1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Fair Dating - nowy sposób na randki w sieci

Fair Dating - nowy sposób na randki w sieci

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Portale randkowe istnieją w Polsce od 15 lat. Wiele się przez ten czas zmieniło, a twórcy randek w sieci korzystali z wielu sposobów, by ułatwić singlom znalezienie właściwego partnera. Niedawno na rynek wkroczył portal łączący zasadę Fair Dating z profesjonalnym testem dopasowania.

Portale randkowe istnieją w Polsce od 15 lat. Wiele się przez ten czas zmieniło, a twórcy randek w sieci korzystali z wielu sposobów, by ułatwić singlom znalezienie właściwego partnera. Niedawno na rynek wkroczył portal łączący zasadę Fair Dating z profesjonalnym testem dopasowania. Na czym polega wyjątkowość portalu Kochaj.pl?

Autor: Sylwia Stodulska-Jurczyk

- Założyłem profil, bo szczerze mówiąc, trochę już straciłem cierpliwość - przyznaje Jacek z Krakowa. - Mam za sobą długi związek, ale od tamtej pory przytrafiają mi się same przelotne znajomości.  Mam wrażenie, że w tłumie ludzi, których poznaję w różnych portalach, trudno jest mi wychwycić pasującą do mnie osobę. Myślę, że test dopasowania, brzydko mówiąc, wyeliminuje osoby, z którymi i tak się nie dogadam, a podpowie mi te właściwe. Czuję taki większy komfort psychiczny.

- Kochaj to jeden z kilku sposobów na poznawanie mężczyzn - mówi 29-letnia Sylwia z Lublina. - Na pewno jest to fajna rozrywka i możliwość spontanicznego spotkania się na mieście. Nie obawiam się, że coś pójdzie nie tak, bo nie podchodzę do tego śmiertelnie poważnie i po prostu lubię poznawać nowych ludzi. Ale oczywiście bardzo chciałabym, aby z jednej z takich znajomości wyszło coś poważnego. Przyznaję, że czekam na tzw. wielką miłość.

15 lat temu pojawił się pierwszy polski portal randkowy Sympatia.pl. Od tego czasu wiele się zmieniło, począwszy od podejścia i wymagań osób korzystających z tego typu portali, aż po rodzaje i jakość oferowanych im usług. Na rynku portali randkowych zadebiutował niedawno całkiem nowy serwis Kochaj.pl. Jak twierdzą osoby, które mają już tam swój profil - to „portal inny niż wszystkie”.

Dlaczego Fair Dating?

Kochaj.pl to portal oparty na profesjonalnym teście dopasowania opracowanym przez psychologów i specjalistów IT. W praktyce oznacza nową jakość randkowania przez internet. Idea Fair Dating zakłada, że spotkanie w realu odbywa się bez niemiłych niespodzianek i wygląda dokładnie tak, jak miało wyglądać. To duża wygoda i przede wszystkim oszczędność czasu doceniana przede wszystkim przez osoby, które z randkowaniem w sieci mają już pewne doświadczenia.

Taką osobą jest Ewa (34-letnia singielka z Warszawy), która ma za sobą kilkuletni związek z mężczyzną poznanym przez jeden z portali randkowych.

- Dość szybko spotkałam w ten sposób interesującego człowieka - mówi. - Wybór był trafny, bo w końcu opisujemy siebie na swoim profilu i piszemy, jakie mamy oczekiwania. Dobrze wspominam ten związek, choć z upływem czasu okazywało się, że mamy nieco inne plany na przyszłość. W końcu rozstaliśmy się, ale to doświadczenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że portale randkowe mają sens. Poza tym znam innych ludzi, którzy poznali się w ten sposób i są bardzo szczęśliwi.

Na podstawie wyników testu dopasowania w Kochaj.pl użytkownicy otrzymują propozycje tylko pasujących do nich osób - a więc takich, z którymi mają szansę stworzyć trwały związek. Test bierze pod uwagę zarówno podobieństwa, jak i przeciwieństwa. Na podstawie analizy 8 kluczowych kategorii (emocjonalność, skrupulatność, poszukiwanie nowych doświadczeń, styl komunikacji, potrzeba bliskości, relacje z ludźmi, potrzeba kontaktów, orientacja życiowa) algorytm łączy użytkowników w pary. Taka formuła, oparta na wiedzy ekspertów, skraca czas poszukiwań i zwiększa szanse na znalezienie odpowiedniego partnera.

- W dzisiejszych czasach jesteśmy tak zabiegani, że na wszystko brakuje nam czasu, a co dopiero na dokładne poznawanie nowej osoby - przyznaje Ewa. - Taki portal to duże ułatwienie. Uważam, że ludzie, którzy poznali się na przysłowiowej dyskotece, to prawdziwi szczęściarze - ale takie historie zdarzają się coraz rzadziej, dlatego ja wolę inne sposoby. Kochaj to taki portal inny niż wszystkie, dlatego mam nadzieję, że i tym razem spotkam w ten sposób fajnego faceta - kończy Ewa.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

O randkowaniu w dobie pandemii

Największą popularnością cieszą się serwisy randkowe. Ludzie, często z obawy przed wirusem, dłużej podtrzymują relacje wirtualnie. Rozmowa w realu prędzej czy później może obudzić potrzebę bliskości fizycznej, za którą w końcu w pandemii najbardziej tęsknimy. (Fot. iStock)
Największą popularnością cieszą się serwisy randkowe. Ludzie, często z obawy przed wirusem, dłużej podtrzymują relacje wirtualnie. Rozmowa w realu prędzej czy później może obudzić potrzebę bliskości fizycznej, za którą w końcu w pandemii najbardziej tęsknimy. (Fot. iStock)
Czaty zamiast spotkań, rozmowy wideo w miejsce trzymania się za ręce i czułego patrzenia w oczy, przyjaźń bezpieczniejsza od seksu – to kolejny etap pandemicznej rzeczywistości. O randkowaniu dobie pandemii pisze psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Agnieszka wybrała mnie, bo spodobała jej się terapia jednego spotkania. Nigdy wcześniej nie korzystała z pomocy terapeuty – jak twierdzi, nie miała takiej potrzeby, była zdrowa jak ryba, pełna energii, radosna i z ogromnym apetytem na życie. Przez telefon zapytała, czy to prawda, że w dobie pandemii trafia mi się coraz więcej „czubów”. To miał być żart, ale czułam, że to śmiech przez łzy. Jak wiele innych kobiet sukcesu i singielek, Aga przed pandemią dużo pracowała, a po pracy uprawiała sport, podróżowała i była bardzo aktywna towarzysko. Żyła pełnią życia. I nagle to wszystko zniknęło. Po kilku miesiącach izolacji lęk przed wirusem zmniejszył się, za to pojawiła się samotność odczuwana niemal fizycznie.

Krok 1. Okazuje się, że tak naprawdę chodzi o wolność

– Jestem wściekła, że nie możemy spotkać się w realu – powiedziała na powitanie. – Nie mogę już patrzeć w ten cholerny monitor, który ma mi zastąpić cały świat. Nie myśl sobie, że to depresja, ale chwilami naprawdę mam już dość.

W trakcie sesji wiele razy usłyszałam zapewnienie, że na pewno nie ma depresji, jej wściekłość i smutek mieszały się jak składniki koktajlu, czułam, że sama nie wie, w którym momencie jest bardziej zła, a w którym smutna. Nie pozwalała dojść mi do głosu przez pierwsze 10 minut, próbowała mi (a może sobie) udowodnić, że wbrew wszystkiemu świetnie sobie radzi.

