1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak stworzyć udany związek? Sposoby na dobrą relację

Jak stworzyć udany związek? Sposoby na dobrą relację

Życzliwość to jeden z warunków udanego związku (Fot. iStock)
Życzliwość to jeden z warunków udanego związku (Fot. iStock)
Kiedy wchodzimy w relację, chcemy wierzyć, że uda nam się stworzyć idealny związek. Choć wielu z nas ma za sobą nieudane próby. Idealnych pomysłów na to, jak stworzyć szczęśliwy związek nie ma, ale może jest coś, co pozwoli zminimalizować ryzyko kolejnej porażki? O zwiększaniu prawdopodobieństwa, że związek przetrwa i będzie wartościowy oraz satysfakcjonujący, mówi psychoterapeuta Michał Modliński.

Każdy, kto był w związku, wie, że życie w bliskiej relacji z drugim człowiekiem to jak chodzenie po polu minowym. Czy jest jakiś sposób, by zminimalizować prawdopodobieństwo wybuchu?

Nie będę mówił o złotych receptach, jak stworzyć dobry związek, bo takich nie znam. Powiem o tym, co wynika z mojej pracy z ludźmi. Bo to nie jest tak, że mamy kompletnie związane ręce i możemy tylko czekać na końcowe rozstrzygnięcie: uda się, nie uda? Miłości można służyć, można jej też szkodzić. I ta praca zaczyna się zdecydowanie wcześniej, niż sądzimy – bo już na samym początku znajomości. Wtedy kiedy zwykle mamy chęć tylko do siebie wzdychać i patrzeć sobie głęboko w oczy. A ten czas warto wykorzystać na porządny research.

To nie brzmi romantycznie… Nie brzmi, ale – proszę mi wierzyć – wspólne patrzenie na zachód słońca warto odłożyć na później… Związek, który zawieramy nie na żarty, czyli wykluczam tu chwilowe, przelotne relacje bez większego zaangażowania, to coś, co można spokojnie porównać z długoterminowym kontraktem. Kiedy podpisujemy jakiś kontrakt, czy to kontrakt o pracę, czy to umowę z firmą, która dostarczy nam energię bądź Internet, bardzo dbamy o treść takiego dokumentu. Czytamy wnikliwie, do czego się zobowiązujemy, do czego zobowiązuje się ta druga strona. Często, nauczeni wcześniejszymi doświadczeniami, czytamy także to, co na samym końcu i drobnym maczkiem.

Zabezpieczamy się. Tak. I słusznie. Tymczasem kiedy zawieramy swój najważniejszy kontrakt w życiu, czyli związek partnerski, bardzo nam trudno o podobną roztropność. Ale zanim przejdziemy do samej treści umowy, która, dla zwiększenia prawdopodobieństwa powodzenia związku, powinna powstać, są jeszcze dwie ważne kwestie, które powinny ją poprzedzić. I jest to praca u podstaw, praca indywidualna. Wczesna prewencja.

Co wchodzi w jej zakres? Ludzie nie odpowiadają sobie samym na bardzo ważne pytania: Czego ja się spodziewam po związku? Jak stworzyć zdrowy związek? Czego chcę od relacji? Czemu ona ma w ogóle w moim życiu służyć? I to, że takie pytania do siebie samego nie padają zawczasu, jest już pierwszą pułapką. Drugą jest fakt, że zwykle mamy niewielką zdolność do wyobrażania sobie siebie w różnych sytuacjach.

To znaczy? Nie potrafimy wyobrazić sobie, co może być dla nas problemem w bliskiej relacji z drugim człowiekiem. Trzeba pamiętać, że doświadczenie, z którym wchodzimy w związek, to doświadczenie oglądania, bliżej albo dalej, relacji naszych rodziców. To w zasadzie wszystko, co mamy, można powiedzieć, że to bardzo wybiórczy trening, który zawęża nam pole widzenia. No i kiedy do tego dochodzi jeszcze ten wspomniany brak odpowiedzi na pytanie, po co ja w ogóle chcę wchodzić w relację…

Już na starcie lądujemy na lodzie… Z dużym prawdopodobieństwem, że nieźle się poobijamy. Dodatkowo nie służy nam obowiązująca dziś dość powszechnie modna odpowiedź na wspomniane pytanie - jak stworzyć udany związek. A brzmi ona tak: W związek wchodzi się po to, żeby być szczęśliwym! Fajnie, tylko to utopia w czystej postaci. W dodatku utopia, która wieje totalną nudą. Jest taka fantastyczna audycja radiowa na temat szczęścia właśnie. Prowadzi ją mężczyzna, który wybrał się, by zdobyć biegun południowy. Opowiedział w programie, zresztą ten moment jest nagrany i słychać, jak on rzeczywiście krzyczy z radości, o najszczęśliwszym momencie w swoim życiu. Kiedy szedł w stronę bieguna, zakopywał sobie prowiant, by nie dźwigać wszystkiego i by, wracając, móc się posilić. Kiedy już wracał, a był bardzo zmęczony i potwornie głodny, dwóch kryjówek z prowiantem nie mógł odnaleźć. I kiedy w końcu znalazł tę trzecią, to batonik w niej ukryty okazał się kwintesencją szczęścia. Mówił, że nie było w tym nic z przenośni, że to dosłownie był najszczęśliwszy moment w jego dotychczasowym życiu. Po co o tym mówię? Bo według mnie to doskonale obrazuje, jak śmieszne i kulawe jest to nasze wyobrażenie o szczęściu, więc także o tym, że łączymy się w pary po to, by znaleźć szczęście… A może dobrym celem jest to, żeby nie było tak nieszczęśliwie, żeby sobie razem jakoś zmniejszać w życiu ilość cierpienia? I jeśli mamy takie, zdecydowanie bardziej realistyczne, dojrzalsze, podejście do bycia w relacji, to już jest jakiś rodzaj prewencji, zabezpieczenia przed porażką. Kolejne pytanie, to z kim mi najlepiej będzie tę ilość cierpienia w życiu zmniejszać.

Rozumiem w tym sugestię, że by wiedzieć, z kim mi będzie najlepiej, muszę wiedzieć coś o sobie, czy tak? Dokładnie, trzeba mieć jakiś wgląd w siebie. Ale jednocześnie też zgodę na to, że ten towarzysz będzie mi pokazywał to, czego ja sam w sobie zobaczyć nie mogę, bo ograniczają mnie moje doświadczenia z przeszłości, także te z wcześniejszych nieudanych związków, to jest to zawężone pole widzenia, o którym mówiliśmy. Bo po to też jest nam w życiu drugi człowiek, żeby nam opowiadał o nas to, czego sami w sobie nie potrafimy dostrzec. To bywa raniące, ale to pozwala na rozwój, na rozstanie się z niektórymi zakorzenionymi przekonaniami.

