1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak być porzuconą z klasą?

Jak być porzuconą z klasą?

Boimy się odrzucenia. Wszyscy i wszystkie. Tego, że można nas nie lubić bądź nie akceptować. Szczególną formą jest porzucenie przez partnera, który już nas kochał, chciał, był z nami. A to się przecież zdarza.

Jeśli zostałaś porzucona - cierpisz. Wkroczyłaś w stan choroby serca, ciała, duszy. Czasem wierzysz, że łatwiej byłoby ci to znieść, gdyby partner zmarł. Rozdziera cię świadomość, że to, co dawał tobie, teraz daje innej. Wpadasz w panikę na wyobrażenie pustyni samotności, jaka rozciąga się przed tobą do końca twoich dni - bo jesteś przekonana, że już nigdy nikt cię nie zechce albo że ty już nigdy nikogo nie pokochasz. Albo też wściekasz się, że tylko dla niego poświęciłaś wszystko, a teraz zostałaś z niczym, wyssana i wypluta.

Anna przez trzy lata nieobecności męża żyła z małym synkiem, czekając i opierając swe życie na tym, że Jurek dzwoni, pisze, że byli raz u niego w Stanach, przesyła pieniądze, obiecuje, że wróci. Przestał pisać, dzwonić, pieniędzy też już nie przesyła. A Anna przestała się myć, ubierać, kontaktować z ludźmi. Osłabła od płaczu, popadła w apatię, z trudem zauważa małego. Nie rozumie. Byli przecież swoimi pierwszymi i jedynymi, a po powtórnym połączeniu miało im być razem jeszcze cudowniej. A on jej o niczym nie uprzedził.

Iwona, którą Rober poinformował wprost, że odchodzi, najpierw rzuciła się na niego z pięściami, po czym z furią zaczęła ciskać za drzwi jego ubrania, buty, papiery, podarła na strzępy książkę z zakładką, która leżała przy (wspólnym) łóżku, i z dziką mściwością roztrzaskała najlepszy i najdroższy z jego aparatów fotograficznych (resztę zdążył zgarnąć i wybiec). Leciały za nim po schodach plecak, narty, kożuch i właściwie wszystko, co ewidentnie było jego. Zabytkowej komódki ani lustra, które jej kupił - nie wyrzuciła. Wezwała natychmiast ślusarza, zmieniła zamki, spakowała w torbę ekstra ciuchy, zarezerwowała faksem pokój w Grand Hotelu w Sopocie i tę pierwszą osobną od Roberta noc spędziła z poderwanym w barze młodzieńcem. Rano wyrzuciła go z łóżka i tak "hulała" przez tydzień. Wróciła do domu i skoczyła w pracę jak z trampoliny do basenu.

Przypuszczam, że większość ludzi uważać będzie, że Anna sobie nie poradziła, a Iwona - wręcz przeciwnie. Czy tobie też się tak wydaje? Według mnie obie radziły sobie, jak umiały, robiąc sobie tym krzywdę. Obie cierpiały. Anna zapadła w cierpienie, ugrzęzła w nim bezwolnie. Iwona mu zaprzeczyła, dziko i gwałtownie. Ile porzuceń - tyle historii, osobnych, pojedynczych. Mają jednak coś wspólnego. Ból. Większy, czy mniejszy, niszczący czy oczyszczający, dziecinny czy dojrzały, świadomy czy odsuwany, boli zawsze. I w tym sensie nie można sobie poradzić z porzuceniem. Trzeba je przeżyć.

Wcale nie tak rzadko próbujemy bólowi zaprzeczyć, zepchnąć go głęboko, uciec przed nim, zasłonić czymś innym. Iwona "po wierzchu" funkcjonowała efektownie i im bardziej rosły jej dochody, tym bardziej samą siebie o tym przekonywała. Imponowała koleżankom i wielu mężczyznom. Ale spała coraz krócej i gorzej, budziła się zmęczona i niedawno przeżyła stan przedzawałowy. Wydawałoby się z kolei, że Anna ma szansę naprawdę "przeboleć" swoje nieszczęście, bo mu się całkowicie poddała. Ale ona poddała mu się ze wszystkim, także z głową. I przedłużała ten stan, rozkręcała go. Paradoksalnie ból zasłaniała bólem. Nie dopuszczając do świadomości realnej sytuacji (a dowiedziała się, że Jurek zmienił miasto i mieszka z bardzo aktywną zawodowo kobietą), uporczywie rozpamiętuje, co on jej miał za złe, co zepsuła, jak go przekonać do powrotu (nic jednak nie robiąc ani w tej, ani w innych sprawach.)

Więcej w książce "Kup kochance męża kwiaty" Katarzyny Miller, Wydawnictwo Zwierciadło.

Kup kochance męża kwiaty Katarzyna Miller Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kto odpowiada za zdradę w związku? - kilka faktów na temat niewierności

Niektórzy potrzebują większej czułości i więcej seksu, inni ryzyka, dramatu, czy zemsty. Są też ludzie, którzy marzą o „doskonałej miłości” (fot. iStock)
Niektórzy potrzebują większej czułości i więcej seksu, inni ryzyka, dramatu, czy zemsty. Są też ludzie, którzy marzą o „doskonałej miłości” (fot. iStock)
Coraz częściej do mojego gabinetu trafiają nieszczęśliwi małżonkowie i pary w kryzysie spowodowanym zdradą.

Zdarza się też, że przychodzi osoba zmęczona związkiem, pełna obaw, że jeśli nic się nie zmieni, to nie będzie miała skrupułów przed romansem.

Niekoniecznie dopiero fakt zdrady psuje relację. Wydaje się, że zdrada często jest objawem tego, że w związku nie dzieje się dobrze.

Dlaczego właściwie zdradzamy?

Pierwszym czynnikiem, który sprzyja niewierności, są nieporozumienia i kłótnie, spowodowane głównie różnicą charakterów i poglądów. Ta odmienność nasila się głównie w czasie występowania innych problemów: praca, rodzina, finanse itp. Powoli życie erotyczne partnerów staje się mało satysfakcjonujące, nudne, a z czasem jakiekolwiek zbliżenia intymne są właściwie nieobecne. Dodatkowo, zmęczeni trwającymi miesiące czy lata konfliktami, jesteśmy bardziej skłonni wejść w nową relację, niż wkładać wysiłek w naprawę tego, co już mamy. Ostatecznie doprowadza to do poszukiwań osoby, która spełni nasze fantazje i oczekiwania. Często też czujemy potrzebę ucieczki od współmałżonka, pragnienie zwrócenia na siebie uwagi, chcemy poczuć się niezależni, pożądani, lepiej rozumiani. Niektórzy potrzebują większej czułości i więcej seksu, inni ryzyka, dramatu, czy zemsty. Są też ludzie, którzy marzą o „doskonałej miłości” oraz tacy, którzy potrzebują dowieść samym sobie, że ciągle jeszcze nie są za starzy na miłość i rzucają się w romanse „ostatniej szansy”.

Carol Botwin, seksuolożka, autorka książek, uważa, że niektórzy mężczyźni nie potrafią dochować wierności, gdyż nigdy w istocie nie opuścili „dziecięcej fazy” życia. W oddaleniu od małżonki spowodowanym np. podróżą, odczuwają potrzebę drugiej partnerki. Cudzołóstwu mogą też oddawać się osoby, które wychowały się w domach, gdzie brakowało czułości. Jako dorośli budują więc wyzbyte uczuć małżeństwo i wchodzą w niezobowiązujące romanse. Zdarzają się mężowie, którzy swoje żony wynoszą na piedestały, sypiać jednak wolą z „ulicznicami”. Pośród zdradzających często są osoby o postawie narcystycznej: potrzebują wielu kochanków, aby jaśnieć w promieniach ich pożądania. Zdarzają się czasem i tacy, którzy gustują w trójkątach, lubią walkę dla niej samej. Zdrada może być też próbą rozwiązania problemów seksualnych (Botwin, 1988).

Zdrada kusi

Niezależnie od poczucia, że cudzołóstwo jest niemoralne, pomimo wyrzutów sumienia towarzyszącym potajemnych schadzkom, na przekór niebezpieczeństwom, jakie niesie to rodzinie, przyjaciołom i stabilności życiowej, sporo osób chętnie wchodzi w związki pozamałżeńskie. Z raportu Kinseya wynika, iż ponad 33% Amerykanów i 26% Amerykanek przyznało się do tego typu kontaktów seksualnych (Kinsey i in., 1948; 1953). Ankieta przeprowadzona przez „Playboya” dwadzieścia lat później (Hunt, 1974) wskazała na liczbę 41% żonatych mężczyzn i 25% zamężnych kobiet, którzy zdradzili kiedyś współmałżonka. Badania z lat osiemdziesiątych mówią o 54% kobiet (Wolfe, 1981) i 71% mężczyzn (Hite, 1981), którzy dopuścili się niewierności.