– Pracuję wcale nie mniej niż zwykle, ćwiczę może nawet więcej niż kiedykolwiek, nawet zaczęłam sesje jogi: jeden na jeden, bo zajęcia grupowe online to nie dla mnie. Muszę ćwiczyć w swoim tempie i mieć od razu informację zwrotną od instruktorki, żeby na bieżąco korygować błędy. Chodzę też na spacery, gadam ze znajomymi, raz w tygodniu spotykaliśmy się na drinka, na Zoomie. Wyobrażasz sobie? – Spotykaliście się? – chcę się upewnić, że czas przeszły nie był pomyłką. – Tak, od marca do maja, potem otworzyli knajpy i znowu było prawie normalnie. – Prawie? – No wiesz, te maski na paszczy i stukanie się łokciami albo butami. Nie uważasz, że to trochę dziwne? Wszyscy byliśmy coraz bardziej zmęczeni, towarzystwo zaczęło się wykruszać.

Pandemia w każdym obudziła naturalny lęk przed nieznanym. Nasze mózgi nie potrafiły uporać się z tym, że rzeczywistość tak diametralnie się zmieniła. Konieczność adaptacji, czyli wytworzenia nowych połączeń neuronów pochłania naprawdę mnóstwo energii. Nic dziwnego, że czasami nie starcza jej na nic więcej. Jednak potrzeba relacji i bycia w grupie, co jest również energochłonne, wcale nie zniknęła, a raczej się nasiliła. Drugi człowiek często jest najlepszym remedium na lęk, ale w dobie pandemii może również stać się silnym generatorem lęku o własne zdrowie i życie. Taka ambiwalencja niesie ryzyko poważnych problemów emocjonalnych.

Wiedziałam, że przede wszystkim muszę pozwolić Adze się wygadać, uwolnić te, często nieprzyjemne, odczucia i myśli, które kłębiły się w jej głowie.

– Rozumiem, że to musiało być dla ciebie trudne. Widzę, że sobie świetnie radzisz, ale sytuacja dotycząca ograniczeń pandemicznych zmienia się stale, nasilając odczucie chaosu i dezorientacji. – Już od czerwca całą paczką przesiadywaliśmy w knajpach jak długo się dało – Aga uparcie wraca do letnich miesięcy, kiedy bywało „prawie normalnie”. – Na wakacje też wyjechałam, nie dałam się zamknąć, byłam na żaglach ze znajomymi, a potem z przyjaciółką wyskoczyłam na przedłużony weekend do Amsterdamu. W końcu to miasto wolności. – Uważasz, że tu chodzi przede wszystkim o wolność? – spytałam.

Krok 2. Próbujemy ustalić, czego Agnieszce teraz najbardziej brakuje

Emocjonalna huśtawka Agnieszki sprawia, że ciągle nie udaje nam się nazwać jej problemu. Wiem, że brakuje jej spotkań towarzyskich, nowych znajomości. Wszystkim nam tego brakuje. Aga jest singielką, bycie singlem w czasie pandemii musi być trudne, zwłaszcza dla ekstrawertyków, którzy uwielbiają spędzać czas w towarzystwie.

– Czego najbardziej ci brakuje? – Przed pandemią prawie wyłącznie pracowałam i balowałam. Do domu przychodziłam tylko po to, żeby się przespać, no poza nocami, które spędzałam z facetami gdzie indziej.

Zauważyłam, że po raz pierwszy porusza temat intymności, mam ochotę zapytać ją o związki miłosne, ale gryzę się w język, a ona kontynuuje: – Często tęskniłam, żeby chociaż jeden wieczór spędzić we własnych czterech kątach, chociaż jeden weekend. Tak po domowemu: zjeść śniadanie w piżamie, potem wziąć długą kąpiel, przebrać się w wygodny dres albo nawet zostać w piżamie i wrócić do łóżka czy położyć się z książką na kanapę i przykryć kocem.

No i moje marzenie się spełniło.

Jak ci się podoba mój gustowny dres? Od pół roku z niego nie wychodzę.

– Czego najbardziej ci brakuje? – ponawiam pytanie. – Normalności. Przerażają mnie ci wszyscy kolesie, którzy kiedyś zakładali się o skrzynkę piwa, że wyskoczą z pędzącego samochodu, a dziś boją się nawet podać rękę na powitanie. Myśmy wszyscy całowali się na dzień dobry, z niektórymi zdarzało się, że to było coś więcej niż zwykły pocałunek, czasami nawet taka przyjaźń z bonusem – mówiąc to, Aga przygląda mi się uważnie. – Ostatni raz uprawiałam seks ponad pół roku temu, na wakacjach i nie z Polakiem, obcokrajowcy są bardziej odważni. – Brakuje ci intymności? – Intymność kojarzy mi się ze stałą relacją. Nie mam jeszcze ochoty na nic poważnego. Niezobowiązujące randki, partnerzy na jedną noc – do tej pory tak żyłam i bardzo mi się to podobało. Uważasz, że to coś złego? – Nie oceniam twojego zachowania. Zastanawiam się, czego ci brakuje i czy możesz to mieć w dobie pandemii. – „Tego” raczej nie – Agata stara się, żeby brzmiało to zabawnie, ale wyszło raczej żałośnie. – Dziś nawet na portalach nastawionych wyłącznie na seks ludzie chcą się przyjaźnić, a nie bzykać. Ostatnio jeden koleś zapytał, czy robiłam sobie test na COVID.

Zakażenie się w trakcie stosunku prawdopodobnie nie jest możliwe, ponieważ do tej pory koronawirus nie został wykryty ani w nasieniu, ani w wydzielinie z pochwy. Jedynie w ślinie. Najlepiej jednak mieć jednego partnera seksualnego, przynajmniej tak zalecają lekarze. Ale dla większości młodych ludzi seks z nowymi osobami jest regularną częścią życia. Dziś to już nie takie proste. Czy można i jak znaleźć złoty środek między całkowitą abstynencją a bezmyślną pobłażliwością?

Krok 3. Randki i seks w dobie pandemii wymagają dużo odwagi

Kiedy rzucam, że może coś „bardziej stałego” byłoby jakimś wyjściem, Aga stwierdza, że wcale nie wie, czy chce mieć rodzinę, a jeśli już – to za parę lat. Jest przekonana, że dla niej za wcześnie na jakąkolwiek stabilizację. Za miesiąc skończy 25 lat i bycie singlem to jej styl życia.

– Jeśli twierdzisz, że coś stałego to remedium na intymność w pandemii, to jesteś w błędzie. Mam kilkoro znajomych, którzy są we w miarę stałych zobowiązaniach (jestem zaskoczona jak dziwnej nazwy użyła), na przykład jedna moja kumpela ma narzeczonego Włocha, widzieli się ostatnio w wakacje, po pojawieniu się drugiej fali koleś zamknął się w domu i odmawia kontaktu. Druga ma chłopaka lekarza, który pracuje na oddziale covidowym i od września znowu nie mieszkają razem, a od marca nie uprawiali seksu, bo on nie chce jej zarazić. No i jest jeszcze moja najbliższa przyjaciółka, ta to ma przerąbane – jej facet ma żonę i dziecko. Domyślasz się, że od początku pandemii siedzi zamknięty jak skazaniec z rodzinką. Raz nawet udało im się spotkać, ale nawet nie zdjął maseczki, Olka płakała chyba z tydzień. – Masz pomysł, czy i jak można poznawać nowych ludzi w dobie pandemii? – Pytasz mnie o randki w czasach zarazy? Brzmi fajnie, ale raczej jako tytuł filmu albo książki. Nie mam pojęcia, jak ludzie to robią, u mnie w zasadzie w tym temacie posucha.

Czy da się randkować z widmem koronawirusa za plecami? A jeśli tak, to w jaki sposób? Okazało się, że dziś największą popularnością cieszą się serwisy i aplikacje randkowe. Ludzie, często z obawy przed wirusem, dłużej podtrzymują relacje wirtualnie, pewnie też dlatego, że chcą się lepiej poznać, nabrać zaufania. Rozmowa w realu prędzej czy później może obudzić potrzebę fizycznej bliskości, w końcu za tym w pandemii najbardziej tęsknimy. Nie ma niczego złego w tym, że decydując się na spotkanie, chcemy dowiedzieć się o tej osobie jak najwięcej, np. czy nosi maseczkę, czy pracuje zdalnie, czy często spotyka się z innymi ludźmi, czy wyjeżdżała ostatnio za granicę.