Przejdźmy do treści umowy, co powinno się w niej znaleźć? Ta umowa to jest bardzo obszerny dokument, to jakiś rodzaj opowiedzenia sobie o swoich światach, z których się wywodzimy, o dzieciństwie, o doświadczeniach z poprzednich relacji, które się nie udały, bo to wszystko będzie odgrywało dużą rolę w tym nowym, wspólnym świecie, który mamy spróbować zbudować. Chodzi o to, by postarać się tak o sobie opowiedzieć, by ten drugi człowiek mógł potem rozumieć nasze zachowania. Ten moment zapoznawania się warto wykorzystać w taki sposób, by wiedza, którą posiądziemy na samym początku, zwiększała naszą szansę na rozwiązywanie problemów, które bez wątpienia się pojawią.

Poproszę o przykład. Jednym z trudnych obszarów między ludźmi jest na przykład sposób wychowywania dzieci. Tu toczą się czasem wielkie boje, które bardzo nadwyrężają związek. Jeden z partnerów mógł doświadczyć nadmiaru opieki, a ten drugi kompletnego jej braku. I ten ktoś niezaopiekowany może mieć tendencję do nadopiekuńczości, co tego pierwszego doprowadzać będzie do szału, bo dobrze zna smak takiego zamachu na wolność. Kiedy znamy źródło, kiedy wiemy, co kieruje drugim człowiekiem, łatwiej jest usiąść do negocjacji. I to dotyczy obu stron. Ta umowa jest rodzajem intercyzy, ale dotyczącej spraw emocjonalnych.

To słowo kojarzy nam się wyłącznie z finansami. Słowo „intercyza”, pochodzące z łaciny, oznacza „rozstrzygnięcie”. Sądzę, że jest wiele spraw, które należy rozstrzygnąć, wchodząc w relację. I zawieranie akurat intercyzy finansowej dla mnie osobiście jest znakiem niepokojącym. Wiem, że to w jakimś stopniu odpowiedź na dzisiejsze czasy, na to, że ludzie się rozwodzą i toczą boje o pieniądze, ale to jest w pewnym sensie sytuacja, w której dwie strony przyznają się na starcie, że to „przedsięwzięcie” nie ma być tak do końca czymś wspólnym, że tu każdy ma swoje interesy. To według mnie może, nawet podświadomie, „programować” nasze myślenie o tej relacji. Tym bardziej że jest wiele ważniejszych spraw, na które zawczasu powinniśmy się umówić, które powinniśmy przegadać, jeżeli myślimy o tym, by związek się udał.

Wspomnieliśmy, że takim polem jest rodzicielstwo, wychowanie dzieci. Jakie są inne ważne obszary, których przegadanie na starcie pomoże stworzyć udany związek, który przetrwa? Tych tematów jest dużo, to są sprawy związane z materialnym poczuciem odpowiedzialności za rodzinę, trudnym tematem bywa to, co dotyczy seksu, ale ja bym powiedział, że sam temat jest tu wtórny, źródłem jest wszystko, co stanowi o naszej tożsamości. I od tego się zaczyna, trzeba wiedzieć, kim jest ten drugi człowiek i o co mu w życiu chodzi. I najlepiej, kiedy ludziom chodzi o podobne rzeczy, to nie musi być dokładnie to samo, ale kwestie fundamentalne powinny nas łączyć. To też jakiś rodzaj zabezpieczenia dla związku.

Ale żeby wiedzieć, czy nas łączą, musimy, teraz już rozumiem – zamiast patrzeć na zachód słońca, trzymając się za ręce – „wyspowiadać się” sobie wzajemnie. I jak wiemy, że mamy jakiś wspólny zbiór, jak coś o sobie wzajemnie wiemy, to we dwoje naprawdę jest w życiu łatwiej. Bo bardzo cenna, unikalna wręcz jest ta perspektywa drugiego człowieka, który powie życzliwie: „Przesadzasz z opieką nad dzieckiem, uruchamia ci się twoja historia”. Tu się otwiera przestrzeń do negocjacji, do wspólnego szukania najlepszych rozwiązań. Bez znajomości źródła, bez wspólnego zbioru ta sama kwestia staje się polem walki i rywalizacji o racje. A to rozwala związek. Bardzo przydatnym i, niestety, niedocenianym narzędziem w związku jest życzliwość! To się wydaje banalne i śmieszne – bo życzliwym to można być wobec pani w sklepie. Nic podobnego, życzliwość między partnerami to coś, co pozwala związkowi dobrze trwać. Ona umożliwia wczucie się w perspektywę partnera, jednocześnie na moment odsuwając tę swoją. A to wielka sztuka. Ksiądz Józef Tischner powiedział kiedyś, że by dobrze zrozumieć jakiegoś filozofa, to trzeba najpierw dać mu się przekonać. To znaczy przeczytać pierwszy raz to, co on proponuje, w sposób na tyle życzliwy, by to przyjąć, a dopiero potem, przy „drugim czytaniu”, rozpocząć krytyczne myślenie – tu jest niespójność, tu jest dziura, tu można pomyśleć jakoś inaczej itd. Ten sam mechanizm świetnie sprawdza się w związku. Najpierw postarać się zrozumieć, to potem bardzo poszerza przestrzeń do negocjacji między partnerami. Bo ten kontrakt na miłość, o którym mówimy, jest odświeżany. Wspólna codzienność to dopisywanie aneksów do tej bazowej umowy. Bo życie będzie nas zaskakiwać, to pewne. 

Wielu powie, że to wszystko, o czym mówimy, to utopia, no bo kto wykonuje tę całą pracę, wchodząc w relację… To nie jest utopia. To się da, przy odrobinie chęci, samoświadomości i dojrzałości, zrobić. Utopią jest raczej wiara w to, że związek może się udać, być satysfakcjonujący i wartościowy dla obu stron, jeśli tego nie zrobimy. Jeśli nie wejdziemy w niego, używając głowy. Pójście na żywioł w tej dziedzinie życia rzadko kończy się sukcesem.

Michał Modliński, psychoterapeuta psychoanalityczny, członek Zespołu Pomocy Psychoterapeutycznej. Prowadzi terapię osób indywidualnych i par. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zazdrość – kiedy jest zagrożeniem dla związku?

Jeśli partner nie ma swobody wyboru, aby być z tobą, tak naprawdę nie masz partnera (fot. iStock)
Jeśli partner nie ma swobody wyboru, aby być z tobą, tak naprawdę nie masz partnera (fot. iStock)
Helen Fisher, znana psycholożka i antropologożka, autorka książek, uważa, że zazdrość to połączenie zaborczości i podejrzliwości. Zazdrość zawsze oznacza lęk, a ten zwykle zaprasza do życia to, czego się boimy. I wtedy związek przeżywa kryzys.

