1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Statua męskości

Statua męskości

fot.123rf
fot.123rf
Jeśli penis, ta niewielka, tak zawodna część ciała, stanie się źródłem męskiej tożsamości, mężczyzna będzie czuł się zagrożony, sfrustrowany. Warto spojrzeć na to w inny sposób – męskość wyraża się nie tylko poprzez miłosne zespolenie z kobietą, ale w różnorodności mojego życia: poprzez działania, pasje, odwagę, stawianie czoła wyzwaniom – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

– Jak mężczyzna odnosi się do swojego penisa? Cieszy się, że to część jego ciała obiecująca zmysłową ekstazę?

– Rozkosz, ekstaza to dla mężczyzn niełatwe tematy. Miłość jest ciepła, miękka, nawet jeśli jest ognista. To coś innego niż mocny męski głos, twarda męska pięść. Mężczyźni rzadko mówią o seksie, chyba że przy piwie, wtedy opowiadają o niezwykłych dokonaniach; jakimi są ogierami, ile razy doprowadzili kobietę do orgazmu. W gabinecie terapeuty o seksie wspominają niechętnie, a jeśli już, to w sposób zdawkowy, przedmiotowy, w trzeciej osobie: „seks był udany”, „seks mógłby być lepszy”. Tak jakby seks był obiektem na zewnątrz. Nigdy nie słyszałem, żeby mój klient mówił: „z moją partnerką kochamy się na różnych poziomach, jest nam wspaniale także w wymiarze fizycznym”.

– Wyznanie „seks był udany” sugeruje dobrze wykonane zadanie.

– Mężczyzna chce osiągać sukcesy, także w seksie, bo sukces to prestiż, władza, posiadanie. Takie podejście rodzi mnóstwo napięcia, stresu i lęku, bo co się stanie, jeśli się nie uda?

– Autorzy książek o mężczyznach zwracają uwagę na kruche męskie ego ulokowane w penisie. Stephen Arterburn w książce „Mężczyźni i ich sekrety” opisuje taką scenę. Mężczyzna wchodzi do sypialni. Kobieta jest już w łóżku. Staje nagi, czekając na pozwolenie, żeby się zbliżyć. Ona patrzy na niego od stóp do głów. On zauważa uśmieszek, kiedy jej oczy na chwilę zatrzymują się pośrodku. Czuje się, jakby był kawałkiem wołowiny na pieczeń w lodówce w sklepie spożywczym. Po chwili, która wydaje się wiecznością, z westchnieniem, które brzmi w najlepszym razie jak rezygnacja, a w najgorszym razie protekcjonalnie, ona zaprasza go, aby podszedł bliżej. On ociera pot z czoła i nieśmiało zbliża się do łóżka, ciągle niepewny, jaki będzie jego los, kiedy już tam się znajdzie. W jego głowie dudnią pytania: Czy stanę na wysokości zadania? Czy sobie poradzę? Czy jestem dość dobry?

– W kulturze, w literaturze to kobieta częściej jest postrzegana w ten sposób. To ona pyta: czy przejdę próbę i dam rozkosz mężczyźnie? Serce mi się ściska, gdy myślę o takiej asymetrii: jedno z dwojga ma wielkie zadanie do wykonania, a drugie konsumuje, jest zadowolone albo nie. Jeśli nie, wtedy wartość winowajcy dramatycznie spada.

– Gdy on patrzy na swojego penisa, który nie stanął na wysokości zadania, widzi chłopczyka ze spuszczoną głową, pisze jeden z autorów. Malutkiego, zawstydzonego. Nigdzie, w żadnej sferze życia mężczyzna nie czuje się tak zagubiony jak w tej. W pracy nosi garnitur, mundur, solidny pas z narzędziami lub inną zbroję. Jest kimś. W sypialni jest nagi, odsłonięty, bezbronny.

– Bez masek, gier, zasłon dymnych, bo trudno przywdziewać maski, gdy stoi się bez majtek. Wydaje mi się, że we współczesnym świecie częściej mamy do czynienia z mężczyznami o mocnym narcystycznym rysie. Narcystyczny mężczyzna na każdym kroku i za wszelką cenę udowadnia, jaki jest wspaniały. Dramatycznie niskie poczucie własnej wartości kompensuje pozorną pewnością siebie, kogucim stylem zachowania. Na zewnątrz to chłop na schwał, twardy facet, biegły w sztuce uwodzenia, sprawny seksualnie. Dla narcystycznego mężczyzny jego penis jest królewskim berłem, dzięki któremu zdobywa uwielbienie i podziw. Jedna kobieta nie wystarcza, jest tyle innych, które muszą potwierdzić, że jest najlepszy. Seksualne zjednoczenie nie jest ekspresją miłości, jest „braniem kobiety”. Ci mężczyźni tak mówią: „wziąłem ją”. Oni „posiadają” kobietę. A jeśli jej się to nie podoba, są inne. Kobieta ma się starać i dziękować losowi za to, jaki fantastyczny facet jej się trafił.

– Zdaje się, że my, kobiety, mamy małe szanse, aby przebić się przez ten ochronny pancerz, nauczyć mężczyznę, że najbardziej erotyczną sferą ciała jest serce.

– Mężczyzna odcięty od serca, brzucha, ciała jest niezdolny do budowania trwałych związków. Wielu z nas ma problem z nagością. A przecież nagość jest naturalna, rodzimy się nadzy. Ubrania miały nas chronić przed zimnem, wilgocią, czynnikami zewnętrznymi. Ale w pewnym momencie pojawił się wstyd. Ubranie przestało służyć celom rytualnym i utylitarnym. Jako dziecko słyszałem, że trzeba „zakrywać wstyd”. Dzieci nasiąkają tym, co słyszą od dorosłych. Zaczynają wierzyć, że nagość jest zła. Jest różnica między tym, gdy mówimy, że należy się ubierać, ponieważ tak jest, wszyscy ludzie się ubierają, a tym, gdy mówimy, że chodzić nago to wstyd. Dzieci bawią się w lekarza, chłopcy i dziewczynki sprawdzają, jak są zbudowani, czym się różnią. Ale odkrywają, że ich dziecięce zabawy dorosłych oburzają, złoszczą, a nawet przerażają. By zachować miłość rodziców, też zaczynają się bać, zawstydzone powstrzymują erotyczne impulsy. Z chłopców wyrastają mężczyźni z chronicznymi, nieuświadomionymi napięciami w mięśniach, szczególnie w dolnych częściach ciała, z ambiwalentnym stosunkiem do własnej seksualności.

– Okazuje się – jak wynika z lektur – że dla większości mężczyzn kobieta jest… niebezpieczna. Wyobrażają sobie, że w pochwie są jakieś zęby, sztylety, Bóg wie co. Jesteśmy dla mężczyzn rajem i piekłem jednocześnie. Rajem zespolenia, miękkości i ukojenia. Piekłem zatracenia, unicestwienia.

– To nie kobieta zagraża mężczyźnie. Piekłem jest lęk przed miłosnym oddaniem się, rozpuszczeniem granic ego. Ego jest kruchym psychofizycznym konstruktem opartym na maskach, pozach, wizerunku. Mężczyźni bardzo tęsknią za bliskością, a jednocześnie są przerażeni perspektywą zanikania granic. Nazywają piekłem to, co jest bramą do raju. W ekstazie miłosnej koncepcje, myśli ulegają zawieszeniu, nie ma szans, żeby myśleć analitycznie, planować, kontrolować.

– Trudno jednak przyznać się do tego lęku w sobie, łatwiej przenieść go na kobietę i uznać, że to ona jest niebezpieczna. Że zło jest na zewnątrz, w seksie, w niej.

– „Co te kobiety z nami robią?” „Wszystko przez kobiety!” „Tak by sobie człowiek normalnie, spokojnie pożył, coś by osiągnął w życiu, ale niestety!” W zachodniej kulturze pokutuje mit winy Ewy, która uwiodła Adama, a on, biedak, uległ. Przekaz religijny wskazuje na nieczystość kobiety. Jeśli kobieta jest nieczysta, a on się do niej zbliża, to czy aby się nie zbruka? Wytwarza się mechanizm ucieczki, wycofania, unikania. Potworne wewnętrzne rozdarcie. Najczęściej nieuświadomione. Penis przypomina o tym złu. Mężczyźni mówią: „uległem pokusie”, „dałem się zwieść”. To oczywiście znowu wprowadza wewnętrzne rozdarcie: „Coś mnie kusi, muszę się bronić przed tym. Jeśli się nie obronię, zostanę pokonany”. Nakaz kultury jest jednoznaczny: „masz się sprawdzić jako mężczyzna”. Więc on chce się sprawdzić. Ale napotyka kolosalne bariery w sobie. Mamy tu potężne pęknięcie w sferze religii i kultury. Nawiasem mówiąc, nigdzie w Biblii nie jest napisane, że grzech pierworodny ma coś wspólnego z seksem.

Mężczyźni doświadczają kobiecości, bliskości jako czegoś zagrażającego, diabelskiego. Paradoks polega na tym, że tkwiąc w piekle izolacji, sztywności, różnego rodzaju masek, napięć, blokad, wmawiają sobie, że są w raju: tak nam tu dobrze, taka tradycja, są nakazy, zakazy, tak ma być. Odrzucając kobiecość i kobiety, skazują siebie na cierpienie. Jaskrawym tego przykładem są fundamentaliści islamscy, którzy zakazują kobietom pokazywania twarzy. Szukają raju gdzieś wyżej, poza kobietą, związkiem, seksem, ciałem, gdzieś na zewnątrz. To jest przejaw ignorancji, zagubienia. Można w ten sposób szukać w nieskończoność. Duchowe tradycje Wschodu, tantra zwracają uwagę na to, że właśnie miłosne zespolenie jest szansą wyjścia poza ciasne granice i zanurzenie się w bezmiarze wolności i radości. Duchowość Wschodu jest zmysłowa; widać ją w ciałach, które poruszają się w sposób naturalny, z gracją.

– „Mój penis to ja, moja męskość”. Jak zawrócić z tych manowców?

– To jest dramatyczne ograniczanie siebie. Jeśli penis, ta niewielka, tak zawodna część ciała, stanie się źródłem męskiej tożsamości, mężczyzna będzie się czuł zagrożony, sfrustrowany. Warto spojrzeć na to w inny sposób – moja męskość wyraża się nie tylko poprzez miłosne zespolenie z kobietą, ale w różnorodności mojego życia: poprzez moje działania, pasje, odwagę, stawianie czoła wyzwaniom. Moja partnerka wybrała mnie z różnych powodów, nie tylko ze względu na penisa. Przecież kobieta może sobie kupić sztucznego penisa, mamy teraz takie technologie! Po co więc jej dodatek w postaci reszty mężczyzny, który sprawia tyle kłopotów, frustruje. Ona wybiera osobę...