– Przy tym ostatnim razie, o którym mówiłam, nie było wielkiego romantyzmu, poszliśmy na piwo, a potem on spytał, czy idziemy do niego, czy do mnie. – Z tego co opowiadasz, wcześniej w podobny sposób realizowałaś swoją potrzebę intymności. – Zgoda, ale dziś wymaga to dużej odwagi.

Krok 4. Jak będzie, gdy pandemia już się skończy?

Nasza sesja powoli dobiega końca. Agnieszka chyba zaufała mi na tyle, na ile była w stanie.

– Mam nadzieję, że nie za bardzo wylewałam na ciebie te swoje gorzkie żale. Cieszę się, że mogłam to zrobić. Chyba lżej mi na duszy. Czy żałuję, że nie mam stałego związku, który sprawdziłby się w dobie pandemii? Absolutnie nie. Jakoś sobie poradzę, na razie sama. Mam w szafce przy łóżku sporo zabawek dla dorosłych.

Agnieszka bardziej boi się tego, co będzie po pandemii. – Jeden koleś z Tindera umówił się ze mną na randkę po tym, jak pandemia się skończy. Powiedziałam mu, że wtedy mogę być już za stara na randki.

Rozmawiamy o tym, że kiedy już to wszystko minie, prawdopodobnie nie wyjdziemy wszyscy na ulicę i nie będziemy rzucać się sobie w ramiona.

– Może zaszczepieni będą kochać się tylko z zaszczepionymi? – i znowu słyszę ten śmiech przez łzy... – A jak byś chciała, żeby było? Zamknij oczy i spróbuj to sobie wyobrazić…

Autoterapia dla randkujących w dobie pandemii

Przede wszystkim zadaj sobie pytanie, czego tak naprawdę najbardziej ci brakuje: spotkań towarzyskich, poznawania nowych ludzi, randek, a może kontaktów intymnych? Dopiero kiedy zrozumiesz, za czym tęsknisz i czego potrzebujesz, będziesz mógł zastanowić się, czy i jak można to zrealizować w dobie pandemii.
  • Bądź szczery z samym sobą: nie ukrywaj swoich obaw czy lęków, nie zgrywaj bohatera. Nie masz się czego wstydzić, masz prawo rozmawiać o wirusie, o swoich obawach, o swoich warunkach, o bezpieczeństwie swojego zdrowia i życia. Kontaktuj się z ludźmi w taki sposób, żeby to było przyjemnością, a nie powodem dodatkowego stresu.
  • Pandemia działa jak papierek lakmusowy. Jeśli ktoś nie traktuje tego poważnie i przede wszystkim zupełnie inaczej niż ty, to może oznaczać, że kiepsko u niego z empatią i myśleniem o potrzebach innych ludzi. Daj sobie spokój z taką osobą.
  • Pandemia zbliża osoby poszukujące miłości. Ludzie kontaktują się w taki sposób, w jaki jest to teraz możliwe. Coraz więcej aplikacji randkowych wprowadza opcje wideo na żywo. Wirtualni randkowicze pragną się lepiej poznać, są na siebie bardziej uważni, szukają przyjaźni, bo na razie jest ona bezpieczniejsza niż miłość. Korzystaj z tego, zamiast koncentrować się jedynie na tym, co zabrała ci pandemia.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Seks

Numerologia związku - jaką tworzycie wibrację?

Pełna numerologia opiera się na bardzo dokładnych wyliczeniach. Bierze się np. pod uwagę cyfry, które wchodzą w skład tej jednej, partnerskiej. Nieco inny będzie więc związek o wibracji 8, gdy utworzy go piątka z trójką, a inny gdy utworzą go np. dwie czwórki. Jednak główne cechy i założenia będą się pokrywać (fot. iStock)
Pełna numerologia opiera się na bardzo dokładnych wyliczeniach. Bierze się np. pod uwagę cyfry, które wchodzą w skład tej jednej, partnerskiej. Nieco inny będzie więc związek o wibracji 8, gdy utworzy go piątka z trójką, a inny gdy utworzą go np. dwie czwórki. Jednak główne cechy i założenia będą się pokrywać (fot. iStock)
Jeżeli zsumujemy liczby urodzeniowe obojga partnerów, na końcu równania otrzymamy jedną cyfrę – według numerologii niesie ona wiele informacji o danym związku: jakie przyświecają mu wartości, jakie są wspólne cele, jakie zagrożenia. Co mówi o waszej relacji ta wspólna cyfra?

Numerologia nie wierzy w przypadki. Według niej wszystko można opisać matematycznie, a wyliczenia, które uzyskamy z naszych dat urodzenia, imion czy nazwisk – wiele o nas mówią. Można przyjąć te numerologiczne opisy jako pewne wskazówki na życie, a można podejść do tej dziedziny z przymrużeniem oka i potraktować jak rozrywkę. Warto się jednak przekonać samemu.

Wspólna cyfra

Według numerologii cyfra związku niesie wiele informacji o waszej relacji: jakie przyświecają jej wartości, jakie są wspólne cele, jakie zagrożenia... Chcąc ją ustalić, najpierw oblicz swoją numerologiczną cyfrę z daty urodzenia. Dodaj do siebie wszystkie cyfry daty urodzin, sprowadzając je do cyfry pierwszej, np. z daty 05.09.1973 obliczamy: 5+9+1+9+7+3 = 34 = 7. Tak samo wyliczasz cyfrę partnera, a następnie dodajesz te dwie cyfry do siebie i otrzymujesz cyfrę waszego związku.

Związek w numerologicznej wibracji 1

Jeśli dodane do siebie wibracje urodzeniowe partnerów dadzą 1, powstanie związek dwojga niezależnych istot. Dla każdego z partnerów ważna będzie pozycja, którą sobie wypracuje, jednak z reguły jedna ze stron będzie dominować.

Związek w numerologicznej wibracji 2

Partnerzy, których wspólna wibracja numerologiczna wynosi 2, stworzą związek, w którym ważne zawsze będą dzieci, dom, rodzina, praca. Czyli stabilizacja i bezpieczeństwo. Nic dziwnego – archetyp „dwójki”, czyli tarotowa Arcykapłanka, to przecież bogini domowego ogniska. Energia żeńska, która zawsze szuka kogoś do pary. Dlatego ludzie tworzący taki związek są dla siebie wzajemnie ważni.

Związek w numerologicznej wibracji 3

To może być naprawdę bardzo fajny związek, kreatywny i płodny pod każdym względem. Ludzie go tworzący mają szansę na szczęśliwy dom pełen dzieci i obfitość finansową. W negatywie „trójka” może przynieść w tych sferach życia poważne braki. W wibrację trzy wpisana jest dobra komunikacja, inspiracja, twórczość, pasja, radość.

Związek w numerologicznej wibracji 4

Związek stabilny, formalny, trwały, oparty na tradycji. Bezpieczny. Ludzie, których urodzeniowe wibracje po dodaniu dają cztery, tworzą relacje odpowiedzialne. Romanse i flirty na boku w grę nie wchodzą, prędzej obrączki, małżeńskie akty i wspólne bankowe konta.

Związek w numerologicznej wibracji 5

Numerologia mówi, że jeśli dodane do siebie liczby urodzeniowe partnerów dadzą 5, nie będzie im się razem nudzić. Przyjdzie im się otworzyć na nieprzewidywalność, przygodę, na przypływy i odpływy.

Związek w numerologicznej wibracji 6

Dobrze żyć w związku, któremu patronuje tarotowa karta Kochanków. Na pierwszy plan wysuwa się dzielenie się uczuciami, relacyjność, rodzina. I z tego trzeba zdać egzamin. Kochankowie to przecież dobry symbol relacji. On, ona i miłość.

Związek w numerologicznej wibracji 7

Gdy się spotkają, on i ona, a liczba ich związku wynosi 7, może im się wydawać, że są bratnimi duszami. Relacja ta bowiem nacechowana jest atmosferą niezwykłości, ale często niesie ze sobą poważną życiową lekcję do przeżycia.