Polskie badania mówią o 25% kobiet i 31% mężczyzn w roku 2005, a sześć lat później jest to 21% mężczyzn i 12% kobiet (Izdebski, 2005; 2011). Skąd jednak pewność, że którakolwiek z tych danych jest prawdziwa? Mężczyźni skłonni są chełpić się swymi seksualnymi podbojami, kobiety wolą raczej ukrywać romanse. Być może mężatki sprzed pół wieku niechętnie przyznawały się do zdrad małżeńskich, a współcześnie już potrafią być bardziej szczere. Hunt komentuje to w ten sposób: „Kobieta równie często będzie szukała seksu poza małżeństwem jak mężczyzna, jeśli tylko ona sama i jej otoczenie uważają, że ma do tego takie samo prawo jak małżonek” (Hunt, 1974). Wygląda wiec na to, że nasza ludzka skłonność do pozamałżeńskich związków jest świadectwem triumfu natury nad kulturą. Podobnie jak wzorce flirtu, uśmiechu, jak fizjologiczne podłoże zauroczenia i chęci do łączenia się z jedną osobą, także i cudzołóstwo jest najpewniej częścią pradawnej gry reprodukcyjnej.

Związek do naprawy

Wracając do par w kryzysie, które niewątpliwie przeżywają trudne chwile. Przede wszystkim proponuję, żeby zastanowić się nad motywami, które kierowały w stronę zdrady. Nie chcąc tracić tego, co zbudowało się do tej pory, jednocześnie czując brak spełnienia, często działamy egoistycznie. Powiemy - związek to przecież uwzględnianie drugiej osoby w naszych decyzjach. Jednak w sytuacji kryzysu naturalne jest, że w pierwszej kolejności dbamy o własne dobro, o własny komfort psychiczny i fizyczny. Idealnie jest móc uniknąć takiego dylematu, czyli pomyśleć wcześniej i zapobiegać, niż potem naprawiać. Jeśli czujemy, że w naszym związku nie jest do końca tak, jakbyśmy tego sobie życzyli, to nie czekajmy na „właściwy moment” by porozmawiać, moment, który najczęściej nigdy nie nadchodzi, tylko zróbmy to spontanicznie, teraz. Nawet lektura tego artykułu może być pretekstem do rozpoczęcia takiej właśnie rozmowy. Powiedzmy szczerze o naszych oczekiwaniach, o tym, co lubimy u siebie nawzajem, a czego nie lubimy i co chcielibyśmy zmienić.

Związek można porównać do rośliny. Podlewając ją raz w miesiącu utrzymamy ją przy życiu, będzie wegetować, ale nie rozwijać się. Możemy też, co kilka dni dawać jej trochę wody i obserwować jak rośnie i rozkwita.

Ewa Krawczyńska: psycholog, psychoterapeuta, kulturoznawca, specjalista seksuolog, doradca rodzinny

Carol Botwin: seksuolog, dziennikarka, autorka m.in. książek „Niewierne żony” i „Niewierni mężowie”

  1. Styl Życia

Księżna Diana - dziewczyna z tiarą

"Diana miała wiele zalet – urodę, ciepło i wielką potrzebę okazywania i dostawania uczucia – i nie miała gdzie tego skanalizować, bo trafiła na kogoś, kto był skłonny do uczuć, ale tylko wobec innej kobiety." (Fot. BEW)
Urodziła się 60 lat temu. Zginęła 36 lat później. a jednak wciąż żyje, a nawet przeżywa swoisty renesans. – Dziś patrzę na Lady Di tak jak wszyscy: z mieszaniną zachwytu, podziwu i żalu. Widzę też w jej historii jakieś fatum – mówi Ewa Woydyłło-Osiatyńska. wspólnie z terapeutką przyglądamy się młodej Dianie Spencer i szukamy odpowiedzi na pytanie, kim by była, gdyby wybrała inaczej.

Co jest takiego w historii księżnej Diany, a może w niej samej czy w czasach, w jakich żyła, że nadal tak porusza?
Po pierwsze, mnóstwo ludzi, a zwłaszcza kobiet, silnie się z nią identyfikuje – z Dianą marzącą o miłości, Dianą zdradzaną czy Dianą cierpiącą na zaburzenia odżywiania. Odbierają jej przeżycia, o których opowiadała sama, a które później były uwypuklane, podkreślane czy wciąż przemycane przez media – jako swoje.

Po drugie, nie bez znaczenia jest jej celebra i przynależność do królewskiego dworu. Już od wieków średnich najłatwiej było skupić uwagę na osobistych przygodach przedstawicieli władz. Dziś jest to nadal aktualne, bo wzrok ludzi biegnie zawsze ku górze. Postaci ikoniczne stają się w jakimś sensie żerem, łupem dla masowej wyobraźni, która bardzo chętnie podchwytuje wszystko, co jest sensacyjne.

W życiu Lady Di nie brakowało sensacji…
Ja już nawet nie mówię o jej małżeństwie, rozwodzie, romansach czy tragicznej śmierci. Mam na myśli choćby jej „zwykłe” obowiązki. Gdyby w prasie wyliczano i relacjonowano jej wizyty jako przedstawicielki królewskiego dworu w charakterze damy odwiedzającej przedszkola czy szkoły albo wizytującej szpitale – to nikogo by to pewnie nie obchodziło. Ale ona przecież dotykała chorych na AIDS, chorobę, która miała wtedy, a właściwie w wielu społeczeństwach nadal ma, stygmat choroby homoseksualistów i narkomanów. Dopiero kiedy okazało się, że córka amerykańskiego senatora została zakażona wirusem HIV, zaczęto odczarowywać ten potępieńczy stygmat. Diana była więc symbolem pewnej awangardy myśli.

(Fot. Getty Images) (Fot. Getty Images)

Sensacją było też to, że otwarcie opowiedziała o swoich zmaganiach z bulimią; i nie zrobiła tego z dezynwolturą, ale ze ściśniętym gardłem, szeptem i z ogromnym bólem. Zrobiła to, bo chciała uzasadnić swoją inność, swoje onieśmielenie i trudności, a nawet swoją obecność na dworze królewskim. A nie była przecież pupilką królowej i nie należała do świetlanych postaci tego rodu. Oczywiście spodziewano się, że wzbudzi zainteresowanie i aprobatę – pochodziła z arystokratycznej rodziny, była piękna i młoda – wszystkie te atrybuty budowały nadzieję, że powieli pewien blichtr dworski, wpisze się w obrazek. Nikt nie spodziewał się jednak, że Diana pojedzie do Afryki i będzie kucać przy zagłodzonych, chorych dzieciach albo że zorganizuje zbiórki na wspieranie niepopularnych ruchów i inicjatyw, w tym właśnie chorych na AIDS, trąd czy bezdomnych.

Mówi się o niej, że była królową ludzkich serc, królową niekochanych i ikoną wykluczonych. Bo sama tak się czuła.
Jej działalność charytatywna, która dzisiaj jest przecież dworską normą, wtedy była bardzo odważna i przełomowa, i wcale nie w smak monarchii. Wszystko, co Diana robiła, było sensacją. Wzbudzała ogromne zainteresowanie zwykłych ludzi, ale też socjologów, myślicieli, artystów. Zaczęto trochę odważniej mówić: „Mam tak samo” albo „Skoro księżna może, to ja też mogę”. Ona nie chciała zbawiać świata, tylko siebie. Ale dzięki swojemu przykładowi, wcale nie intencjonalnemu, dawała odwagę innym. To nie była przebojowa, waleczna kobieta z barykad walki o równe prawa.

To było widać podczas jej wczesnych wywiadów. Diana się zacina, Diana spuszcza wzrok, Diana się czerwieni.
A jednak w pewnym momencie jej osobisty dramat stał się sprawą wszystkich. Jeszcze nikt nie miał zielonego pojęcia o tym, co się tam u nich dzieje, a ona już była w pałacu, na salonach, ale i w buduarze ofiarą zdrady. A zdrada jest – niezależnie od kultury, wykształcenia, urodzenia czy pozycji społecznej, zwłaszcza dla kobiety – straszliwym sprzeniewierzeniem i osamotnieniem. Ona została potraktowana jak ładna szata, piękna kareta czy wspaniała para koni, które dobrze się prezentują na raucie czy rocznicowym przejeździe przez Londyn, nie jak ludzka istota. Życie jej męża toczyło się wokół zupełnie innych spraw, i to od samego początku – z całą siłą można powiedzieć, że cynicznie ją wykorzystał, użył jej do swoich celów. I to z jednej strony było sensacyjne, a z drugiej – właściwie strasznie pospolite.

Tak się złożyło, że zdrada jest najczęstszym tematem poruszanym w moim gabinecie. Psychoterapia po zdradzie stała się więc niejako moją dziedziną. Więc kiedy przychodzi do mnie kobieta i mówi, że jest zdewastowana i chce sobie odebrać życie, bo właśnie się dowiedziała – po 13 latach małżeństwa, 26 czy nawet po czterech – że jej mąż ma drugi związek, to wszystko jedno, czy jest robotnicą w zakładach przemysłowych, aktorką, profesorką na uczelni czy monarchinią – boli tak samo.