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, coachem i psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego mężczyźni nie chcą rozmawiać? O wzajemnym wspieraniu w związku

Wchodzimy w relacje nie dla życia towarzyskiego, tylko dlatego, że chcemy budować swój świat z drugim człowiekiem, dawać mu wsparcie i otrzymywać je od niego. Zarówno to życiowe, duchowe, jak i materialne. (Fot. iStock)
Wchodzimy w relacje nie dla życia towarzyskiego, tylko dlatego, że chcemy budować swój świat z drugim człowiekiem, dawać mu wsparcie i otrzymywać je od niego. Zarówno to życiowe, duchowe, jak i materialne. (Fot. iStock)
Czy wiem, czego on potrzebuje, i czy on wie, czego ja pragnę? – Żeby to wiedzieć, trzeba się dobrze poznać. A żeby się poznać, trzeba ze sobą rozmawiać. Kobiety to robią. A mężczyźni – nie twierdzę, że wszyscy – nie uczestniczą w dogadywaniu się. Wobec tego skąd mamy wiedzieć, czego im potrzeba? – mówi psychoterapeutka Ewa Woydyłło.

Wzajemne wspieranie się to ważne zadanie dla związku?
Absolutnie, jedno z najważniejszych. Po to w ogóle tworzymy więź, żeby się nie rozsypywać przy trudnościach, bo te wcześniej czy później się pojawią. Wchodzimy w relacje nie dla życia towarzyskiego, tylko dlatego, że chcemy budować swój świat z drugim człowiekiem, dawać mu wsparcie i otrzymywać je od niego. Zarówno to życiowe, duchowe, jak i materialne. Oczywiście, mamy także do spełnienia cel ewolucyjny, czyli wychowywanie dzieci, ale ludzie, którzy nie mają zamiaru mieć dzieci, też zawierają związki. To świadczy o tym, że relacja, wspieranie się są nam bardzo potrzebne. 

Dajemy jednak na ogół nie to, czego oczekuje partner. I dostajemy nie to, co chcielibyśmy dostać. Z czego to wynika?
A kto od kogo dostaje więcej? Mężczyźni od kobiet czy kobiety od mężczyzn? Kto okazuje wsparcie bardziej adekwatnie, czyli daje naprawdę to, czego potrzebujemy? 

Kobiety. Ale czasami dają za dużo albo to, co same chciałyby dostać.
No właśnie. Tu dochodzimy do ważnego wniosku: rozumiemy drugiego człowieka przez pryzmat własnych doświadczeń. Jakbym zobaczyła panią w mroźny dzień w bluzce z krótkim rękawkiem, tobym powiedziała: „Hej, proszę wziąć szal”. Mogłaby pani odpowiedzieć: „Ale mnie nie jest zimno!”. Uznałabym jednak, że ten szal się pani przyda. Jak ubieramy małe dziecko, to wychodzimy na dwór, sprawdzamy, czy nam zimno, czy ciepło. Czyli mierzymy innych swoją miarą. Wiemy, co nas męczy, czego nam brakuje, i na tej podstawie okazujemy innym wsparcie.

Na przykład kobieta chce czułości, więc ją okazuje.
Albo chce rozmawiać. Nasza potrzeba biegnie często w taką stronę, że prosimy o rozmowę bądź same ją inicjujemy. I bardzo często słyszymy: „No dobrze, kończ, o co ci chodzi”. Ale nadal uważamy, że rozmowa jest bardzo potrzebna, bo my jej potrzebujemy.

Robimy błąd, dając takie wsparcie, jakiego potrzebujemy?
Czy to błąd? Wyobraźmy sobie taką sytuację: Mężczyzna przychodzi do domu, kładzie pieniądze na stole, po czym zamyka się w pokoju. No, przecież daje mi materialne wsparcie, które uważam za ważne. Czy to błąd, że to mi nie wystarcza? 

On może myśleć, że wystarcza.
Wymyślono bardzo dobry sposób, żeby się porozumiewać – język. Jeżeli ktoś mówi po angielsku, a ja po niemiecku, to my się nie zrozumiemy. On nie wie, co do niego mówię, a ja nie wiem, co on mówi. A czasem ludzie znają język, ale jedna strona mówi, a druga puszcza jej słowa mimo uszu. Żeby ludzie się porozumieli, po pierwsze, muszą mówić tym samym językiem, a po drugie, komunikacja musi być obustronna, to podstawa.

Ale większość mężczyzn, bo rzecz jasna nie wszyscy, nie komunikuje swoich potrzeb. Skąd kobieta ma wiedzieć, jakiego wsparcia pragnie mężczyzna?
Rozumiem, że przechodząc obok jakiegoś pana na ulicy, nie wiem, czego on potrzebuje. Ale jeżeli umawiam się z kimś na wspólną wycieczkę, to muszę wiedzieć, czy lubi morze, góry, narty, czy rower. Tym bardziej powinnam to – i dużo więcej – wiedzieć, kiedy umawiam się z mężczyzną na życie. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Chyba że przyjmuję rolę wyuczoną od swojej matki, babki, że z mężczyzną się nie rozmawia, tylko się go obsługuje. Bo jak mamy obok kobietę, to ona mówi jasno: „Wyłącz radio, chodź, pogadamy”, albo: „Ja robię naleśniki, ty zmywasz”. Kobiety się dogadują. A mężczyźni – nie twierdzę, że wszyscy – nie partycypują w dogadywaniu się. Wobec tego kobiety dają im nie to, czego oni potrzebują. Bo skąd mają to wiedzieć? 

Myślę, że kobiety jednak wiedzą sporo na temat mężczyzn. Chodzą na warsztaty, czytają książki psychologiczne.
Żartuje pani. Czy pani czyta książki, żeby dowiedzieć się czegoś o swoim mężu? Książki traktują o jakimś mężczyźnie, a pani ma innego. Aż tak nie jest, że wszystkie kobiety są jednakowe i wszyscy mężczyźni też. To mit. 

Ale dzięki temu, że czytam, to z grubsza wiem, jak on zareaguje. Gdy na przykład ma problem, to o nim nie opowiada, nie żali się, tylko zaczyna działać: dzwoni, naprawia. Muszę go dopytywać, co się stało, bo sam z siebie nie powie.
To prawda, mężczyzna nie zawiadamia o swoich potrzebach, a kobieta owszem. I tym się różnimy. Kobieta dużo więcej mówi, ma lepiej niż mężczyzna rozwiniętą prawą półkulę odpowiedzialną za emocje. Tylko do końca nie wiadomo, czy dlatego ma lepiej rozwiniętą, że od małego posługiwała się mową, bo tego była uczona, czy tak jest wyposażona biologicznie. 

Może biologia bardziej pomaga kobietom niż mężczyznom, bo my mamy więcej hormonów więzi – oksytocyny, serotoniny. Panowie są pod tym względem pokrzywdzeni.
Jak człowieka uwiera kamyk w bucie, to się zatrzymuje, wytrząsa go, a gdy dalej boli go stopa, to idzie do lekarza. Tak więc gdy czujemy jakiś brak albo gdy coś nam przeszkadza, to sprawdzamy, co nam jest, i o tym zawiadamiamy. Natomiast mężczyzna, jeżeli odczuwa jakiś brak, idzie do innej pani. Uczciwiej byłoby powiedzieć: „Porozmawiaj ze mną o tym, co przeżywam, bo jak nie, to pójdę do innej pani”. 

Kobieta chętnie podjęłaby taką rozmowę, ale na ogół nie ma na nią szans.
Dlatego pytanie, kto o kogo bardziej dba, jest retoryczne. Bo wiadomo. Dba lepiej ten, kto wie, czego druga strona potrzebuje. Jak nie wie, to nawet gdy chce dbać, to często robi odwrotnie. Dobrze ilustruje to taka historia: Mężczyzna wraca do domu po kilku tygodniach, wsiada na lotnisku do taksówki i myśli: „Jak tylko wejdę do domu, to porwę żonę w objęcia, pójdziemy do sypialni i będziemy się kochać”. Żona cieszy się na powrót męża, robi porządki, gotuje obiad, ubiera się odświętnie i myśli: „Tyle mam mu do opowiedzenia: Jaś wygrał zawody, Kasia dostała szóstkę, pies zachorował”. Zupełnie inne potrzeby! Tak inne, że jeżeli wcześniej nie zawiadomimy o nich drugiej strony, to spotka nas totalne rozczarowanie.

Tylko różnica polega na tym, że my, kobiety, edukując się na temat relacji, rozumiemy, dlaczego oni tak się zachowują, a oni w ogóle w to nie wnikają. Oni nie dają nam wsparcia, a nasze nie jest skuteczne.
Oni dostają od nas tyle, ile trzeba. To nie jest tak, że jak damy im jeszcze więcej, to związek będzie szczęśliwy. Kobiety mają koleżanki, przyjaciółki, siostry, a oni jakoś tych tabunów kolegów nie mają. Czyli im nie chodzi o wsparcie. 

To o co im chodzi?
Dla mężczyzny najważniejsze są dwie rzeczy: pierwsza to praca. Na pytanie: „Kim jesteś?”, kobieta odpowiada: „Matką, córką, żoną...”, a na końcu, że fryzjerką, lekarką. Chyba że to jej pasja, wtedy powie na początku. Natomiast mężczyzna odpowie: „Jestem inżynierem, hydraulikiem, profesorem”. On musi być kimś, definiuje się przez pracę. I druga najważniejsza dla mężczyzn sprawa to seks. Chętnie się do tego przyznają. W przeciwieństwie do kobiet, które nawet jak seks lubią, to wymienią go na szarym końcu. 

Panom nie zależy na tym, żeby wiedzieć, jakiego wsparcia potrzebujemy?
Niby po co mają wiedzieć? Żeby co? Żebyśmy były bardziej zadowolone?! Co im z tego, kiedy oni nie są zadowoleni? Okazywanie troski, wsparcia wiąże się z tym, że chcemy, żeby związek trwał, a ja znam statystykę, z której wynika, że dużo mniej mężczyzn niż kobiet chce, żeby związek trwał, rozwody wciąż w większości inicjują mężczyźni.

Ale to się zmienia i coraz więcej kobiet odchodzi.
To prawda. Bo one wreszcie dochodzą do wniosku, że jak nie dostają od niego wsparcia, to bycie razem nie ma sensu. Coraz więcej kobiet to singielki. Podobnie jak coraz więcej mężczyzn to single. Kiedy potrzebują wsparcia, dzwonią do przyjaciół. 

O wsparcie trzeba prosić?
Trzeba zakomunikować, czego mi trzeba. Obawiam się jednak, że nawet gdy mężczyzna powie, czego mu potrzeba, to tego nie da mu stara żona. Znam takie przykłady: pobrali się jako 20-latkowie, on robił karierę naukową, ona w tym czasie wychowywała dzieci, przepisywała mu po nocach teksty, przepytywała przed egzaminami, zajmowała się jego ukochanymi psami, budowała dom. On osiągnął sukces, uznanie, a jego karmicielka i opiekunka zwiotczała, posiwiała. Więc on rozgląda się za inną. To nagminne, w mojej praktyce mam mnóstwo takich przykładów. 