Związek w numerologicznej wibracji 8

Kiedy spotykają się ludzie, których wspólna numerologiczna wibracja to 8, zmierzą się z biegunowością dominacji i uległości, z siłą materii oraz namiętności.

Związek w numerologicznej wibracji 9

Para, której przyszło żyć w numerologicznej wibracji 9, zmierzy się z poważnymi wyzwaniami. Pojawić się może silna tendencja do odgradzania się od siebie murem milczenia i obojętności. Rozwiązaniem jest połączenie swoich sił dla pracy dla świata.

  1. Psychologia

Małżeństwo na próbę

Trzeba najpierw siebie zaakceptować i pokochać, by pokochać kogoś innego i – co równie ważne - temu komuś też pozwolić siebie kochać. (Fot. iStock)
Trzeba najpierw siebie zaakceptować i pokochać, by pokochać kogoś innego i – co równie ważne - temu komuś też pozwolić siebie kochać. (Fot. iStock)
Jak wybrać partnera, partnerkę? Czy iść za starymi rytuałami jak zaręczyny i ślub? A może skorzystać z nowinek? Jedną z nich jest tzw. małżeństwo na próbę. Chciano je ustawowo wprowadzić w Meksyku i Bawarii. Nie wyszło. Szkoda? Ale czy mamy szanse na trwałość, gdy już wchodzimy w związek, asekurując się? Jak zacząć kochać, by kochać długo i szczęśliwie – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Za pierwszym razem zakochałam się i wyszłam za mąż, bo on miał takie piękne oczy... Nie jest to jednak najważniejsze kryterium wyboru męża. A ty? Gdybyś dziś miał wybierać partnerkę, czym byś się kierował? Tym samym co wówczas, gdy byłeś młodym człowiekiem?
Oprócz naturalnych, koniecznych i istotnych informacji płynących z serca i podbrzusza zwróciłbym szczególną uwagę na emocjonalną, intelektualną i życiową zdolność tej kobiety do partnerstwa. Ale to na ogół idzie w parze z wiekiem, doświadczeniem i samoświadomością. W młodym wieku trudno więc znaleźć taką partnerkę, bo samemu się do tego nie dorasta. Pewnie więc popełniłbym te same błędy co kiedyś. Błędy młodości są nieuniknione i nie zawsze udaje się je wszystkie w dalszym wspólnym życiu ogarnąć i przekroczyć. Wśród nich bywają takie, które jak ukryta bomba zegarowa nagle eksplodują z potworną siłą i rozsadzają z pozoru dobry i trwały związek. Długo trzeba żyć i wiele się nauczyć, przemyśleć dawne porażki, by urealnić swoje oczekiwania co do związku. Wiedzieć, jak się ma to, czego byśmy chcieli, do tego, co możliwe. Warto wiedzieć o sobie nawzajem jak najwięcej, zanim zdecydujemy się na poważny związek.

Z moim obecnym mężem, a oboje byliśmy już po rozwodach, przed ślubem porozmawialiśmy o tym, jak byśmy chcieli razem żyć, że na przykład obojgu nam zależy na wyłączności i szczerości.
Dobra rozmowa. Znamionuje dojrzałość. Jeśli spotkamy osobę, która nam odpowiada ciałem i duchem, jeśli podobnie myślimy o tym, na czym polega związek, i o innych najważniejszych sprawach, jeśli rozumiemy, że partnerstwo zakłada psychiczną, społeczną i materialną autonomię, i umawiamy się, że będziemy razem do tego dążyć, aby nie musieć ze sobą być, lecz chcieć być – to mamy duże szanse na sukces. Trzeba jednak pamiętać, że nieustannie oboje się zmieniamy, dojrzewamy, poznajemy siebie. Określamy i akceptujemy silne i słabe strony swoje i partnera. Powinniśmy też rozumieć i zwykle z czasem rozumiemy, że zmianę w związku możemy spowodować tylko, zmieniając siebie.

Partnera zmienić nie sposób, jeśli on sam tego nie zechce. Od tego, czy to uznajemy i akceptujemy, w ogromnej mierze zależeć będzie trwałość związku, w czasach gdy brak  zewnętrznych ram dla bycia razem.

Właśnie, ważne dla trwałości związków zawsze były rytuały: zaręczyny, ślub. Nadal statystyki mówią, że częściej rozpadają się konkubinaty. Może więc warto korzystać z tych rytuałów?
Mamy do czynienia ze schyłkiem kobiecych rytuałów przejścia, takich jak: pierwsza miesiączka, narzeczeństwo, małżeństwo, noc poślubna, macierzyństwo. I mam nadzieję, że to se ne vrati. Wszystkie te rytuały są bowiem nierozerwalnie związane z prokreacyjną rolą kobiety – a zarazem sugerują, że istnienie kobiety na tej ziemi musi być legitymizowane przez służący prokreacji związek z mężczyzną. Feminizm słusznie dostrzegł w nich niesprawiedliwą i nieuzasadnioną dewaluację potencjału intelektualnego, twórczego i przywódczego kobiet. Dlatego te rytuały znikają z naszej obyczajowości i wątpię, żeby młode kobiety za nimi tęskniły. Potrzeba rytuałów jest jednak głęboko ludzka. Wyraża naszą tęsknotę za choćby symbolicznym uczestniczeniem w mistycznym, czyli ponadmaterialnym, ponadosobowym, ponadtransakcyjnym, a nawet ponadrelacyjnym wymiarem życia. Dlatego nadal będą rytuały, ale nowe, obrazujące stan dzisiejszej świadomości. Już teraz pojawiają się próby eliminowania z rytuałów udziału urzędów cywilnych i religijnych funkcjonariuszy. Bo też urzędy i funkcjonariusze nie nadążają za ewolucją świadomości obywateli. Historia uczy, że zmiany w ludzkiej świadomości najpierw przejawiają się w elitarnej, a potem powszechnej obyczajowości. Wtedy nowa obyczajowość zostaje skodyfikowana i staje się urzędową normą.

Nowe odpowiadające współczesnej świadomości rytuały miłosne to na przykład „zaślubiny”, jakie współcześni zakochani organizują sobie w jakimś pięknym przyrodniczo miejscu?
Właśnie. Widocznie przeczuwają, że sacrum przejawia się tam najpełniej i najdostojniej. Coraz częściej też te zaślubiny odbywają się wyłącznie w towarzystwie przyjaciół albo najbliższych krewnych. Pewnie bierze się to z przekonania, że z przyjaciółmi tworzyć będą najważniejszą i najpewniejszą przestrzeń dla swego społecznego i duchowego istnienia. A więc na ich ręce składają małżeńską przysięgę. Te czysto symboliczne rytuały mają również taką zaletę, że nie pociągają za sobą formalnych i prawnych zobowiązań, jakie nakłada cywilny czy religijny akt małżeństwa. Młodzi chcą być wolni i jednocześnie być razem. Przyszłość pokaże, czy symboliczne, wolne od formalnych zobowiązań śluby łączą „małżonków w sercu” tylko na dobre, czy również na złe.

Ale politycy też mają swoje pomysły. W Bawarii i Meksyku pojawił się m.in. projekt małżeństwa na próbę. Miałoby ono trwać siedem lat, a po tym czasie być rozwiązane bez żadnych konsekwencji prawnych i ekonomicznych lub przepoczwarzyć się w małżeństwo na zawsze.
Czy to nie jest tylko rozpaczliwa próba sformalizowania starego jak świat związku na kocią łapę, który poprzedza już dziś prawie każdy związek małżeński? Zapewne powodem są obyczajowo-religijne naciski, by zlikwidować bezcenną instytucję kociej łapy. W mediach krajów, które miały taki pomysł, pojawiły się nawet rysunki satyryczne, które tę tezę ilustrują. Przedstawiają ni mniej, ni więcej tylko świątynie udzielające ślubów na próbę. A więc myślę, że to zabieg mający nowoczesny styl życia pomieścić w tradycyjnym schemacie wartości obyczajowych i religijnych. Łatwiej przecież powiedzieć księdzu lub konserwatywnej rodzinie, że żyje się w małżeństwie na próbę, niż przyznać się do konkubinatu. Zwłaszcza jeśli już są dzieci. Myślę, że to tylko próba oswojenia zjawiska związków nieformalnych, których nie akceptuje żadna z religii, i nadania im pozoru obyczajowej i doktrynalnej poprawności.