Badania przeprowadzone przez Helen Fisher pokazują, że kobiety i mężczyźni są zazdrośni w podobnym stopniu, tylko inaczej okazują tą emocję. Kobiety jawnie ją wyrażają albo robią to, będąc obojętnymi. U mężczyzn zazdrość bywa powodem zachowań agresywnych lub odejścia ze związku.

Zazdrość jest problemem jednej trzeciej par, które poddają się terapii małżeńskiej. Badania pokazują też, że często nie jesteśmy świadomi swoich uczuć, w tym lęku, który doprowadza nas do zazdrości. Nie zdajemy sobie też sprawy z tego, jak nasze stłumione uczucia wpływają na zachowanie partnera i na związek.

Kiedy zazdrość zagraża związkowi? Oto kilka punktów, które można potraktować jako światełko ostrzegawcze:

Nierealistyczne obawy

Czy jesteś zaniepokojona, gdy partner zmienia plany, kiedy mieliście zrobić coś razem? Czy jesteś zdenerwowana, kiedy on mówi pozytywnie o jakiejś innej osobie, zwłaszcza o kobiecie? Czy rozmyślasz o tym, że partner może przestać cię kochać i to budzi twój lęk? Czy nie jest tak, że bardziej koncentrujesz się na obiekcie swojej miłości niż na własnej zdolności kochania? I dlatego żaden szczegół w jego zachowaniu ci nie umknie? Jeśli tak to w następstwie twoje lęki zwykle skłonią cię do tego, żebyś interpretowała zachowania partnera na swoją niekorzyść.

Czy twoim doświadczeniem w dzieciństwie były: porzucenie fizyczne, emocjonalne, szantaż emocjonalny, dominacja, manipulacja? I teraz z tego powodu boisz się, że zostaniesz znowu porzucona i skrzywdzona? Dawne wzorce często odtwarzamy potem w dorosłym życiu (głównie w związkach).

Niska samoocena

Niska samoocena odgrywa kluczową rolę w destrukcyjnej zazdrości. Czy zakładasz, że partner jest od ciebie lepszy w jakichś dziedzinach, inteligentniejszy, zaradniejszy, atrakcyjniejszy? Czy poprzez pochwały i uwielbienie pragniesz być bliżej partnera, bo boisz się, że zostaniesz porzucona? Jeśli tak, w ten sposób nieświadomie chcesz na niego wpłynąć, żeby cię nie zostawił.

Destrukcyjna zaborczość

Jeśli partner nie ma swobody wyboru, aby być z tobą, tak naprawdę nie masz partnera (nie jest to związek partnerski). Czy wydaje ci się, że powinnaś wiedzieć wszystko na temat tego, jak on spędził dzień? Czy miałabyś ochotę być przy nim przez cały czas? Czy masz tendencję do sprawdzania jego kieszeni, e-maili, telefonu? Takie zachowania świadczą o destrukcyjnej zaborczości. Relacja wówczas jest budowana na lęku przed utratą partnera. Tam gdzie jest lęk, nie ma już miejsca na miłość - jej bliżej jest do zaufania i wolności.

Helen Fisher: amerykańska antropolog i psycholog, profesor i badaczka ludzkich zachowań na Rutgers University. Prowadzi badania nad miłością romantyczną i atrakcyjnością interpersonalną.

  1. Psychologia

Relacje są jak lustra – w drugiej osobie możemy zobaczyć nieznane aspekty siebie

Z relacjami często wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. (Fot. iStock)
Z relacjami często wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. (Fot. iStock)
Relacje mają sens. Są wyrazem podjętych kiedyś decyzji, naszych nieświadomych, zapomnianych wyborów, mają rozwiązać problemy z dzieciństwa. Rozmowa z psychoterapeutą Michałem Dudą.

Czy można podać definicję relacji między kobietą a mężczyzną?
Pojęcie relacji jest tak bogate, że ujęcie jej w jedną definicję nie wydaje mi się możliwe. Na relację można się patrzeć w sferze funkcjonowania społecznego, osiągania jakichś celów. Można też spojrzeć na nią jak na konsekwencję różnych doświadczeń życiowych, które przeżyliśmy w przeszłości.

Po co są relacje?
Odpowiadając na to pytanie, warto wykroczyć poza romantyczny stereotyp, który pokazuje relację i miłość jako przypadkowe, tajemnicze spotkanie, które nie wiadomo skąd się bierze i jest niezwykłe. Im dłużej zajmuję się relacjami, tym wyraźniej widzę, że pełnią one funkcję, są po coś. Na ogół z relacjami wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. Relacja zwykle ma rozwiązać problemy, uratować, otworzyć jakieś nowe szanse, uchronić od trudności. Relacje są jak lustra – w drugiej osobie widzimy nieznane aspekty siebie, przy niej możemy z nimi przebywać i przez to czujemy się pewniejsi. To jest pesymistyczna wizja...

Wynika z niej, że jesteśmy razem z powodu psychicznych deficytów.
Z perspektywy gabinetu psychoterapeutycznego tak się rysuje ten obraz. Oczywiście, związki mogą się też zmieniać, mogą się przeformułować pod względem ról, w jakie się wchodzi. Ale to zwykle jest wyzwaniem i wiele osób decyduje się na łatwiejszą wersję, czyli na zmianę obiektu uczuć. Kiedy relacja przestaje spełniać swoje funkcje dla danej osoby, szuka się już kogoś innego. Kogoś, kto będzie pasował do nowego mnie. Dlatego trzeba uważać – jak się człowiek chce zmienić, potencjalnie zagraża to związkowi, w którym jest.

Relacje odzwierciedlają nasze wnętrze, miejsce, w którym jesteśmy.
Tak. Ukształtowani jesteśmy przez to, co przeżyliśmy w dzieciństwie i jak reagowaliśmy na otoczenie, w którym wyrośliśmy. Trzeba było jakoś się z tym uporać, jakoś na to odpowiedzieć. Sposób poradzenia sobie z rzeczywistością w tym wczesnym okresie życia przekłada się na to, jak funkcjonujemy w relacjach. Ludzie żyją jakąś historią ze swojej przeszłości i to, co robią w związkach – z kim się wiążą, jakich jakości szukają – czasami wydaje się kompletnie nielogiczne. Ale staje się bardzo logiczne i zrozumiałe w kontekście właśnie tej historii.

