1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5.  Jak często się kochać?

 Jak często się kochać?

Kobiety coraz częściej dają sobie prawo do tego, żeby pożądać i nie wmawiać sobie, że to miłość. I żeby z tym pragnieniem podążać. (Fot. iStock)
Kobiety coraz częściej dają sobie prawo do tego, żeby pożądać i nie wmawiać sobie, że to miłość. I żeby z tym pragnieniem podążać. (Fot. iStock)
I czy jest jakaś norma, która służy naszemu zdrowiu? A może każdy ma własną i określać ją powinno jedynie nasze pragnienie? Jak poznać swój erotyczny kalendarz, mówią seksuolożki profesor Maria Beisert i Bianca-Beata Kotoro, artystka Dellfina Dellert oraz ginekolog Marek Pietraszek.

 

Kiedyś kobiety kochały się tak często, jak pragnęli tego ich mężowie – mówi seksuolożka Bianca-Beata Kotoro. – Oczekiwano, aby zaprzeczały swoim seksualnym potrzebom. Nie doświadczały orgazmu, a przynajmniej o tym nie mówiły, nie myślały o seksie. Dziś jest odwrotnie. Kobiety, które chcą uchodzić za świadome siebie i wyzwolone, mają wielbić seks, intensywnie go przeżywać i kochać się jak najczęściej – dodaje. Czy tak jest? Z badań wynika, że mniej niż 10 proc. z nas kocha się codziennie. Raz w tygodniu – od 21 do 58 proc. A kilka razy – od 18 do 41 proc. Skąd te różnice? Udajemy, koloryzujemy, żeby lepiej wypaść nawet we własnych oczach. No i mamy nowe, zupełnie inne kompleksy. – W gabinecie często słyszę: „Nie jestem taka jak inne, nie uprawiam seksu tak często, a nawet nie mam takich potrzeb” – mówi Bianca-Beata Kotoro.

Sex, jak często? - młodzi nie lubią ograniczeń

Profesor Maria Beisert, badaczka seksualności, uważa, że nie wszystko jest udawaniem. – 20-latki kochają się częściej i mają jakościowo lepsze stosunki seksualne niż ich starsze koleżanki. A ich zachowania seksualne coraz częściej odpowiadają prawdziwym potrzebom – mówi. – Jednak to nie znaczy, że młode kobiety są wolne od jakiejkolwiek presji. Taką presją jest na przykład przekonanie, że seksualność nie powinna być ograniczona żadnymi zasadami. Kontakty seksualne 20-latek bywają więc motywowane chęcią udowodnienia sobie i innym, że są wyzwolone. Stąd przypadkowy seks z nieznajomymi z portali, stosunki z wieloma partnerami lub aktywność o charakterze przemocowym. To elementy stylu życia stwarzające ryzyko, także związane z możliwością zarażenia się m.in. wirusem HIV czy HPV. Mimo tych zagrożeń uwolnione od przymusu wstrzemięźliwości młode kobiety coraz rzadziej zaprzeczają swojej seksualności, a więc zyskują szansę odkrycia tego, jak często naprawdę chcą się kochać – tłumaczy profesor.

Czy to jednak znaczy, że brak ograniczeń powinien być nową zasadą decydującą o tym, jak często się kochać?

Częstotliwość współżycia w małżeństwie - ważna jest motywacja

– Potrzeby seksualne są jak najbardziej naturalne – mówi profesor Maria Beisert. – Warto to powtarzać. Ale nie realizujemy ich w oderwaniu od innych. Dlatego zamiast prostej odpowiedzi na pytanie, jak często kobieta powinna się kochać i czym kierować, powiem, że będzie to wiedzieć, jeśli odróżni pozytywne motywacje od tych negatywnych – dodaje.

Pozytywne motywacje, zdaniem profesor Beisert, to: podniecenie, ciekawość czy chęć zbliżenia się do drugiego człowieka. Negatywne pojawiają się wtedy, kiedy seks przybiera formy szkodzenia sobie lub komuś innemu. Kiedy uprawiamy go pod presją narzuconych przekonań lub pod czyjeś dyktando. Dobre motywacje mogą więc stać się „normą” dla młodych kobiet, mogą zająć miejsce zarówno „braku zasad”, jak i „wstrzemięźliwości”. Takie dobre motywacje mogą jednak wzbudzić wątpliwości u starszych pokoleń. Czy ma nam wystarczyć do seksu sama ciekawość lub podniecenie? Wiele kobiet może też mieć problem z rozpoznawaniem podniecenia i pożądania jako odrębnych od miłości.

Ciało jak instrument

– Ciało komunikuje nam, kogo pożądamy, czego pragniemy i jak często chcemy się kochać – mówi Dellfina Dellert, artystka inspirująca się seksualnością. – Tak jednak, jak nie rodzimy się wirtuozkami, tak nie rodzimy się kochankami idealnymi. Dlatego ciała nasze i naszego partnera czy partnerki powinny być dla nas jak instrumenty, których cały czas się uczymy. Dopiero wtedy mogą nam dawać maksimum rozkoszy. Trening czyni mistrza. Tę myśl chciałam przekazać kobietom w moim projekcie „Stranger than Paradise” [Inaczej niż w raju] – powstał we współpracy z antropolożką seksualności i projektantką Betony Vernon. Znalazło się w nim zdjęcie „Le violon de Sade”, które przedstawia Betony symulującą grę na wiolonczeli z klęczącą u jej stóp modelką-instrumentem. Przeczytałam, że dźwięk wiolonczeli jest najbardziej zbliżony do ludzkiego głosu, i to stało się inspiracją do zrobienia zdjęcia. Stajemy się coraz bardziej muzykalne i jesteśmy w coraz lepszej relacji ze swoim ciałem.

– Dobre wiadomości są takie, że specjaliści coraz rzadziej diagnozują u kobiet „zaburzenia pragnienia i pożądania” – mówi profesor Beisert. – A to dowód na to, że kobiety odzyskują zdolność do rozpoznawania pragnień i odczuwania pożądania. Jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku ta dysfunkcja była u kobiet powszechna. Kobiety dają więc już sobie prawo do tego, by pożądać i nie wmawiać sobie, że to miłość. Dają sobie prawo do tego, by nie mieć poczucia winy i wstydu, jeśli pragną mężczyzny, który nie jest ich stałym partnerem. I w końcu dają sobie prawo do podążania za tym pragnieniem – dodaje.

Uzdrawiająca dla naszej seksualności moc, zdaniem profesor Beisert, płynie stąd, że 20-latki postrzegają bycie kobietą jako wartość. Nie muszą budować poczucia wartości na byciu czyjąś żoną.

Seks a przyjemność

Naturą seksualności są przyjemność i radość. Już samo podniecenie, oczekiwanie na zbliżenie, akt seksualny, a także to, co odczuwamy po nim, mogą nieść rozmaite, ale przede wszystkim dobre odczucia. Od drżenia, przez dreszcze, ekstazę, do poczucia jedności z drugim człowiekiem. Zaskakujące jest jednak to, że, jak wynika z badań, dla ponad 40 proc. z nas nie ma naturalnego połączenia: seks – przyjemność. Seks to obowiązek, bliskość, droga do macierzyństwa, sposób, by partner nie zdradził.

– Przez trzy lata jeździłam po Polsce i rozmawiałam z ludźmi o ich seksualności, realizując program „Seks w małym mieście”, prowadziłam też warsztaty dla kobiet i mogę powiedzieć, że naszym problemem nie jest sam seks, ale właśnie przyjemność – mówi Dellfina Dellert. – Jesteśmy wychowane w poczuciu winy i wstydu, dlatego rozkosz kojarzy nam się z rozwiązłością, a ta z grzechem. Nawet jeśli już nie robimy tego świadomie, to nadal same siebie dzielimy na święte i dziwki – mówi artystka.