Czy właśnie dlatego, że jest to próba adaptacji starego do nowego, małżeństwo na próbę może nam pomóc zbudować trwałą i udaną relację?
Trwały związek możemy budować tylko na dojrzałej miłości i na partnerstwie. Zakochać się każdy potrafi. Mnóstwo ludzi nie ma szansy na sensowny związek, bo nie doszli do ładu z samymi sobą. Trzeba najpierw siebie zaakceptować i pokochać, by pokochać kogoś innego i – co równie ważne - temu komuś też pozwolić siebie kochać. Może więc pomysł małżeństw na próbę byłby sensowny, o ile odwlekałby ostateczną decyzję do czasu dojrzałości partnerów.

Jak rozpoznać dojrzałość? To, że już jesteśmy gotowi, by choćby spróbować być z kimś na dłużej?
Trzeba wiedzieć, kto decyduje o naszych emocjach i o naszym poczuciu szczęśliwości. Jeśli wiemy, że to my sami o tym decydujemy, jesteśmy gotowi, by komuś innemu powiedzieć: „Kocham cię, chcę z tobą dzielić życie”. Tak długo jednak jak uważamy, że to inni decydują o tym, jak my się czujemy (bo są mili albo niemili, bo dają nam to, czego chcemy lub nie dają), to na dobrą sprawę nie powinniśmy poczciwym ludziom zawracać głowy tym, co czujemy. Bo też wtedy zmienia się nam to z chwili na chwilę i niczego sensownego na tym nie zbudujemy. Dojrzali ludzie nie obciążają innych odpowiedzialnością za swoje emocje ani za swoje trwałe poczucie szczęścia. Nie patrzą na drugą osobę z nadzieją: „Nareszcie spotkałem kogoś, kto uczyni mnie szczęśliwym”. Dobrze przynajmniej przeczuwać, że nasze prawdziwe szczęście od innych nie zależy, nim pomyślimy o byciu w związku.

Do tej pory myślałam, że to tylko kobiety oczekują od mężczyzn, że ci je uszczęśliwią. Mężczyźni też tak mają, też myślą: „Ta kobieta uczyni mnie szczęśliwym”.
Oczywiście, że tak. Też chcemy, żeby kobiety nas uszczęśliwiały. Zapominamy, że warto przynajmniej nie być nieszczęśliwym, zanim kupimy pierścionek zaręczynowy. Ale na to, by zacząć choćby przeczuwać istnienie wewnętrznego spokoju, zachwytu i radości – niezależnych od wszelkich zewnętrznych uwarunkowań – potrzebny jest czas, doświadczenie i wiele okazji do głębokiej medytacji. W przeciwnym razie będziemy wchodzić w niedojrzałe związki zawiązane na konfliktowej zasadzie: „Och! Wreszcie będzie komu usiąść na kolanach!”. Ale wtedy szybko się okazuje, że ta druga osoba dokładnie do tego samego zmierza. Czeka nas więc wtedy niekończąca się kłótnia o to, kto komu ma siedzieć na kolanach. W niektórych związkach taka sytuacja trwa latami, wszyscy są sfrustrowani i nikt nie wie, o co chodzi.

Kto komu siedzi na kolanach w dobrym związku?
Najlepiej w ogóle nie liczyć na to, że usiądziemy. Poza nadzwyczajnymi sytuacjami, takimi jak choroba, żałoba, utrata pracy itp. Jeśli bycie rozpieszczanym jest możliwe w innych sytuacjach życiowych, należy to traktować jako odświętny prezent. Gdy zdarza się za często i prawie zawsze to jedna strona bierze tę drugą na kolana, grozi to uzależnieniem i zdziecinnieniem. Bezpieczniej jest, gdy w związku dwojga ludzi nie jest raz na zawsze ustalone, kto się kim opiekuje, kto komu ustępuje, kto dostaje i kto bierze. Partnerstwo polega na symetrii i ekwiwalentnej wymianie.

Doświadczenie i dojrzałość to też rozstania, które się przydarzyły. Jak ich uniknąć, bo rany czasem goją się latami? Ile można mieć takich rozstań, „małżeństw na próbę”, żeby mieć szansę na związek na stałe?
Rany nie są same w sobie złe, pod warunkiem wszakże, że próbujemy zrozumieć, czemu znowu nam się nie udało, na czym polega nasza odpowiedzialność za to, że znowu zostaliśmy zranieni. Ten rodzaj refleksji nad rozstaniami jest niezbędny, jeśli chcemy, by następny związek miał większe szanse – a może nawet by był tym wymarzonym i ostatnim.

Wszystko wolno mieć na próbę – oprócz dzieci. Nawet w wypadku małżeństwa na próbę powinno nam wystarczyć dojrzałości i odpowiedzialności, aby nie powoływać niechcianych dzieci na świat. Ponieważ dziś – sądząc z liczby szybkich rozwodów pierwszych małżeństw – małżeństwami na próbę są w istocie te pierwsze formalnie zawierane, to odpowiedzialne i dojrzałe zachowanie próbnych małżonków polegać winno na tym, że nie decydowaliby się na dzieci. Przynajmniej do czasu, gdy przejdą razem i zwycięsko dwa, trzy poważne kryzysy. W przeciwnym razie za duże będzie ryzyko zafundowania dzieciom przedwczesnej i bolesnej lekcji o nietrwałości związków.

A więc dzieci dopiero, kiedy wiemy na pewno, że to ten mężczyzna, ta kobieta, na dobre i na złe?
Sęk w tym, że obecnie decyzji o posiadaniu dzieci nie musimy podejmować tylko wtedy, kiedy czujemy, że znaleźliśmy partnera, partnerkę na całe życie, kogoś, na kogo możemy liczyć, gdy przyjdzie zmierzyć się z trudnościami i wyrokami losu. Kobiety mogą decydować się na dziecko z danym mężczyzną, zakładając ryzyko, że związek albo choćby mieszkanie pod jednym dachem nie potrwa długo. Same z pomocą państwa i agend pozarządowych zdołają dziecko wychować. Stworzenie takiego poczucia bezpieczeństwa dla matek jest obowiązkiem każdego współczesnego państwa i prawem każdej matki, ale w indywidualnych przypadkach może sprzyjać nieodpowiedzialnemu rodzicielstwu. Niekorzystne jest też z góry przyjmowane przez kobiety – zwłaszcza tych w dzieciństwie opuszczonych przez własnych ojców – założenie, że również ojciec ich dzieci nie wytrwa w związku. Takie przekonanie staje się napędem podświadomego mechanizmu powodującego wybieranie przez te kobiety niedojrzałych, słabo rokujących mężczyzn. Z podażą partnerów dojrzałych do rodzicielstwa jest trudno również z tego powodu, że coraz więcej kobiet przezornie decyduje się na macierzyństwo dopiero wtedy, gdy osiągną niezależność i bezpieczeństwo finansowe – a więc pod koniec trzeciej dekady życia. Do tego czasu potencjalni dojrzali partnerzy z ich pokolenia, których jak wiadomo na dodatek ubywa, zostali już dawno zaangażowani w związki z mniej dojrzałymi lub bardziej skłonnymi do podjęcia ryzyka kobietami.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Szukamy prawdziwej miłości. Dlaczego trafiamy na niewłaściwych partnerów?