Na przykład?
Powiedzmy, że mamy kobietę, którą wychowała matka agresywna, zabierająca dużo przestrzeni, podporządkowująca sobie ojca i niespecjalnie licząca się z granicami innych. Córka, ta dziewczynka, musi coś z tym zrobić. Są dwa najczęstsze style radzenia sobie z taką sytuacją. W pierwszym dziewczynka się buntuje, kontestuje, walczy, próbuje jakoś matkę spacyfikować, obronić swoją godność. Jej partner najprawdopodobniej też będzie buntownikiem. Drugi styl radzenia sobie to wycofanie do wewnątrz, do jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Taka dziewczynka będzie w ogóle unikała relacji albo będzie szukała symbiotycznych związków ze starszymi facetami, którzy mają znaczącą pozycję w świecie i którzy dają obietnicę, że ją obronią przed matką i rzeczywistością. To jest duże uproszczenie, ale mówię to po to, żeby zrozumieć wybory partnerów w kontekście radzenia sobie z przeszłością. Dziewczynka numer jeden raczej nie będzie z ustawionym mężczyzną w uzależnieniowym związku. Przeciwnie – będzie z mężczyznami walczyć, a jak będą czegoś od niej chcieli, raczej im się nie powiedzie. Dziewczynka numer dwa nie zwiąże się natomiast na stałe z jakimś kontestatorem, bo będzie szukała bezpieczeństwa jako alternatywy relacji z matką. Nie ma jednej definicji relacji, ale relacje mają sens. Są wyrazem podjętych kiedyś decyzji, naszych nieświadomych, zapomnianych wyborów. Mają rozwiązać problemy z dzieciństwa. Kiedy to już się stanie, sens wiązania się z określonym typem mężczyzny czy kobiety znika. Po co są relacje? Myślę, że w dużym stopniu właśnie po to.

Od pesymistycznej wizji przeszliśmy do optymistycznej. Takiej, w której dziewczynka numer jeden lub dziewczynka numer dwa rozwiąże swój problem.
Dziewczynka numer jeden i dziewczynka numer dwa są czymś więcej niż ta sytuacja z dzieciństwa. To prędzej czy później dochodzi do głosu, siłą rzeczy domaga się, żeby się urzeczywistnić, żeby to się mogło jakoś wydarzyć. One mają taką potrzebę...

Żeby już przestać być dziewczynką.
Albo chłopcem. Mężczyzn też to dotyczy. Ale to nie jest takie proste, bo wymaga spojrzenia na siebie z innej perspektywy.

Kiedy dziewczynki lub chłopcy są w swoich starych historiach, chyba nie są w prawdziwej relacji?
Mam poważną wątpliwość na temat tego, co jest prawdziwe, a co nieprawdziwe w relacji. Jak ktoś naprawdę czuje uczucia, to jest prawdziwe? Jak jest realne, uświęcone związkiem małżeńskim, wspólnym mieszkaniem, to jest prawdziwe?

A może jest prawdziwe, kiedy już nie szukamy w drugim dorosłym człowieku taty ani mamy?
I wtedy relacja jest już taka dorosła? Myślę, że prawdziwa jest taka, jaka jest na dany moment. Jeśli ktoś jest w miejscu, w którym szuka mamy czy taty, prawdziwe jest szukanie mamy i taty. Czy to jest dorosłe? Nie jest. Czy prawdziwe? Wydaje mi się, że na ten moment jedyne możliwe do urzeczywistnienia. Oczekiwanie, że ktoś nie będzie w tym miejscu, jest krytykowaniem tej osoby w sposób mało konstruktywny, bo ona nie jest w stanie tego tak „na pstryk” przeskoczyć. Teraz jest tak. Czy ten związek jest prawdziwy? Tak, chociaż oparty na braku świadomości uwarunkowań, które do niego doprowadziły. Ale nadal nie powiedziałbym, że to jest nieprawdziwe. Dla tych osób to jest prawdziwe. Kiedy taka osoba mówi, że kocha, to można powiedzieć, że się myli. Ale ona naprawdę coś czuje, ten ktoś jest dla niej ważny, tak to przeżywa. W pewnym sensie z zewnątrz można powiedzieć, że nie jest to do końca prawda, ale od wewnątrz, w doświadczeniu tej osoby, jest to stuprocentowa prawda.

Może chodzi o świadomość, że w relacji odgrywamy starą historię?
I jeszcze raz odgrywamy i jeszcze raz.

Może chodzi o to, żeby jednak nie za często?
Raz można, a nawet jest to nieuniknione. W końcu ludzie jednak się orientują, że to się powtarza. Kobiety często mówią – dlaczego ciągle spotykam takiego samego faceta. Mimo wszystko jednak, nie potępiałbym tych zbudowanych na starych historiach relacji.

Dlaczego?
Nie wydaje mi się, żeby one były tylko złudzeniem. Tam są zaangażowane realne uczucia i tworzą się realne więzi, te osoby są ważne dla siebie jakoś, na jakimś etapie. Łatwo jest je potępić tak intelektualnie, ale jak się na nie popatrzy z perspektywy czasu, to okazuje się, że były one głębokie, istotne. Każda relacja, nawet ta już następna, też daje się opisać w tych kategoriach.

Jak to?
Kogo wybiorę, gdy już jestem kimś, kto jest świadomy historii z przeszłości, które mną kierowały? To nie jest dowolny wybór. Raczej wybiorę kogoś, kto będzie pasował do tego miejsca w życiu, w którym jestem. Kogoś, kto będzie w stanie nawiązać ze mną kontakt adekwatny do języka, którym się posługuję, do sposobu myślenia, którego używam, do mojego rodzaju odczuwania rzeczywistości w tym momencie. I chociaż nie zwiążę się z kimś takim, jak poprzednio, to wybór nie jest przypadkowy.

Taka relacja czymś będzie się różniła od poprzedniej?
Dawna historia nie zagra już głównej roli, spotkamy się na innych płaszczyznach. Ale trzeba mieć świadomość, że każdy z nas ma historię, która nas wikła i że od czasu do czasu odradza się sen o tym, że spotkam kogoś, kto rozwiąże wszystkie moje problemy przez sam fakt bycia z nim w związku.

Taki sen mamy na stałe?
Tak. To się nie kończy, bo ma swoją energię. Ale można za tym iść, albo za tym nie iść. Albo temu uwierzyć, albo za czwartym razem się nauczyć, że to jednak nie do końca tak jest. Część osób radzi sobie z tym, przejawiając pewien rodzaj cynizmu i wpada na pomysł, że można tak żyć na zimno, racjonalnie, tak trochę osobno.

To chyba nie jest dobry pomysł.
To jest fatalny pomysł. Z drugiej strony myślę, że obsesja szukania idealnego związku prowadzi do problemów.