Czyli niewiele się zmieniło?
W tej dziedzinie niewiele. Mężczyźni nadal realizują swoje fantazje, często na barkach kobiet. Mamy stulecie praw kobiet, wywalczyły je nasze przodkinie, Piłsudski dał im prawo wyborcze, to był piękny moment w dziejach Polski. Ale właściwie od tego czasu nic się nie zmieniło. Wszystko trzeba wydrapać, wywalczyć: stanowiska, pozycje, równe płace, respekt, szacunek. Nadal, gdy zapyta się dziecko, kim są jego rodzice, słychać odpowiedzi: „Tatuś jest nauczycielem WF-u, buduje domy, a mamusia nie pracuje, tylko siedzi w domu, mam dwie siostry i brata bliźniaka”. No więc jeżeli nadal uważa się, że jeżeli kobieta niechodząca do pracy nie pracuje, to jest w tym coś poniżającego.

Pewien psycholog uważa, że depresje dzieci biorą się stąd, że matki gremialnie poszły do pracy, zamiast się nimi zajmować.
Bardzo to oburzające, że kobiety stają się kozłami ofiarnymi. Jak jest jakieś niepokojące zjawisko społeczne, na przykład narkomania, to kto jest winien? Matki. No więc jeżeli matka idzie do pracy, to gdzie jest ojciec? Dlaczego nie udziela jej wsparcia takiego, jakiego ona mu udziela? A z tą epidemią depresji u dzieci to przesada, koncerny farmakologiczne zarabiają na tym biliony. Napisałam na ten temat książkę „Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresją, ale nie w depresji”. Za depresję dzieci odpowiada w dużym stopniu opresyjna szkoła. A czy zastanawiamy się, dlaczego depresja dotyka młode matki? Otóż dlatego, że są nieludzko zmęczone fizycznie, bo ciąża, bezsenność, poród, który bywa katorgą. A wtedy słyszą – to znów przykład z mojego gabinetu – że na czas jej „niesprawności” on musi zorganizować sobie inną kobietę do seksu. Tak poradził mu terapeuta, mężczyzna. Mężczyźni od wieków mieli garsoniery, jak widać nic tu się nie zmieniło. Jeżeli naprawdę potrzebujemy wzajemnego wsparcia, to musimy dobrze się poznać. A kiedy się dobrze poznamy? Gdy będziemy ze sobą rozmawiać. Ale nie mam złudzeń. Mężczyźni nadal mają z tym problem. Na uniwersytetach trzeciego wieku na sto osób 95 to kobiety. Co oni wtedy robią? Przecież wszyscy nie umarli. Kobiety lubią być z ludźmi, rozmawiać, niekoniecznie, jak się upiją.

Jest pani bezlitosna dla mężczyzn.
Promuję książkę „Własny pokój” Virginii Woolf. Własny pokój jest, oczywiście, symbolem niezależności kobiecej. Okazuje się, że większość artystek swój pierwszy własny pokój miała wtedy, gdy sama sobie go wywalczyła: wzięła kredyt, kupiła mieszkanie, wybudowała dom. Pokoje mają dzieci, mąż, teściowa, a ona co najwyżej pod schodami ma biureczko.

Ale dzięki niej rodzina trzyma się razem.
Są jednak społeczeństwa, gdzie kobieta za to scalanie rodziny nie płaci takiej ceny, gdzie mężczyzna i cały system naprawdę ją wspierają. 

W Polsce też już coś się zmienia. Młodzi ojcowie potrafią świetnie zająć się dzieckiem, a ich partnerki w tym czasie idą na jogę.
Ale pojawia się też inne nowe zjawisko: kobiety, które nie otrzymują wsparcia, szukają bardziej satysfakcjonujących związków. 

Nie ma ratunku dla związków?
Kiedyś, gdy ludzie się pobierali, to przyrzekali sobie wierność do grobowej deski. Tylko że sto lat temu średnia wieku wynosiła 35 lat. A dzisiaj kobiety żyją średnio 87 lat, a mężczyźni 79. Teraz dla młodych ta grobowa deska jest poza zasięgiem wyobraźni. Nie ma żadnego przepisu, jak żyjąc razem, zawsze iść w tę samą stronę. 

Może tym spoiwem są dzieci?
Są, ale wychowuje się je mniej więcej do czterdziestki. Kiedyś kobieta w tym wieku by zginęła bez mężczyzny. Bo kto by ją utrzymywał? A mężczyzna by zginął bez kobiety – bo kto by mu gotował i prał? Teraz ona jest niezależna finansowo, a on idzie do restauracji, oddaje rzeczy do pralni. Zorganizowaliśmy sobie świat, w którym tylko dla więzi warto być razem. Ale największe wsparcie kobiety nadal dostają nie od mężczyzn, tylko od innych kobiet. Kiedyś rozmawiały przy darciu pierza, na polu. Takiej roli mąż nigdy nie spełniał. Bo – powtórzę – żeby dawać adekwatne do potrzeb wsparcie, trzeba dobrze się poznać, a żeby dobrze się poznać, trzeba ze sobą rozmawiać. I drugi wniosek: człowiek oczekuje od partnera nie tylko wsparcia. Wsparcie można kupić u psychoterapeuty, pół Ameryki sięga po profesjonalną pomoc. Partner jest nam potrzebny dla więzi, intymności, wychowywania dzieci. Ale i tak dobre życie każdy powinien zapewnić sobie sam.

  1. Psychologia

Kobiece i męskie - skąd się biorą stereotypy płci?

- Błąd polega na tym, że myślimy w stereotypowych, wykluczających się kategoriach: kobiece versus męskie. Każdy, kto urodził się człowiekiem, jest i tym, i tym - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
- Błąd polega na tym, że myślimy w stereotypowych, wykluczających się kategoriach: kobiece versus męskie. Każdy, kto urodził się człowiekiem, jest i tym, i tym - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Co jest kobiece, a co męskie? A po co się nad tym zastanawiać, skoro mamy równość? Wszystko jest uniseks. A jeśli nie wszystko? I czy chcemy, żeby tak było? O tym, czy jesteśmy wolni od stereotypów i czym są antystereotypy – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Artykuł archiwalny. 

W książce „Królewicz Śnieżek. Baśniowe stereotypy płci” (Agnieszka Suchowierska, Wojciech Eichelberger, wyd. Czarna Owca) pozamieniane są płcie bohaterów. Czy stare baśnie i bajki nam się nie podobają? Ja chciałabym sobie pobyć królewną, odsapnąć od tej cudnej równości! Ale wy, proszę bardzo, psujecie bajki.
Nic nie psujemy, zainteresowało nas tylko pytanie, czy baśnie przekazują stereotypy płci, czy są nośnikiem tego, co archetypowe. Hipoteza była oczywiście taka, że lansują patriarchalne stereotypy. Ale nie byliśmy tego pewni, dlatego Agnieszka w większości bajek na opak bawi się, tworząc język, w którym wszystkie rzeczowniki są rodzaju żeńskiego. Ale tak opisany świat wydaje się absurdalny – przegięty w drugą stronę. Szukajmy więc równowagi. Jeśli jednak jest więcej takich kobiet jak ty, które tęsknią za baśniowymi prototypami, to może bajki nie były narzędziem indoktrynacji. Przypuszczam jednak, że twoja reakcja spowodowana jest tym, że pod płaszczykiem wolności i dostępu do kariery liberalny patriarchat zaprzągł kobiety do pracy ponad siły, wpuścił w kredytowo-konsumpcyjny kołowrotek.

Królewna nie musiała zakładać firmy, płacić ZUS-u.
Ale nie wiem, czy dobrze czułabyś się jako królewna? W bajkach kobiety są nijakie i naiwne albo zawistne i mściwe. Natomiast mężczyźni to silni, mądrzy, szlachetni przywódcy. No w najgorszym razie – czarnoksiężnicy. Wygląda więc na to, że baśnie jednak nie lansują archetypów, lecz stereotypy. Księżniczka to jeden z nich. Spójrz na reklamy. Tam przygłupia kobieta potrzebuje pomocy mądrego doradcy. Ten stereotyp nadal żyje – po części za sprawą bajek – ale myślę, że udało się nam go częściowo skompromitować.

Mam wrażenie, że wszyscy to robimy, zamieniając się rolami. I mamy: silne kobiety, ale samotne i sfrustrowane. I wrażliwych mężczyzn, ale z pretensjami do tych kobiet, że są kastrowani. I jak tu żyć razem długo i szczęśliwie?
Może tak się dzieje, bo nadal tkwimy w stereotypach? Mówimy: „Ona wchodzi w rolę męską, on w kobiecą”. Gdybyśmy byli wolni od stereotypów, tak byśmy nie mówili. Nawet gdy on nie ma pracy, czy jest leniuchem, a ona programistką i go utrzymuje, to i tak nie zamienili się rolami. Bycie bez pracy czy lenistwo nie jest przypisane do jednej płci.

Odwrócenie ról to nie droga do szczęścia, bo trzeba przestać myśleć w kategoriach płci i reagować adekwatnie do okoliczności. Jeśli kobieta pracuje na utrzymanie domu czy dowodzi armią, ale ma przekonanie, że występuje przeciwko świętej regule kobiecości, to na pewno cierpi. Nie cierpiałaby, gdyby czuła, że jest wolnym człowiekiem, który decyduje o sobie. Oczywiście, kobieta może dojść do wniosku, że dowodzenie nie jest tym, co chce robić. Ale jeśli wycofuje się tylko dlatego, że uważa to za sprzeczne ze społecznie zdefiniowaną płcią, to sama siebie dyskryminuje.

Jednak nawet w bajkach na opak widać różnice między nami. Jedna nosi tytuł: „Dziewczynka z zapałkami i chłopiec z petardami”, bo jak pisze autorka, do chłopca zapałczany smutek nie pasuje. Chłopiec, gdy jest mu źle, łobuzuje.
To też stereotyp. Możemy spotkać chłopca z zapałkami, który umrze z głodu i zimna bez słowa skargi czy próby buntu. Możemy spotkać też dziewczynkę, która – jak na ilustracji Lidii Dańko – podpali spodnie facetowi, który, nie zważając na jej prośby, minie ją obojętnie. Choć prawdą jest, że statystyczny chłopiec częściej złość, strach, odrzucenie odreaguje petardami. Jednak naszym zachowaniem w coraz mniejszym stopniu sterują stereotypy, a coraz bardziej osobowość. Ale tu się sprawa komplikuje: bo osobowość kształtuje się w ogniu wpływów rodziców, wychowania  i kultury, a one są przesiąknięte stereotypami płci.

Gdy jednak sięgniemy poza odziedziczony stereotyp, do najgłębszych pragnień i kobiet, i mężczyzn, to okazuje się, że różnice znikają. Im dłużej pracuję z ludźmi, tym wyraźniej widzę, że na poziomie podstawowym, egzystencjalnym między kobietami a mężczyznami nie ma żadnej różnicy.