Miłości nikt nas nie uczy. Często mamy jednak o niej błędne przekonania, które utrudniają nam zbudowanie z partnerem szczerej relacji. (fot. iStock)
Miłości nikt nas nie uczy. Często mamy jednak o niej błędne przekonania, które utrudniają nam zbudowanie z partnerem szczerej relacji. (fot. iStock)
Jak to jest, że ciągle znajduję nieodpowiednich partnerów? Czemu uciekam, ranię, pozwalam się ranić? Przyczyn szuka małżeństwo terapeutów i coachów Eva-Maria i Wolfram Zurhors.

Znowu w życiu mi nie wyszło... i trzeba się  pozbierać po po kolejnym nieudanym związku. Miłość? Przynosi samo cierpienie… Eva-Maria Zurhors: Miłość, jeśli dobrze ją rozpoznamy – a to można zrobić tylko sercem – nie przynosi cierpienia. To, co powoduje ból, to nasze błędne przekonania na temat idealnego księcia, idealnej księżniczki czy związku, w którym zawsze się rozumiemy, obdarowujemy prezentami i o każdej porze dnia czy nocy możemy liczyć na ukochaną osobę.

Wolfram Zurhors: I ta pewność, że dla miłości tyle trzeba zrobić… Prawdziwe uczucie rodzi się wtedy, gdy przestajemy robić, a zaczynamy po prostu być.

E-MZ: A to oznacza również pozwolenie sobie na słabości, obawy, strach. Tak popularne dziś „bycie cool” oddala nas od miłości. Może na pierwszy rzut oka taka cool wydam się komuś atrakcyjna, ale na dłuższą metę mój pancerz uniemożliwi mi prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem. Ci, którzy są cool, zawsze w końcu uciekają, odchodzą.

Budując związek, lepiej postawić na autentyzm? E-MZ: Tak, bo zawsze dostajemy takiego partnera, jaki do nas pasuje. To widać nawet przy problemach. Jeśli on mnie rani – to może dlatego, że ja nieświadomie tego właśnie oczekuję od związku, wybrałam kogoś, kto mi to da. Na przykład: tkwisz w relacji z mężczyzną, którego ciągle przy tobie nie ma, który stale cię zawodzi. A może dobrałaś sobie partnera, który pasuje do twojego nieuświadomionego strachu przed tym, by być kochaną? I nad tym trzeba popracować.

Czy ten mężczyzna też czegoś się boi? E-MZ: Tak, dlatego ucieka. Kiedyś pracowałam z kobietą, którą bili wszyscy jej czterej kolejni mężowie. Na początku znajomości nosili ją na rękach, ale prędzej czy później pojawiała się przemoc fizyczna i wszystko kończyło się w sądzie. Ktoś powie: „miała pecha”. A tak naprawdę to ona nie miała za grosz poczucia własnej wartości. Zawsze w związkach rezygnowała z siebie, próbowała dopasować do partnera. Gdyby zaczęła nad tym pracować, zmieniła postrzeganie siebie samej, przyciągałaby zapewne innych mężczyzn, takich którzy by ją szanowali i nie stosowali przemocy.

Czyli jednak to podobieństwa się przyciągają? E-MZ: Opowiem pani o mojej przyjaciółce, która jakiś czas temu była singielką i umawiała się na randki przez internet. Klapa za klapą. Nie mogła zrozumieć, dlaczego nie udaje się jej z żadnym z mężczyzn. Któregoś dnia pokazała mi swój profil na portalu randkowym i to, co o sobie w nim pisze. Oniemiałam. Powiedziałam do niej: „Aleksandro, kto to jest?! Na pewno nie ty! Przecież mężczyzna, który się z tobą umówi, będzie chciał spotkać kobietę, która nie istnieje, bo ją wymyśliłaś. I z całą pewnością nie będzie do ciebie pasował”. Zaczęłam jej to tłumaczyć na prostym przykładzie: „Ty jesteś pełnomleczną czekoladą, a opisujesz siebie jako czipsy. Jeśli chcesz spotkać odpowiedniego dla siebie mężczyznę, to pokaż mu, kim naprawdę jesteś. W przeciwnym razie będzie chciał chipsy, a ty będziesz je udawała. Jako czekolada jesteś najlepszą czekoladą pod słońcem, a jako chipsy – najgorszymi z czipsów”. To proste.

Proste... To dlaczego dla wielu skomplikowane? E-MZ: Bo nikt nas tego nie uczy. W szkole mamy zajęcia z najróżniejszych przedmiotów, ale na żadnych się nie dowiemy, czym jest prawdziwa miłość. Więc w tej materii całą wiedzę czerpiemy z bajek, filmów i książek. Czego nas uczą? Że na miłość trzeba sobie zasłużyć, ciągle o nią zabiegać i bardzo wiele dla niej poświęcić. A to nieprawda.

Nie mamy od kogo uczyć się miłości? E-MZ: Najlepszym nauczycielem miłości jest kryzys. Na przykład zdradza mnie mąż. To jest jak trzęsienie ziemi. Rozpada się wznoszone latami rusztowanie, odsłaniają skrywane uczucia i ukazuje się przed moimi oczami prawda. O mnie, o nim, o naszym związku. Oczywiście pod warunkiem, że sobie na tę chwilę prawdy pozwolę i przyjmę ją z wdzięcznością. Jeśli nie – mogę pogrążyć się w rozpaczy, ale nie korzystam z szansy na rozwój. A to jest właśnie ten moment, w którym mogę nareszcie nauczyć się dbać o siebie...

Co to znaczy w praktyce? E-MZ: Gdy dzieje się źle, nie uciekać od zranienia czy strachu, tylko je przeżywać. Ale nie poprzez słuchanie przyjaciółek, które powiedzą: „Oj, ty jesteś biedna, a on podły”, lepiej zapytać siebie: „Czego się boję? Co mu tak naprawdę zarzucam?”. Z naszego doświadczenia wynika, że jest w tym pewna prawidłowość: zwykle jeśli ktoś mnie opuszcza, to robi to wtedy, gdy podświadomie coś mu zarzucam. Na przykład mówię do niego: „Chcę ratować nasz związek”, a jednocześnie myślę: „On mnie nie słucha, nie dba o mnie, zawsze wybiera pracę albo swoich kumpli, czemu jest taki?”. I on czuje, że wolałabym, żeby był inny, więc mnie zostawia. Jeżeli bym akceptowła go takim, jaki jest, wtedy pewnie by nie chciał odejść. To nie znaczy, że trzeba godzić się na wszystko, żeby tylko zatrzymać partnera – w sytuacji przymusu też odejdzie. Wyczuje strach. Chodzi o szczerość. O to, by zająć się sobą, nie naginać do związku. Jeżeli go ciągle nie ma w domu, zamiast przyjąć postawę wciąż oczekującej westalki – wypełnić sobie ten czas: nowym hobby, spotkaniami ze znajomymi. W ten sposób związek zyska szansę – partner zaakceptuje to, zauważy i może uszanuje, kontakt stanie się coraz bardziej szczery, a miłość głębsza.

A jeżeli to ja kogoś porzucam? Czy to też lekcja? E-MZ: Oczywiście. Aby ją odrobić, musisz wiedzieć, czy odchodzisz zawsze w takim samym punkcie. Czy to twoja wewnętrzna prawda czy ucieczka. Przykład: pewien nasz przyjaciel ucieka wtedy, gdy relacja z kobietą staje się poważna. Jego partnerki nie wiedzą, że na takie zachowanie ma wpływ drastyczna historia z dzieciństwa. Jako mały chłopiec był świadkiem, jak matka chciała odebrać sobie życie, żeby odejść od ojca. Inaczej nie umiała go zostawić. Dla tego małego chłopca, dziś już dorosłego mężczyzny, związek zawsze oznacza dużą dawkę strachu. I dlatego żaden mu się nie udaje. Podobnie jak nasz przyjaciel, wszyscy do każdej nowej relacji wnosimy plecak swoich starych historii. Zakodowane w nich strach i tęsknotę projektujemy na partnera czy partnerkę. I nazywamy miłością.