Jakie jest rozwiązanie?
Dobrze wiedzieć, że mam w sobie jakąś historię i że czasami ją w sobie rozpoznaję, a czasami nie. Czasami się zapędzam, czasami komuś zrobię awanturę albo się popłaczę nie wiadomo dlaczego. Ale to jest normalne, zwykłe, w jakiś sposób prawdziwe. Jest trend, żeby się z tego tak całkowicie wyleczyć, ale nie wydaje mi się, żeby to było możliwe. Trzeba sobie pozwolić to mieć, nie karcić się za to, nie krytykować, nie mówić sobie, że jest się niedoskonałym. Jak się trochę zaakceptuje tę historię i swoją na nią reakcję, wtedy nie próbuje się poprzez relację jej rozwiązywać.

Rozwiązanie jest poza relacją?
Wydaje mi się, że tak. Wtedy nie ma już oczekiwań, że relacja rozwiąże moje osobiste problemy, bo pozwalam sobie je mieć. W codziennym życiu istotne jest, żeby w którymś momencie, będąc sobą zainteresowanym i znając siebie, zrezygnować z wizji, że wszystko będzie takie piękne.

I dorosłe, i dojrzałe.
Lepiej przyjąć, że czasem jesteśmy słabi, że można nas oszukać, że można nas zdradzić. To jest ludzkie, normalne. Oczywiście, mamy różne reakcje na to i czasami są one zbyt uciążliwe, żeby z nimi żyć i potrzebujemy pomocy. Ale wyczyszczenie tego do końca nie jest, moim zdaniem, możliwe. To jest tak, jakbyśmy mieli w ogóle wymazać tę część historii. Wtedy jakaś część naszego życia musiałaby zniknąć. Tak jakbyśmy sobie zrobili lobotomię serca (jeśli coś takiego istnieje).

To boli.
No właśnie. Lepiej pogodzić się z tym, że nigdy do końca nie będziemy tacy całkiem normalni. Takie podejście wydaje mi się bardziej akceptujące, kochające siebie i tę drugą osobę.

  1. Psychologia

Ćwiczenia na szczęśliwy związek

Przedstawiamy ćwiczenia na udany związek, które podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju. (Fot. iStock)
Przedstawiamy ćwiczenia na udany związek, które podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju. (Fot. iStock)
Czy udany związek to kwestia odpowiedniego treningu? Ciekawe ćwiczenia podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju.

Gdy mija pierwsza fascynacja i zauroczenie partnerem, prędzej czy później pojawia się konflikt. Jak zauważa Bob Mandel, nauczyciel duchowy i autor książek (m.in. „Terapia otwartego serca”), większość konfliktów rozgrywa się według starych schematów, złych nawyków, mających swe korzenie w dzieciństwie, zgodnie z nabytymi wówczas i wciąż aktualnymi przekonaniami. – W kwestiach uczuć nasi rodzice z pewnością są pierwszymi modelami ról – mówi Mandel. Jego zdaniem przejawiamy skłonność do naśladowania w dorosłym życiu sposobu, w jaki zwracali się do siebie i do nas. Lub też przeciwko tym sposobom się buntujemy, co wychodzi na jedno. To bowiem, czemu najdłużej stawiamy opór, najdłużej w nas tkwi. Nie stworzysz harmonijnego związku, póki nie uwolnisz własnej psychiki od rodziców.

Bob Mandel proponuje następujące ćwiczenie (wykonuj je w trakcie czytania instrukcji, nie czytaj całości przed zakończeniem):

Ćwiczenie na rozbrajanie starych schematów

Zrób cztery odrębne listy i wymień w nich:
  1. pięć problemów w związku twoich rodziców;
  2. pięć problemów w relacji twojej matki z tobą, gdy byłaś dzieckiem;
  3. pięć problemów w relacji twojego ojca z tobą, gdy byłaś dzieckiem;
  4. pięć problemów w twoim ostatnim związku.
A teraz zwróć uwagę na powtarzające się wzorce. To, czego nie lubisz w swoim partnerze, bywa często tym, czego nie wybaczyłaś swoim rodzicom. – Podjęcie decyzji o przebaczeniu i zaniechaniu odwetu stanowi kluczowy moment przemiany – mówi Bob Mandel. Według niego decyzja dzielenia się własnym bólem, a nie złością, jest decyzją o ponownym pokochaniu drugiej osoby. Gdy skupisz się na rzeczywistości, jaką jest twoja relacja z partnerem, przestaniesz myśleć o tym, co wam zagraża. A gdy wizja rozstania pryśnie, znikną także dawne wzorce.

Ćwiczenie na porozumienie

Przebaczanie i zaniechanie odwetu to droga, którą warto iść, ale zanim stare schematy ustąpią miejsca nowym nawykom, warto nauczyć się empatycznej komunikacji w związku. Silnych emocji i zranień nie da się uniknąć, ale można o nich rozmawiać w bezpieczny i nieraniący sposób. Harville Hendrix i Helen Hunt w książce „Miłosna odnowa. Program ćwiczeń dla par” proponują stosowanie się do kilku poniższych zasad:
  1. Każde wyrażenie negatywnych emocji następuje wyłącznie po umówieniu się na rozmowę, która zostaje przeprowadzona, gdy to tylko możliwe, najlepiej natychmiast.
  2. Obie strony pozostają w pełni obecne do zakończenia rozmowy.
  3. Osoba, która opisuje zachowania, które ją denerwują u partnera, nie posługuje się wyzwiskami, nie krytykuje cech charakteru partnera lub jego punktu widzenia, skupia się jedynie na zachowaniach. Używa jak najczęściej zaimka „ja” i opisuje własne uczucia i przeżycia.
  4. Partner, do którego skierowany jest komunikat, słucha z empatią, wyobraża sobie drugą stronę jako zranione dziecko, pamięta, że jej odczucia mają swoje korzenie w dzieciństwie.
  5. Osoba, która słucha, powinna przyjąć komunikat, ale to nie znaczy, że ma na niego zareagować. Zwłaszcza że prawdopodobnie nie jest jego adresatem ani pierwotnym powodem, ale zrobiła coś, co go uruchomiło i otworzyło wcześniejsze zranienia u partnera.
  6. Podczas całej rozmowy partnerzy powinni się otaczać gestami pełnymi troski.