– Na szczęście młode kobiety na pytanie o seksualną przyjemność coraz częściej odpowiadają: „Mamy do niej prawo” – stwierdza profesor Beisert. – Nie chcą z niej rezygnować na rzecz zasad czy z obowiązku. Warto jednak popatrzeć też i na to, czy za tę przyjemność nie trzeba będzie zbyt wiele zapłacić. Bo na przykład ekscytacja, którą daje kontakt seksualny z nieznajomym, nie jest wartością aż tak dużą, by ryzykować dobrostan psychiczny. Granice przyjemności powinien więc wyznaczać rozsądek – tłumaczy profesor.

Podniecenie i orgazm obniżają poziom stresu i poprawiają nastrój.(Fot. iStock) Podniecenie i orgazm obniżają poziom stresu i poprawiają nastrój.(Fot. iStock)

Czas na przejęcie inicjatywy

Badania przeprowadzone w zeszłym roku w Kinsey Institute potwierdzają przedstawione przez nas tezy, skoro mówią, że najczęściej seks uprawiają 18-, 29-latki – średnio aż 112 razy w roku. 30-latki – 86 razy, a 40-latki – tylko 69.

Kobiety 40 plus chciały kochać się częściej i z seksu miałyby więcej przyjemności, niż doświadczały jej jako 20-latki, bo ich libido nie jest hamowane przez strach przed niechcianą ciążą, wyjaśnia Kotoro. Jednak nawet jak są w stałych, udanych związkach, seksu mają mniej, bo z ich mężczyznami jest odwrotnie. Im więcej lat, tym więcej lęku związanego z niewiarą w męskość, która czasem zawodzi. Czy istnieje na tę rozbieżność chęci rada? Tak! Powodem mniejszej aktywności seksualnej mężczyzn jest spadek testosteronu, co sprawia, że panowie stają się bardziej podporządkowani. Natomiast u kobiet odwrotnie – mniej estrogenu dodaje „męskości”. A więc jeśli chcemy więcej seksu, pamiętajmy, że teraz czas na nas . Inicjujmy. Bądźmy kreatywne.

– Jeśli nie czujemy tego, jak często chcemy się kochać, możemy się do tej prawdy zbliżyć – przekonuje Kotoro. – Warto zacząć od przypomnienia sobie, jaki przekaz dotyczący seksu wyniosłyśmy z domu rodzinnego. Może o seksie się nie mówiło, a gdy ktoś tylko wspomniał, mama tajemniczo się uśmiechała… Jeśli tak było, możemy odczuwać ochotę na seks, ale towarzyszyć jej będzie lekkie skrępowanie. Łatwiej jednak będzie takiej kobiecie niż tej, w której domu seks uchodził za brudny i zły. Takie wychowanie blokuje libido, które dochodzi do głosu nie wprost, ale na przykład w postaci fantazji sadomasochistycznych. Jeśli mama i babcia przekonywały nas, że seks to sposób, by zatrzymać mężczyznę, to efektem może być traktowanie go instrumentalnie. Warto także przypomnieć sobie doświadczenia inicjacyjne, pierwsze pocałunki i pierwszy seks. Czy pretekstem było to, co my czułyśmy, czy może to chłopak tego chciał? – mówi Kotoro. – Albo może to koleżanki się z nas śmiały, że jeszcze nie uprawiałyśmy seksu? Kolejne pytania: Jak odczuwasz swoją cielesność? Czy dotyk sprawia ci przyjemność? Czy stojąc naga przed lustrem, dostrzegasz swoje piękno? A twój partner? Czy lubisz jego zapach? Czy umiecie rozmawiać o seksie, o swoich pragnieniach i potrzebach? Jeśli wasze oczekiwania co do częstotliwości zbliżeń są odmienne, możecie się dogadać, ale tylko gdy zaczniecie ze sobą szczerze rozmawiać – dodaje seksuolożka.

– Kobietom, które mają inne niż ich partnerzy oczekiwania co do częstotliwości zbliżeń, radzę, aby planowały z partnerem seks – mówi Bianca-Beata Kotoro. – Serduszko namalowane w kalendarzu przy środzie działa jak afrodyzjak, kiedy w poniedziałek rano planujemy tydzień. Warto też zapisać, jak się będziemy kochać. Zaplanować nawet tylko pieszczoty we wtorek, bo tego dnia oboje będziecie skonani z powodu tysiąca spotkań. A gdy seksu nie było od miesięcy, umówcie się na czterotygodniową dietę – dodaje Kotoro. – W pierwszym tygodniu wolno tylko masować sobie nawzajem głowę, plecy i ramiona. W następnym pieścić się i całować, ale nadal bez dotykania stref intymnych. W trzecim znów masaże. Dopiero w czwartym można dotykać penisa, sromu, łechtaczki i kochać się. No i zazwyczaj już w trzecim tygodniu pary nie dają rady powstrzymać się przed stosunkiem – mówi Kotoro. – Podnieca nas to, co niedostępne, dlatego umowa: „Przez tydzień nie możemy się kochać”, podnieca mężczyznę, który wcale nie miał ochoty na seks, bo w powietrzu pojawia się atmosfera pożądania.

Ile razy w miesiącu powinno się kochać? Czy istnieje norma?

Kiedy zapytamy seksuologa o to, jak często należy się kochać, usłyszymy, że nie ma norm. Kiedy zadamy to samo pytanie lekarzowi ginekologowi, okazuje się, że można jednak normę wskazać. – Dla zdrowia i dobrostanu warto kochać się przynajmniej raz w tygodniu, a najlepiej kilka razy – mówi ginekolog-położnik Marek Pietraszek. – Seks to samo zdrowie, ale… pod warunkiem że oboje partnerzy mają na niego ochotę. Bo tylko gdy odczuwamy dobre emocje, mózg inicjuje zmiany fizjologiczne potrzebne do osiągnięcia podniecenia i orgazmu. A podniecenie i orgazm oddziałują na funkcjonowanie całego organizmu, na gospodarkę hormonalną, krążenie, metabolizm. Obniżają poziom stresu i poprawiają nastrój. Ludzie, którzy uprawiają seks regularnie, mają o 30 proc. wyższy poziom przeciwciał. Seks chroni także serce – mówi Marek Pietraszek.

Czy kobietom uda się żyć w zgodzie z ich prawdziwymi potrzebami? Profesor Beisert jest optymistką. Jej zdaniem wiele wskazuje na to, że przyszłość, także ta dotycząca sfery seksu, należy do kobiet!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Seks bez zobowiązań

W seksie, także tym bez zobowiązań, wbrew pozorom najbardziej pożądanym organem jest serce. Najlepiej ze stali. (Fot. iStock)
W seksie, także tym bez zobowiązań, wbrew pozorom najbardziej pożądanym organem jest serce. Najlepiej ze stali. (Fot. iStock)
Czasem kobiety decydują się na jednorazowy seks, bo liczą, że w ten sposób zdobędą miłość. Mogą się przeliczyć – mówi seksuolożka Anna Golan w książce „To tylko seks? Naga prawda o pragnieniach”.

Samantha w serialu „Seks w wielkim mieście” jest seksu i mężczyzn wyjątkową fanką. Wydaje się, że to dla niej specyfik poprawiający urodę, pomagający się zrelaksować. Ale też forma władzy. W jednym z odcinków mówi: „Możesz walić głową w mur i w końcu znaleźć faceta na stałe albo traktować seks jak mężczyźni”. Jak mężczyźni, czyli jak?
Pewnie miała na myśli – mechanicznie, bezosobowo, jak sport… Nie mogę powiedzieć, że to zawsze krzywdzący panów stereotyp. Choć mężczyźni potrafią przeżywać seks bardzo głęboko i intymnie, to statystycznie zdecydowanie łatwiej im rano wstać i wymknąć się z mieszkania kochanki poznanej poprzedniego wieczora. Kobieta w takiej sytuacji prędzej wymknie się do łazienki, żeby zrobić makijaż i pięknie wyglądać, gdy on się obudzi.

