1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Rola dotyku w miłości

Rola dotyku w miłości

To, jak odbieramy dotyk, zależy w dużej mierze od emocji osoby, która nas dotyka. (Fot. iStock)
To, jak odbieramy dotyk, zależy w dużej mierze od emocji osoby, która nas dotyka. (Fot. iStock)
To od niego zaczyna się wszystko, co w miłości ważne. Za pomocą dotyku można przekazać zainteresowanie, miłość, zachwyt, ekscytację. Sztuki dawania i przyjmowania dotyku uczymy się przez całe życie. Jeśli w związku odnajdujemy rozkosz, to znak, że jesteśmy pojętnymi uczniami – mówi terapeutka Olga Haller.

Zdarza się, że ludzie nie potrafią dotykać. Zwykle wtedy nie chcą też, aby ich dotykano. Seks traktują wyłącznie jak akt kopulacji. Jestem pewien, że takie osoby nie były dotykane w dzieciństwie albo były dotykane źle. A przecież pozornie dotyk to nic nadzwyczajnego – jeden ze zmysłów umożliwiający doświadczanie świata. Czujemy go już od pierwszych chwil życia: to miękkość matczynej piersi, pieszczota tulących dłoni. Dotyk może być delikatny i łagodny albo nerwowy i niepewny. To, jak go odbieramy, zależy w dużej mierze od emocji osoby, która nas dotyka. Widać to już u niemowlęcia. Kiedy dotyk opiekuna jest czuły i spokojny, dziecko poddaje mu się, rozluźnia, czuje się bezpieczne. Kiedy jest oschły i gwałtowny – napina się ze strachu. Dotyk jest najwspanialszym przekaźnikiem miłości, ale może też demaskować obojętność lub wrogość. Jego siłę poznajemy już we wczesnym dzieciństwie. Czujemy, jak bardzo jest ważny w kontaktach z ludźmi, także seksualnych. Te doświadczenia to fundament naszego zaufania do świata.

Wszystko to odbywa się w pierwszym i jednocześnie najważniejszym miłosnym związku – z matką. To od niej uczymy się, że fizyczny kontakt rodzi przyjemność, rozluźnienie, zaspokojenie, ukojenie. Ta nauka odbywa się właśnie poprzez ciało. Jej efekty w nas „wrastają”, budując naszą niepowtarzalną osobowość. I dlatego zrozumienie znaczenia tego okresu w życiu jest tak ważne. Oczywiście żadne dzieciństwo nie jest idealne. Wraz z tym, co pozwala nam się rozwijać, uczymy się jednocześnie tego, co kiedyś może nam przeszkadzać. Z czasem możemy więc na przykład odkryć, że mamy w kontakcie fizycznym zahamowania, które utrudniają nam nawiązanie intymnych relacji. Te blokady nie są nam dane raz na zawsze. Na każdym etapie życia mamy wpływ na swoje zahamowania i możemy je usuwać.

Można powiedzieć, że matka rzeźbi dziecko dotykiem, bo pamięć o jej dłoniach zostaje w nim na całe życie. To prawda. Dotyk matczyny odgrywa ogromną rolę w akceptacji cielesności i rozwoju seksualności dziecka. W dzieciństwie nasze radary są bardzo wyczulone na przekaz, jaki ten dotyk niesie. Dziewczynka chłonie od matki praktyczną wiedzę na temat tego, jak traktować siebie, swoje ciało, narządy płciowe. I, niestety, często ten przekaz jest negatywny. Uczymy się, że pochwa, wagina to obszar podejrzany, którego nie należy obdarzać nadmierną uwagą, a przyjemne odczucia płynące z dotykania go są niewłaściwe. Chłopcy mają łatwiej. Odmienność płci między mamą a synkiem stwarza naturalną granicę dla matczynego wpływu. Chłopcy widzą też większą przychylność otoczenia dla zainteresowania swoimi genitaliami. Tak więc są wygrani: lepiej poznają własne ciała przez dotyk, przez co są z nimi bardziej zżyci.

Kiedyś walczono z masturbacją jak z diabłem. Miała niszczyć duszę i ciało. Iluż ludzi było udręczonych przez tę zbrodnię. Dzisiaj akceptuje się autoerotyzm, a nawet się go zaleca jako najlepszą metodę poznania własnego ciała. Może powinno się tego uczyć w szkole? Wystarczy, że szkoła nie będzie straszyć, tylko zapewniać rzetelną informację. Także o tym, jak ważne jest poznanie własnego ciała. Aby dotykać innych, przyjmować dotyk i na niego odpowiadać, trzeba umieć dotykać siebie. Coraz więcej kobiet odkrywa, że mają prawo do dotykania siebie całej i do odczuwania przy tym przyjemności; że masturbacja nie musi budzić poczucia winy. Nadal jednak zaskakująco wiele nie ma o tym pojęcia.