Ćwiczenie na własną przestrzeń

W związkach z dłuższym stażem, w których czujemy się wystarczająco bezpieczni, początkowa chęć robienia wszystkiego razem ustępuje miejsca potrzebie zadbania o własną odrębność. Chcemy poświęcać czas swojemu hobby, mieć chwilę tylko dla siebie, ulubiony fotel czy ukochany kubek na poranną kawę. Najczęściej też lubimy mieć „swoją połowę” we wspólnym małżeńskim łóżku. Bob Mandel w książce „Co dwa serca, to nie jedno” proponuje, by zamieniać się jednak od czasu do czasu miejscami. – Pary często mają olbrzymie wspólne łoże, lecz każdy z partnerów śpi tylko na swojej połowie. Może to być symboliczny przejaw separacji, gdzie jedna ze stron ma tylko 50 proc. własności. Zamiana miejsc w łóżku prowadzi do pełnego udziału w związku, jak również do przeniesienia własności na całe łóżko. Co więcej – odkryjesz, że przenikasz do snów swojego partnera, doświadczasz jego aury i seksualności, a tym samym wzmacnia się psychiczna więź między wami. To prosta gra, ale może mieć potężny skutek. Spróbuj! – pisze Mandel.

Ćwiczenie na jedność w związku

Iwona Kozak, nauczycielka ajurwedy i jogi kundalini, podkreśla, że zgodnie z najstarszą medycyną ajurwedyjską miłość nie jest romantycznym uniesieniem, lecz głębokim uczuciem duchowym, które wymaga stałej pielęgnacji, cierpliwości i prawidłowego odżywiania się. To, co jemy, robimy, myślimy – wpływa na jakość i głębię doznawanej przez nas miłości – decyduje o tym, czy jest to jedynie chwilowe doznanie, czy stan naszego istnienia. Poniżej znajdziesz ćwiczenie, które pomoże pogłębić doznanie miłości zarówno zakochanym parom, jak i tym, które zapomniały, że miłość trzeba pielęgnować:

Część pierwsza: Usiądźcie na podłodze po turecku, wasze plecy niech się dotykają. Dłonie leżą na kolanach, wnętrza dłoni dotykają kolan. Macie wyprostowane kręgosłupy i zamknięte oczy. Oddychacie przez nos. Skupcie się na oddechu, zauważając każdy wdech i wydech.

Podczas wdechu otwieracie się na miłość. Podczas wydechu uwalniacie toksyczne emocje – wybaczacie. Róbcie to od 2 do 5 minut, po czym otwórzcie oczy.

Część druga: Odwróćcie się do siebie. Nadal siedzicie po turecku, ale teraz twarzą w twarz. Wasze dłonie są na kolanach, a wnętrza dłoni są skierowane do sufitu. Oczy zamknięte. Oddychajcie cicho i spokojnie. Wypowiadajcie (w myślach, nie na głos) to, co was boli, to, co chcecie zmienić, co chcecie wybaczyć. Przeznaczcie na to 2–3 minuty.

Część trzecia: Pozostając w tej samej pozycji, otwórzcie oczy i spójrzcie na siebie. Komunikujcie wasze uczucia do siebie (nie na głos, lecz nadal w ciszy).

Choć podczas tego ćwiczenia każda para dozna czegoś innego, to wspólnym przeżyciem będzie poczucie jedności i więzi, która was łączy, która jest wartością większą niż słowa czy doznania fizyczne.

  1. Psychologia

Pod presją krytyki, oceny i umniejszania w związku. Co robić?

Nie krytykuj siebie – od tego zacznij. (Fot. iStock)
Nie krytykuj siebie – od tego zacznij. (Fot. iStock)
Jednym z „ulubionych” zajęć ludzi jest krytykowanie innych. Dlaczego? Bo daje, na chwilę, ulgę, że ktoś inny jest od nas gorszy, więc to nie my jesteśmy ci gorsi. I tak, zamiast poprawiać sobie samopoczucie przez autorozwój, który jednak wymaga wysiłku, ludzie-umniejszacze plują na bliźnich. Nie ma żadnego powodu, żeby się temu poddawać.

Co możesz  dla siebie zrobić?

  • Bardzo uczciwie odpowiedz sobie, czy ty także nie umniejszasz jego, nie oceniasz, nie ubliżasz – jeżeli nie, to czytaj dalej...
  • Zacznij od tego, że na tyle, na ile potrafisz, spokojnie – poinformuj go: „Zauważam kochanie, że bardzo mnie ostatnio krytykujesz, czy wiesz o tym?”.
  • Powiedz: „To dla mnie przykre” „Boli mnie”.
  • Powiedz mu: „Stop, nie idź dalej – nie życzę sobie takiego zachowania i takich tekstów”.
  • Jeśli on ich nie zaprzestanie lub znów do nich wróci, bo będzie sprawdzał, czy już mu wolno, powiedz mu na przykład, że wyjedziesz na tydzień do koleżanki, bo nie chcesz być w tak nieprzyjemnym towarzystwie.
  • Cokolwiek powiesz, że zrobisz, jeśli on będzie kontynuował dokuczanie – musisz być konsekwentna i to właśnie zrobić, co obiecałaś!
  • Zastanów się, jak krytyka na ciebie działa – czy pomimo tego, że uważasz, że jest niesłuszna to jednak sprawia, że czujesz się gorsza i dotyka cię. Jeżeli tak, to czas iść na terapię i zastanowić się, czy znasz własną wartość.
  • Zastanów się, czy nie dajesz mu za dużo. Czasami ktoś nas bardzo krytykuje, bo czuje, że nie mamy nic własnego i korzystamy tylko z jego życia. Wchodzimy w obszary jego życia za daleko, wisimy na nim. Może tak właśnie jest – że żyjesz nim, a nie sobą?
  • Jest też taka smutna możliwość, że nie zdając sobie z tego sprawy, jesteś bardzo przyzwyczajona do znoszenia krytyki – więc jakby jej wyczekujesz, a być może nawet do niej prowokujesz.
  • Sięgnij po pewność siebie (jeśli ją masz. Jeśli nie – idź na warsztaty z asertywności) i daj mu jasno znać, że nie dasz sobie w kaszę dmuchać i że nie zasługujesz ani nie życzysz sobie krytyki i negacji ciebie.
  • Nie pozostaw wątpliwości, że nie zgodzisz się na taki stan rzeczy i jeżeli będziesz miała wybierać pomiędzy nim a tobą, to wybierzesz siebie.
  • On musi wiedzieć, że nie dasz mu się zniszczyć.
  • Zawsze wybieraj swoje dobro w takich sytuacjach i pokazuj partnerowi, że nie dasz mu się umniejszyć
  • Nie krytykuj siebie – od tego zacznij.

Stan permanentnej krytyki, umniejszania i unieważniania kogoś jest oznak czego toksycznego w zwizku, w partnerze albo w tobie. Albo i w nim, i w tobie. Może yła w rodzinie toksycznej, w której twoja wartość była podwaana i jeste do tego przyzwyczajona – wtedy niestety znajdujesz si w ramionach partnera podobnego do którego rodzica albo do obojga.