Mamy trochę inne ciała, więc też inne możliwości, i przyzwyczailiśmy się adekwatnie do nich dzielić obowiązkami, ale tak naprawdę nie ma to znaczenia. W istocie obie strony potrzebują tego samego: wolności, autonomii, miłości, samorealizacji, szczęścia. Nie ma osobnej dla mężczyzn i osobnej dla kobiet drogi do ich zaspokojenia. Wszystkie przepisy na to, co jest właściwe (oprócz ciąży, porodu, karmienia piersią), są przejawem kulturowego stereotypu zależnego od świadomości społeczności, polityki i ekonomii. Dlatego trzeba konfrontować obowiązujące stereotypy z tym, co w nas archetypowe, podstawowe i ponad podziałami.

A może bajki to dowód, że się różnimy, tylko strach o tym mówić, bo to grozi dyskryminacją
? Weźmy Kopciuszka. Bohaterka to kobieta, która haruje w poczuciu upokorzenia w jakiejś komórce i marzy, żeby znaleźć się na balu. Ale przecież wielu mężczyzn też jest Kopciuszkami, też marzy o jakimś „balu”. W dodatku dzielenie ludzi na upokorzonych, aspirujących Kopciuszków i na książąt, od których szczęście Kopciuszków zależy, też tworzy stereotyp i pozór. Bo na podstawowym poziomie każdy z nas jest jednym i drugim. Każdy ma jakąś swoją udrękę i jakiś bal. Tylko – w zależności od charakteru, a nie od płci – na różne sposoby sobie z tym radzimy. Jedni zaciskają zęby i walczą, żeby kupić sobie bilet na wymarzony bal. A inni myślą, żeby ich ktoś tam zabrał, jakaś wróżka, książę albo księżna. Niektórzy, gdy się tam dostaną, czują się na jasnych salonach głupio, nie u siebie. Są też tacy, którzy nie dają rady i żyją w poczuciu krzywdy. Inni znowu dochodzą do wniosku, że to OK być Kopciuszkiem i w tym odnajdują szczęście.

Skoro tego samego pragniemy, to dlaczego się nie dogadujemy?
Bo nam się mylą stereotypy z tym, co podstawowe, egzystencjalne, wspólne. To są kulturowe filtry, przez które patrzymy na siebie. I to one są przyczyną niesprawiedliwości i nieporozumień. „Bo kobieta nie powinna być władcza”, „bo mężczyzna powinien być silny”. I już po porozumieniu, bo kobieta też potrzebuje być silna, a mężczyzna słaby. „Zawsze... nie wolno inaczej” – to stereotypowe myślenie.

Żeby się dogadać, iść razem na bal i dobrze bawić, trzeba dostrzec, że jesteśmy tacy sami, tego samego pragniemy, takie same pytania stawiamy. Trzeba odrzucić sztance naszego rozwoju i stawać się w pełni sobą. Nie rezygnujmy z siły dlatego, że jesteśmy kobietami, i nie rezygnujmy z empatii dlatego, że jesteśmy mężczyznami.

O uzupełnieniu siebie mówi „Książę na ziarnku prochu”. Księżniczka wybiera na męża supermacho. Ale ten po nocy spędzonej na płatku róży staje się poetą. Ofiarowuje księżniczce wiersz i wyznaje miłość. Ale ona go nie odrzuca!? Czy to możliwe, że kobieta, która chciała samca alfa, zaakceptuje w mężczyźnie wrażliwość i słabość?
Właśnie o tym mówi nowa wersja bajki, o możliwościach wyrwania się z kleszczy stereotypów zarówno kobiecych, jak i męskich. Wybranek królewny był mężczyzną świadomym tego, że kobiety cenią siłę, waleczność, odwagę, odporność na ból i zdolności seksualno-rozrodcze. Rozwinął więc w sobie te cechy aż do absurdu: „Będę taki, bo to najlepszy przepis na to, żeby podobać się najlepszym kobietom”. Chodził więc na siłownię, ćwiczył, wojował, obojętniał na ból, a przy okazji na wszystko. Być może już wcześniej poczuł, że ten mięśniak w lustrze to nie on, ale wolał o tym zapomnieć. Jednak po nocy spędzonej na płatku róży nastąpiła chwila prawdy. Supermacho odkrywa, że ma wrażliwe serce. Gdy odczytał księżniczce swój niezdarny, lecz szczery poemat, wzruszona władczyni uwalnia się od własnego – zapewne pseudofeministycznego – stereotypu zimnej suki. Oboje więc wyszli ze stereotypowych ról. I to jest wielki krok w ich rozwoju i poszukiwaniu szczęścia.

On stał się naszym ideałem: mężczyzną silnym i wrażliwym.
Mężczyzną z łamiącej stereotypy reklamy, który do wielkiej, umięśnionej klaty tuli niemowlę. Morał z bajeczki o „Księciu na ziarnku prochu” jest taki, że dopiero gdy mężczyzna zapomni o przechowywanym także w umysłach kobiet ideale męskości i stanie się prawdziwym człowiekiem, to wtedy kobieta w pełni otworzy na niego swoje wytęsknione serce. Zasada ta działa też w odwrotnej konfiguracji.

Płatek róży, który zakłócił męski sen księcia i wywołał tę przemianę, podłożył król, ojciec księżniczki.
Najwyraźniej zorientował się, że jego córka brnie w ślepą uliczkę, reagując wyłącznie na wymiary, rozmiary i twardość wybranka. Podejrzewał, że ta zbroja mięśni chroni jakieś wrażliwe, współczujące serce, i postanowił to sprawdzić, a właściwie dać temu szansę. Pewnie sam był za młodu macho okrutnikiem i uczestniczył w castingu na zięcia. Zrozumiał też, jak bardzo skrzywdził własną córkę, nie pokazując jej swojej wrażliwej strony.

Dziś bywa odwrotnie, nie serca brakuje mężczyznom. Sam w tej książce przyznajesz, że jako chłopiec przegrywałeś w rywalizacji o dziewczyny z innymi chłopakami, bo choć byłeś silny i sprawny, to wychowany przez matkę, za mało przebojowy. Dziewczyny wolały zuchwałych łobuzów... I co?
Musiałem w sobie rozwinąć macho, wojownika, czyli zrobić coś odwrotnego niż książę. Ale to nie był gwałt na sobie. Dzięki temu poczułem się bardziej kompletny, bo po drodze udało mi się zachować również wrażliwość i inteligencję. Nasze ludzkie poszukiwania prawdziwego siebie nie mogą polegać tylko na kultywowaniu tego, co nam łatwo przychodzi – np. jakiegoś talentu – lecz przede wszystkim na przekraczaniu naszych słabości i ograniczeń.

A co dzisiejsza kobieta może zrobić, żeby rozwinąć się w pełni?
Bohaterka tej nowej bajki ma coś, czego nie mają stereotypowe księżniczki z tradycyjnych bajek: naturalną, zuchwałą seksualność, siłę i władzę. Pewnie postanowiła kiedyś, że nie będzie taką nijaką i bezpłciową osobą jak tamte księżniczki. Nie zauważyła, że antystereotyp też jest stereotypem, który ją ogranicza, i zgubiła po drodze swoją wrażliwość. Ten sam błąd popełniają współczesne kobiety. Odnajdują w sobie dawno zapomniane siłę, autonomię, twardość i nieposkromioną seksualność. To dobrze. Problem w tym, że zapominają o całej reszcie. Słuszna i sprawiedliwa emancypacja kobiet sprawia, że kobiety zyskują siłę, ale tracą wrażliwość serc – a młodzi mężczyźni wprawdzie odzyskują wrażliwe serca, ale tracą tzw. jaja. Młodszy o pokolenie znajomy zwierzył mi się kiedyś: „Moja partnerka oszalała. Gdy jedziemy na rowerach, to się ze mną ściga, gdy idziemy do łóżka, to się ze mną ściga, a gdy kupuje samochód, to nie ten, który jej się podoba, tylko lepszy od mojego”. I tak jest dziś w wielu związkach, i tak byłoby w związku księżniczki, gdyby król nie podłożył płatka róży.

A jeśli nie ma króla, nie ma róży, nie ma księcia, który przeczyta wiersz, to co może zrobić królewna suka? Jak samej sobie pomóc osiągnąć pełnię człowieczeństwa, odnaleźć serce?
Błąd polega na tym, że myślimy w stereotypowych, wykluczających się kategoriach: kobiece versus męskie. Każdy, kto urodził się człowiekiem, jest i tym, i tym. Kobieta nosi w sobie mężczyznę, a mężczyzna kobietę. Jeśli uwolnieni od stereotypów płci będziemy rozwijać cały swój ludzki potencjał, to nie będzie się o co kłócić ani rywalizować. Wszyscy – bez względu na płeć – mamy te same podstawowe potrzeby, aspiracje, lęki. Wszyscy – bez względu na płeć – wybieramy różne sposoby na poszukiwanie swojego szczęścia. Wszelkie formy ideologizowania płci: feminizm i maskulinizm, matriarchat i patriarchat, nas ograniczają i niepotrzebnie antagonizują. W swej istocie są antyludzkie.

Skąd mamy wiedzieć, czy coś wynika z archetypu, czy stereotypu?
Pytanie za milion dolarów! Możemy się tylko domyślać i sprawdzać na sobie. Aby mieć pewność, musielibyśmy całkowicie utracić społeczną i indywidualną pamięć i zobaczyć, czego wtedy chcemy. I większość tych, którzy ją utracili, zmienia całkowicie swoje życie. To znaczy, że ich wartości i wybory rozmijały się z tym, co było ich indywidualną drogą do szczęścia. Ale to nie znaczy, że autonomia, wolność, miłość, szczęście i nieustraszoność przestały być najważniejszymi potrzebami. Ci ludzie przed utratą pamięci chcieli tego samego, tylko szli narzuconą im przez kulturę i wychowanie ścieżką. To, czego najbardziej potrzebujemy, jest ludzkie – ani kobiece, ani męskie. Ale prowadzą do tego miliardy dróg. Tyle dróg, ilu ludzi.

  1. Psychologia

Mężczyzna w kryzysie. Gdzie jesteś Adamie?

Mężczyźni uważają życiową katastrofę za dyskwalifikującą porażkę na męskim rykowisku. (Fot. iStock)
Mężczyźni uważają życiową katastrofę za dyskwalifikującą porażkę na męskim rykowisku. (Fot. iStock)
Obrażają się, kiedy coś sknocą. Znikają, kiedy pojawiają się poważne problemy rodzinne. Wpadają w marazm, a nawet popełniają samobójstwo, kiedy tracą stanowisko, firmę czy majątek. Jak takie zachowanie mężczyzny należy rozumieć, wyjaśnia psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Znajome kobiety pytają mnie ostatnio, dlaczego od wieków jest tak, że gdy tylko pojawi się kryzys, mężczyźni znikają. Niczym Adam w rajskim ogrodzie. Nie mają męskiego schematu działania w kryzysie?
Aby zrozumieć, skąd się bierze i na czym polega ten uporczywy kulturowy stereotyp, który sprawia, że kiedy pojawiają się problemy, to Adam znika, i na domiar złego jest obrażony – trzeba odnieść się właśnie do mitu rajskiego. Sięgnijmy do tej najpopularniejszej wersji mitu, w której Adam wypada na głupka, bezwolnie dając się Ewie namówić na wspólne skonsumowanie rajskiego jabłka – a potem zwala na nią całą winę. Ten patriarchalny, niesprawiedliwy i uporczywy przekaz nadal – choć w coraz mniejszym stopniu – oddziałuje na nas wszystkich. Krótko mówiąc, mężczyźni obwiniają kobiety o to, że pozbawiły ich rajskiego szczęścia. W konsekwencji zostały więc skazane na wieczne poczucie winy, posłuszeństwo i cierpienie, a także na wieczne zadośćuczynienie poprzez dostarczanie skrzywdzonym mężczyznom komfortu i przyjemności.