Diana jako pierwsza z royalsów upubliczniła swój ból.
Tak, jej osobiste życie zostało obnażone, do czego sama się w dużej mierze przyczyniła i co być może w późniejszym okresie bardzo jej doskwierało. Ale wtedy nie widziała innego wyjścia. Ta dziewczyna cierpiała, ratowała więc siebie jak umiała. Najpierw próbowała zajadać emocje, a potem postanowiła wyjawić je światu.

Owszem, w starej tradycji angielskiego dworu monarchinie czy uczestnicy życia monarszego miewali sekrety. Na jaw wychodziły nieślubne dzieci, oszustwa, zbrodnie, a potem i tak wszystko wracało do normy, tak jakby na powrót rzęsa zarastała staw. Aż tu nagle pojawiła się postać, która pokazała, że staw gnije, że tam w środku dzieją się rzeczy krzywdzące i bolesne dla wszystkich.

Ja na jej życie patrzę jak na taki film poglądowy, który zrobiono po to, by pokazać młodym dziewczynom, że konflikt wewnętrzny może się obrócić przeciwko nam samym. I jeszcze opatrzono go taką przestrogą: „Patrzcie, bo może i w waszym życiu, mimo odmienności środowiska i majątku, a nawet urody, dzieje się to samo”. Diana wybrnęła z tego, wydawało się, że wzbiła się ponad to. Znalazła sposób na realizowanie swojej potrzeby bycia sobą bez okowów, bez pancerza. Ale wiemy, jak to się skończyło. Dlatego dla mnie Diana to postać patetyczna. I tragiczna.

Mnie kojarzy się z postacią Marilyn Monroe. Czy jako wielbicielka amerykańskiej aktorki zgodzi się pani na takie porównanie?
Tak, jak najbardziej, widzę tu wiele podobieństw. Ich wyjątkowość, urodę, a zwłaszcza obecność na wyżynach wyobraźni społecznej – jedna i druga osiągnęły jakiś symboliczny szczyt w tej dziedzinie. Widzę też w nich ofiary tamtego świata, w którym kobieta nie mogła istnieć jako ona sama, tylko była częścią obrazka, ozdobą czyjegoś portretu. Tak jak Maria Magdalena, która była piękną i, zdaje się też, niebywale przebojową jak na swoje czasy postacią – a jednak została sprowadzona do roli tej, która myje stopy Jezusowi. Tyle lat, wieków i epok trzeba było nam przebijać się przez tę narrację. Ale za to dzisiaj Olga Tokarczuk nikomu już stóp nie myje. Nie zajada emocji, tylko je wyraża, a świat chce tego słuchać. Tymczasem kiedy Diana 30 lat temu wyrażała swoje emocje, spotykały ją za to kąśliwe uwagi i oskarżenia. Mimo że to były już przecież czasy po feminizmie drugiej fali.

Sądzi pani, że Diana mogła być przykładem dla młodych, niezależnych kobiet?
Wie pani, czego mi brakuje, by tak ją określić? Tego, że ona nie szła w kierunku wykształcenia i wyjścia z pewnej roli. Jednak przez większą część czasu robiła to, na co jej pozwolił dwór. Zajmowała się ubogimi, chorymi – oczywiście wychylała się poza dopuszczalność, ale to była nadal rola stosowna dla kobiety. Damie wypada się przecież nad kimś pochylić, kimś się zaopiekować. Feministkom chodziło i chodzi o to, by uczestniczyć w świecie, a nie służyć innym.

Jednak na swój sposób księżna Diana udowodniła coś światu. Że może sama o sobie stanowić. I że może być znana ze swoich dokonań, a nie tylko jako żona księcia. Choć opinię publiczną i tak najbardziej interesowało to, czy znajdzie szczęście w miłości…
Sama czytam to bardzo podobnie. Jej tożsamość grawitowała wokół takiej, powiedziałabym, tradycyjnej, przyjętej z dawien dawna roli, zgodnie z którą kobieta bez mężczyzny jest naznaczona jakimś defektem, brakiem. Poza tym to była bardzo młoda dziewczyna, nawet w dniu swojej śmierci. Ona nie negowała tego, że na tym etapie życia potrzebuje mężczyzny. A że trafił jej się książę, głupio byłoby go nie brać. Została wybrana i jak to cielę poszła za tym wyborem. Może trzeba było brać fajnego kolegę z klubu jeździeckiego, może byłaby z nim szczęśliwsza, ale z pewnością nie uczyniłby jej księżniczką.

To samo mówiono o Marilyn Monroe, że gdyby nie była gwiazdą, byłaby szczęśliwsza. Obie były fantazją tłumów, obie były skomplikowane, także psychologicznie, obie bardzo potrzebowały miłości. I ją dostały – od tłumów. Obie jakoś zmieniły rzeczywistość, w której żyły. A może to jest opowieść o tym, że cierpienie wewnętrzne można przekuć w coś dobrego? W empatię, pomoc innym albo chociaż we współczucie?
Nie przywiązywałabym się zanadto do myśli, że którakolwiek z nich odegrała ważną rolę w historii, taką formatywną, czyli że coś się dzięki nim zmieniło. W mojej opinii akurat dzięki nim się nic nie stało. Po prostu lubimy znane i atrakcyjne osoby, chcemy o nich mówić, czytać, oglądać je na zdjęciach i ekscytować się ich życiem, zwłaszcza jeśli obfituje w takie wydarzenia, jak w ich wypadku. To już jest w nas od zarania dziejów i czasów neandertalczyka. Jak się w jednej jaskini pobili, to wszyscy lecieli na to patrzeć, a jak się w jakiejś jaskini nie pobili, to nikt nie przyszedł. Mamy wyostrzoną uważność na rzeczy niecodzienne. A zarówno jedna, jak i druga bohaterka łączyły w sobie ten właśnie aspekt, czyli były kimś niezwykłym, bo pisały o nich gazety, ale też przydarzały się im niezwykłe rzeczy – w Marilyn zakochał się prezydent Kennedy czy nawet wielki intelektualista, Arthur Miller, a przecież jej wykształcenie graniczyło z analfabetyzmem.

Za to okazała się obdarzona życiową inteligencją.
Owszem, i jako jedna z nielicznych aktorek tamtych czasów dużo czytała i z upodobaniem fotografowała się z książkami. Ale jej wpływu też bym nie przeceniała. To, co jej się udało, to fakt, że nie mając znaczącego zaplecza intelektualnego, została gwiazdą, która przyniosła branży filmowej milionowe zyski. A co pani ma dzięki Dianie? Jakby nie było książek o bulimii! Ona po prostu powiedziała głośno o czymś, o czym nie wolno jej było mówić.

Jeśli miałabym wybrać, która z nich bardziej mi się podoba, wskazałabym na Marilyn Monroe. Lubię takie aktorstwo i taką urodę. Diana była dla mnie martwą lalką Barbie, kukiełką, wiecznie ze spuszczonym wzrokiem i półuśmiechem – mnie się taka dziewczyna nie podoba. Możliwe, że umiała jeść skrzydełka kurczaka rękami czy zaśpiewać przy ognisku sprośne kuplety. Możliwe, ale my tego nie wiemy. A Marilyn Monroe nie tylko to umiała, lecz także to robiła.

Czasem się zastanawiam, kim by była Diana Spencer, gdyby się urodziła w Szwecji. Albo w Stanach Zjednoczonych. Gdyby rodzice zabrali ją do Kalifornii w latach szkolnych. Na pewno zostałaby osobą, która promieniuje urodą, bo to ona już miała i było to niezależne od królowej czy księcia Karola. Może by została żoną z przedmieścia Cincinnati, miała piątkę dzieci i najładniejszy trawnik w miasteczku? A może by pisała wiersze? Albo została nauczycielką lub lekarką i tak jak Maria Montessori przełamywałaby wzorce czarnej pedagogiki?

A co by było, gdyby pani redaktor Olekszyk została wybrana przez księcia Karola, by zostać jego żoną? Jak by pani się w tym odnalazła, ze dwa razy starszym od siebie mężczyzną, którego pani nie zna, który nie jest też zbyt piękny ani ujmujący w obejściu, ale który jest księciem i panią wybrał?

Powiedziałabym, że dziękuję, ale wolę swoje życie. Ale gdybym miała 19 lat i głowę nabitą filmami... Kto wie?
Właśnie, zadajmy sobie pytanie, co zrobilibyśmy na miejscu młodej Diany. Dziś nie mam wątpliwości, że ja powiedziałabym mu: „spadaj” – albo, głosem protestujących kobiet, jeszcze dosadniej.

