mocna scena porodu, pokazana w niemal naturalistyczny sposób, targająca naszymi emocjami na wszystkie strony. Od spokoju, przez zdenerwowanie, zaskoczenie, strach, panikę, przerażenie, ulgę i znowu wielki krzyk. Naturalizm w kinie to nie jest moja ulubiona forma, bo graniczy z szantażem emocjonalnym. Ale reżyser robi to oczywiście świadomie, czyni nas świadkami tego porodu.

A mnie właśnie ta naturalistyczna scena podobała się najbardziej, zobaczyłam w niej prawdę.
Ale co nam to daje? Czy taki rodzaj współodczuwania cierpienia głównej bohaterki przygotuje nas, kobiety albo parę, na tego typu sytuacje?

Czy ten film może być dla nas szczepionką na sytuacje w realnym życiu? Czuję, że po jego zobaczeniu jestem trochę silniejsza...
A ja czuję, że reżyser chciał nam pokazać parę, która podchodzi do życia z łatwością i optymizmem. Ci ludzie są przekonani o tym, że wszystko im się ułoży, mają nad tym kontrolę. Nawet w momencie silnego bólu porodowego nasza bohaterka uśmiecha się i stać ją na żarty. To było dla mnie zaskakujące. Wszystko zaczyna się walić w momencie, gdy okazuje się, że ich położna nie może przyjechać do porodu, zaczyna się panika, bo „jak to? Przecież my wszystko zaplanowaliśmy”. Przyjeżdża inna w jej zastępstwie, ale nic nie idzie zgodnie z planem. Ta scena uderza w nasze złudne przekonanie, że jesteśmy w centrum uwagi świata.

Jaka jeszcze scena cię uderzyła?
Ta, w której matka kupuje Marcie i Seanowi samochód – duży, z myślą o tym, że będą wozić w nim dziecko. Sean mówi, że przecież sam mógłby na niego zarobić, jednak szybko zgadza się i przyjmuje kluczyki do auta. W tej scenie po raz pierwszy zobaczyłam, że coś jest nie tak, może ten związek nie jest czysty w tym sensie, że ta para do siebie nie pasuje. Zaczęłam uważniej im się przyglądać.

Mnie z kolei najbardziej zainteresowały kompletnie odmienne reakcje – kobieca i męska – na stratę dziecka. Ona zamraża się emocjonalnie, a on chce jak najszybciej przeżyć to wszystko i rozładować złość, a także znaleźć winnego. Martha i Sean to dwa oddzielne elektrony, nie da się być drużyną w tej sytuacji, każdy musi to, co najtrudniejsze, przeżyć w pojedynkę.
Sean również cierpi. Widzimy, że nie jest w stanie poradzić sobie z bólem i stratą. Ale tojest film głównie o kobiecej samotności w tej tragedii. Z nieszczęściem, które spotyka Marthę, może sobie poradzić tylko ona sama.

Ten film mówi według mnie również o samotności matki głównej bohaterki, co zobaczyłam w kluczowej scenie, gdy wspomina własne dzieciństwo i czas wojny. Pragnie wtedy pokazać córce, że zawsze trzeba o siebie walczyć i „podnosić główkę”. Nie można się poddawać. Tymczasem Martha się poddała.

Uważasz, że matka chce zdopingować Marthę, która zamroziła się emocjonalnie?
Martha kompletnie się zamknęła i właściwie przestała żyć. I właśnie po to matka mówi do niej te słowa, żeby nią potrząsnąć. Uważam, że ta scena budzi w dziewczynie samoświadomość, daje impuls – nawet jeśli jest negatywny – do tego, żeby się pozbierać. Bo ona będzie szła przez życie z tym doświadczeniem bólu, straty, bezsilności wobec losu, a czas tylko trochę zabliźni jej rany. Myślę, że matka nie chciała, żeby życie jej córki było na zawsze stracone.