Ale to działa w dwie strony. Tak jak mężczyzna potrafi głęboko kochać i głęboko kochać się, tak i kobiety często traktują seks czysto fizycznie.
Codziennie w swoim gabinecie przekonuję się, że w rozmowach o seksie trzeba unikać dwóch słów: „zawsze” i „nigdy”. Wiesz, ile jest powodów, żeby pójść z kimś do łóżka?

Mam je teraz wymienić?
Spróbuj.

Miłość, prokreacja, alkohol, rozładowanie podniecenia...
237. Tak, jest 237 powodów, by pójść z kimś do łóżka. I nie zawsze uświadamiamy sobie te prawdziwe. Motywacja seksualna jest bardziej złożona, niż nam się wydaje.

Ktoś to naprawdę policzył?!
Cindy M. Meston i David M. Buss, profesorowie psychologii na Uniwersytecie Teksaskim w Austin. Przeprowadzili badanie na grupie tysiąca osób i tyle odpowiedzi usłyszeli. Wśród nich chęć zarażenia kogoś chorobą weneryczną czy wirusem HIV, ale były też takie odpowiedzi, jak: „nudziłam się”, „on tak świetnie całował”, „chciałem pogodzić się po kłótni”, „chciałam ukarać męża”.

To więc udowodnione naukowo – seks bywa grą bez reguł, a ludzie często są pionkami w tej grze.
Na podstawie badań Meston i Bussa powstała książka „Dlaczego kobiety uprawiają seks”. Jedna z ich rozmówczyń opowiada, że bez wzajemności kochała się w innej kobiecie. Poszła do łóżka z mężczyzną, żeby tamta poczuła się zazdrosna. Bezskutecznie zresztą. Inna kobieta opowiadała, że kiedy była młodsza, rywalizowały z koleżankami o to, której uda się poderwać chłopaka. Gdy wypiła kilka drinków, przyprowadzała do domu mężczyznę i kochała się z nim na tyle głośno, by koleżanki mogły to usłyszeć. Tym samym potwierdzała, że udało jej się kogoś poderwać.

Czyli seks z partnerem na jedną noc ma podnieść samoocenę lub przynajmniej ją potwierdzić.
Budowanie poczucia własnej wartości wyłącznie na atrakcyjności fizycznej, której przecież nie można zatrzymać na zawsze, jest bardzo ryzykowne. Zresztą zdaniem prof. Helen Fisher, autorki „Anatomii miłości” i „Dlaczego się kochamy”, już samo określenie „seks bez zobowiązań” jest co najmniej ryzykowne. Taką relację uniemożliwiają hormony. Badania wykazały, że jedna trzecia kobiet zakochuje się w partnerze, który – jak planowały – miał być na jedną noc.

Samantha jest zatem tak samo realna jak Kopciuszek…
Powiedziałabym bardziej, że ze świecą takiej szukać. Tu pojawia się ona – oksytocyna. W komitywie z wazopresyną.

Dwa szatańskie wynalazki odpowiedzialne za przywiązanie.
To one sprawiają, że nawet partnerzy, którzy poszli ze sobą do łóżka tylko z sympatii, na drugi dzień mogą się obudzić zakochani. I to prawda – na takie ryzyko narażone są zwłaszcza kobiece serca, paniom trudniej się rozstać po miłosnych uniesieniach. Nie bez przyczyny oksytocyna nazywana jest hormonem miłości. Jest uwalniana do krwi przez przysadkę mózgową w odpowiedzi na sygnały płynące z pochwy, macicy i piersi. Najpowszechniej znane jest jej działanie podczas porodu – wpływa na przywiązanie matki do dziecka, wyzwala troskę o potomstwo i chęć chronienia go.

Okay, ale oksytocyna jest też wydzielana podczas orgazmu – zarówno kobiecego, jak i męskiego. Jednak u panów wywołuje raczej marzenia senne, a nie te o spotkaniu przed ołtarzem. Tymczasem wiele kobiet po wspólnej nocy wyczekuje telefonu.
Bo u mężczyzn jej działanie jest modyfikowane przez testosteron. Modyfikowane, co nie znaczy tłumione. Oksytocyna może pokrzyżować także męskie plany „seksu na jedną noc” i po owej nocy ten zapragnie więcej. Może, ale mężczyźni odbierają świat inaczej niż kobiety. Nie znaczy, że ich sposób widzenia jest gorszy. Różnimy się. Po prostu. Tymczasem niektóre kobiety decydują się na „niezobowiązujący” seks, bo liczą, że w ten sposób zdobędą miłość oraz oddanie kochanka, więc angażują się w jednostronną relację.

Jak fatalne zauroczenie…
Hormony płatają nam figla i mogą doprowadzić do uczuciowego dramatu. Kolejną rolę w tym dramacie gra dopamina. Jej poziom podnosi się podczas szczególnie intensywnych przeżyć, a do nich bez wątpienia zaliczamy orgazm. Działa wtedy jak narkotyk. Jeśli te doświadczenia są powtarzane, u mężczyzny może to wywołać fascynację partnerką.

Wpadają po prostu w nałóg?
Blisko. Prof. Bogdan Wojciszke, psycholog z Uniwersytetu SWPS, zwraca uwagę, że taka namiętność jest konstelacją silnych uczuć, pozytywnych i negatywnych. Doświadczamy wówczas zachwytu, pożądania, a także bólu, lęku, trudnej do zniesienia tęsknoty. Namiętność kochanków, którzy spędzili ze sobą jedną noc, jest absolutnie nierealistyczna. Co bowiem można wiedzieć o osobie, z którą spędziło się kilka godzin? Za kim tak naprawdę tęsknimy – za realną osobą czy za naszym wyobrażeniem o niej? Może za własnymi głęboko skrywanymi marzeniami i fantazjami o wielkiej romantycznej miłości?

To brzmi jak stare dobre zakochanie. Rozpamiętywanie każdego szczegółu, zapachu, dotyku, smaku pocałunków.
Otóż to, a rozpamiętywanie uczucia, jakie nam towarzyszyło podczas zbliżenia, prowadzi do jego nasilenia. Jeśli kochankowie nie zakładali, że ich znajomość potrwa dłużej niż jednorazowy seks, jedna ze stron może doświadczyć niezwykle przykrych objawów odstawienia – depresji, rozdrażnienia, tęsknoty. Zatem w seksie, także tym bez zobowiązań, wbrew pozorom najbardziej pożądanym organem jest serce. Najlepiej ze stali. 

Anna Golan, seksuolożka należąca do Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego, psychoterapeutka,psycholożka.

Wywiad pochodzi z książki „To tylko seks? Naga prawda o pragnieniach”, która ukazała się nakładem wyd. Oficyna 4eM. Tekst po skrótach redakcji.

  1. Seks

Kobiety, które zdradzają - czego szukają w nowych relacjach?

Co kryje się za kobiecą zdradą? Co kieruje kobietą, która decyduje się na taki krok? (fot. iStock)
Co kryje się za kobiecą zdradą? Co kieruje kobietą, która decyduje się na taki krok? (fot. iStock)
Niewierność to rzecz męska? Stary mit. Z badań prof. Zbigniewa Izdebskiego wynika, że do zdrad małżeńskich przyznaje się bardzo zbliżony odsetek kobiet i mężczyzn. A kiedyś… Kiedyś po prostu się nie przyznawały.

Nasze babki też zdradzały mężów, lecz jako materialnie od nich zależne wolały nie narażać swoich związków na skutki szczerości. Temat jest więc stary, nowa za to teza, wyjaśniająca biologiczne podstawy zdrad małżeńskich. Okazuje się, że korzystnie ewolucyjnie jest spłodzić dziecko z ognistym kochankiem, ale bezpieczniej wychować je z pomocą łagodnego partnera. Zresztą korzystny jest także romans z przystojniakiem, i nie chodzi wcale o samą przyjemność.

– Helen Fisher, amerykańska psycholog, ukuła hipotezę seksownego syna: jeśli spłodzi się potomka płci męskiej z atrakcyjnym dla innych kobiet samcem (z reguły cudzym mężem), syn będzie „po tatusiu” miał powodzenie u kobiet – wyjaśnia seksuolog Joanna Twardo-Kamińska. I tak podobno co najmniej 10 proc. wychowujących dzieci mężczyzn nie jest ich biologicznymi ojcami!