Mówimy też: „kocham, ale nie potrafię z tobą żyć”. E-MZ: My mamy na to określenie: „zderzenie dwóch gór lodowych”. Zaraz to wytłumaczę. Jako ludzie jesteśmy świadomi siebie w 4 do 6 procent. To sam wierzchołek góry lodowej. Właśnie te 4 procenty mówią: „kocham cię”, a cała reszta, czyli 96 procent: „ale nie mogę z tobą żyć”. Ta reszta to moje przekonania, dawne doświadczenia i błędne wzorce.

Co się dzieje, gdy spotykają się dwie góry lodowe? Widzą jedynie swoje wierzchołki i – dajmy na to  – uznają je za atrakcyjne, więc zaczynają się do siebie zbliżać. W końcu tak skracają dystans, że stykają się swoimi podstawami, których nie są świadome.

I bach! Następuje kryzys. A dalej? To zależy od nich. Prawdopodobnie rozstanie. Dzisiaj mamy o wiele więcej możliwości, niż mieli nasi rodzice. Szybciej od siebie odchodzimy, bo możemy sobie na to pozwolić, także finansowo. Nasi rodzice myśleli: „muszę zostać i gdzieś na boku urządzić sobie życie, które będzie mnie satysfakcjonować”. Byli trzydzieści lat po ślubie i się nie znali – bo po ślubie były tylko wierzchołki ich gór lodowych. O całym dole nie mieli pojęcia. Małżeństwo to droga schodzenia w głąb lodowej góry, a czasem nurkowania pod nią. Na przykład nasze małżeństwo. Zaczęło się klasycznie: jeden wierzchołek poznał drugi. Potem zbliżaliśmy się do siebie, aż nagle doszło do zderzenia podstaw naszych gór. Nastąpiło starcie i rozstanie. Odsunęliśmy się od siebie na bezpieczną odległość i znowu wszystko było niby w porządku. Na szczęście każde zaczęło poznawać swoje wnętrze i bezwiednie znów się do siebie zbliżaliśmy. Ten proces trwa cały czas. Podstawy naszych gór znowu się ze sobą stykają i zachodzą na siebie, przy czym nieraz zderzają się za mocno – wtedy na chwilę odskakują, i znowu się do siebie zbliżają.

Dwa kroki do przodu, jeden w tył… E-MZ: I tak będzie przez całe życie. Im głębiej schodzimy, tym coraz więcej bolących miejsc.

Dobry związek musi czasem boleć? E-MZ: Jak nie boli, to nic się nie zmienia, nie rozwija. To jest jak trenowanie mięśni. Mój mąż jest moim hantlem i dzięki niemu mój mięsień staje się coraz mocniejszy. Im cięższy hantel, tym większy mięsień. W naszym małżeństwie przeżyliśmy już dwa poważne kryzysy, ale dzięki nim dziś jesteśmy ze sobą bliżej.

Jak długo są państwo razem? WZ: 16 lat i wierzymy, że jeszcze wiele lat przed nami. Wiele bólu i radości. Proces poznawania, schodzenia w głąb lodowej góry nigdy się nie kończy.

E-MZ: Bo góra jest nieskończona.

O Boże, to straszne! E-MZ: Skąd! To cudowne!

WZ: Dzięki temu jeden i ten sam związek jest nieustannie podniecający. Nie ma w nim miejsca na nudę czy zmęczenie.

E-MZ: Niech pani wyobrazi sobie, że ciągle pokazujemy drugiej osobie tylko część siebie. To dopiero nuda!

WZ: Dzisiaj nasze małżeństwo nie ma nic wspólnego z tym, jakie było na początku. Jest dojrzalsze, szczęśliwsze, a część wspólna, ta poznana, uświadomiona i zaakceptowana staje się coraz większa. Ale po drodze często bolało. I myślę, że w przyszłości też nieraz się zranimy, a to nas wzmocni. I na tym polega ta cudowna przygoda, jaką jest związek dwojga ludzi.

Wywiad z archiwalnego numeru magazynu Sens

  1. Psychologia

Dam ci to, czego pragniesz, ale jeśli wyrzekniesz się siebie

U podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej stoi lęk. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go; traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą”. (Fot. iStock)
U podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej stoi lęk. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go; traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą”. (Fot. iStock)
„Będzie jak w bajce. Dostaniesz ode mnie wszystko, czego potrzebujesz. Pod jednym warunkiem: wyrzekniesz się siebie”. Tak brzmi niepisana umowa symbiotycznych związków.

Maria była przekonana, że nigdy nic lepszego jej nie spotkało. Zakochała się, ale nie w byle kim i nie byle jak. Czuła to, a uczuć przecież nie można oszukać. Myślała, że taka miłość zdarza się tylko w filmach lub romantycznych książkach, dopóki jej nie doświadczyła. Andrzej był jej uzupełnieniem, całym światem, z każdym dniem kochał coraz bardziej. Pisał do niej kilkanaście razy dziennie SMS-y, zabierał na kolacje, do kina, na weekend nad morzem. Budził rano do pracy i utulał do snu. Maria zrezygnowała z długo planowanego wyjazdu ze znajomymi nad morze, bo Andrzej obiecał, że pojadą razem, ale w góry, bo uwielbiał wspinaczkę. Postanowiła spróbować. Okazało się, że pokochała ten sport tak jak Andrzeja.

Zamieszkali razem, Andrzej znalazł dom pod miastem, miał bliżej do pracy, mógł więcej czasu spędzać z ukochaną. Dla Marii przeprowadzka oznaczała wprawdzie dłuższe dojazdy, ale i tak się cieszyła. Wszystkie koleżanki jej zazdrościły, na spotkaniach towarzyskich nie odstępowali siebie na krok… Po pięciu wspólnych latach Maria czuła tylko i wyłącznie wszechogarniającą nienawiść do Andrzeja.

Pojęcie symbiozy, które idealnie oddaje charakter relacji Marii i Andrzeja, psychologia zaczerpnęła z biologii. Krab pustelnik poszukuje pustej muszli ślimaka, do której może schować swój pozbawiony pancerza odwłok. Na takiej muszli osadza się ukwiał, który wędruje wraz z pustelnikiem i jego mieszkaniem, dzięki czemu może zdobywać pokarm, zapewniając przy okazji pustelnikowi ochronę przed drapieżnikami. Układ idealny.

Erich Fromm używał terminu „psychiczna więź symbiotyczna”, opisując relację dwóch dorosłych osób, które żyją kosztem siebie. Mogą to być kochankowie, przyjaciele, partnerzy w interesach. Chociaż są osobnymi organizmami, w sferze psychicznej łącząca ich więź powoduje zjednoczenie, pomieszanie tożsamości, tworząc specyficznego rodzaju klatkę. Więź symbiotyczna istnieje w stanie naturalnym, kiedy dziecko żyje kosztem matki w jej łonie, i później w początkowym okresie rozwojowym. To właśnie zaburzenia dotyczące relacji dziecka z rodzicami w pierwszych miesiącach życia mogą prowadzić do ukształtowania się w dorosłości tendencji do budowania symbiozy w związku.

Dobre początku symbiozy

Miłość symbiotyczna zazwyczaj rozpoczyna się od fajerwerków, wielkiego „bum”. Tylko zakochani nie wiedzą, że „bum” to odgłos zderzenia dwóch patologii. Zazwyczaj jedno z nich, tak jak Maria, pozostaje uległe, bierne, przekonane o tym, że oto właśnie spotkało je niezwykłe szczęście. Druga osoba sprawia wrażenie niezależnej, silnej, sprawczej, ale aby czuć się tak naprawdę, potrzebuje ciągłego potwierdzenia swojej wspaniałości. Obie postawy są biegunami tej samej osobowości, która napędzana jest siłą w kierunku odrębności, a zarazem bycia razem, czyli zlania się, totalnej fuzji. Początki takiej miłości, dokładnie jak u Marii i Andrzeja, wypełnione są euforią, namiętnością, poczuciem niezwykłego połączenia. Pustka odczuwana prawie każdego dnia znika, bo zostaje wypełniona przez ukochanego.