Wspaniałe alibi! Ale zdaje się, że gospodarz raju, czyli Bóg, tego nie kupuje, skoro zwraca się do ukrytego w krzakach Adama: „gdzie jesteś?”. Czy Adam rozumie, jak głupio się zachowuje?
Na szczęście młodzi mężczyźni w Polsce, a szczególnie ci, którzy chodzą teraz na protesty i solidaryzują się z walczącymi o swoje ludzkie prawa kobietami, nie chowają się już po krzakach. Nie szukają w urojonej kobiecej winie usprawiedliwienia własnej nielojalności, bierności i tchórzostwa. Wymazują z katalogu męskich skryptów arcyszkodliwe przekonanie o rzekomej winie Ewy, które przez tysiące lat dawało mężczyznom moralne prawo do upokarzania i dręczenia kobiet. Ale jednocześnie to, co dzieje się obecnie w Polsce, pokazuje, że ten odwieczny przekręt odżywa i staje się szczególnie groźny w czasie spowodowanego przez patriarchat kryzysu, gdyż rządzącym światem mężczyznom nie spieszy się brać odpowiedzialności za cywilizacyjną katastrofę. W dobie kryzysu odruchowo zabierają się do dręczenia kobiet, bo wiadomo, że to one od zawsze są wszystkiemu winne.

Ilustracja: Paweł Jońca Ilustracja: Paweł Jońca

Można zrozumieć mężczyznę, który ucieka, gdy na przykład przychodzi na świat jego niepełnosprawne dziecko?
Dotykamy tu sprawy głęboko ukrytej w ciemnościach pozaświadomej, zwierzęcej części męskiej psychiki. Mężczyźni mogą mieć biologiczną skłonność do odrzucania dzieci zdradzających poważne wady i niesprawności, ponieważ w ich poczuciu w złym świetle stawia to prokreacyjną wartość ojca. Wiele gatunków zwierzęcych, na przykład lwy, zabija niezdolne do samodzielnego przeżycia potomstwo. Oczywiście takie postępowanie urąga człowieczeństwu i rodzicielstwu, ale nie powinniśmy zamykać oczu na odziedziczone po zwierzęcych przodkach instynkty. Tylko to, co w nas uświadomione, poddaje się zmianie.

Mężczyźni nie są lwami, czy więc mają poczucie winy, kiedy na przykład zmuszają kobietę do przerwania ciąży?
Pamiętajmy, że mężczyźni są różni i z pewnością nie wszyscy zachowują się wobec niedoskonałego potomstwa jak lwy. Można nawet przypuszczać, że większość mężczyzn wychodzi z założenia, że ich rolą jest wesprzeć kobietę w jej decyzji. Niezależnie od tego, czy kobieta chce ciążę utrzymać, czy też decyduje się ją przerwać. Bo to nie jest ich ciało ani ich brzuch. Decyzja nie dotyczy też ich życia w takim stopniu, w jakim dotyczy życia kobiety. Co oczywiście nie znaczy, że nie ma już mężczyzn stosujących szantaż emocjonalny lub ekonomiczny, aby wymusić na kobiecie decyzję przerwania ciąży. Postępują tak szczególnie ci obciążeni silnym rysem psychopatycznym, odcinającym ich od wyższych uczuć.

Czyli to, jak się mężczyzna zachowa, mówi o tym, kim jest?
Oczywiście. Ale nawet mężczyzna będący w tak zwanej psychicznej normie, jeśli nie chce mieć dziecka z daną kobietą – bo jej nie kocha lub z innych powodów nie widzi szans na to, aby stworzyć z nią trwały związek – w najlepszym przypadku będzie regularnie płacić alimenty. Tylko część mężczyzn – myślę, że margines – decyduje się ponosić konsekwencje ciążowej wpadki i pod presją środowiska lub własnego rygorystycznego systemu wartości podejmuje się roli partnera i ojca. Z reguły nie są to jednak ani udane związki, ani wysokiej jakości rodzicielstwo. Serce nie sługa i nikt nie jest w stanie obiecać, że pokocha niechciane dziecko i jego niewybraną matkę. Oczywiście zdarzają się szczęśliwe wyjątki, kiedy to narodziny dziecka łączą rodziców we wspólnym zachwycie, dumie i miłości do niego. W każdym razie wzięcie odpowiedzialności finansowej za niechciane dziecko jest nie tylko sprawą honoru i przyzwoitości, lecz także wyrazem emocjonalnej dojrzałości biologicznego ojca.

A gdy sytuacja jest odwrotna, mężczyzna chce dziecko z tą kobietą, a ona mówi: „nie” – co wtedy dzieje się w męskim sercu?
Kobieta ma oczywiście prawo powiedzieć: „nie”, ale gdy jej decyzja o przerwaniu ciąży zostanie podjęta wbrew woli i uczuciom stałego partnera, to wpłynie negatywnie na ich związek. Dawno temu, gdy sam znalazłem się w takiej sytuacji, poczułem ogromną stratę i żal do swojej ówczesnej partnerki, co przyczyniło się do naszego późniejszego rozstania. Poczułem to, co pewnie czuje kobieta, na której ukochany partner wymusił przerwanie ciąży: odrzucenie, nieważność, a nawet bycie niekochanym.

Adam często też nie chce brać się za bary z życiem. Chowa się, gdy straci firmę, pieniądze, stanowisko. Czy partnerka może mu wtedy pomóc pozbierać się?
Jej zaklęcia i przysięgi, że nie jest nim zawiedziona i że nadal go kocha, na niewiele się zdadzą. Mężczyźni uważają życiową katastrofę za dyskwalifikującą porażkę na męskim rykowisku, a tam kobiety nie mają dostępu. Zresztą w takiej sytuacji kobiety zazwyczaj tylko pogarszają sytuację, bo nie potrafią ukryć rozczarowania albo próbują motywować nieszczęśnika mantrą typu: „Weź się w garść, rusz tyłek i zabierz się do jakiejś roboty”. Nie zdając sobie sprawy z tego, że w ten sposób definitywnie kastrują swego mężczyznę. A to znaczy, że traci on resztki poczucia własnej wartości i wiarę, że się kiedykolwiek podniesie.

Przecież to, że firma plajtuje, źle zainwestuje się pieniądze albo straci się stanowisko, to nie koniec świata!
Może nie koniec świata, ale jednak dla wielu mężczyzn jest to urzeczywistnienie rodzicielskiej klątwy – na ogół ojcowskiej – rzuconej na nich w dzieciństwie: „Do niczego w życiu nie dojdziesz! Masz dwie lewe ręce” itp. Na ogół dzieci poczęstowane taką klątwą przez resztę życia starają się ją przezwyciężyć: pracą ponad siły, wyrzeczeniami i zabójczym perfekcjonizmem we wszystkich obszarach życia! A więc gdy nadchodzi katastrofa, to wali się im wszystko. A do poczucia bycia niekochanym i niewspieranym przez ojca dochodzi przekonanie, że także los, a nawet Bóg ich nie wspiera i nie lubi. Zostają im wówczas tylko wstyd, rozpacz i poczucie całkowitego osamotnienia. Mężczyzna w tym stanie łatwo może targnąć się na swoje życie, bo myśli, że tak przyniesie ulgę nie tylko sobie, lecz także najbliższym i całemu światu. Drugim, na ogół nieświadomie wybieranym, wyjściem jest choroba dostarczająca moralnej legitymacji dla klęski, rezygnacji, potrzeby wsparcia, a także życiowej impotencji.

Sięgnijmy zatem do bajek – tytułowy bohater „Kota w Butach” to wzór dla tych, którzy myślą, że los im nie sprzyja. Dzięki sprytowi zrobi z młynarczyka bogatego markiza. Dlaczego mężczyźni rzadko bywają Kotami w Butach, a tak często Adamem w krzakach?
Ten Kot to współczesny spin doctor, sprytny specjalista od kreowania wizerunku i gry pozorów. Ale zauważmy, że wiejski chłopak, którego Kot wykreował na markiza, decyduje się przyjąć majątek i pozycję, jakie mu „skołował”, dopiero gdy królewna wyznaje mu miłość. Dlaczego? No bo w całej naszej grze z życiem, z losem chodzi przede wszystkim o to, żeby ktoś dostrzegł naszą prawdziwą wartość. O to, żebyśmy my sami dzięki temu mogli uwierzyć w siebie. Cała reszta to mniej lub bardziej skuteczne środki do tego celu. Młynarczyk miał szczęście, że potrafił uwierzyć w to, iż serce królewny dostrzegło jego prawdziwą wartość.
„Kot w Butach” to też opowieść o tym, że możemy wszystko zdobyć, nic nie mając. I dziś dzięki współczesnej technologii medialnej młodzi mężczyźni mogą w kilka dni odnieść wielki finansowy i wizerunkowy sukces. Często wystarczy odrobina talentu, kreatywności i sprytu. Wygląda więc na to, że Internet jest dla wielu Kotem w Butach, co sprawia, że przestroga płynąca z baśni staje się jeszcze ważniejsza. Bo jeśli nie znamy – a przynajmniej nie przeczuwamy – naszej prawdziwej wartości, to dary Kota w Butach nam nie pomogą. Towarzyszące nam dzień i noc nieznośne poczucie uzurpacji będzie sabotować każdy nasz sukces. Przekonani o naszej małej wartości będziemy uznawać każdy sukces za niezasłużony.

Lepiej być sprytnym niż odebrać sobie życie, jak dawno temu czyniło wielu mężczyzn, którzy stracili majątek?
I nadal to robią. W Polsce sześć razy więcej mężczyzn niż kobiet popełnia samobójstwo. Decyduje o tym to, co w męskim świecie jest katastrofą absolutną, a mianowicie – dojmujące poczucie zawodu, jakie mężczyzna sprawił ważnym dla siebie ludziom, wobec których miał zobowiązania. Honor to zawsze była ważna męska wartość i dlatego poczucie, że „obciążyłem rodzinę długami, których nie jestem w stanie spłacić, zawiodłem wszystkich, a teraz wyląduję na marginesie” – może zabić. To chyba dobrze, że mężczyźni czują odpowiedzialność...

Ale czy to odpowiedzialność – zabić się i zostawić bliskich w kłopotach?
Zgoda. Zamach samobójczy jest często powodowany powszechnym męskim narcyzmem. A dla narcyza utrata zewnętrznych atrybutów znaczenia i prestiżu jest nie do zniesienia, bo oznacza poczucie całkowitej bezwartościowości.