Biologia biologią, ale kobiety mają własne powody do zdrady. Jakie?

Ciekawość?

Bożena całe życie sypiała tylko z Adamem. Poznali się w ogólniaku i od tamtej pory byli parą. Na studiach wzięli ślub. – Nigdy nie byłam z innym – przyznaje. – Wszystko grało, dopóki nie zaczęłam się zastanawiać, jak by to było…

Z czasem myśli stawały się coraz bardziej natarczywe i dręczące. W końcu Bożena uległa pokusie: zdradziła Adama. Sprawdziła, jak jest czuć pod palcami skórę innego faceta, jak smakuje, jak się porusza, gdzie chce dotykać kobietę...

Zdaniem Twardo-Kamińskiej taka ciekawość jest naturalna: – Kobieta, która wcześnie związała się z partnerem i nie wie, jak to jest kochać się z innymi, może mieć poczucie straty. Ciekawość będzie głębsza i silniejsza, jeśli koleżanki opowiadają o swoich doświadczeniach, a ona jest jedyną w paczce, która nie miała wielu partnerów... lub jeśli nie była „tą pierwszą”. To może budzić chęć „wyrównania rachunku”.

Ciekawość mami, ale co dalej? Bożena spróbowała i… wróciła skruszona w mężowskie ramiona. Z innym wcale nie było lepiej. Prawdę mówiąc, było fatalnie. Bożenie brakowało intymności, bliskości i czułości. Nowe, zamiast ją podniecać, raczej onieśmielało. A kochanek, nie znając jej ciała, nie potrafił dać jej orgazmu.

Ale nie zawsze tak to się kończy. Magda, która była w takiej samej sytuacji jak Bożena, spróbowała rozkoszy z innym kochankiem i… spodobało jej się!

– Odkryłam smutną prawdę o moim mężu: jest słabym kochankiem. Wreszcie mogłam to porównać. Odkryłam też, jaką frajdę daje prawdziwy, wyuzdany, gorący seks – wyznaje. Teraz zdradza męża regularnie. Czy ma wyrzuty sumienia? Trochę.

– Rozwód? W życiu! Kocham męża. Z innymi to tylko seks – mówi Magda.

Joanna Twardo-Kamińska: – Dla Bożeny ważniejszy w seksie był komponent bliskości emocjonalnej, to dlatego nie dała się uwieść nowości. Dla Magdy istotniejsza jest przyjemność i ekscytacja. Umie oddzielić seks od emocji. Większość kobiet tego nie potrafi.

Czy związki obu kobiet straciły na zdradzie? Bożeny zyskał, bo już wie: to mąż jest tym, z którym jest jej najlepiej. A Magdy?

– Kontynuując zdrady, Magda naraża się na najwyższe ryzyko: rozpadu związku, jeśli zostanie przyłapana. Pomijając aspekt etyczny, paradoksalnie jej relacja może na tym zyskać: jeśli Magda przeniesie do własnej sypialni to, czego się nauczyła w innych. Gdy zacznie czerpać satysfakcję z seksu z mężem, nie będzie szukać jej gdzie indziej – uważa seksuolog.

Syndrom zamykających się drzwi

Ula pierwszy raz zdradziła męża po czterdziestce. Wdała się w romans z o połowę młodszym chłopakiem.

– Miałam wrażenie, że czas ucieka, moja młodość i uroda się kończą i że to ostatnia okazja, żeby coś przeżyć – przyznaje.

Niestety, mąż dowiedział się o romansie i zażądał: zerwij z kochankiem. Ula nie potrafiła, nie mogła sobie tego odmówić. Efekt: mąż odszedł. Joanna Twardo-Kamińska uważa, że Ula padła ofiarą syndromu zamykających się drzwi. Czujesz wtedy, że nie masz już takich możliwości jak kiedyś. Wydaje ci się, że nic cię w życiu nie czeka, że to ostatni dzwonek, by czegoś jeszcze doświadczyć. Efekt?

– Singielki zaczynają zmieniać partnerów, a mężatki decydują się na zdradę z młodszym – wyjaśnia seksuolog. – Ale nie każda 40-latka zdradza. Jeśli kobieta ma dobrą relację z partnerem, który potrafi okazać, że jest dla niego atrakcyjna i ważna, to oprze się pokusie.

Nadmiar szacunku

Seksuologowie Samuel i Cynthia Janus odkryli, że niedopasowanie seksualne jest przyczyną jednej czwartej rozwodów. I nie zawsze to kobietę „boli głowa”.

Lilki głowa nigdy nie bolała. Przed ślubem miała bogate życie erotyczne, także z mężem. – Po ślubie się zmienił – opowiada. – Stał się powściągliwy. A kiedy urodziła się córka, zaczął sypiać ze mną raz w miesiącu i wyłącznie w pozycji misjonarskiej. Dyskusje ucinał, mówiąc: „z kochanką robi się inne rzeczy, a z żoną i matką swego dziecka inne”.

Lilka wytrzymała trzy lata seksualnej posuchy. W końcu zaczęła Jaśka zdradzać. Odejść jednak nie zamierza. Jasiek o nią dba, kocha i zabiega o jej względy. Tylko w łóżku coś szwankuje.

Zdaniem Joanny Twardo-Kamińskiej Jasiek cierpi na syndrom madonny i ladacznicy: kocha i szanuje żonę, ale „brudnym” seksem jej nie zbezcześci. Gdyby trafił na partnerkę o mniejszym temperamencie, związek byłby harmonijny. Ale z Lilką to się nie uda.

– Aby pożycie było udane, wszystkie komponenty muszą być w równowadze. Partnerzy powinni dbać o zaspokojenie potrzeb drugiej strony. Lilka nie jest zainteresowana rozwodem, ale jeśli spotka mężczyznę, który da jej miłość, bezpieczeństwo i dobry seks, to nawet bliskość, którą dostaje od Jaśka, może okazać się niewystarczająca – mówi seksuolog.

Dzień za dniem

Trójczynnikowa koncepcja miłości psychologa Roberta Sternberga zakłada, że na udaną relację składają się namiętność, intymność i zaangażowanie. Namiętność szybko wygasa, intymność natomiast z biegiem lat ulega powolnemu rozpadowi, jeśli o nią nie zadbamy. Z zaniku intymności rodzi się rutyna, a z rutyny – nuda.

Tak było w małżeństwie Izy. Nie planowała romansu, ale… – Nie ekscytowaliśmy się już niczym, co miało związek z relacją. Każdy dzień był taki sam. Gdy do firmy przyszedł nowy kolega, poczułam, że krew znowu krąży mi w żyłach. Miałam ochotę czarować, uwodzić! – opowiada. Uwodziła skutecznie. Zdrada dodała jej skrzydeł.

– Romans to spora dawka dopaminy i oksytocyny – dodają życiu smaku, a w zaniedbanym, rutynowym związku już się nie wydzielają – opiniuje Twardo-Kamińska. – Zwłaszcza jeśli partnerzy zatracili się w swoich rolach rodziców, pracowników… Pojawia się silna potrzeba szukania ożywienia poza małżeństwem.

Seksuolog uważa, że Iza nie trafiłaby w ramiona innego, gdyby razem z mężem starali się urozmaicać wspólne życie. – Róbmy ekscytujące rzeczy. Chodźmy raz w tygodniu do fajnej knajpki, zapiszmy się na kurs tańca, wyjeżdżajmy – podsuwa. – Niech nasze ciała odnajdą nową przyjemność z obcowania ze sobą nawzajem.

Przyjaźń czy kochanie?

Najbardziej typowy model kobiecej zdrady? Z przyjacielem. Statystycznie aż 34 proc. kobiecych zdrad to właśnie związki z bliskim emocjonalnie mężczyzną (na kolejnych miejscach są znajomy: 28 proc. i były partner: 11 proc.).