Jeeli twój partner ci krytykuje cały czas, to albo nastpił moment przekroczenia granic, albo granic nigdy nie było. Niestety kobiety czsto w ogóle nie dbaj o granice, bo wol, eby mężczyzna zarzdzał ich yciem. Lub myl, e tak powinno by. Maj wtedy zysk w postaci własnej nieodpowiedzialnoci, tak jak w byciu dzieckiem, iluzj bezpieczestwa, ale faktycznie jest tak, e rezygnuj ze swojego ycia – i z satysfakcji z niego.

Jeeli jednak krytyka pojawiła si niedawno, to warto sprawdzi, co si dzieje ze zwizkiem, z tob lub z mężczyzn i zacząć to rozwizywa wspólnie.

A jeli w zwizku wyczerpało si wszystko co dobre i ywe – to moe czas odejść.

Więcej w książce "Instrukcja obsługi faceta".

  1. Psychologia

Bilans związku – czy ty i twój partner podążacie w tym samym kierunku?

Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Decyzja o wspólnym życiu to ryzykowny krok w nieznane. Ty i on wsiadacie do łódki – maleńkiej łupinki kołyszącej się na wodach groźnego oceanu. Dzielnie wiosłujecie przed siebie. Ale czy na pewno do tego samego brzegu?

On mi się w ogóle nie podobał, nawet go nie lubiłam… – tak zaczyna swoją opowieść Danka, jedna z moich pacjentek. Roberta poznała na imprezie u znajomych. Ona brylowała w towarzystwie, a on wodził za nią zachwyconym wzrokiem.

– Opłakiwałam wtedy swoją ostatnią miłość – opowiada. – To był facet, który odchodził i wracał do mnie jak bumerang. Właśnie po raz kolejny zniknął z mojego życia. Przyjaciółki radziły mi: „Danka, klin klinem”, a Robert akurat był pod ręką. Starał się, zabiegał, uwodził, no i… wpadłam jak śliwka w kompot. Zaczęłam odpowiadać na jego adorację, dawać do zrozumienia, że mi także zależy, a wtedy on zwolnił tempo. Kiedy proponowałam spotkanie sam na sam, on mówił, że może następnym razem, bo dzisiaj nasza paczka wybiera się do kina. Parę razy próbowałam się do niego przytulić, pocałować, ale on robił uniki. Poklepywał mnie po plecach jak dobrego kumpla, przytulał jak brat siostrę, całował w policzek. W towarzystwie nadal sprawiał wrażenie, że jest mną zainteresowany. Wszyscy byli pewni, że między nami coś się szykuje. Byłam wściekła, czułam, że robi ze mnie idiotkę. Koleżanka doradziła mi, żebym się zdystansowała, nie dawała po sobie poznać, że mi na nim zależy. Tłumaczyła, że każdy facet to myśliwy, sam chce zdobywać. Kiedy robiłam krok do tyłu, on zbliżał się; dzwonił, pisał SMS-y, nazywał mnie „kotkiem”, „misiaczkiem”. Takie akcje dodawały mi odwagi, zaczynałam wierzyć, że jemu także na mnie zależy. Pewnego dnia zapytał, czy zostanę u niego na noc. Pomyślałam, że wreszcie podjął decyzję, że się zdeklaruje. Zostałam, poszliśmy do łóżka, było cudownie, ale kiedy rano zapytałam, co robimy dalej, odpowiedział, że umówił się z kumplami na piwo i że wieczorem zadzwoni. Mam już tego dosyć, nie rozumiem, o co mu chodzi. Zależy mu na mnie, czy chodzi tylko o seks?

– A czego ty chcesz? – pytam w odpowiedzi. Danka jest zdziwiona. Jak większość kobiet, na początku relacji miała dokładnie zaplanowany scenariusz, ale nie swój, tylko partnera. Wiedziała, czego od niego oczekuje, jaki krok on powinien zrobić, jak się powinien zachować. O swoich uczuciach nie wiedziała nic. Czuła się zaproszona (nie wiadomo, na jakiej podstawie) do wspólnej łódki i zgadywała, jaki kurs chce obrać Robert.

Świadomość swoich intencji

– Czy myśli pani, że jemu na mnie zależy? – dopytuje Danka. – Przecież tak się nie zachowuje facet, któremu kobieta się nie podoba.

Próbuję jej tłumaczyć, że tu nie chodzi o jakąś kobietę, tylko o nią. O to, co ona czuje, czy zachowanie Roberta uszczęśliwia ją, czy rani. Nie chcę słuchać opowieści o tym, co on zrobił, a co powinien zrobić. Nie mam zamiaru interpretować jego zachowania, doradzać jej, co powinna zrobić, żeby on był bardziej zaangażowany. Tłumaczę, że wspólne życie ma szansę tylko wtedy, kiedy obydwie strony mają świadomość swoich intencji, bo na intencje partnera nie mamy żadnego wpływu. Że wszelkie intelektualne strategie, gry, manipulacje to mało efektywne zabiegi. Odwodzę od pokusy „poważnej” rozmowy z Robertem, dopóki ona sama nie będzie pewna, czego chce od tego mężczyzny, co pragnie mu dać. Wreszcie na jednej z sesji Danka zdecydowała: – Tak naprawdę nie chodzi mi o niego. Po prostu nie chcę być w ten sposób traktowana przez żadnego faceta.

Przypomniałam jej wtedy to, co powiedziała mi na pierwszej sesji, że on jej się nawet nie podobał. Zaczarowała się faktem, że zainteresował się nią jakiś mężczyzna, na dodatek w tym czasie, kiedy czuła się zraniona przez innego. Zalała Roberta mnóstwem uczuć: rozczarowaniem, tęsknotą za miłością, lękiem przed odrzuceniem, chęcią bycia w związku.

Pamiętaj: Jeśli decydujesz się wsiąść z kimś do wspólnej łodzi z zamiarem popłynięcia na Hawaje, powiedz mu, że właśnie tam chcesz dotrzeć i zmiana kursu nie wchodzi w grę.

Miłość nie znosi poświęceń

– Zainteresowałam się nim, bo był inny niż mężczyźni, których spotykałam do tej pory – tak zaczęła swoją opowieść Magda. Nie wiedziała, czy chce ratować związek, czy rozstać się z Michałem. Od roku czuła, że ją i Michała niewiele już łączy. Żyją obok siebie, coraz rzadziej się kochają. Magda ma swoją firmę, która przynosi coraz większe dochody. Michał nie pracuje, kolejny raz wznowił studia. Kiedy Magda sugeruje, żeby dołożył się do rachunków, on pożycza od rodziców.