Ja odebrałam postać matki zupełnie inaczej, dla mnie jest niezwykle toksyczna. Zwłaszcza gdy mówi, że gdyby poród odbył się po jej myśli, czyli w szpitalu, nie straciliby tego dziecka. Wywołuje w córce poczucie winy i to mnie boli.
Tymi słowami trafia w sedno – to Martha zadecydowała, że będzie rodzić w domu, i gdy pojawiły się problemy, początkowo chciała tam zostać. To była jej decyzja i ona musi unieść jej konsekwencje. Nie szukam teraz winnego, chodzi o to, że ta scena pokazała mi olbrzymią samotność kobiety w tym problemie. A jaka była przyczyna śmierci dziecka? Tego się nie dowiadujemy.

Uważam, że przełomowy i kluczowy moment następuje po siedmiu miesiącach od straty dziecka, gdy Martha wywołuje wreszcie zdjęcia, które Sean zrobił podczas porodu, i żegna swoje dziecko.
Ale na początku nawet niewiele pamięta z tego, co się wtedy wydarzyło. Bo nie chce tego pamiętać. Zdjęcie uświadomiło jej, że to dziecko istniało naprawdę, całe zdarzenie stało się namacalne. Martha wraca do swojej traumy i dzięki tej konfrontacji i pogodzeniu się ze stratą wraca do życia. Nie potrzebuje już wyjaśniać swojego bólu i nieszczęścia błędem położnej.

Wydaje mi się, że większość par, nawet dobrze dobranych, w tej sytuacji by się rozpadła.
Z drugiej strony są pary, które przeżyły takie tragedie i nadal są razem, to doświadczenie może również scalić związek. Ale dla tej relacji nie widziałam przyszłości, oni byli zbyt różni. Sean to dość prosty facet. Niewiele mu potrzeba do satysfakcji życiowej.

Bardzo mu współczuję, że został pokazany w tak mało pogłębiony sposób. Scenarzystka Kata Wéber sama też straciła dziecko, być może to jest jakaś forma terapii i wylania z siebie żalu na mężczyznę, który poradził sobie z sytuacją w podobny sposób.
Ale reżyserem tego filmu jest mężczyzna, mamy więc żeński  i męski pierwiastek w tej opowieści. Partner Marthy został ukazany jako facet z pozoru silny, nieskomplikowany emocjonalnie, budowniczy wielkich mostów. Śmierć córeczki jest dla niego taką samą tragedią jak dla Marthy, tyle że on inaczej próbuje sobie z nią poradzić. Oskarża położną, chce wyciągnąć jak największe pieniądze za jej rzekomy błąd w sztuce. Uwodzi prawniczkę, która jest oskarżycielką. Krótko mówiąc, robi się z tego jakaś telenowela. Czytałam, że dla niektórych osób po różnych stratach wyzwoleniem okazuje się właśnie seks. Jakby popęd seksualny, który jest życiem, miał oddalić śmierć. To bardzo ciekawy mechanizm.

W końcu już Freud pisał o Eros i Tanatos, dwóch popędach sterujących życiem człowieka. Inny mechanizm to ten, że próbujemy wszystkiemu nadać sens. Taka strata nie ma żadnego sensu, nie wiemy, jak ją sobie wytłumaczyć.
Dlatego bohaterowie próbują to jakoś wymazać z pamięci. Zaczynają od nowa, ale każde inaczej. Martha jednak wierzy w życie, w to, że coś dobrego może w nim wykiełkować. Jak z pestek jabłka, które zbiera.

Przyznam, że mnie te pestki, symbolizujące jej nadzieję, trochę zirytowały, to było zbyt dosłowne.
Mnie to też zirytowało, ale może chodziło o szukanie znaków, dowodów na to, że przyszłość istnieje, że nie wszystko stracone? Zabrakło mi głębszej analizy tej transformacji Marthy.

Dla kogo ten film mógłby być terapeutyczny? Na pewno nie polecam go kobietom w ciąży ani ludziom, którzy przeżyli stratę dziecka czy poronienie, bo może spowodować powtórną traumatyzację.
Pokazałabym go wszystkim, którzy mają problemy z wyrażaniem emocji. „Cząstki kobiety” pokazują, że w kryzysie ratunkiem są dla nas inni ludzie. Nawet w momencie największego nieszczęścia, o które obwiniasz cały świat, warto się otworzyć na drugiego człowieka, okazać swój ból, swoją złość i rozpacz. Bo zawsze znajdzie się ktoś albo coś, co da ci iskierkę do życia i działania.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.