Tak było w przypadku Joasi. – Mąż mnie nie doceniał i wyraźnie zaniedbywał. Czułam się źle i wypłakiwałam się  w rękaw Staszkowi, kumplowi jeszcze z ogólniaka – opowiada Joasia. – Szukałam ciepła, zainteresowania i bliskości, i je znalazłam. To, że wylądowaliśmy w łóżku, było dla mnie czymś naturalnym.

Intymność emocjonalna łatwo przeradza się w intymność erotyczną. – Bliskie związki z mężczyznami to z reguły związki erotyczne, więc kiedy pojawia się bliskość między przyjaciółmi różnych płci, łatwo im prześliznąć się w zupełnie inny rodzaj relacji – mówi seksuolog.

Z jednej strony dobrze, bo mamy dwa w jednym: bliskość i seks, bezpieczeństwo i intymność. Ale z drugiej strony – jeśli on jest wolny i istnieje między wami bliskość, pokusa podjęcia decyzji „rozwód” jest naprawdę realna.

  1. Seks

Nie na całość, czyli seks bez seksu

Seks bez seksu - brzmi ciekawie? I o to chodzi, o wieczną ciekawość siebie. (Fot. Getty Images)
Seks bez seksu - brzmi ciekawie? I o to chodzi, o wieczną ciekawość siebie. (Fot. Getty Images)
Seks bez seksu, nieoczywisty, niby jest, ale jakby go nie było… Nie do końca, ale jednak. Brzmi ciekawie? I o to chodzi, o wieczną ciekawość siebie.

Dojrzały, „prawdziwy” seks kojarzy się doświadczonym kochankom z sypialnią i automatycznymi ścieżkami, które trzeba przejść, by dotrzeć na szczyt. Seks to seks – pełne zbliżenie, penetracja, orgazm. Nie zawsze tak było…

Kiedy człowiek ma naście lat i dopiero wkracza w świat zmysłów, każdy drobiazg związany z ukochanym ma wymiar erotyczny. Seks, ten tajemniczy, nieodkryty ląd, pociąga, ciekawi, nęci. Pierwsze pocałunki, pierwsze pieszczoty… Szczyt erotyki! Odważniejsze eksperymenty stają się pochłaniającym zajęciem, można by całować się, dotykać i przebywać ze sobą godzinami. A potem… przełamanie lodów – pierwszy stosunek, drugi, trzeci i kolejne. Nastaje nowa rzeczywistość: jeśli seks, to penetracja, bo jakżeby inaczej? Wszystko do tego prowadzi. Cała otoczka, która kiedyś podniecała, jakoś traci na znaczeniu.

– Do „pierwszego razu” zadajemy sobie dużo trudu, by uprawiać seks na tysiące sposobów, choć jeszcze bez seksu – mówi seksuolog Małgorzata Zaryczna-Pogorzelska. – A potem? Pieszczoty? To nie seks. Zabawa oralna? Też właściwie nie seks. Zaczynamy sądzić, że chodzi tylko o kontakt genitaliów. Szkoda…

Gra wokół? Zaprzestajemy jej – bo skoro doszliśmy już do celu, teraz idziemy na skróty. Gdy wejdzie nam to w krew, seks spowszednieje w sposób błyskawiczny. I sposobem na podtrzymanie ognia może być właśnie taki „seks – nie seks”.

Ukradkiem…

…czyli wszelkie sytuacje, kiedy właściwie kochankowie powinni powstrzymać się od seksu, bo: śpią w jednym pokoju z innymi osobami; to tylko przebieralnia i obok chodzą ludzie; namiot ma cienki tropik… Dopiero nabiera się ochoty na miłość! Spróbujcie sprowokować partnera i rozładować seksualne napięcie, ale tak, aby nikt niczego nie usłyszał!

Janka: „Nam z Andrzejem udała się taka sztuka. To była rewolucja w naszym związku, do którego po latach powoli zakradła się nuda. Tak wyszło, że spaliśmy w jednym pokoju z rodzicami Andrzeja. Kiedy światło zgasło, Andrzej zaczął mnie pieścić. Pamiętam zaskoczenie, ale i perwersyjną satysfakcję. Nie protestowałam, starałam się być cichutko i także go pieścić. Ta ukradkowa zabawa była tak podniecająca, że oboje przeżyliśmy orgazm w pełnej ciszy. To było dużo fajniejsze od naszego powszedniego seksu”.

Smak zakazanego owocu kusi. Czasem wystarczy obecność innych osób w pobliżu, aby coś, co robiliśmy tysiąc razy, wydało się mniej zwyczajne. Zdaniem Zarycznej-Pogorzelskiej, skupiając się na „dorosłym” seksie i dążeniu do penetracji, nie operujemy w pełni zmysłami. Za to wymyślając alternatywne sposoby szukania przyjemności, wzbogacamy możliwości postrzegania, reagowania i przeżywania.

– Seks bez penetracji, jeśli kończy się orgazmem obu stron, daje taką samą satysfakcję, a czasem nawet większą, jak widać na przykładzie Janki – tłumaczy seksuolog. – W ogóle orgazm dla poczucia spełnienia nie jest najważniejszy, zwłaszcza dla kobiety. Ważne jest wszystko, co się dzieje dookoła: to, że kobieta czuje się atrakcyjna, bo partner chce ją pieścić nawet tuż obok śpiących rodziców. Satysfakcjonująca jest już sama gra, w której ona czuje się w centrum uwagi.

Gdyby to sąsiad widział!

Co dla jednej pary jest perwersją, na inną może w ogóle nie działać. Zastosujcie „test sąsiada”. Gdyby wiedział, co robimy! A przy tym właściwie, czego nie robimy, bo to przecież „seks bez seksu” – penetracji w klasycznym rozumieniu nie będzie. W takim razie co? Trzeba uruchomić wyobraźnię. Sebastian, ukochany Ewy, ostatnio wpadł na pomysł, by kochać się z jej pośladkami (proszę nie mylić z seksem analnym)  – tylko z pośladkami.

– To było tak podniecające, bo było nowe i jakoś tak dziwne, inne, lekko zboczone. Na samą myśl o tym, co wyprawiamy, miałam ochotę się masturbować, czułam, że odlatuję – mówi Ewa.

Przyjemności o lekkim posmaku perwersji są niezwykle podniecające, niezależnie, czy kończą się penetracją, czy też nie. To, co dyskusyjne czy niedozwolone, podnieca podwójnie. Już sama myśl, że statystyczny Kowalski za ścianą byłby zbulwersowany, gdyby się o tym dowiedział, wystarczy, by dodać akcji pieprzyku.

Gdy widzimy siebie jako sekretnych partnerów, robiących coś bardzo nieprzyzwoitego, czujemy się dodatkowo połączeni. – Często podnieca nas sama myśl, świadomość, że coś jest choćby lekko perwersyjne – mówi seksuolog. – To działa na wszystkich, bez wyjątku. Różnimy się tylko tym, co uważamy za perwersję. Dla jednej pary będzie nią już przytrzymanie nadgarstków partnerce. Dla innej będzie to dopiero kupno skórzanego pejcza. Ale perwersja nas kręci.

Dlaczego? Bo taki seks to zupełnie co innego niż małżeński obowiązek czy coś, co spaja związek. Nagle znajdujemy we współżyciu wartość dodatkową: sposób na rozładowanie seksualnego napięcia, chwilę zapomnienia, spełnienie zachcianki partnera lub własnej. Szansę, by odkrywać siebie na nowo.

Małgorzata Zaryczna-Pogorzelska uważa, że każdy z nas powinien szukać dróg do „swojej” perwersji. Jaką granicę chcielibyśmy przekroczyć? Któremu tabu rzucić wyzwanie? I jak to wyznać partnerowi? Seksuolog zaleca proponować innowacje delikatnie, mniej mówić, więcej działać gestem i stopniować czyny. Na przykład zamiast pytać wprost: „Co powiedziałbyś na to, żebym cię związała?”, lepiej w intymnych okolicznościach przełożyć partnerowi ręce nad głowę i chwilę je przytrzymać. Jeśli zareaguje pozytywnie, zapytać, czy próbujemy posunąć się dalej? Kiedy rzecz już się dzieje, w łóżku, i do tego jesteśmy podnieceni, często pojawia się odwaga na smakowanie nowych rzeczy. Wykorzystajmy ją.