– Znajomi zwracają mi uwagę, że się zmieniłam – mówiła Magda. – Unikam wspólnych wyjazdów, bo Michał nie ma pieniędzy, a ja jestem zmęczona sponsorowaniem. Na knajpy też mu szkoda kasy. Ma ulubioną siłownię, filmy i książki.

Kiedy zapytałam, czego ode mnie potrzebuje, powiedziała: – Czuję, że powinnam zakończyć ten związek, ale nie mam odwagi, bo Michał to w gruncie rzeczy taki dobry człowiek.

Gdy zaczęłyśmy zgłębiać pojęcie „dobrego człowieka”, okazało się, że Magda, jak wiele z nas, pielęgnuje w swojej głowie mnóstwo powszechnych mitów w stylu: „To najlepszy kandydat na męża”, „Zegar biologiczny tyka”, „Najpierw kariera, potem pora na męża, dziecko, rodzinę”. Magda ma 30 lat. Powiedziała mi, że jej ojciec w dniu jej osiemnastych urodzin zrobił listę gości weselnych, którą co rok uaktualnia.

Na kolejną sesję postanowiłam zaprosić ją razem z Michałem. Oczami wyobraźni widziałam go jako nieudacznika, który zarabia mniej od swojej partnerki i jeszcze pożycza pieniądze od rodziców, a tymczasem siedział przede mną zadbany, zadowolony z siebie mężczyzna, a obok niego drobniutka, skulona kobieta z poczuciem winy na twarzy. Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej chudła, miała problemy ze snem, bolał ją kręgosłup i często się przeziębiała. Nikła w oczach. Czułam, że jeśli nie przestanie poświęcać samej siebie w imię związku, może stać się coś bardzo złego. Tłumaczyłam jej, że Michał lubi swoje życie i wcale nie chce niczego zmieniać. Żył podobnie jak jego rodzina; rodzice byli artystami, nie mieli stałych źródeł dochodu. – Może właśnie to mi się podobało w Michale, że żyje tak na luzie, nie martwi się o jutro – tłumaczyła mi. Ale sama chciała żyć inaczej. W jej rodzinie stała praca, oszczędności, planowanie wszystkiego – to były podstawowe wartości.

Różnice nas przyciągają, kuszą, są obietnicą ciekawego życia, ale z czasem stają się kością niezgody. Trudno jest rozstać się z tzw. dobrym człowiekiem, rozum podpowiada: „Nie spotkasz nikogo lepszego”, poza tym żal odejść, kiedy tyle zainwestowało się w związek. To wszystko prawda, jednak kiedy „w imię miłości” poświęcasz siebie, ważne wartości, rezygnujesz z marzeń i potrzeb – twoje serce i ciało cierpią.

Pamiętaj: Nie masz mocy, by zmienić partnera, zwłaszcza jeśli jemu odpowiada tryb życia, jaki prowadzi. Kiedy wsiadasz do łodzi i jesteś gotowa płynąć gdziekolwiek tylko po to, by nie być sama, albo zaspokoić oczekiwania rodziców, bądź tego w pełni świadoma. I zadaj sobie pytanie: „Czy właśnie tego chcesz?”.

Najpierw miłość, potem ślub

Iwona, kolejna moja pacjentka, jest w związku z mężczyzną, który „boi się zobowiązań”. Jak twierdzi, nie ma wystarczająco ustabilizowanej pozycji zawodowo-materialnej, żeby zdecydować się na ślub, nie jest gotowy na dziecko, na wspólne mieszkanie ma jeszcze czas. Podoba mu się życie beztroskiego nastolatka (choć ma już trzydziestkę), który zarobione pieniądze wydaje na własne przyjemności. Tymczasem Iwona marzy o stabilizacji, białej sukni, deklaracji przed ołtarzem i coraz poważniej – o dziecku. –  Jak mam go do tego przekonać? – pyta.

Kiedy tłumaczę, że nie jest w stanie tego zrobić, czuje się rozczarowana. – A może on mnie nie kocha? – dalej drąży temat.

Niestety, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Historia związku Iwony podobna jest do poprzedniej. Jednak jest o wiele poważniejsza, bo dotyczy ważnych kwestii wspólnego życia.

Kiedy jesteśmy zakochane, patrzymy na partnera i związek przez różowe okulary, wierzymy, że nasze pomysły na życie, plany i marzenia dotyczą nas obydwojga, bo „przecież skoro się kochamy…”. Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo?

Dlatego powiedziałam Iwonie: – Nie wierz w te bzdury, że skoro on cię kocha, to myśli i czuje identycznie jak ty. Ty chcesz ślubu, dziecka, odkładania pieniędzy na mieszkanie, spędzania czasu w określony sposób, a tymczasem on myśli inaczej. I ma do tego prawo. Każde z was wyniosło z domu rodzinnego określone pomysły na związek, rodzinę, wyznawane wartości, priorytety. I każde wierzy, że jego pomysł jest najlepszy. Kiedy minie czas pierwszych zauroczeń, faza zakochania dojrzewa do decyzji przekształcenia się w zaangażowaną miłość, albo w… walkę, pełną rozczarowań i cierpienia. Zamiast liczyć, że uda ci się zmienić partnera, dobrocią bądź szantażem przekonać do własnej wizji, przygotuj się do poważnej rozmowy.

W ważnych sprawach nie warto improwizować

Satysfakcjonujący związek, tak samo jak satysfakcjonująca podróż, wymaga konkretnego planu. Dokąd chcecie razem dopłynąć? Jaki macie pomysł na wspólne życie? Co z waszą pracą? Czy (i ile) chcecie mieć dzieci? Jak lubicie spędzać wolny czas, jakie macie priorytety jako para? Te ustalenia to fundament związku i choć rozmowa może nie być łatwa, bez tego ani rusz. Tłumaczenie w stylu: „nie stać nas na ślub” czy: „jak wpadniemy to OK, ale póki co dobrze się bawmy” to z reguły ucieczka od problemu, chęć odwleczenia decyzji w czasie. Zamiast zastanawiać się, czy on cię kocha, zapytaj wprost, czy małżeństwo jest dla niego wartością, czy chce mieć dzieci. Jeśli o tym porozmawiacie, oszczędzicie sobie rozczarowań i cierpienia. W tak poważnych sprawach nie warto improwizować. Fajny seks czy wspólne pasje to za mało, by zbudować na tym stabilny związek. Z twoich i jego marzeń, oczekiwań, wartości i pomysłów na życie musicie zbudować część wspólną, w której obydwoje będziecie czuli się spełnieni i autentyczni.

Pamiętaj: Przynajmniej raz na pół roku warto zrobić bilans związku, by sprawdzić, czy wasza łódź dalej płynie w kierunku, który obojgu wam pasuje.