Podkreśla pani, że to był jej świadomy wybór. Także dotyczący wejścia w rodzinę królewską.
Nie pamiętam, żeby ją porywano ani by rodzina ją do tego przymuszała. Była świadoma konsekwencji, a potem przez 15 lat grała rolę szczęśliwej żony i matki. Sama wybrała, w dodatku źle. Wydawało się, że godzi się na to wszystko, rodziła dzieci, chodziła z uśmiechem, pozowała do zdjęć, aż nagle wszystko runęło. Jaka jest naprawdę wytrzymałość psychiczna człowieka – ile udaje, a ile wysiłku wkłada w to, by coś ocalić – to trudno określić z daleka. Po tych latach okazało się, że od początku była nieszczęśliwa, już do ślubu szła, wiedząc, że jest zdradzana. Tylko długo nie umiała się przeciwstawić skostniałej instytucji, jaką jest dwór angielski. My w Polsce mamy to na zupełnie innym poziomie i w zupełnie innej postaci, a mianowicie Kościoła katolickiego. Znam rodziny, w których dziś nadal nie do pomyślenia jest powiedzieć coś złego na papieża Polaka. Mnóstwo ludzi żyje w potrzasku, w szponach konwenansów lub może po prostu fałszu.

Może jej siłę dawały dzieci?
Tak, ona znajdowała w synach – z czym ja się bardzo identyfikuję – ratunek. Bo kiedy twoje życie osobiste nie najlepiej się układa, to dziecko jest i źródłem, i adresatem największej miłości. Ale to niekoniecznie jest najzdrowsze macierzyństwo. Lepszym macierzyństwem jest takie, które jest mniej zafiksowane na dzieciach. Tylko że ona nie miała wyboru, bo nikogo oprócz dzieci nie miała do kochania. Ale owszem, była troskliwa, czuła, znajdowała radość i przyjemność w czasie spędzonym z nimi. Z drugiej strony – kim innym mogła być? Nie była wspaniałą żoną, nie była wspaniałą czwartą czy piątą postacią w monarchii. Była więc wspaniałą mamą. Oksytocyna to jest taka cudowna substancja, która nam daje miłość do dzieci niemalże bez wysiłku. A jeśli jeszcze nie masz poza tym nic innego? Diana miała wiele zalet – urodę, ciepło i wielką potrzebę okazywania i dostawania uczucia – i nie miała gdzie tego skanalizować, bo trafiła na kogoś, kto był skłonny do uczuć, ale tylko wobec innej kobiety.

Tak więc ja dziś patrzę na Lady Di tak jak wszyscy – z mieszaniną zachwytu, podziwu i żalu, że jej się nie udało lepiej. Widzę w jej historii jakieś fatum – ten dziwny wypadek w Paryżu, to, że uciekali przed paparazzi, z którymi przecież była w dobrych stosunkach i którzy niejedno zdjęcie jej zrobili. Sądzę, że ona już była wtedy w jakiejś mgławicy. Ale też za bardzo jej nie współczuję, bo jednak żyła w XX wieku, a nie w XIV, i podjęła określoną decyzję co do swojej przyszłości – ja sama nie wszystkie decyzje, które w życiu podejmowałam, powtórzyłabym po latach. Ale gdybym jeszcze raz miała tyle lat co kiedyś i stała przed takim samym wyborem, prawdopodobnie postąpiłabym tak samo. Bo na tym to polega – że oceniasz sytuację adekwatnie do swojego rozwoju życiowego, duchowego i moralnego.

Dianie się po prostu nie udało. I próbowała się z tego wyzwolić. I to już jest ta część jej życiorysu, która budzi mój podziw. Bo jednak otworzyła tamy i wylały się z niej te rozpaczliwe świadectwa cierpienia. Był taki moment, że cała rodzina królewska zamarła, bo wszystko, co mówiła Diana, godziło w tę ozdobną, wiekuistą i nietykalną fasadę. Ale poradzili sobie i z tym. Dziś ich popularność równa się popularności gwiazd filmowych. Co więcej, następne żony wchodzą do tego rodu już na swoich prawach i warunkach, co widzimy najlepiej po księciu Harrym i jego amerykańskiej żonie Meghan. Nastąpił tu więc ogromny postęp.

Zgadza się pani z teorią, która mówi, że Meghan Markle jest taką post-Dianą, czyli Dianą starszą, bardziej doświadczoną, która układa sobie życie obok księcia Harry’ego na swoich zasadach? I która postawiła się rodzinie królewskiej w sposób bardziej inteligentny niż Diana?
Tak, zgadzam się. Bardzo im obojgu kibicuję. Meghan jest fantastyczna, mnie się o wiele bardziej podoba niż Diana. Wie, czego chce, i robi, co chce, co łatwo jej też nie przychodzi. Ale przychodzi. Bo czasem tylko wydaje się, że czegoś nie można, ale jak już to zrobisz, to się okazuje, że cały czas było można.

  1. Psychologia

Jaka jest cena podwójnego życia?

Wyniesione z domu wzory i matryce, które mówią nam, czym są miłość, bliskość, zaufanie, często sprawiają, że choć bardzo tego pragniemy, nie umiemy tworzyć bliskich relacji. Czasem niezbędnym krokiem jest samo uświadomienie sobie, co się działo w życiu naszych rodziców i jaki to ma wpływ na nas dzisiaj. (Fot. iStock)
Wyniesione z domu wzory i matryce, które mówią nam, czym są miłość, bliskość, zaufanie, często sprawiają, że choć bardzo tego pragniemy, nie umiemy tworzyć bliskich relacji. Czasem niezbędnym krokiem jest samo uświadomienie sobie, co się działo w życiu naszych rodziców i jaki to ma wpływ na nas dzisiaj. (Fot. iStock)
Co zdrady mojego ojca i milcząca zgoda na nie matki mają do tego, czy jestem szczęśliwa w małżeństwie? Czasem wolimy nie znać rodzinnych tajemnic. Jednak bywa, że odkrycie tego, co działo się między rodzicami, to droga do szczęścia w miłości.

Sto razy bardziej wolałabym widzieć swojego ojca szczęśliwego z inną kobieta niż przez lata patrzeć, jak warczą na siebie z matką – mówi Anna, lekarka. – Widzieć, jak siadają na dwóch końcach wersalki tak, żeby się przypadkiem nie dotknąć. Jak mijają się w kuchni czy przedpokoju, nie patrząc sobie w oczy. Jak matka wścieka się lub płacze, bo nawet kiedy ojciec jest w domu, to siedzi w swoim gabinecie. A ona ze mną, moim bratem i naszym kotem…

Jak to, że ojciec matki nie kochał, ale mimo to mieszkali razem, wpłynęło na jej życie, Anna zdała sobie sprawę po rozwodzie. Jej mąż był zimny i krytyczny, ale odeszła od niego z powodu mężczyzny, który był… taki sam.

– Miałam szmergla na punkcie mojego kochanka Pawła. Zdradziłam z nim męża, ale dopiero po jakimś czasie zdałam sobie sprawę z tego, że Paweł całkiem mnie lekceważył.

Zabolało ją i otrzeźwiło, kiedy usiadł na kanapie tak, żeby przypadkiem jej nie dotknąć. Wtedy zobaczyła, że powiela życie matki i ojca. Zrozumiała też, jak cierpiała matka i dlaczego była taka nieczuła wobec niej i brata.

Anna, rozbita i załamana, trafiła na terapię. Zrobiła wszystko, co mogła, żeby być szczęśliwa. Żeby nie powtórzyć losu rodziców. Efekt? Nieudane małżeństwo, zdrada, rozstanie.

– Psychoterapeuta wyjaśnił mi, że nie jestem masochistką. Powielam w życiu wzory wyniesione z domu. A że są traumatyczne, to pech! Jasne stało się, dlaczego wyszłam za mąż za mężczyznę, który był jak jeż, i czemu go zdradziłam z podobnym, dlaczego moje życie było pogonią za niemiłymi facetami. Dlaczego? Bo, jak mi wyjaśnił psycholog, miłość to dla nas to, co łączyło tatę i mamę, nawet jeśli z prawdziwą miłością nie miało to wiele wspólnego.

Anna dowiedziała się przez przypadek, skąd wynikały chłód i napięcie panujące w ich domu. Zdarzyło się to w czasie, kiedy rozstała się z mężem i kochankiem. – Dobrze zrobiłaś – usłyszała od znajomej mamy, którą znała od urodzenia. – Szkoda, że twój ojciec nie odszedł od twojej mamy do Ewy. Nie wiedziałaś, że przez 16 lat prowadził podwójne życie?

Anna znała Ewę: miła brunetka, która często u nich bywała. Ewa czekała na ojca Anny 16 lat.

Matryce emocjonalne

Ksiądz doktor Grzegorz Kudlak, psycholog: – Anna jak każda dziewczynka patrzyła na to, jak tata odnosi się do mamy, i w dorosłym życiu szukała mężczyzny, który traktowałby ją w taki sam sposób. Szczęśliwa z nimi być nie mogła, ponieważ jej rodzice szczęśliwi nie byli… Ale wybierała to, co znane, bo w takiej relacji czuła się pewniej. Choć świadomie pragnęła czego innego, nie mogła przekroczyć tej smutnej emocjonalnej matrycy, póki nie zyskała świadomości, że taką ma.