Specjały regionalne

Ludzie pod każdą szerokością geograficzną chętnie próbują innowacji i wypracowali wiele gotowych recept na „seks bez seksu”. Istnieją różne formy, niektóre noszą nawet „narodowe” nazwy.

„Seks grecki” to seks analny. Ma w Grecji bogatą tradycję, sięgającą korzeniami antyku. „Seks hiszpański” polega na masażu członka piersiami partnerki. „Seks włoski” natomiast to pobudzanie członka mężczyzny za pomocą pachy kobiety. Zwolennicy tego rodzaju pieszczot cenią sobie to, że można swobodnie regulować nacisk ramienia, stopniując doznania. Ciekawie brzmi też seks „po rosyjsku”: to masaż analny przy użyciu olejków do masażu plus pobudzanie penisa między udami partnerki. Seks „po szwedzku” to penetracja, podczas której partnerka przytrzymuje dłonią nasadę penisa, lekko ją uciskając – choć niektórzy „seksem szwedzkim” nazywają wzajemną masturbację. Seks „po angielsku” i seks „po niemiecku” to stosunek z elementami sado-maso, przy czym odmiana angielska jest rozpisana na role: jest tu znana z przygód Greya Uległa i jej Pan.

– Patrzymy z przymrużeniem oka na nowości: „o, seks pod pachę” – śmiejemy się, bo to jakieś dziwaczne. Ale może najpierw sprawdźmy, czy nam się to lub owo będzie podobało – radzi seksuolog.

Chcemy ożywić seks i pobudzić erotykę w stałych związkach? Umówmy się, że uprawiamy przez tydzień (co najmniej!) w każdym miesiącu „seks bez seksu”, tak często, jak chcemy, w takiej formie, jaka się nam zamarzy – ale bez klasycznej penetracji. Wymyślajmy inne sposoby sprawiania sobie erotycznej przyjemności. Powróćmy do sposobów, które znamy, choć dawno ich nie stosowaliśmy, do lat młodości, kiedy na przykład kochaliśmy się w ubraniach, pieszcząc strefy erogenne, ale nie przekraczając pewnych granic. Wymyślajmy zabawy seksualne, które sięgają poza sypialnię. Wtedy możemy czuć podniecenie na zakupach, w windzie, restauracji… Nie musimy się dotykać, żeby być nieprzytomnie nakręconym. Nawet jedna drobna innowacja odświeży intymne życie dwojga ludzi.

  1. Seks

Jak doprowadzić kobietę do orgazmu, czyli o doświadczaniu przyjemności z seksu

Poszukiwanie i doświadczanie orgazmu wzmacnia miłosną relację. (Fot. iStock)
Poszukiwanie i doświadczanie orgazmu wzmacnia miłosną relację. (Fot. iStock)
Kobietom długo odbierano prawa do przeżywania przyjemności z seksu. Dziś rozumiemy już, że dla jakości związku ważna jest satysfakcja obojga partnerów. O tym, jak poszukiwanie i doświadczanie orgazmu wzmacnia miłosną relację – opowiada terapeutka Marja Kihlström.

Jeszcze niedawno nikt nie mówił o kobiecym orgazmie, dziś temat regularnie pojawia się w filmach, książkach, prasie. Mam wrażenie, jakby rodziła się jakaś presja odczuwania orgazmu przez kobiety, jakby seks bez tego doświadczenia miał mniejszą wartość...
Każdy ma prawo sam uznać czy określić, jaki seks jest dla niego satysfakcjonujący, jaki daje mu wystarczającą przyjemność. Orgazm to nie przymus, ale każda kobieta powinna mieć prawo do jego przeżywania. To szczyt przyjemności, moment, kiedy możemy poczuć całkowitą wolność, a poza tym uczucie odpuszczenia, utraty kontroli. Kobieca seksualność długo była postrzegana jako nieistotna, a już na pewno nie tak istotna jak seksualność męska. Do tego dochodziły lęk przed ciążą, choroby przekazywane drogą płciową, strach przed utratą reputacji. To wszystko odbierało kobiecie radość z seksu, w ogóle możliwość jego przeżywania. Podróż w stronę kobiecej przyjemności i orgazmów zaczyna się, gdy sama kobieta uświadomi sobie, jak ważne są one dla jej zdrowia psychicznego.

A jak bardzo są ważne?
Radość i przyjemność płynące z seksu poprawiają nie tylko nasze samopoczucie i dobrostan, lecz także samopoczucie naszych partnerów, więc wpływają pozytywnie na związek jako całość. Dlatego partnerzy powinni też rozmawiać o tym, co czują w związku z trudnościami z osiągnięciem orgazmu.

Popkultura i różnego rodzaju poradniki wskazują przede wszystkim stymulację narządów płciowych jako sposób na doprowadzenie do orgazmu, a przecież kobieta ma strefy erogenne w wielu miejscach ciała i może się okazać, że łatwiej jej osiągnąć go przez pieszczoty innych punktów. 
Wszystkie rodzaje i sposoby na osiągnięcie orgazmu są dobre i słuszne. Orgazm pochwowy, łechtaczkowy, przez pocieranie sutków, a nawet po prostu fantazjowanie o kimś... Każdy jest inny, nie ma co robić rankingu. Orgazmy mają dawać rozkosz i wzmacniać związek, a nie być polem do frustracji czy oceny.

Jak przekonać kobiety, żeby zadbały o swój orgazm, że warto o niego zawalczyć?
Ta zmiana myślenia musi wyjść od kobiet. I zaczyna się od kobiet, które chcą poznać swoje seksualne potrzeby i naprawdę o nie zadbać. To ważne nie tylko dla ich własnej przyjemności, ale też po to, by zbudowały własną seksualną świadomość i pewność siebie. A ta pewność jest im potrzebna, by nie bały się ani nie wstydziły mówić o swoich potrzebach i pragnieniach. Uważam, że każda kobieta potrzebuje partnera, który będzie ją wspierał i będzie chciał nauczyć się dbać o jej przyjemność. Mężczyzny, który będzie umiał zapytać swoją partnerkę: „Co lubisz robić w łóżku?”, i nie będzie się wstydził, gdy ona zada mu to samo pytanie. I nawet jeśli żadne z nich nie będzie znało od razu odpowiedzi, to będą gotowi rozpocząć przygodę pełną radości i dawania sobie nawzajem rozkoszy.

A jakie są korzyści z orgazmu dla związku?
Przyjemność i orgazm to podstawa, jądro seksu. Im bardziej jesteśmy w stanie cieszyć się seksem, tym bardziej go chcemy. Orgazmy karmią seksualną pewność siebie kobiety, wzmacniają chęć bycia razem, poczucie więzi, zespolenia w związku. Gdy mężczyzna widzi, jaką rozkosz daje partnerce, zwykle to go dodatkowo podnieca i sam zaczyna czerpać większą radość ze wspólnego seksu.

Walka o orgazm dla niektórych jest zbyt dużą presją. Może po prostu cieszmy się byciem razem?
Warto sobie postawić pytania: Dlaczego w ogóle uprawiamy seks? Czy robimy to, żeby osiągnąć orgazm? Uprawianie seksu powinno przede wszystkim dawać radość i poczucie bliskości. Zamiast koncentrować się na orgazmie, lepiej po prostu skupić się na pieszczocie, czułości, dotyku, pocałunkach, co może być bardzo skuteczną drogą do rozkoszy, choć nie musi. I ważne, żeby to powiedzieć partnerowi, bo nikt nie potrafi czytać w myślach.