Jak można pomóc mężczyźnie, który przegrywa z klątwą czy z losem?
Mogą mu pomóc tylko inni mężczyźni, tacy, którzy wiedzą, o co chodzi, bo sami coś podobnego przeżyli. No i których stać na choćby taki wyraz empatii i współczucia: „Rozumiem, co przeżywasz, rozumiem, że ci ciężko. Wiem, że wydaje ci się, że nie ma z tego żadnego wyjścia i że jesteś w czarnej dupie… Wiem, bo coś podobnego przeżyłem”. Wtedy dopiero ten załamany przez los może się przyznać do swoich uczuć, bo będzie wiedział, że nie zostanie wyśmiany ani odrzucony, że nie usłyszy: „Weź się w garść, przestań się mazać i nie zawracaj innym głowy swoim melodramatem!”. Takie spotkania zdarzają się też w terapii, a także w męskich kręgach. Tam mężczyźni spotykają się nie na rykowisku, ale w miejscu, gdzie mają rozmawiać o wspólnych im wszystkim problemach i wspierać się nawzajem.

Mężczyźni popełniają samobójstwa, bo takich rozmów nie doświadczyli?
Niekoniecznie od razu samobójstwa. Samobójstwa zdarzają się rzadko i są ostatecznością. Częściej mogą to być depresje, uzależnienia lub autoagresywne choroby somatyczne – takie jak na przykład rak czy choroby reumatyczne. Z pewnością jednak gdyby mężczyźni częściej znajdowali okazję do takich rozmów, to rzadziej cierpieliby na depresję, uzależnienia i rzadziej popełnialiby samobójstwa. Niestety, są od dziecka uczeni rywalizacji, więc przyznanie się przed innymi mężczyznami do porażki jest dla nich bardzo trudne.

Rozwód, podział majątku… Czy to nadal dla mężczyzn wina jakiejś Ewy? Czy powód do szukania pomocy u psychoterapeuty?
Coraz częściej, choć nadal nieczęsto, mężczyźni przyznają, że czegoś jednak nie wiedzą i nie rozumieją. Taką postawę częściej spotykamy u młodych mężczyzn, wychowanych w erze Internetu, którzy do swoich deficytów podchodzą w profesjonalny sposób. Jak bohaterowie online’owych gier fantasy, którzy zdobywają jak najszybciej ekwipunek i umiejętności niezbędne im do skutecznego wykonania misji. Dla mężczyzn z poprzednich pokoleń to ciągle trudne. Obawiają się, że sama wizyta u psychoterapeuty kwalifikuje ich do grona psychicznie chorych. Pogląd, że mężczyzna nie może czegoś nie wiedzieć, a jak nie wie, to nie powinien się do tego przyznawać – umiera długo, choć na szczęście powoli już opada z sił.

Winy za kryzys związany z seksem Adam zazwyczaj też upatruje w Ewie. Dlatego ma prostą receptę – przenosi się do młodszej Heleny…
Oczywiście są mężczyźni, którzy o wszystkie swoje ograniczenia, niemożności i niepowodzenia obwiniają kobiety. Kobieta nadal jest kozłem ofiarnym tej patriarchalnej cywilizacji. Choć – i to częściej, niż jesteśmy skłonni przypuszczać – zdarzają się związki, w których to mężczyzna jest poniżaną i kastrowaną ofiarą. Ale z pewnością dla mężczyzn utrata libido i erekcji jest zwykle egzystencjalną i tożsamościową katastrofą. Bycie zdolnym do zapłodnienia to biologiczne zadanie. Libido napędza męską siłę, odwagę, dzielność, motywację do życia i kreatywność. Niewielu wystarcza zdrowia, motywacji i siły ducha, by w czasie kryzysu andropauzy przekształcić się w fajnego dziadka lub mądrego starca.

Mówisz o męskiej dojrzałości?
Albo o męskiej końcówce, czyli o czasie, kiedy reproduktor i wojownik ma szansę przekształcić się w mędrca i mentora, który, żegnając się z libido, odczuwa ulgę. Cieszy się z odzyskanego oceanu czasoprzestrzeni, który może przeznaczyć na uporządkowanie się wewnętrzne, załatwienie zaniechanych spraw i na pokochanie tych, których wcześniej nie miał czasu nawet poznać.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Seks

Kiedy mężczyzna nie ma ochoty na seks?

Mężczyźni, którzy nie mają ochoty na seks często nie rozumieją, co się z nimi naprawdę dzieje (fot. iStock)
Mężczyźni, którzy nie mają ochoty na seks często nie rozumieją, co się z nimi naprawdę dzieje (fot. iStock)
Pada kolejny mit. Ten, że mężczyzna ma zawsze ochotę na seks, a kobieta niekoniecznie. Powody, dla których mężczyźni omijają sypialnie, mogą zdziwić lub rozbawić ich partnerki, ale warto potraktować je poważnie.

Problem niedopasowania seksualnego towarzyszył ludzkości od wieków. Ale wektor skarg biegł kiedyś w przeciwnym kierunku. – Coraz częściej to kobiety skarżą się na oziębłość partnera – mówi seksuolożka i psycholożka, Małgorzata Zaryczna. – Coraz więcej par trafia do mnie właśnie dlatego, że partner unika seksu. To naprawdę palący problem naszych czasów.

Jak na spadek męskiego zainteresowania seksem reagują partnerki? Najczęściej myślą: „on na pewno ma romans, zdradza mnie”, „już mu się nie podobam”, a nawet: „jest gejem!”. No cóż – wszystko może się zdarzyć, ale seksuolodzy twierdzą, że romans zwykle jest na szarym końcu listy powodów. A podejrzenie o homoseksualizm to wpływ amerykańskich filmów. W życiu takie sytuacje stanowią zaledwie promil przypadków. Prawdziwych powodów kobiety nawet się nie domyślają, bo… zwyczajnie nie przyszłyby im do głowy.

Święta, nieskalana

Do gabinetów seksuologów przychodzą najczęściej pary – i to kobieta z reguły mówi, podczas gdy mężczyzna siedzi naburmuszony lub zawstydzony. Ale przychodzą też i sami mężczyźni. Niekiedy nawet dość otwarcie opowiadają o swoim problemie, ale kompletnie nie rozumieją, co się z nimi naprawdę dzieje.

Tak właśnie czuł się Patryk, który przyszedł poskarżyć się na to, że każdy jego związek kończy się tak samo: na początku jest super, seksualna fascynacja i sporo zbliżeń. Ale stopniowo traci erotyczny apetyt… Nie libido jako takie, ale zainteresowanie partnerką. Choć czuje, że ją kocha, woli się masturbować, niż inicjować współżycie. Ten schemat powtórzył się już wiele razy, a Patryk nic na to nie umie poradzić. Dlaczego?

– Bo cierpi na bardzo nadal częsty u mężczyzn syndrom myślenia o kobietach w kategoriach dziewicy lub dziwki – mówi Zaryczna. – Mężczyzna czuje, że nie może opowiedzieć swojej ukochanej, co go podnieca, gdy ogląda erotyczny film. Z żoną i przyszłą lub faktyczną matką swoich dzieci „takich” rzeczy wyprawiać nie wypada. Ale o aktorkach, które podniecały go na ekranie, myśli: „one nie są materiałem na żonę”.

Seks dzieli na ten dobry, małżeński, prokreacyjny oraz zły, bo wyuzdany. To skazuje go na dwie ścieżki. Pierwsza: będzie zdradzał żonę – bo kochankę łatwiej poprosić o spełnienie najskrytszych erotycznych fantazji, ale będzie się z tym źle czuł, bo kocha żonę i chce z nią spędzić życie. Druga: zdecyduje się na przykładne pożycie małżeńskie, w jednej pozycji, po ciemku, bez świntuszenia, fundując w ten sposób i sobie, i jej erotyczną pustynię. Co zatem robić? Zgłosić się do seksuologa. Pomoże wskazać ukryte motywy postępowania i rozpocząć terapię.

Nie tylko świece i kwiaty

Ale nie trzeba cierpieć na syndrom dziwki i dziewicy, żeby stracić seksualny apetyt w związku. Wielu mężczyzn hołubi w głowach taki obrazek: „kobiety chcą czułości, delikatności, światła świec, płatków róż na prześcieradle i godzinnych pocałunków”. A skoro znają kobiece pragnienia, to nie pytają o nie swojej partnerki.

Tak właśnie było z Krzysztofem, najbardziej romantycznym z kochanków. Zachwycał swoje partnerki czułością i delikatnością, bogactwem romantycznych scenariuszy i tym, że zamiast łapać za piersi, delikatnie głaskał po twarzy. Tyle tylko, że po kilku miesiącach, choć wciąż rozpieszczał kobiety, przestawał reagować na ich bliskość erekcją.

– Na początku relacji partnerka wysyła nowe bodźce, sama jej bliskość działa jak afrodyzjak – tłumaczy seksuolożka. – Ale w pewnym momencie mężczyzna zaczyna tęsknić za swoimi upodobaniami seksualnymi.

W miarę upływu czasu efekt nowości traci na sile i on potrzebuje innych bodźców, by się podniecić. Już nie chce być „grzeczny”, tęskni za tym, co podniecające, zakazane, trochę brudne. Miłość? Ok. Ale perwersja bardziej podnieca…

– On chce tego, co mu się podoba. Jednak czuje ogromny opór, by powiedzieć o tym partnerce, poprosić, by spróbowali czegoś nowego, zaproponować np. seks „na pieska” – mówi Zaryczna. – Boi się, że ona go odrzuci, uzna za dewianta. A on chce, by go kochała i by było jej dobrze i bezpiecznie. Dlatego tłumi własne potrzeby i odmawia sobie ich spełnienia. Stąd seksu coraz mniej.

To nie koniec męskich obaw. Bo – myśli mężczyzna – kiedy on opowie o jakiejś fantazji, kobieta powie „zgoda” – ale potem zaskoczy go własną. Co więcej, taką, której on nie będzie chciał lub mógł spełnić. Na przykład w zamian za zgodę na seks oralny, usłyszy: „nie ma sprawy, ale wiesz co, ja bym chciała trójkąt”. I co wtedy?

Brzmi już to jak mantra, ale najlepszym lekarstwem jest zwykle rozmowa. Jeśli seks jest tematem tabu, nasze lęki i zahamowania będą zawsze górowały. Ale jeśli umiemy o nim rozmawiać – oswoimy każdego demona. Jednak otwarta rozmowa na początku bywa trudna, dlatego dobrze uciec się do „pomocy naukowych”: rozmawiać o różnych scenach z filmów czy literatury, badając, gdzie są granice drugiej osoby. Bo może się zdarzyć, że on powie: „zobacz, co oni w tym filmie wyprawiają” – i usłyszy: „to wygląda na całkiem podniecające”. Okaże się, że może eksperymentować w łóżku, bo – wbrew obawom – ma na to pełną zgodę partnerki.