Skąd się bierze emocjonalna matryca? „Dziecko nie rozumie, jest jeszcze za małe” – myślą rodzice. – Może nie rozumie, ale czuje: zamieszanie, pustkę, napięcie, lęk – dodaje dr Grzegorz Kudlak. Chłód emocji i odrzucenie. Do nich się przyzwyczaja i ich potem nieświadomie szuka. Dziecku trzeba mówić, co się dzieje, bo inaczej żyje w ciągłym napięciu, które je demoluje. Przywyka do napięcia i dlatego w relacjach w dorosłym życiu czuje się jak domu wtedy, kiedy to napięcie odczuwa.

Być jak ojciec

Na tę audycję w radiu Rafał trafił przypadkiem. „Każde uzależnienie – usłyszał – a więc i to od uwodzenia czy od seksu, ma swoje fazy. Najpierw przynosi więcej korzyści niż strat, potem, kiedy potrzebujemy coraz mocniejszych bodźców, żeby dostarczyć sobie takiej samej jak na początku stymulacji, zaczynamy odczuwać negatywne skutki: wstyd i poczucie winy. Ale wtedy już nie udają się próby zaprzestania flirtów, zdrad itp. Nasze myślenie opanowało planowanie i fantazjowanie o seksualnych doświadczeniach. Spędzamy coraz więcej czasu na poszukiwaniu seksu. Zaniedbujemy bliskich, pracę. Pojawiają się jeszcze silniejsze poczucie winy i lęk. By je zagłuszyć, sięgamy po jeszcze bardziej niebezpieczne zachowania seksualne. A poczucie pustki i upodlenia rośnie”.

Rafał opowiedział swojemu terapeucie, że słuchając o uzależnieniu od seksu, poczuł, jak włosy stają mu dęba. To było o nim! Przed oczami ciągle miał twarz swojej partnerki: płaczącą, krzyczącą, że to chore, proszącą, żeby przestał – to jego chowanie telefonu i komputera, mówienie jej o tym, że to ona ma iść się leczyć, bo chce go kontrolować! A przecież wiedział, że ukrywa przed nią zdrady. Wiedział i nie wiedział. Nie chciał przecież tak żyć, a znów to robił. Dlaczego? Aż tak nie kontroluje swojego życia?! Tym razem nie miał wątpliwości, że sam sobie nie poradzi. Zdecydował się na terapię.

Piotr Gumienny, seksuolog: – W modelu mężczyzny Rafał ma wpisane uwodzenie. Jego ojciec, z którym spędzał wiele wolnego czasu, uwodził na jego oczach właśnie poznane kobiety. Matka Rafała udawała, że nie widzi zdrad męża. Bała się, że go straci, że w wypadku konfrontacji odejdzie do którejś z kochanek. Zostawała więc w domu razem ze starszą o pięć lat od Rafała córką.

Piotr Gumienny: – Rafał chciał żyć inaczej niż ojciec, nie uniknął jednak nieświadomego powielania. Świadomie starał się być wierny, zwłaszcza że to była czwarta partnerka. Czuł się jednak źle w atmosferze otwartości, miłości i akceptacji. Przywykł w domu rodzinnym do napięcia, milczenia, atmosfery tajemnicy, lęku. Zaczął więc czuć brak, nudę, irytację. Szukając sposobu, by je zniwelować, zaczął  flirtować na Facebooku. „Przecież to nie portal randkowy, co w tym złego?” – tak sobie tłumaczył. Do czasu, aż pierwszy raz poczuł, że Messenger w nocy to za mało, i poszedł do łóżka z poznaną w necie kobietą.

Seksproblemy po zdradach

– Gdzie zaczyna się seksualność dziecka? W sypialni rodziców – mówi dr Kudlak. Tymczasem rodzice Anny nie spali razem. Dla niej więc stały partner nie był kimś, z kim łączy intymna, seksualna więź, co źle wpłynęło na jej małżeństwo i pchnęło ją samą do romansu. Podobnie rodzice Rafała nie mieli wspólnej sypialni. A więc i dla niego związek nie był przestrzenią dla bliskości i zmysłowości. I on tracił ochotę na seks z każdą kobietą, która się stawała jego stałą partnerką. Co więcej, zaczynał swoje kobiety traktować chłodno i trzymać na dystans.

Powodów było wiele, ale żaden nie wynikał z tego, co do nich czuł i co one zrobiły. Jego relacje niszczyła emocjonalna matryca.

– Chłopiec obserwuje, jak tata odnosi się do mamy, a jak do pani w kawiarni czy koleżanki w pracy. W domu w stosunku do mamy jest chłodny, a w kawiarni do obcej pani miły? Tam niechętny, a tu czuły?! To rodzi chaos, który jest destrukcyjny dla przyszłości dziecka. Bo kto jest bliski, kto obcy? Jak się zachowywać? Chłopiec czuje się zagubiony i nieświadomie zaczyna postępować tak jak ojciec – wyjaśnia dr Grzegorz Kudlak. – A to niszczy przyszłe związki, gdyż czyni go niezdolnym do stworzenia bliskości.

Rafał miał żal do swojej matki, która jak większość zdradzanych kobiet nie radziła sobie z zazdrością i wybuchała agresją wobec syna. Ta niechęć promieniowała na wszystkie kobiety, z którymi był. Nie wiedział jednak o tym do czasu, aż trafił na psychoterapię. Nie była ona jednak prosta, bo Rafał musiał dostrzec, że wzór bycia mężczyzną może się różnić od tego, który wyniósł z rodzinnego domu. Co więcej, zaczął walczyć ze swoim uzależnieniem.

Razem aż do bólu

Dla dobra dzieci! Co inni powiedzą?! Dla majątku! Są różne intencje, jakimi uzasadniamy życie w tylko pozornie udanym i dobrym związku.

Ksiądz dr Grzegorz Kudlak: – O miłości można mówić eschatologicznie, że to piękne uczucie itp. Ale z punktu widzenia psychologii miłość to poczucie bezpieczeństwa, akceptacja, równowaga, stałość. Tam, gdzie nie ma miłości między rodzicami, dzieci nie mają poczucia bezpieczeństwa. A to klucz do tego, aby zrozumieć, co tracą dzieci wychowywane w atmosferze kłamstw. Podobnie bywa ze zdradą.

Rodzice się nawet nie lubią, nie rozmawiają ze sobą, kłócą się? Dziecko myśli: „Tak funkcjonuje świat”. I ma dwa wyjścia: albo uznać, że z nim jest coś nie tak, albo że coś nie tak jest z rodzicami. Co wybiera? Że winno jest ono. A więc jego samoocena spada, co staje się podwaliną pod to, by w dorosłym życiu nie wierzyć, że zasługuje się na miłość. Dlatego łatwiej godzi się na bycie wykorzystywanym, lekceważonym, zdradzanym lub też samo wykorzystuje, lekceważy i zdradza.

– Psycholodzy mówią, że bycie razem tylko dla dobra dzieci może być błędem. Bo w gruncie rzeczy dzieci krzywdzi. Pokazuje im w niewerbalny sposób, że można oszukiwać, ściemniać. To buduje mur niedostępności – mówi Piotr Gumienny.

A jaką cenę płaci zdradzający? – Nie potrafi zbudować bliskości z nikim – skoro nie umie z żoną, to tym bardziej nie zbuduje jej z kochanką – tłumaczy seksuolog.

Tu będzie prawdziwy podczas seksu. Tam przy stole. Ale nigdzie całkowicie. Ucierpią na tym jego dzieci – z nimi też nie będzie umiał być blisko, bo wciąż będą go trzymały na dystans jego tajemnice, to, co musi ukrywać. Lęk, czy się nie wyda. Bo telefon został na wierzchu. Czy nie spotka przypadkiem na ulicy kochanki, kiedy będzie spacerował z dzieckiem i żoną…

– Zdradzający nie jest blisko ani z partnerem, ani sam ze sobą. Tajemnice to niewola ustawicznego lęku przed ich ujawnieniem – dodaje ksiądz doktor Kudlak. – Podwójne życie to ciężar, który daje znać o sobie także fizycznie – w bólach kręgosłupa, stawów, ścięgien, zapaleniu korzonków itd. Może też objawiać się depresją, nerwicą. Albo uzależnieniem od alkoholu czy narkotyków, bo to często metoda radzenia sobie z napięciem.

Sam mężczyzna czuje się także bardzo samotny. Te uczucia maskuje jednak fałszywym poczuciem mocy i kontroli, czyli trzymaniem wszystkich sznurków, a także manipulowaniem ludźmi. Po jakimś czasie stres sprawia, że zaczyna szwankować to, co jest dla niego sensem życia, czyli męskość. Niedomaga, bo nagromadziło się za dużo napięcia. Bo nałogi niszczą zdrowie. Co wtedy? Pustka.