W dzisiejszych czasach dużo mówi się o wolności i równouprawnieniu seksualnym kobiet i mężczyzn. Ale uważam, że przemiany kulturowe dotyczą przede wszystkim postaw i zachowań. Nasze najgłębsze przekonania o prawach do seksualności nie zawsze za nimi nadążają. Aby czerpać z tych możliwości, potrzebny jest czas na zmianę sposobu myślenia. Jesteśmy już na właściwej drodze. Myślę, że bardziej świadomie niż kiedykolwiek. Wiemy, że pełen uczucia i dobrych intencji dotyk uczy akceptacji własnego ciała i poszanowania jego granic. Wszystko, czego się na ten temat nauczymy, będzie obecne też w naszych związkach seksualnych.

Kobiety i mężczyźni dotykają inaczej. Inaczej też reagują na dotyk. Kobiety, jeśli nie są pokaleczone przez dzieciństwo, wydają się na niego o wiele bardziej otwarte. Dotyk męski bywa zwykle twardszy, zdecydowany, częściej jest obcesowy czy nawet brutalny. Można powiedzieć, że jest bardziej nastawiony na cel. Typowy kobiecy dotyk jest miękki i łagodny. Częściej jest lekki i jakby nieśmiały. To bardziej odpowiedź niż aktywna akcja. Ale to wielkie uproszczenie – dotyk to sztuka! Najbardziej doceniana w starożytnych traktatach o sztuce miłosnej, na przykład w Kamasutrze.

Pokazują one, że między kochankami musi być czułość. Wiele o niej pisałem, także wierszy. Powiedz coś o czułości prozą. To jakby w końcach palców, ustach znalazła się cała uwaga, zainteresowanie, miłość, serdeczność, zachwyt, chęć sprawienia przyjemności, zaopiekowania się, poznania, zauważenia... Czułość wymaga wrażliwości, uważności, finezji i swobody, a one rozkwitają w spontanicznej zabawie. Wszyscy lubimy się bawić, ale kto pozwala sobie na to w seksie? Zbyt często seks jest za poważny, zbyt szybki, rutynowy. Brakuje w nim odwagi i fantazji, a przecież dotyk może być potężnym bodźcem seksualnym, który wywołuje rozkosz.

To odkrycie towarzyszy już nastoletnim miłościom i fascynacjom. Pierwszy pocałunek to przecież dotyk warg. Zresztą ręce wtedy też zwykle nie są bezczynne. Najpierw pracuje wzrok i wyobraźnia, zaraz potem pojawia się chęć zbliżenia do wybranej osoby i myśl o dotyku. Od niego zaczyna się to, co w seksie ważne. Wszyscy pewnie pamiętamy te gorące uczucia, które pojawiają się podczas pierwszych spotkań dłoni, pierwszych pocałunków, pierwszych pieszczot. Z nastoletnich erotycznych przeżyć kobiety przechowują w pamięci niecierpliwe dłonie chłopaków zsuwające się jak najszybciej w dół, a mężczyźni – swoje natarczywe myśli, żeby ona zrobiła wreszcie to samo. Bywa też odwrotnie – gdy nastolatki z zapałem i upodobaniem ćwiczą długo jakiś jeden rodzaj dotykowej pieszczoty. Potrafiłam godzinami siedzieć z chłopakiem w kawiarni, trenując sztukę erotycznego kontaktu dłoni! To były ekscytujące doznania. Osiągnęliśmy wtedy w tej dziedzinie mistrzostwo! I choć młodzieńcze lata minęły, umiejętności pozostały i cieszę się nimi nadal.

Kochankowie, dotykając się, uczą się nawzajem dotyku. Gdy się rozstają, są już ukształtowani. W kolejny związek wchodzą z pewną pamięcią o tym kontakcie. Dzielą się swoją wiedzą z nowym partnerem, jednocześnie zdobywając kolejne doświadczenia. Wzajemny dotyk jest jak woda dla kwiatów. Bez niego obumiera bliskość, a rośnie obcość. Nie jest jednak dobrze, gdy dotyk jest zarezerwowany tylko dla seksu. I są tylko „stosunki małżeńskie”, a nie ma intymności, czułości i radości z dotyku na co dzień. Ale – z drugiej strony – w nadmiarze bliskości jest też zagrożenie. To codzienne przytulanie, głaskanie, masowanie, chodzenie nago, mycie pleców, smarowanie się maściami. Widzenie się nawzajem co dzień i co noc, w zdrowiu i w chorobie. Nie mówię tu nawet o zniechęceniu, lecz o zjawisku, które Esther Perel nazywa w „Inteligencji erotycznej” „flanelową nocną koszulą”. Dotyk, który powszednieje, powoduje, że zanika dystans, a więc też tajemnicza odrębność – warunek pewnego napięcia, iskrzenia. Dylemat kochającej się pary w stałym związku to jak być blisko, a jednocześnie zachować własne granice. Czym innym żywi się zażyłość i przyjaźń, a czym innym pożądanie. Więc jak karmić to „zwierzę”, które, by żyć, potrzebuje jednego i drugiego?