Maria z łatwością zrezygnuje z wyjazdu nad morze i pokocha wspinaczkę, bo kocha Andrzeja, staje się nim, zlewa z jego potrzebami. Ona nie wie, kim naprawdę jest, co lubi. Rzeczy, które sprawiają jej przyjemność, mogą się szybko zmienić pod wpływem tego, co zasugeruje ukochana osoba. Z kolei Andrzej w końcu znalazł kogoś, kto adoruje go, uwielbia, karmi jego ego. W ten sposób on może wciąż pielęgnować przekonania dotyczące siebie. Obydwoje posiadają głębokie przekonanie o byciu niepełnym, nie całkiem wartościowym.

– Na początku takie osoby mają poczucie ogromnej miłości, której nie zaznał nikt, zrastają się ze sobą, to bywa przyjemne – tłumaczy prof. Katarzyna Popiołek, dziekan Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. – Gdy po paru latach pojawia się konflikt pomiędzy lękiem przed samozatraceniem i niemożnością odczepienia się od tej osoby, często rodzi się nienawiść.

Bo to właśnie lęk stoi u podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go, zgniecenie, zniszczenie; w sumie traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą. Identyfikowanie się z kimś w takim stopniu, który powoduje zagubienie się, zatopienie własnej tożsamości w tożsamości drugiego człowieka”.

Zdarzeń ciąg dalszy

Partnerów w związku symbiotycznym cechuje stała potrzeba uzależnienia innych od siebie lub bycia uzależnionym. – U jednych wynika ona z przekonania o własnej słabości, u innych – z poczucia wyjątkowości, które będą potwierdzali, wieszając się na ludziach, uzależniając innych od siebie – komentuje prof. Katarzyna Popiołek.

Tacy zakochani nie dokonują racjonalnego wyboru partnera, nie sprawdzają, jaki naprawdę jest ten drugi człowiek. Mogą być ze sobą przez pięć lat i nigdy się nie poznać, ponieważ kreują wyobrażenie człowieka i tego wizerunku się trzymają.

Maria zakochała się w Andrzeju, ponieważ ją od siebie uzależnił: telefonami, rozmowami, wyznaniami. On zaś zakochał się w uległej, adorującej go kobiecie. Zafascynowali się swoimi projekcjami, nie sobą nawzajem. Aby ten układ przetrwał, pielęgnują wizję drugiej osoby, przez to nie mogą jej naprawdę zobaczyć. Przez pewien czas taki układ się sprawdza, ale w pewnym momencie osoba pozostająca w związku symbiotycznym zaczyna się dusić. Wie, że nie poradzi sobie bez drugiej osoby, zarazem czuje, że ta relacja uniemożliwia jej rozwój. Zaczyna przejawiać dwie sprzeczne tendencje: uciec i być bardzo blisko.

Maria, jak większość osób symbiotycznych, nie potrafi zachowywać się asertywnie, nie wyraża złości, gniew kieruje do wewnątrz. Powoli zaczyna pojawiać się u niej tłumiona nienawiść, pretensje do partnera o uzależnienie. Nadal jednak nie posiada własnego zdania, ponieważ przejęła poglądy Andrzeja. Z kolei on żyje w przekonaniu, że jeśli włoży jeszcze trochę wysiłku – to jego partnerka, uległa Maria, będzie doskonała. Ma przy tym tendencję do krytykowania jej, niekiedy poniżania czy wyśmiewania wszelkich jej prób samostanowienia o sobie.

– Prędzej czy później do związków symbiotycznych wkrada się nuda, pojawia się potrzeba poszukiwania przeciwwagi albo nienawiść osiąga siłę wcześniejszej miłości – wyjaśnia dr Aleksandra Sarna, wykładowczyni Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. – Jedno z partnerów może myśleć: „zmieniam tę drugą osobę tak długo, mam takie dobre intencje, a ona wciąż jest niedoskonała”.

W takich właśnie momentach Andrzej zrywa kontakt, oddala się od Marii, pokazując jej, ale przede wszystkim sobie, jaki jest niezależny i silny. Cierpi w tym czasie męki. Tak samo jak pozbawiona sensu życia Maria, dla której w chwili rozstania umiera nie tylko związek, ale ona sama. Jednocześnie Andrzej czeka na najmniejsze westchnienie Marii, po którym ponownie mógłby do niej wrócić, by się scalić, znów być jednym.

Niekiedy obawa przed samozatraceniem powoduje, że jedno z partnerów zaczyna poszukiwać trzeciej osoby. Jeśli trójkąt rozbije obecny układ, nowy związek powtórzy układ symbiotyczny, a osoba porzucona będzie rozglądała się za nowym partnerem. Co ciekawe, jeśli to Maria byłaby porzucona, a jej nowy partner kochałby nurkowanie, to ona nagle zapomni o wspinaczce. – Osoba żyjąca w związku symbiotycznym bez drugiej osoby nie istnieje w pełni – dodaje dr Aleksandra Sarna. – Tak jak z protezą nogi, może nie jest doskonała, nie jest nogą, ale pasuje.

Niepisana umowa w związku symbiotycznym brzmi: „dostaniesz ode mnie wszystko, czego potrzebujesz, pod warunkiem że wyrzekniesz się siebie”. Z tego powodu partnerzy niechętnie patrzą na nowych przyjaciół czy nowe zajęcia ukochanej czy ukochanego, bo zagrażają one symbiozie. Osoba symbiotyczna kurczowo trzyma się partnera, niczym osoba współuzależniona. Na głębokim poziomie czuje, że utrata związku to utrata życia, dokładanie tak jak utrata matki w dzieciństwie. Człowiek taki nie wie, jak dalej żyć, co robić, lubić, nie odnajduje w swoim życiu priorytetów, ponieważ te wyznaczał partner, który nagle odchodzi. Właśnie dlatego podczas rozpadu związku symbiotycznego przynajmniej jedna strona mówi: „nienawidzę cię”. Nie ma możliwości rozejmu, rozstania się z klasą, koniec następuje z hukiem, a partner okazuje nic nie warty.

Symbioza bez happy endu?

Stoi za tym kilka psychologicznych mechanizmów. Rozszczepianie własnego „ja” na część „dobrą” i „złą”, które jest źródłem zmiennych przekonań: „jestem beznadziejny”, „jestem najlepszy”, „mogę wszystko”, „do niczego się nie nadaję”. Inny mechanizm to idealizacja, czyli przypisywanie partnerowi cech, które chcielibyśmy u niego widzieć, i usprawiedliwianie pomyłek. Towarzyszy mu często mechanizm dewaluacji, czyli niedostrzeganie pozytywnych cech u osoby postrzeganej jako „złej”.

Para pozostająca w związku symbiotycznym może iść na terapię. – Jeżeli jednak wyleczymy dwie osoby symbiotyczne, to przestanie istnieć zasada funkcjonowania związku, bo jeśli ten oparty jest o patologię, to gdy ta zniknie, prawdopodobnie rozpadnie się sam związek – dodaje dr Aleksandra Sarna. Osobowość symbiotyczna jest silnie ugruntowana, terapia trwa latami. Ratunkiem jest praca nad sobą, budowanie swojego poczucia bezpieczeństwa i zadowolenia z samego faktu istnienia, a nie bycia z kimś. Pomocne może być danie sobie czasu na sprawdzenie, kogo chcę pokochać, i zadawanie pytań: Jakie cechy ma ta osoba? Co w niej lubię, a czego nie? Czego potrzebuję od tej osoby, a czego na pewno nie chcę? Gdzie znajdują się granice mojej przestrzeni, ciała, pracy, przyjaźni? Szaleństwo i pasja zdarzają się na początku każdej miłości, jednak jeśli ta jest ślepa przez długie miesiące i lata, prawdopodobnie wyprowadzi zakochanych na manowce. Dlatego, że nie spotkały się dwie dorosłe osoby, zainteresowanie poznawaniem siebie i wspieraniem w rozwoju, ale dwójka małych dzieci, przepełnionych lękiem przed zniknięciem.