Oddech modliszki

Kiedy Robert poznał Małgosię, pomyślał: „jestem w raju!”. Pierwszy raz był z kobietą, która dawała mu w sypialni prawdziwe spełnienie. Była ucieleśnieniem jego marzeń: tak jak on uwielbiała seks. Była wyzwolona, otwarta i cudownie wyuzdana. Nie odmawiała eksperymentów i – aż trudno uwierzyć męskiemu szczęściu – sama czasem prosiła o zbliżenie. Robert cieszył się więc seksem swojego życia i był spełniony, ale...

Z czasem zaczął się czuć przytłoczony. To, co mu się kiedyś podobało, czyli aktywność i otwartość Małgosi, nagle zaczął odbierać jako zagrożenie. Czuł, że jego męskość jest wystawiana na próbę. Coraz rzadziej inicjował współżycie – na co Małgosia reagowała zwiększoną aktywnością, więc on jeszcze bardziej się wycofywał.

– W naszej kulturze, hołdującej modelowi patriarchalnemu, to partnerka powinna być stroną zdominowaną, bierną, uległą. Tymczasem ona chce więcej! Jest aktywna i ma wymagania! Mężczyzna powoli zaczyna żyć w przekonaniu, że cokolwiek zrobi i tak będzie za mało. Uznaje więc, że nie sprosta wyzwaniu. Woli nie reagować, bo po co mu porażka? – mówi Zaryczna.

Co więcej, partnerka wcale nie musi mieć wysokich wymagań, wystarczy, że on tak o niej myśli. Mężczyzna boi się samej sugestii, że nie może nad partnerką temperamentalnie górować. Oliwy do ognia dolewają same kobiety, bo upewniają swoich partnerów w ich obawach, skarżąc się: „Nie wierzę, żeby mężczyźnie w tym wieku nie chciało się seksu. Nie wierzę, że tak wysportowany i sprawny facet nie chce się kochać”. W ten sposób umacniają kulturowy stereotyp mężczyzny, który zawsze chce i może – ale się nie sprawdza.

Rada? Wizyta u specjalisty. Mężczyźnie trzeba pomóc w zmianie podejścia do seksualności partnerki. Uświadomić mu, że to, czego się obawia, jest tylko jego wyobrażeniem o sytuacji – a niekoniecznie jej prawdziwym obrazem. W konsekwencji wypracują sposób i częstotliwość współżycia, satysfakcjonujące dla obu stron.

Stres zabójca

Jest coś, z czym mężczyźni trafiają do gabinetu seksuologa tylko w pojedynkę. To lęk przed diagnozą: „jest pan impotentem”. Żaden nie chciałby tego usłyszeć w obecności partnerki.

Tego właśnie najbardziej obawiał się Łukasz. Przestała go interesować fizyczna bliskość z żoną, zaczął jej wręcz unikać. Ale nie interesowały go też inne kobiety, chęć stracił nawet na masturbację. Libido po prostu znikło, wyparowało, przestało istnieć... Kiedy mówił o tym seksuologowi, drżały mu głos i dłonie. Zdziwił się, kiedy lekarz pytał go o inne sprawy: sytuację w pracy, kwestie finansowe, w ogóle – całe życie. Okazało się, że przyczyną kłopotów Łukasza było coś, czego nie brał pod uwagę: stres!

– Mężczyźni zwykle nie łączą problemów w życiu zawodowym czy rodzinnym z tym, co się dzieje w sypialni – ubolewa Zaryczna. – Traktują seks, jakby był oderwany od reszty ich życia. Kłopoty, problemy, zmartwienia? To nic, tutaj mają być sprawni. Podobno facet stres rozładowuje właśnie w łóżku…

Stres krótkotrwały – owszem, ale nie przewlekły. Produkowane przez zestresowane ciało substancje, takie jak kortyzol czy noradrenalina, ograniczają aktywność układu hormonalnego. Ich głównym zadaniem jest ochrona, czyli w rzeczywistości obkurczanie, narządów płciowych. I libido spada na łeb na szyję.

Kolejny koszyk przyczyn, który skazuje kobiety na samotność w sypialni, a mężczyzn na ucieczkę od seksu, to choroby somatyczne, odbijające się na sprawności mechanizmu erekcyjnego. Ale wczesne podjęcie leczenia jest niemożliwe, bo przecież on za nic w świecie się do tego nie przyzna.

– Mężczyzna da się upiec żywcem, ale nie powie partnerce, że zdarzają mu się zaburzenia erekcji – uważa Zaryczna. – Bo to dla niego znaczy, że nie jest już mężczyzną. Tymczasem problemami z erekcją objawia się ponad 40 schorzeń: kardiologicznych, neurologicznych, hormonalnych. Wizyta u lekarza pomogłaby postawić diagnozę i szybko zwalczyć przyczynę, ale trzeba się odważyć na szczerość. Na początek... wobec samego siebie.

Tylko w samotności

Pornografia i masturbacja – ta koszmarna para sprawia, że wiele kobiet zadaje sobie pytanie: „czy już go nie podniecam?”. Coraz więcej mężczyzn wybiera tę formę rozładowania: ekspresową, bez zobowiązań i skuteczną. Paradoksalnie, niektórzy zaczynają przygodę z masturbacją z altruistycznych pobudek. Tak jak Jurek: najpierw  uciekał się do samozaspokojenia, bo... żona wracała z pracy zmęczona, nie w nastroju do seksu i nie chciał jej zmuszać. Kiedy zasypiała, potrzebował dziesięciu minut przed komputerem i… mógł spokojnie położyć się obok niej. Z czasem jednak coraz mniej myślał o żonie, a coraz chętniej sięgał po samotny seks. W końcu Eliza się poskarżyła: „nie spaliśmy ze sobą od ponad pół roku”. I zapytała: „już mnie nie kochasz?”. Kochał, ale przyzwyczaił się inaczej zaspokajać własne seksualne potrzeby.

– W dobie internetu i łatwej dostępności pornografii można sobie urządzić erotyczny seans w dowolnym momencie – mówi seksuolożka. – Dla mężczyzny najważniejsze są bodźce wizualne, a tu je znajdzie. Wie, czego potrzebuje i jak reaguje jego ciało. Potrafi się szybko zaspokoić. Dlaczego miałby się męczyć staraniem o kobietę?

Dlatego wcale nie tak rzadko się zdarza, że masturbacja wypiera życie seksualne pary, a wybierający łatwiejsze zaspokojenie mężczyzna zaczyna unikać seksu.

– W samozaspokojenie ucieka się jeszcze z jednego powodu: poszukiwania specyficznego bodźca. Mężczyźni miewają swoje fetysze: lateks, trójkąty, specyficzny rodzaj pieszczot. Łatwo znaleźć pornografię na dany temat, trudniej zachęcić partnerkę do takiej zabawy. Niektórzy wręcz boją się jej o tym powiedzieć – tłumaczy Zaryczna.

Masturbacja zostawia jednak ślad: warunkuje na pewien rodzaj bodźca. Takim może być np. nacisk własnej ręki. Kiedy mężczyzna się do niego przyzwyczai, stosunek genitalny nie daje mu przyjemności. A wtedy tym bardziej będzie unikać zbliżeń…

Na szczęście i z tej ścieżki można w porę zawrócić. Mężczyzna musi się tylko przełamać i opowiedzieć o swoich potrzebach partnerce, a ona chcieć je spełnić z miłością.

  1. Psychologia

Wzajemne wsparcie w związku - ważna jest harmonia kobiecej i męskiej energii

Brak wsparcia w związku to problem wielu par... Kobiecość i męskość - dwie siły, które powinny się uzupełniać. Dlatego, jeśli chcecie zapewnić sobie w związku prawdziwe wsparcie, szanujcie swoją odmienność. (fot. iStock)
Brak wsparcia w związku to problem wielu par... Kobiecość i męskość - dwie siły, które powinny się uzupełniać. Dlatego, jeśli chcecie zapewnić sobie w związku prawdziwe wsparcie, szanujcie swoją odmienność. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
My, mężczyźni i kobiety, nie jesteśmy tacy sami – dzielą nas istotne różnice, które nie są po to, aby ścigać się, kto ma lepsze, a kto gorsze. Są po to, aby dzięki nim budować coś, co da efekt synergii, powiększenia – mówi psychoterapeuta Jacek Masłowski.

Jak wspierać mężczyznę? Jak wpierać kobietę? -

Męskość i kobiecość – archetypowe energie spotykają się…
To spotkanie najlepiej oddaje taka metafora: mężczyzna przedziera się przez dżunglę, wyrąbuje ścieżkę maczetą, rani się, potyka i przewraca. Za nim podąża kobieta. Idzie tym tunelem, który on wyrąbał. Wie jak wspierać mężczyznę. Kiedy on upada, ona pomaga mu się podnieść.

Nie łapie za maczetę, nie wyręcza go.
Tak, kobieta nie musi walczyć z przeciwnościami losu, nie musi się potykać, ranić, ponieważ to jest przestrzeń, którą zagospodarowuje mężczyzna. On podejmuje to wyzwanie, ponieważ ma w sobie taką energię. My, mężczyźni, często się potykamy, a nawet przewracamy, niestety, z różnych powodów nie przyznajemy się do tego. Gdy mamy przy sobie kobietę, która wie jak wspierać mężczyznę i mówi: „OK, wywaliłeś się, nie szkodzi, zaraz coś zaradzimy”, nabieramy sił i idziemy dalej, testujemy różne ścieżki, sprawdzamy siebie.

To znana prawda, że za sukcesem mężczyzny stoi kobieta.
Tak, aura, którą ona tworzy, pozwala mu efektywnie funkcjonować. Takie kobiece kobiety nie muszą być wyłączone z życia zawodowego. Wiele z nich pracuje, ponieważ mają misję. Nie muszą jednak koncentrować się na przetrwaniu, myśleć o pieniądzach. Gdy zmieniamy te role, osłabiamy siebie. Po pierwsze dlatego, że mężczyźni mają w swoim męskim pierwiastku niewiele takiej opiekuńczości, o jakiej tu mówimy.

Gdy kobieta łapie za maczetę, bywa zmęczona i poraniona, a znikąd ratunku.
Jest wewnętrznie wściekła. Dlaczego? Bo gdy idzie w świat, musi się utwardzić, zrezygnować ze swojej łagodności, wrażliwości. Gdy jest szefową, nie może się rozpłakać, bo takie zachowanie zostanie uznane za nieprofesjonalne. Reguły funkcjonowania w świecie biznesu są męskie, zostały wymyślone setki lat temu przez mężczyzn. Kobiety wchodzą w ten świat i dostosowują się, starają się sprostać oczekiwaniom, zaczynają funkcjonować w trybie przetrwania. Odrzucają miękką, przyjmującą kobiecą energię. Aby przetrwać w biznesie, muszą uznać kobiecą energię za słabość. Płacą za to wysoką cenę.

Załóżmy jednak, że mężczyzna wspiera taką kobietę po kobiecemu (bo nie wie jak inaczej wspierać kobietę).
Kobieta zaczyna nim gardzić.