Dotyk i jego urozmaicanie nie wystarczą, by związek był trwały i szczęśliwy? Nie wystarczą, ale są warunkiem koniecznym. Trafne zdaje się zdanie Anaïs Nin: „Miłość nigdy nie umiera śmiercią naturalną. Umiera, gdyż nie wiemy, jak uzupełnić jej źródło”. Dotyk może nam pomóc je zasilić. Zgłębiajmy więc jego sztukę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Toksyczny? Socjopata? Sprawdź mężczyznę na początku związku

Kobieta w toksycznym związku całą energię wkłada w staranie o to, żeby być taką, jaką PAN sobie życzy.(Fot. iStock)
Kobieta w toksycznym związku całą energię wkłada w staranie o to, żeby być taką, jaką PAN sobie życzy.(Fot. iStock)
Mężczyźni robią tylko to, na co im pozwalamy lub dają nam to, czego chcemy. Naprawdę więc warto wiedzieć, czego chcemy.

  • Socjopata to osobnik, który wie, czego kobiety potrzebują i daje to tylko po to, żeby coś osiągnąć, a nie że po prostu chce to dać. Rachunek za to jest potem bardzo wysoki.
  • Niewinna kobieta, a szczególnie ta bardzo spragniona miłości jest bardzo łatwym łupem – czytaj 90 procent kobiet.
  • Kobieta taka zostaje zaczarowana, upita, zahipnotyzowana tym wszystkim, co chciała usłyszeć na swój temat. Socjopacie bardzo łatwo jest mówić takie rzeczy, słodzić i obiecywać, ponieważ wie, że nic z tego nie da – więc obiecać może wszystko.
  • Normalny facet nie obiecuje, bo by się czuł głupio, gdyby tego nie dał lub czuje, że może tego nie dać, albo nie wie jeszcze lub czułby się zobligowany.
  • Socjopata żeruje na głodzie kobiet i ich braku doświadczenia. Bardzo dobrze by było, żeby każda „poznała” takiego i nauczyła się łatwo rozpoznawać, bo jest ich sporo.
  • Więc po pierwsze, nie spieszyć się. Jest to bardzo trudne dla tej, która tak bardzo już czeka i jest głodna...
  • Więc pierwsza zasada, powściągać siebie i swoje uczucia.
  • Jeśli nie umiesz tego zrobić na początku i wpadasz jak śliwka w kompot, w zakochanie, podaruj sobie ten stan, ale po jakimś czasie bardzo uważnie siebie zapytaj: „No dobrze, już się trochę zanurzyłam, a teraz wychylam głowę na powierzchnię i zaczynam obserwować, co tu się dzieje takiego, że tak bardzo chciałam wpaść?”.
  • Zacznij go sprawdzać, na przykład prośbami o przysługi, zapoznaj go z brzydką koleżanką i zobacz, jak się będzie do niej odnosił, lub z bardzo ładną.
  • Odmów mu parę razy.
  • Sprawdź, ile miał żon i ile dzieci po drodze – sprawdź, co one o nim sądzą (gdy masz okazję – naprawdę tego słuchaj). Słuchaj też, co on mówi o swoich byłych.
  • Socjopata po okresie uwodzenia nudzi się swoją ofiarą i zaczyna sprawiać sobie przyjemności, czyli się znęcać – musi sobie przecież odkuć ten okres inwestycji w nią – kretynkę. Zauważysz wtedy moja droga, że wśród komplementów będą zdania typu: „jesteś za gruba”, „zobacz jak tamta wygląda” i ty nieszczęśnico, zaczniesz się starać – „Boże, on ma rację, jestem głupia i za gruba, muszę nad sobą pracować...”. I co zaczynasz robić? Kopać sobie własny grób. A trzeba jemu spokojnie powiedzieć: „Widziały gały, co brały”.
  • Jak działa psychopata? Mówisz mu: „Jest mi przykro, jak tak do mnie mówisz”, a on ci na to: „To się postaraj, to nie będę musiał tak do ciebie mówić”. Wyjechał, nie wrócił wtedy kiedy miał wrócić, obiecał że się odezwie, nie odezwał się, poniża cię coraz bardziej, raptem jesteś nieinteligentna, gorsza niż inne, on nagle nie ma pieniędzy, nic nie kupuje, nic nie załatwia. Jest coraz bardziej wściekły i niezadowolony, odcina cię od koleżanek, właściwie od wszelkich atrakcji, już nie pomaga ci i nie współczuje, za to ma pretensje, że jesteś wymagająca i leniwa. Jak mówisz, że się źle czujesz, to on mówi, że to twoja wina – i tu niestety ma rację...
  • Jeśli będzie eskalować wymagania – a będzie, to już wie- my, że to jest ten przypadek – psychopata nam się trafił. I jeszcze dwa, trzy sprawdziany dla pewności i pana wysyłamy na drzewo, a same wracamy do domu – do siebie.
  • Psychopaty nie uleczy żadna miłość. On kocha władzę.
  • Kobieta psychopaty gaśnie w oczach. Jak na początku świeciła i rozkwitała i wszystkie jej zazdrościły, to teraz więdnie i to w szybkim tempie. W oczach ma lęk i błaganie – oszczędź... Ale on jest bez litości, ponieważ tym się właśnie karmi – swoją złą mocą. A najgorsze jest to, że ona ciągle czeka, że on będzie taki jak przedtem i w dodatku wierzy, że to się stanie. Całą energię wkłada w staranie o to, żeby być taką, jaką PAN sobie życzy.
  • Jest to uzależnienie porównywalne do heroiny. Żeby utrzymać swoją władzę kat od czasu do czasu dokarmia swoją ofiarę – dobrym słowem, komplementami, obietnicą ślubu, podziwem – żeby mu starczyła na dłużej i zbyt szybko nie umarła albo się nie zabiła.