Poszukiwanie i doświadczanie orgazmu wzmacnia miłosną relację. (Fot. iStock) Poszukiwanie i doświadczanie orgazmu wzmacnia miłosną relację. (Fot. iStock)

Gdyby miała pani przygotować krótką instrukcję dotyczącą tego jak osiągnąć orgazm w parze, to od czego by pani zaczęła?
Od propozycji, by kobieta spróbowała poznać własną historię seksualną. Żeby pochyliła się nad swoim dzieciństwem, rodziną, edukacją seksualną i wcześniejszymi związkami i zastanowiła nad tym, jak to wszystko wpływa na jej obecny związek. To bardzo ważne, czasem kluczowe, by spróbować rozpoznać i nazwać te trudności, które uniemożliwiają nam osiągnięcie orgazmu, i by móc zacząć je kolejno przełamywać. Następny krok to podarowanie sobie czasu na to, by lepiej poznać swoje ciało. Uświadomienie sobie, co się lubi, jakich pieszczot się potrzebuje. Moim zdaniem dobrze jest zacząć od dokładnego obejrzenia siebie w lustrze, by lepiej poznać i oswoić się z wyglądem własnej anatomii. Takie doświadczenie pomoże lepiej zrozumieć, jak działa organizm. Jeśli jesteśmy w związku, to opowiedzmy partnerowi, co nam się podoba w seksie, co lubimy, możemy też poprowadzić jego rękę, pokazać mu, jak chcemy być przez niego dotykane i pieszczone. A jeśli nie wiemy jeszcze, co i jak sprawia nam radość – to też nie szkodzi. A nawet może być inspirujące. Wtedy możemy po prostu przyznać, że to dla obojga nowe doświadczenie i z chęcią przetestujemy różne rozwiązania. Myślę, że takie wspólne eksplorowanie przyjemności może być bardzo ekscytujące dla pary.

Wydaje mi się, że wspomniana presja osiągania orgazmu maleje z wiekiem kochanków, więc zwiększa się szansa na satysfakcję. Starsze pary mierzą się jednak z innymi trudnościami. 
Starsze pary różnią się od młodszych pod wieloma względami. Doświadczenie daje większy spokój i pewność siebie, zwłaszcza dojrzałe kobiety potrafią łatwiej i swobodniej wyrazić swoje potrzeby seksualne, jednak po menopauzie zwykle ich wrażliwość na orgazm maleje. To nie znaczy jednak, że z tej przyjemności trzeba zrezygnować, wręcz odwrotnie. Mam klientki, które zaczęły doświadczać orgazmu dopiero po pięćdziesiątce. Nasza seksualność zmienia się przez całe życie i to jest bardzo dobra wiadomość.

Często czujemy się samotni, także będąc w związku. Wydaje nam się, że świat nie pomaga nam zrozumieć naszych potrzeb. Od czego zacząć by poczuć się trochę lepiej i bezpieczniej ze sobą oraz partnerem?
Myślę, że często pod poczuciem osamotnienia ukrywa się nasza potrzeba bycia widzianym i słyszanym jako osoba. Dlatego to bardzo ważne, byśmy nie bali się mówić o swoich uczuciach, życzeniach, pragnieniach i potrzebach, zwłaszcza partnerowi, który jest przecież najbliższą nam osobą. W swojej praktyce terapeutki seksualnej widzę, że gdy para uczy się komunikować swoje uczucia, to zwykle prowadzi to do odczuwania większego pożądania. Oczywiście, to wymaga czasu i cierpliwości, dlatego zawsze na początku radzę: „Odłóżcie smartfony i częściej patrzcie sobie w oczy”.

Rozmawiamy w trudnym czasie, gdy koronawirus opanował niemal cały świat. Jak w takim okresie zadbać o siebie, drugą osobę i jednocześnie pozostać zdrowym?
To wbrew pozorom dobry czas, by zająć się sobą, skoncentrować na swoich potrzebach. Single na spokojnie mogą się zająć badaniem i eksplorowaniem własnego ciała i dostarczaniem sobie przyjemności. A parom życzę dużo delikatnego dotyku i przytulania, bycia naprawdę razem. Mam nadzieję, że nie zapomną o tym – zwłaszcza teraz, gdy świat trochę się zatrzymał. Seks nie potrzebuje pośpiechu. Po prostu bądźmy ze sobą, rozmawiajmy, opowiadajmy o swoich pragnieniach i fantazjach, próbujmy spełniać życzenia i pomysły partnera. Szczera i nieskrępowana rozmowa o seksie i seksualności wymaga od nas sporo praktyki, otwartości i nieoceniania. A przyjemność można dawać sobie na różne sposoby, seks to nie zawsze stosunek.

Marja Kihlström, terapeutka seksualna, autorka popularnego w Finlandii bloga na temat seksualności „Puhu muru”, jej książka „Daj sobie prawo do przyjemności. Rzecz o orgazmie, kobiecości i nie tylko" ukaże się w drugiej połowie roku nakładem Wydawnictwa Zwierciadło. 

  1. Seks

Kochajmy się. Częściej

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
- Dla kobiet ważniejsza jest satysfakcja niż orgazm. A tę można mieć częściej. Poza tym orgazm nie zawsze daje satysfakcję. Gdyby mężczyźni zdobyli taką świadomość, to sami by się przekonali, że można częściej współżyć - mówi prof. Zbigniew Lew-Starowicz.

Panie profesorze, możliwy jest dobry związek bez seksu?
Jest możliwy, ale po co? Znam udane związki, które łączy tylko pociąg do alkoholu. Autentycznie, nie żartuję. Są także udane związki, gdzie jedno i drugie celebruje pamięć o byłych partnerach, którzy umarli. Do tego stopnia, że on ma ołtarzyk ze zdjęciem byłej żony. Portret naturalnej wielkości, podświetlony – wygląda to jak kapliczka. A jednocześnie jest w udanym związku, w którym seksu nie ma. Ona jest po podobnych przejściach. Po prostu nie chcą być samotni. Wzajemnie się wspierają, nawet – co jest w pewnym stopniu wzruszające – chodzą razem na cmentarz.

Stworzyli bliskość innego rodzaju.
Tak, coś ich wiąże. Coś, co dla nich jest bardzo ważne. W tym przypadku – podobna biografia, wzajemny szacunek, pamięć o poprzednich partnerach, a jednocześnie wspólne życie. Chodzą do kina, do kawiarni, na spacery…

A co z tymi, którzy głoszą: „nie ma seksu, nie ma związku”?
Jeżeli przez iks miesięcy nie ma żadnej aktywności seksualnej, to następuje zanik z nieczynności. Może być też tak, że ludzie nie odczuwają żadnych potrzeb. Seks przestaje istnieć. Ale nigdy nie wiadomo, czy ktoś inny nie sprawi, że ta chęć wróci… Mam też takich pacjentów. Mężczyzna, od 12 lat wdowiec, żadnych potrzeb seksualnych, żadnej aktywności w tej sferze, nawet masturbacji. Uważał, że nikogo już nie pokocha, bo żona była jego jedyną miłością. Cieszył się nawet, że demon seksu go nie atakuje, że ma święty spokój. Ale po latach trafiła go strzała Amora. Zakochał się i czuje pożądanie. Zależy mu na udanym życiu seksualnym. Wierzy, że po 12 latach przerwy, dzięki medycynie, odzyska pełną sprawność seksualną. Nie tyle nawet był zaskoczony, że ma znów potrzeby seksualne, co że w ogóle się jeszcze zakochał. Dlatego podchodziłbym bardzo ostrożnie do deklaracji typu: „ja nie mam potrzeb seksualnych”, „ja mogę żyć bez seksu”. Hola, hola – nigdy nie wiadomo.