Mężczyzna, który ma kochanki, może traktować kobiety jak trofea, kłamstwo uznaje za myśliwskie narzędzie. Ale są mężczyźni, którzy nie potrafią odejść od żony, bo są emocjonalnie związani i z nią, i z kochanką. To tragedia dla niego i dla tych kobiet.

– Zapytałam ojca, dlaczego nie odszedł od matki. Powiedział, że nie mógł, bo byliśmy ja i mój brat – opowiada Anna. – Nie uwierzyłam mu, myślę, że po prostu było mu tak wygodnie!

Piotr Gumienny: – Mężczyzna, który żyje podwójnym życiem, traci stabilizację emocjonalną, marzenie o dobrej relacji. Musi się ze szczęściem pożegnać. Może nigdy nie zaznać szczęścia, wiecznie za nim goniąc. Działa często w dobrej wierze, ale w złej sytuacji. Nie ma tu dobrych rozwiązań.

Ksiądz doktor Kudlak: – Jeśli ludzie decydują się być razem mimo zdrady, trzeba, by zawalczyli o odzyskanie dobrej relacji między sobą. Jeśli to niemożliwe, jeśli podwójne życie trwa i brak obopólnej woli do współpracy, czyli brak szans na zmianę, bywa, że lepiej się rozstać niż udawać przed dziećmi. To je krzywdzi na całe życie, ponieważ wypacza postrzeganie zdrowych relacji. Co innego dzieci widzą, co innego im się mówi, a co innego czują. Takie dziecko zazwyczaj ma trudności w budowaniu szczęśliwego związku, choćby bardzo tego pragnęło, dlatego właśnie, że nie doświadczyło szczerej, opartej na prawdziwej  bliskości relacji i nie wie, czym ona jest. Taka osoba jako dorosły często obiecuje sobie, że w jego życiu będzie inaczej. Tymczasem tkwi często w związkach, które nie dają szczęścia lub po serii nieudanych prób nie wiąże się z nikim i żyje samotnie.

Żadna matryca nie oznacza jednak wyroku. Dorosłym lekiem na trudne dziedzictwo jest zdanie sobie sprawy z tego, co tak naprawdę przeszkadza nam żyć w pełni, odkłamanie i rozwikłanie tych wzorów. Pomaga świadoma już tym razem nauka kochania siebie i dzięki temu też innych. Wyleczenie emocjonalnych ran jest możliwe, ale wymaga czasu, pracy i odwagi do zbudowania bliskości.

Wyniesione z domu wzory i matryce, które mówią nam, czym są miłość, bliskość, zaufanie, często sprawiają, że choć bardzo tego pragniemy, nie umiemy tworzyć bliskich relacji. Czasem niezbędnym krokiem jest samo uświadomienie sobie, co się działo w życiu naszych rodziców i jaki to ma wpływ na nas dzisiaj. Ten krok otwiera nam drogę do wolności i szczęścia.

  1. Psychologia

Jak się zachować będąc przyjacielem, krewnym lub współpracownikiem osoby zdradzonej?

Zdrada dotyczy nie tylko osoby zdradzonej i zdradzającej. Żyjemy w sieci połączeń z innymi, dlatego w krąg oddziaływania niewierności często zostają wciągnięci również przyjaciele, rodzina, czy współpracownicy. (Fot. iStock)
Zdrada dotyczy nie tylko osoby zdradzonej i zdradzającej. Żyjemy w sieci połączeń z innymi, dlatego w krąg oddziaływania niewierności często zostają wciągnięci również przyjaciele, rodzina, czy współpracownicy. (Fot. iStock)
Czy mówić koleżance, że jej mąż ma kochankę? Komu się zwierzać ze swojego bólu? Jak reagować, gdy zdrada staje się publiczna? Niewierność nie tylko łamie serce partnera, ale i narusza układ społeczny, w którym para funkcjonuje, oraz jest wyzwaniem dla przyjaźni.

Zdrada i ból nią spowodowany dotyczą nie tylko dwóch osób – zdradzonej i zdradzającej. Zdrada ma swoich towarzyszy spoza miłosnej relacji, bo żyjemy w sieci połączeń z innymi. Przyjaciele, rodzina, wspólni znajomi czy współpracownicy często zostają wciągnięci w krąg oddziaływania niewierności, która – choć wydarzyła się po kryjomu – nieuchronnie wychodzi na światło dzienne, stając się wydarzeniem rodzinnym czy wręcz w różnej mierze publicznym.

Jeśli ktoś zdradza, to nie robi tego po to, żeby od razu się przyznać. Podświadomie często jednak pragnie, żeby tajemnica się wydała, bo zdrada ma zwykle głębszy sens, ujawnia wypierany status związku. I najczęściej sekret się wydaje, bo na przykład życzliwa osoba uprzejmie donosi, że on czy ona byli widziani w niedwuznacznej sytuacji. Pierwszym towarzyszem zdrady jest więc posłaniec.

Złe wieści

Wyobraź sobie, że wieloletni partner zdradza twoją najlepszą przyjaciółkę, a ty to odkryłaś. Już na samą myśl, że to ujawnisz, niemal czujesz jej ból. Zaraz potem zaczynasz myśleć, że jeśli powiesz, rozbijesz związek przyjaciółki i nie chcesz brać tego na siebie. A za chwilę sama sobie jednak odpowiadasz, że przecież to jej partner to robi, nie ty. No i w końcu ona ma prawo wiedzieć!  Chcesz jej bronić, ujawnić prawdę, która, choć jest bolesna, wyzwoli ją ze złudzeń. Ale czy masz prawo wchodzić z butami w jej życie? Mówić czy nie mówić o zdradzie?

Odpowiedź wydaje się skomplikowana, a decyzja trudna, bo rola posłańca nowiny, która niesie cierpienie, jest niewdzięczna. Można też wybrać opcję porozmawiania najpierw z osobą, która zdradza. Terapeutka i life coach Joanna Godecka uważa, że to może być rozwiązanie najbardziej fair, zwłaszcza jeśli na zdradę nic wcześniej nie wskazywało. W zależności od tego, co usłyszymy, łatwiej nam będzie podjąć decyzję, czy i co powiedzieć przyjaciółce. Jeżeli jednak wiemy, że to relacja toksyczna, a niewierność partnera zdarza się już nie pierwszy raz, lepiej jak najszybciej jej powiedzieć, co wiemy.  – Moim zdaniem udawania, że nic się nie dzieje, podczas gdy widzimy, że druga osoba jest celowo wprowadzana w błąd, nie można zaakceptować. Jeślibym wiedziała, że moją przyjaciółkę zdradza jej partner czy mąż, myślę, że bym jej to powiedziała. Bo gdyby później wydało się, że wiedziałam, a nie powiedziałam – czułabym się współwinna. I nie zdziwiłabym się, gdyby przyjaciółka poczuła się i przeze mnie zdradzona – mówi ekspertka, ale przyznaje, że powiedzenie o zdradzie może być ryzykowne, bo nikt nie lubi posłańców złych wieści. Tym bardziej że zdradzana strona może wcale nie chcieć widzieć, co się dzieje, i ignorować oczywiste sygnały niewierności. Jeśli tak jest, możemy spotkać się z nieprzyjemną reakcją i warto mieć tego świadomość, zanim zdecydujemy się działać.

A co jeśli to my jesteśmy ofiarą  przemilczenia? Jeśli bardzo cenimy sobie szczerość i odkryjemy, że przyjaciel lub ktoś z rodziny wiedział, że byłyśmy zdradzane, a zachował milczenie – na pewno wzbudzi to w nas dodatkowe emocje – smutku, rozczarowania, gniewu... Jednak zamiast atakować, lepiej zapytać, co tą osobą kierowało. Być może zabrakło jej odwagi? Albo z jakichś powodów uznała, że tak będzie dla mnie lepiej?

Powiernicy

Jeśli pojawia się informator, oznacza to, że już nie tylko my wiemy o zdradzie. Sami też możemy czuć potrzebę, żeby komuś zwierzyć się ze swojej trudnej sytuacji i bolesnych emocji, które jej towarzyszą.

– W gabinecie obserwuję, że na początku przechodzenia przez proces zdrady osoba zdradzona mierzy się z nagłym wewnętrznym poczuciem osamotnienia. Ktoś bliski był obok, ktoś, do kogo przynależeliśmy, kogo obdarzyliśmy zaufaniem i to zaufanie właśnie zostało nadużyte, zniszczone – wyjaśnia Joanna Godecka. –  Potrzebujemy wsparcia i może dlatego szybko zaczynamy szukać sprzymierzeńców. Najlepsze, czego możemy od nich oczekiwać, to deklaracja „Niezależnie od tego, co się wydarzy i jaką decyzję podejmiesz, będę po twojej stronie”.

A wcale nie jest takie oczywiste, że właśnie to otrzymamy!  Terapeutka przypomina sobie klientkę, którą mąż nie tylko zdradzał, ale jeszcze stosował wobec niej przemoc psychiczną. Kiedy poprosiła o pomoc rodziców, usłyszała, że jeśli złoży pozew o rozwód, to oni nie będą w sądzie zeznawać na jej korzyść.