Gardzić?
Celowo użyłem takiego słowa. Ta wzgarda nie jest wypisana w domu na plakacie, przejawia się raczej w postaci pobłażliwości dla mężczyzny: to taki mój misiu, chodzi w kapciach, prowadzi dzieci do przedszkola. Kobiety biznesu na psychoterapii skarżą się, że straciły partnera. Mężczyzna przestał się rozwijać, nie ma z nim o czym porozmawiać.

Mamy brak wsparcia w związku... Wracamy więc do tradycyjnego podziału ról?
W swojej istocie ten podział nie jest zły, pod warunkiem że nie deprecjonujemy żadnej ze stron. Jeśli docenimy te role, uznamy, że są komplementarne, ani lepsze, ani gorsze, wtedy będziemy wspierać siebie nawzajem niejako automatycznie. Z doświadczenia wiem, że to nie wymaga żadnego wysiłku. Nie trzeba niczego wymyślać, kombinować. Gdy spotkają się dwie osoby ze zintegrowanymi pierwiastkami męskości i kobiecości, wtedy naturalnie znajdują te obszary związku, które pragną zagospodarować. Brak wsparcia w związku nie występuje. Wzajemne wsparcie wydarza się samo. Można więc żyć stosunkowo prosto. Żeby to jednak mogło się wydarzyć, i żeby nie dotknął nas brak wsparcia w związku, trzeba sporo rzeczy w sobie wypracować. Przede wszystkim znaleźć kontakt z wewnętrznym źródłem swojej męskiej i kobiecej energii.

W jaki sposób mężczyzna może wspierać kobiecość kobiety? Jak wspierać kobietę mądrze?
Większość mężczyzn ma z tym kłopot, ponieważ ma kłopot z odnalezieniem w sobie męskiej siły. Kobiecość i męskość wzajemnie się dopełniają. Gdy w relacji występuje deficyt którejś z tych energii, dochodzi albo do rozpadu związku, albo jedna ze stron musi nadrobić ten deficyt. Kobieta, która ma u boku mężczyznę bez zintegrowanego pierwiastka męskiego, będzie miała trudność w realizowaniu w codziennym życiu pierwiastka kobiecego. Będzie odczuwała konieczność sprostania oczekiwaniom, jakie stawia jej współczesny świat. Stanie się kobietą niezależną, sprawczą, osiągającą sukcesy. Jednak w rozmowie z psychoterapeutą ta kobieta powie, że tęskni za tym, aby – z jednej strony – zrzucić maskę niezłomnej, wziąć głęboki oddech i oprzeć się na kimś, kto ją utrzyma. Z drugiej strony – by zrealizować swoją opiekuńczość. Jak wspierać taką kobietę? W jaki sposób mężczyzna może wesprzeć te pragnienia? Tylko poprzez wsparcie własnej męskości, ponieważ to jest właśnie rusztowanie, na którym on buduje swoją wewnętrzną siłę.

W jaki sposób my, kobiety, możemy pomóc w budowaniu tej męskiej siły? Jak wspierać mężczyznę?
Na warsztaty dla mężczyzn, które prowadzę, przychodzą mężczyźni, bo „żona kazała”, „siostra wykupiła miejsce”. Dobrze, że ci mężczyźni w ogóle przychodzą, jednak to jest właśnie ten kłopot. Mężczyźni potrzebują odbudować swoją męskość. Niestety, budują swój pomysł na męskość w oparciu o oczekiwania świata kobiet. Bo ona zarabia, ma to i tamto, tak myśli, tak czuje, ma kosmiczne potrzeby seksualne – te punkty a, b, c, d, g – nie wiadomo już, gdzie one są. No więc mężczyzna się stara, a i tak w końcu dowie się, że jest z nim coś nie tak i najlepiej, żeby się naprawił. Wtedy on przestaje się starać, włącza swoją grę komputerową albo pornografię. Przechodzi na tryb oporu, wycofuje się z sypialni, odmawia współżycia. Kobieta jest zdezorientowana: „Co tu się dzieje, teraz ja mam inicjować współżycie, chodzić, pytać, prosić, bo jego boli głowa, jest zmęczony?”. To jest opór związany z dominującą rolą kobiety w związku: „Nie dam ci satysfakcji”. Za tym idą zachowania bierno-agresywne: przedwczesny wytrysk, problemy z erekcją.

Ten wygodny układ staje się nie do zniesienia.
Tak, on jest pozornie wygodny. Żadna ze stron nie czerpie realnych korzyści. Mamy brak wsparcia w związku. Kobieta ma wrażenie, że coś kontroluje, a jednocześnie bardzo się męczy. Mężczyzna ma wrażenie, że jest zaopiekowany i nie musi wkładać wysiłku, ale tak naprawdę traci sens życia. My, mężczyźni, w procesie rozwoju zatrzymaliśmy się tu na poziomie: być miłym chłopcem dla mamy.

Jak wspierać kobietę? Miły chłopiec nie jest w stanie wspierać kobiecości kobiety.
Moim zdaniem to nie jest możliwe. Może kobietę wspierać operacyjnie, ale kobiecości raczej nie. My, mężczyźni i kobiety, nie jesteśmy tacy sami – dzielą nas istotne różnice, które nie są po to, aby ścigać się, kto ma lepsze, a kto gorsze. Są po to, aby dzięki nim budować coś, co da efekt synergii, powiększenia.

Jak mu pomóc? To niestosowne pytanie. Pytanie mamusi.
Gorzej. To pytanie ratowniczki. A ratowniczka zawsze na końcu przegrywa. Wystarczy, że kobieta przestanie przeszkadzać mężczyźnie w odbudowywaniu jego męskości, przestanie go kontrolować, naprawiać. Im bardziej chcecie coś zrobić, tym gorzej to wychodzi. Dam przykład. Moja żona za chwilę idzie do szpitala rodzić, zostaję z dzieciakami w domu. Dziewięć na dziesięć kobiet w takiej sytuacji ugotuje jedzenie, poodkurza, posprząta, przygotuje dzieciom ubranka, zrobi rozpiskę, co on ma robić i w jakiej kolejności. „Dlaczego to robisz?”. „Wspieram go”. „Nie, nie wspierasz. Uczysz go, że on właściwie nic nie musi robić. Idź spokojnie do szpitala, zajmij się rodzeniem dziecka, a nie tym, co dzieje się w domu”. Jak wspierać mężczyznę? Fundamentalną męską potrzebą w związku jest bycie docenionym, uznanym przez kobietę: „Widzę w tobie mądrość, ufam ci”.

Kobieta chętnie to powie, pod warunkiem że naprawdę może zaufać.
Jak być mądrym mężczyzną? Jak wspierać kobietę? Wielu z nas zatraciło zdolność do bycia mężczyznami męskimi. Nie wiemy, czym jest męskość, jak to się robi. Raczej nie mamy wspierających przekazów pokoleniowych. Męski mężczyzna wie, kim jest, co sobą reprezentuje, jakie ma zasoby, deficyty, przekonania, potrzeby, jakie są jego wartości, co jest dla niego ważne. Wie, dokąd zmierza. Steve Biddulph w książce „Męskość. Nowe spojrzenie” zwraca uwagę, że współcześni mężczyźni nie zadają sobie odpowiednich pytań w odpowiedniej kolejności. Zanim wejdziemy w relacje z kobietami, powinniśmy wiedzieć, dokąd zmierzamy. I kto tam pójdzie z nami. Większość mężczyzn przygląda się, kto chce z nimi gdzieś iść, a dopiero potem pyta, dokąd idziemy. Mądrość bierze się z doświadczenia, nie z wiedzy, nie z książek.

W jaki sposób kobiecość kobiety wpływa na mężczyznę?
To coś bardzo miękkiego, po prostu widzi się zachwyt w jej oczach, potwierdzenie: „Tak, jesteś moim mężczyzną”. To wszystko. Mówimy tu o kobiecie, która ma otwarte serce, uznaje mężczyznę za tego, któremu chce się choć trochę poddać…

…raczej oddać.
Tak, to chyba lepsze słowo. Pozwala na to, aby jego zdanie było ważne, żeby miał wpływ, na przykład na wychowywanie i kształcenie dzieci. Niewielu mężczyzn ma na to wpływ. Stanowczość, odpowiedzialność, decyzyjność mężczyzny nie jest równoznaczna z tym, że kobieta jest bezwolna. „Ufam ci, czuję się przy tobie bezpieczna” – taki przekaz sprawia, że energia męska się podnosi. A wtedy kobieta może się odprężyć w przestrzeni miękkości i łagodności, może wspierać mężczyznę.

Dojrzały mężczyzna wspiera kobiecość kobiety. Jakby to miało wyglądać?
Możemy być ze sobą w ciągu dnia krótko, pół godziny, godzinę, ale wtedy jesteśmy tylko dla siebie. Najważniejsza jest obecność: widzę cię, reaguję na to, co mówisz, jestem zainteresowany, spójny, transparentny. Kobieta nie musi wtedy tracić energii, żeby mężczyznę doganiać, przeganiać, przesuwać czy w jakikolwiek inny sposób funkcjonować w relacji. Może realizować swoją kobiecość, którą on szanuje. Ona wie, że on jest autonomicznym mężczyzną i nie wymaga bycia obsługiwanym. Gdy gotuje obiad i podaje mu go, on to docenia. Jednak gdy nie ugotuje obiadu, nie będzie katastrofy, on spokojnie zrobi obiad sam, także dla dzieci. Mężczyzna, który przez jakiś czas mieszka sam, bez kobiety, uczy się żyć samodzielnie. Potem, gdy wchodzi w relację z kobietą, przestaje być petentem, który ciągle czegoś oczekuje i żąda. Wręcz przeciwnie – sam wiele oferuje, zapraszając tym samym kobietę, aby odprężyła się i pielęgnowała swoją kobiecość. To bardzo ważne, abyśmy my, mężczyźni, zrezygnowali z takiego wymagania, które wielu mężczyzn stawia kobietom: zaopiekuj się mną, ugotuj mi, posprzątaj, jak mama. A najlepiej bądź na każde moje wezwanie. Autonomiczność jest kluczowa w przypadku obu płci, bez tego nie ma szans na wzajemne wspieranie się. Wyzwanie dla kobiet, które wchodzą w relacje z męskimi mężczyznami, to zrezygnowanie z kontroli, z oceniania, wtłaczania w wymyślone role, scenariusze na temat związku.

Żyjemy w czasach, które stawiają bezwzględne wymagania obu płciom. Jednym z nich jest młodość. A przecież przemijamy. Jednak nasza męskość i kobiecość nie przemija.
Bardzo ważne jest, żeby mimo upływu lat mężczyzna widział piękno kobiety. Najpierw kobieta jest ładna, a dopiero potem piękna. Piękno emanuje ze środka – wyraża się w sposobie myślenia, ubierania, w ruchach, w spojrzeniu, w twórczości, w trosce o dom. Gdy widzimy to piękno, to tak, jakbyśmy podlewali kwiat, a on ciągle na nowo rozkwitał. Widzę twoją siłę i mądrość, i ufam ci – to przekaz kobiecości. On nieustająco pragnie to wiedzieć.