Podobno można obliczyć trwałość związku, odejmując liczbę kłótni od liczby zbliżeń seksualnych. Nazywa się to, w wolnym tłumaczeniu, liniowym prognozowaniem małżeńskiego szczęścia. Im więcej seksu, a mniej kłótni, tym małżeństwo będzie trwalsze. W sumie – całkiem prosta recepta.
Nic nowego nie wymyślili… Przecież jeśli jest dużo udanego seksu, to działa ta cała chemia miłości, wydzielają się endorfiny itd. Czyli mamy same pozytywne wzmocnienia. Bliska osoba zaczyna się kojarzyć z przyjemnością – to działa jak automat. Bo gdy jest udany seks, to nawet jak chcę się pokłócić o coś z tą drugą osobą, to i tak przestaje być to na dłuższą metę ważne, bo dostaję te pozytywne skojarzenia. Partner zadowolony z seksu podchodzi do życia bardziej na luzie. Nie będzie z byle powodu się spierał czy robił awantury, częściej odpuści. Ci, którzy są seksualnie niezaspokojeni, robią się rozdrażnieni i kłótnia wtedy wybucha o byle co.

Tina B. Tessina, psychoterapeutka i doradca par małżeńskich, napisała książkę „Pieniądze, seks i dzieci. Główne przyczyny kłótni i rozwodów”. Zgodziłby się pan z tym tytułem?
No i znowu autor sobie uprościł. Ludzie są głodni takich porad życiowych, recept na udany związek. Traktują je jako drogowskaz, jak się poruszać w tym nieznanym świecie płci odmiennej. Bardzo tego prowadzenia za rączkę pragną. A to są toksyczne słowa, a to toksyczna teściowa, związek toksyczny, teść i dziadek, rodzice toksyczni – pojęcie „toksyczny” zrobiło karierę i często je słyszę od swoich pacjentów. Wychodzą na ten temat przewodniki. Tak samo to – seks, dzieci i pieniądze. Mogę wymienić też inne ważne motywy: niedowartościowana kobieta…

A niedowartościowany mężczyzna?
Zaraz do tego dojdę, panie mają pierwszeństwo (śmiech). Skoro on jej nie mówi: „jesteś piękna, atrakcyjna”, to jak jakiś inny mężczyzna powie jej w pociągu, w pracy, w tramwaju: „ale pani jest ładna”, to ona jest „ugotowana”.

Ale jak mąż jej powie, to też będzie „ugotowana”.
Oczywiście, ale jeśli jej nie powie, to jest łasa na komplementy od innego. To samo on – nagle słyszy od jakiejś kobiety, że jest męski, że odnosi sukcesy, że jest wspaniały, czego w domu nie słyszał, tylko był bez przerwy krytykowany. Jest już ryzyko rozpadu? Jest, mimo że seks był dobry, że mają dzieci – bo on czy ona nie dostają pozytywnego wzmocnienia.

Radzi pan wzajemnie się sobą zachwycać?
Może nie zachwycać, ale dbać o pozytywne wzmocnienia.

I to nieregularnie, jak słyszałam?
W Polsce najczęściej uprawiamy seks w piątek wieczorem albo w sobotę, jak się wyśpimy. Wszystko przewidywalne – podobnie jak wizyta u teściów w niedzielę, a wieczorem spotkanie z przyjaciółmi.

Ale z drugiej strony specjaliści mówią, że seks nie musi być spontaniczny, może być też zaplanowany, wtedy jest czas na celebrowanie, odpowiednie przygotowanie…
Szanowna pani, niech pani sobie wyobrazi melomana, który uwielbia, powiedzmy, Bacha. I ma całą kolekcję jego najlepszych wykonań. Na co dzień jest zapracowany, ale wie, że w piątek wieczór wróci z pracy, włączy płytę i odpłynie… I to będzie ta radosna, piękna chwila, na którą on czeka. On tym żyje w środę, on tym żyje w czwartek. Taka jest prawda. No więc dlaczego nie miałoby tak być z seksem? Ludzie, którzy mają dużo czasu, wolą seks nieplanowany, bo to jest dla nich bodziec uatrakcyjniający dzień.

Czy zauważa pan różnice między seksem dzisiejszych 30-latków a seksem ich rodziców? To chyba nie jest taka sama sypialnia, mamy o wiele większą wiedzę niż nasi rodzice czy dziadkowie.
Są dwie zasadnicze różnice. Pierwsza: na pewno seks dzisiejszych 30-latków jest mniej obciążony poczuciem winy, grzechu, jest mniej zahamowań i większe otwarcie na eksperymenty. A druga zasadnicza różnica – współcześni mają mniej seksu niż ich rodzice.

Są bardziej obciążeni pracą?
Nie tylko. Kiedyś ludzie często kochali się po prostu z nudów. Nie było tylu atrakcji, a w telewizji tylko dwa kanały. Wszyscy byli na budżetowych etatach, szybko kończyli pracę – w łóżku spędzało się wolny czas. A teraz? Pracujemy więcej, mamy wyższe kwalifikacje, a wolny czas spędzamy na zakupach w centrach handlowych albo przed telewizorem, oglądając jeden z kilkuset kanałów. Wokół jest wiele innych pokus i atrakcji i one zastępują seks.

Frustracji też mamy mniej?
Są innego rodzaju. Bo nasi rodzice sfrustrowani byli tym, że jest komuna. Pensja taka sama dla wszystkich i głodowa emerytura. To przeżywali. A dziś największą frustracją jest bezrobocie, nawet ukończenie studiów nie gwarantuje pracy.

Niektórzy frustrują się ściganiem statystyk, pogonią za orgazmem. Czy trzeba go za każdym razem przeżywać? Nie można kochać się tylko po to, by być ze sobą blisko?
Dla kobiet rzeczywiście ważniejsza jest satysfakcja niż orgazm. A tę można mieć częściej. Poza tym orgazm nie zawsze daje satysfakcję. Gdyby mężczyźni zdobyli taką świadomość, to sami by się przekonali, że można częściej współżyć, gdy się nie dąży do orgazmu. Ale u nas jest taki stereotyp, że jak ktoś zaczął, to musi skończyć. Nie, nie musi. Warto to upowszechnić. Można przeżywać satysfakcję bez orgazmu, bardzo przyjemne zjednoczenie bez ejakulacji.

Mało który mężczyzna się na to zgodzi. Oni dążą do tego biologicznie, to atawizm.
Tylko że wtedy mają mniej seksu. To wynika z prostej matematyki: wiadomo, że pary mają określoną częstotliwość współżycia, np. kochają się dwa razy w tygodniu. Załóżmy, że zwiększają częstotliwość o jeszcze jeden kontakt, ale bez wytrysku. Zatem zamiast dwóch zbliżeń mają trzy. I mają satysfakcję, o ile jest chęć u obojga i erekcja u partnera. To zupełnie nowy model sztuki miłosnej, ale warto spróbować.

A czy gdy związek staje się dojrzały, seks też jest dojrzały?
Nie, to nie ma bezpośredniego przełożenia. Związek może być dojrzały, a partnerzy seksualnie są zahamowani. Można być też dojrzałym w jednej dziedzinie, a niedojrzałym w zupełnie innej. Są ludzie dojrzali w zakresie życia społecznego, a niedojrzali w roli partnerów.

Ja jednak spotkałam na internetowych forach wypowiedzi dojrzałych kobiet, które odkrywały na nowo seks ze swoim stałym partnerem, np. po tym, jak dzieci dorosły i wyprowadziły się z domu. Twierdzą, że czują się ze sobą swobodniej, no i nie muszą się już zabezpieczać.
Dojrzewanie do seksu następuje u kobiet stopniowo i dopiero gdy osiągają pełnię kobiecości – są dowartościowane w roli matki, mają poukładane życie, także zawodowe – seks staje się dla nich bardziej satysfakcjonujący. A u mężczyzny najbardziej intensywne pożycie seksualne jest w okresie dojrzewania – tak jest to zaplanowane przez naturę.

No ale może z wiekiem ilość przechodzi w jakość.
Jeśli stworzą udany model związku, to tak. W Polsce dwie trzecie osób jest zadowolonych ze swojego seksu. Można powiedzieć, że to dużo. Ale to dlatego, że mamy niewielkie oczekiwania. Mniejsze oczekiwania to większa satysfakcja. A większa satysfakcja promieniuje na oboje partnerów.

Artykuł pochodzi z archiwalnego wydania Zwierciadła".