Pamiętajmy zatem, że nie mamy obowiązku spowiadania się ludziom ze wszystkiego, nawet tym najbliższym. Nie narażamy się też w ten sposób na rady: „Zastanów się, możesz sobie już życia nie ułożyć. Machnij na to ręką, bo jak ty sobie sama teraz dasz radę?”. Zdrada budzi emocje i czasem arbitralne postawy. Możemy na przykład czuć nacisk ze strony przyjaciółki, która uważa, że kto raz zdradził, będzie zdradzał zawsze, podczas gdy my same nie jesteśmy gotowe, by odejść. Komunikat: „Zrób z tym coś wreszcie. Nie daj się  tak traktować” może spowodować niepotrzebne napięcie i poczucie winy. I w rezultacie tylko nas osłabić.

Podwójny ból

Istnieje też bardziej bolesna konfiguracja – mąż zdradza cię z twoją przyjaciółką, siostrą, wspólną koleżanką... I wbrew pozorom, to wcale nie jest wyłącznie filmowy scenariusz, bo jak wskazuje sondaż serwisu randkowego IllicitEncounters.com – niewierności dopuszczamy się zwykle w najbliższym gronie. Na pierwszym miejscu tego niechlubnego rankingu znalazła się szwagierka i inni członkowie rodziny (aż 15 proc. aktów niewierności dotyczy naszego rodzeństwa). Taką zdradę trudno wykryć, bo nigdy nie wiadomo, czy dobry kontakt wynika wyłącznie z rodzinnej sympatii, czy może jednak z pożądania. Drugie miejsce na liście kochanek zajęła najlepsza przyjaciółka partnerki. Co dziesiąty zdradzający mężczyzna decyduje się na przygodę właśnie z nią. To ona przecież często pojawia się w waszym domu, więc znajomość może się rozwijać. Wie też od ciebie, kiedy przeżywacie kryzys i może wykorzystać sytuację.

Podwójna strata dotkliwiej boli, bo nie dość, że zdradził nas partner, to jeszcze ktoś drugi też bliski, czasem nie mniej ważny. Już nie pójdziemy do tej przyjaciółki, żeby zwierzyć się ze smutków lub poprawić sobie nastrój przy kawie. Czujemy, że dwie najbliższe osoby zawiązały porozumienie za naszymi plecami i zrobiły coś przeciwko nam, więc podwójnie cierpimy.

– Taką zdradę trudniej przeżyć, bo siostra czy najlepszy przyjaciel wiele o nas wiedzieli, znali naszą wrażliwość, nasze sekrety – mówi Joanna Godecka. Radzi, żeby powoli do tej sytuacji się zdystansować, nie wypierając jednocześnie swoich uczuć. Nie sposób nie mieć poczucia zranienia, niesprawiedliwości, krzywdy, bólu, złości, ale na końcu warto zdać sobie sprawę, że te osoby, choć były nam tak bardzo bliskie, są zwykłymi ludźmi ze swoimi ułomnościami. Nie zlikwiduje to naszych trudnych emocji, ale może przynieść ulgę.

Jeśli same mamy pokusę, żeby pozwolić sobie na skok w bok z przyjacielem partnera, miejmy świadomość, że celujemy jednocześnie do dwóch tarcz. Jeśli on dowie się o tym, poczuje się zdradzony jeszcze bardziej. – Zdrada istnieje jak świat światem, ale ważne jest, żeby wziąć za nią odpowiedzialność – dodaje ekspertka. – Partner będzie miał prawo być wściekły, zraniony, zawiedziony, bo naturalne jest, że oczekiwał lojalności od dwóch stron.

Wszyscy wiedzą

Czasem zdrada staje się publiczna. Para pracuje razem i on zdradza ją z koleżanką z biura, a romans zostaje ujawniony. Okoliczności są równie trudne, co sama zdrada, którą odbieramy jako upokarzającą.

Joanna Godecka uważa, że najlepszym wyjściem z twarzą z takiej sytuacji jest powiedzenie głośno: „Wiem, że wszyscy wiedzą to, co ja wiem. Nie gadajmy o tym, bo nie chcę”. Jasny komunikat powinien zadziałać. Natomiast udawanie, że nic się nie stało, do niczego nie doprowadzi.

Możemy jednak mieć pokusę, żeby rozegrać to inaczej, na przykład krytykować, obgadywać osobę, która nas skrzywdziła. Terapeutka zwraca uwagę, że publiczne pranie brudów nigdy nie jest eleganckie, a w dłuższej perspektywie może obrócić się przeciwko nam, bo my przestaniemy te brudy prać, a inni jeszcze długo będą.  Niektórzy decydują się na przykład odejść z pracy. Przedtem jednak warto się zastanowić, czy naprawdę tego chcemy, bo właściwie to z jakiego powodu mam się wstydzić, że ktoś mnie zdradził.

– Koniec końców, towarzysze zdrady są na drugim planie – podsumowuje Joanna Godecka. – Jeśli po zdradzie chcemy odbudować swoje życie i ruszyć dalej, potrzebne jest poczucie, że to my wiemy, dokąd zmierzamy.

  1. Psychologia

Jak podnieść się po bolesnym rozstaniu? O wychodzeniu z porozwodowej traumy

Rozwód jest uznawany za jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Emocje, jakie wywołuje, porównywane są z tymi, jakie towarzyszą śmierci bliskiej osoby czy też diagnozie poważnej choroby. (Fot. iStock)
Rozwód jest uznawany za jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Emocje, jakie wywołuje, porównywane są z tymi, jakie towarzyszą śmierci bliskiej osoby czy też diagnozie poważnej choroby. (Fot. iStock)
Jak podnieść się po bolesnym rozstaniu z wieloletnim partnerem i jak odbudować świat? Psycholog pozytywny Jolanta Burke opowiada o swoim wychodzeniu z porozwodowej traumy.

Jak podnieść się po bolesnym rozstaniu z wieloletnim partnerem i jak odbudować świat? Jolanta Burke, psycholog, opowiada o swoim wychodzeniu z porozwodowej traumy.

Artykuł archiwalny

Roztrzęsiona siedziałam w fotelu, zastanawiając się, czy to dzieje się naprawdę. „Czemu to zrobiłeś? – szeptałam – Czemu mnie tak skrzywdziłeś?”. Ale jedyne słowa, jakie był w stanie wypowiedzieć to: „Nie wiem, naprawdę nie wiem… Tak mi przykro”. Wiedziałam, że to koniec, oboje wiedzieliśmy, że przekroczył granicę i nie ma już powrotu. Nadszedł czas rozstania, życia bez niego. Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Po wielu latach małżeństwa był dla mnie nie tylko partnerem, ale również przyjacielem, najbliższym człowiekiem, który… zdradził mnie z inną kobietą. Czułam, że jestem w stanie mu wybaczyć, ale bałam się, że pamięć o tym zdarzeniu będzie mnie dręczyć przez lata, niszcząc resztki zaufania. Rozwód był jedyną opcją.

Wyjście z dołka

Kolejne miesiące stały się udręką. Nigdy wcześniej nie byłam w takim dołku. Jako psycholog wiedziałam, że rozwód jest uznawany za jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Emocje, jakie wywołuje, porównywane są z tymi, jakie towarzyszą śmierci bliskiej osoby czy też diagnozie poważnej choroby. Czytałam o badaniach, według których satysfakcja z życia w przypadku rozwódek i wdów spada o 10 proc. i nigdy nie powraca do normy. A może jednak powraca? Tradycyjna literatura psychologiczna rzadko pisze o rozwoju po traumie. A przecież dla niektórych ludzi sytuacje stresujące, jak w moim przypadku, są platformą do rozwoju.

Według psycholog pozytywnej dr Barbary Fredrickson, by dobrze się czuć, powinniśmy dążyć do odczuwania trzech pozytywnych emocji na jedną negatywną. W długoterminowych badaniach psychologicznych odkryto, że 10 lat po rozwodzie 40 proc. rozwódek potwierdziło, iż czuje się lepiej niż przed rozwodem. Z innych badań wynika, że rozwódki doświadczyły większego rozwoju w życiu niż kobiety, które nie przechodziły przez rozpad małżeństwa. Po przeanalizowaniu tych badań pomyślałam, że jest dla mnie jeszcze jakaś szansa, tylko muszę ją odnaleźć.

Pewnego wieczoru, kiedy siedziałam przy kominku otulona ciepłym kocem, płacząc nad kubkiem gorącego kakao, zdałam sobie sprawę, że jestem już zmęczona swoim smutkiem. Mam dosyć płaczu, bycia przygnębioną i wspominania wszystkiego od nowa. Przyszedł czas, żebym zmieniła swoje podejście do życia, żebym powróciła do dawnej siebie.

Mój nowy projekt nazwałam „Programem na zdrowie”. Miałam dwie możliwości, by wyjść z dołka: mogłam skorzystać z pomocy psychoterapeuty albo samodzielnie uporać się ze swoimi problemami. Ponieważ miałam dość ograniczony budżet finansowy – mieszkałam za granicą, z dala od rodziny i musiałam oszczędzać – zdecydowałam się na drugą opcję i rozpoczęłam poszukiwania. Zaczęłam czytać artykuły i książki na temat tego, co jest naprawdę istotne w życiu. I tak odkryłam psychologię pozytywną.

 
To nauka o dobrostanie emocjonalnym, o tym, jak go osiągnąć i polepszać. Tradycyjna psychologia skupia się bardziej na tym, czego nam w życiu brakuje. A także na terapii, która ma nas wyleczyć z kompleksów, ograniczeń, zahamowań. Natomiast psychologia pozytywna koncentruje się na zdrowiu i „kwitnieniu psychologicznym”, bada wszystko, co w życiu dobre, i radzi, jak możemy to jeszcze bardziej ulepszyć. Ale najbardziej interesujące, że dla ludzi w stresie i stanie depresji jej działanie jest dłużej skuteczne niż tradycyjnej terapii. To odpowiadało mi bardziej niż banalne poradniki, pełne „złotych rad”, co powinno się robić w sytuacji kryzysowej. Postanowiłam zacząć mój „Program na zdrowie” od prostych interwencji.

Interwencja pierwsza – przyjaciele

Tuż po rozstaniu pragnęłam samotności. Odrzucałam wszystkie zaproszenia na kolacje, spotkania, weekendowe wypady. Chciałam „popływać w moich łzach i smutku”. Niestety, to, co robiłam, specjaliści psychologii pozytywnej uznają za wielki błąd. Przyjaźń nie tylko poprawia samopoczucie, ale również zmniejsza ryzyko chorób i przedłuża życie. Wtedy, kiedy najbardziej potrzebowałam ludzi, izolowałam się od nich, a to nie wyszło mi na dobre. Dlatego też, nie zwlekając, pewnego wieczora rozesłałam wiadomości do znajomych, których wcześniej unikałam, i umówiłam się z nimi na kawę.

Nasze spotkanie było bardzo udane. Ale ponieważ nie widzieliśmy się od dłuższego czasu, znajomi oczekiwali, że zobaczymy się znowu za kilka tygodni. A przecież, żeby nawiązać bliski kontakt z kimkolwiek, ważne są regularne i częstsze spotkania. Zamiast więc czekać na zaproszenie – jak normy społeczne nakazują – wyrzuciłam moje ego do kosza i dwa dni później zadzwoniłam do przyjaciół, żeby znów umówić się z nimi na kolację.

Upłynęło kilka tygodni… Pewnego wieczora, sącząc włoskie wino podczas miłej pogawędki ze znajomymi na tarasie naszej ulubionej restauracji, zdałam sobie sprawę, że od dawna nie czułam smutku! Moje życie zaczęło się zmieniać... Kilka szczerych rozmów, kilkoro bliskich mi ludzi i... poczułam się bardziej szczęśliwa. Mój „Program na zdrowie” zaczął działać!

Interwencja druga – pozytywne emocje

Według psycholog pozytywnej dr Barbary Fredrickson, żeby dobrze się czuć, powinniśmy dążyć do odczuwania trzech pozytywnych emocji na jedną negatywną. Kiedy nadejdzie zły dzień, zamiast siedzieć i słuchać przygnębiającej albo agresywnej muzyki, dużo lepiej poczytać dobrą książkę, porozmawiać z przyjaciółką czy zrobić coś, co naprawdę sprawi ci przyjemność, a czego z różnych względów na co dzień sobie odmawiasz. Dla mnie tą przyjemnością okazało się malowanie.

Nie jestem artystką i, prawdę mówiąc, bardzo brzydko maluję, ale to nieważne. Malując zapominam o całym świecie. Pół godziny przy sztalugach relaksuje mnie tak, jak innych cały dzień spędzony w spa. W tamtym okresie starałam się znaleźć wiele sposobów, by wzbudzić w sobie jeszcze więcej pozytywnych uczuć. Chodziłam do galerii, pisałam wiersze, kupowałam ulubione wino, mimo że było drogie, i sączyłam je przez cały tydzień.

Żeby polepszyć sobie nastrój, raz w tygodniu, w niedzielę, pisałam listę wszystkich rzeczy, za które byłam życiu wdzięczna. Na początku szło mi to ciężko, bo jedyne, co przychodziło do mojej głowy, to: „Nie jestem za nic wdzięczna! Nie mam męża, żyję daleko od domu, jestem smutna!”. Ale za każdym razem, gdy tak pomyślałam, szybko starałam zmusić się do znalezienia jakichkolwiek pozytywnych stron mojego położenia, np.: „Jestem wdzięczna za dach nad głową, jestem wdzięczna za tego miłego kierowcę, który zatrzymał dla mnie autobus, jestem wdzięczna, że mam pracę…”. Psychologowie pozytywni twierdzą, że wystarczy napisać trzy istotne rzeczy, ważne, by wykonywać to ćwiczenie regularnie przez wiele tygodni – wtedy poprawa samopoczucia i dobrostan psychiczny będą długotrwałe.

Interwencja trzecia – pisanie

Badania amerykańskiego psychologa dr. Jamesa W. Pennebakera wskazują, że pisanie przez minimum 20 minut dziennie w ciągu kolejnych czterech dni znacząco poprawia odporność na choroby, polepsza samopoczucie, a efekt prowadzenia pamiętnika, w którym zapisuje się własne przeżycia, odczucia i przemyślenia, porównywany jest do działania krótkoterminowej psychoterapii.

Ja wybrałam formę pisania polecaną przez dr Sonję Lyubomirsky, zdaniem której należy skupić się na opisywaniu swojego życia w przyszłości, kiedy smutek odejdzie, a w sercu zagości radość i spokój. Codziennie więc siadałam i spisywałam moje rozważania i marzenia. Wyobrażanie sobie mojego życia w momencie, gdy wszystko się ułoży, wprowadzało mnie w tak wspaniały nastrój, że czułam się pełna energii do końca dnia. Nawet kilka miesięcy później dodawało mi to odwagi i zapału do życia.

Interwencja czwarta – sposób myślenia

Mimo że spotkania z przyjaciółmi, pisanie pamiętnika i inne zajęcia poprawiły mi samopoczucie, to nadal zdarzało mi się miewać negatywne myśli. I denerwowałam się, gdy ktoś mi czasem mówił: „myśl pozytywnie, wszystko będzie dobrze”. Przecież wiem, że poczuję się lepiej, jeśli będę nastawiona optymistycznie, tylko nie wiem, jak to zrobić!

Z pomocą przyszedł ojciec psychologii pozytywnej – dr Martin Seligman. Zamiast mówić: „myśl pozytywnie”, radzi: „zmień sposób myślenia, postrzegaj negatywne, nieprzyjemne zdarzenia jako tymczasowy okres w życiu, który każdy przeżywa, ale który szybko minie”.

Postanowiłam zastosować jego sugestie w praktyce. Powtarzałam sobie: „Moja sytuacja jest tymczasowa, za kilka dni, tygodni odnajdę dawną radość i spokój!”, ale inny głos podstępnie szeptał: „A jeśli ta sytuacja nie jest tymczasowa... Może zawsze będziesz samotna i nieszczęśliwa?”. Nie poddawałam się: „Ależ nie, miałam przecież męża, znajdę kogoś... może kogoś bardziej wartościowego, ciekawszego, bardziej przystojnego... Mój smutek jest tymczasowy, a brak partnera nie może przesłonić mi radości życia!”. „A co jeśli nie znajdziesz nikogo?” – dręczył mnie ten upiorny głos! Odpowiadałam mu uparcie: „Znajdę, znajdę! Skoro byłam kiedyś szczęśliwa, będę też szczęśliwa w przyszłości”.

I tak przez kilka tygodni walczyłam z własnymi skrajnymi myślami, dopóki nie nauczyłam się zatykać uszu na te negatywne, nie słyszeć tego upiornego głosu. Im dłużej i wytrwalej ćwiczyłam nowy sposób myślenia, tym łatwiej mi to przychodziło.

Kolejny klucz do optymizmu, według doktora Seligmana, to ograniczanie stresu i smutku. Optymiści widzą nieszczęście jako kroplę w morzu szczęścia. Zaczęłam więc sama sobie tłumaczyć: „No dobrze, rozpadł się mój związek, ale przecież praca daje mi ogromną satysfakcję, mam przyjaciół i mieszkam w spokojnym, pięknym kraju”. Im bardziej zdawałam sobie sprawę z dobra wokół mnie, tym czułam się i mniej samotna, i mniej smutna.

Daję radę

Minęło już osiem lat od rozstania z mężem. W tym czasie przeżyłam śmierć taty, rozpadło się kilka moich kolejnych związków, spotkało mnie wiele różnych perypetii życiowych, ale zyskałam pewność, że cokolwiek się stanie, mam worek pełen narzędzi do naprawy sytuacji. Wiem, że zawsze sobie poradzę!