Siłę manipulowania świetnie zobrazuje takie doświadczenie: mamy dwie beczki z wodą; w każdej z nich pływa myszka. W jednej z beczek pływa, pływa, pływa aż w końcu się topi. W drugiej beczce wkładamy myszce patyczek, którego ona się chwyta na chwilę, ona odpoczywa, my patyczek wyjmujemy. Wkładamy ten patyczek co jakiś czas, nieregularnie. Myszka bardzo, bardzo długo pływa. Dużo więcej wytrzymuje niż tamta bez patyczka. Rozumiesz, o co tu chodzi? Ona ma nadzieję, że patyczek ją uratuje i że warto czekać. Lepiej szybko sobie zdać sprawę, że patyczek jest właśnie po to, żebyś jak najdłużej wytrzymała w koszmarnej dla ciebie sytuacji, która i tak skończy się tragicznie. Trzeba uciekać i to od razu. Nie można chwytać się patyczka – iluzji. Gdyby miał być ratunkiem, uratowałby od razu i nie kazał się tak długo męczyć. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet zaczynają od doprowadzenia kobiecości do absurdu, reklamiarskiego absurdu. „Jesteś godna najlepszych perfum, jesteś inna niż wszystkie, masz wyjątkowe ciało – żadna takiego nie ma, tylko ty tak potrafisz prezentować luksusowe rzeczy, jesteś mądra, masz starą duszę...”. Taki cwaniak wie, co każda kobieta chce usłyszeć, ponieważ sprawdza twoje reakcje i jest nastawiony na czytanie ciebie – czym cię porazi najbardziej. Jednej powie, że jest najpiękniejsza, a drugiej – że jest najmądrzejsza. A prawda jest taka, że jesteś inna niż wszystkie, ale też jesteś taka jak wszystkie.

Piękna, ale nie najpiękniejsza, mądra, ale nie najmądrzejsza i tak dalej, i tak dalej. On tymi super adoracjami nakręca ciebie na nierealne pragnienia, na nierealną samoocenę i tym mu łatwiej, o ile gorzej o sobie myślisz. Dziewczyny źle myślące o sobie marzą, żeby być naj, a nie żeby być zwykłą, normalną dziewczyną. Wydaje im się, że z dna swojej biedy wewnętrznej muszą się wznieść na wyżyny, żeby tej biedzie zaprzeczyć. Podczas gdy realność jest taka, że jestem OK. Ale to się wydaje takie nudne... Normalny facet chce normalnej dziewczyny; zwyczajnej, średniej, pasującej do niego.

Socjopata nie może mieć normalnej dziewczyny, bo ona go obnaży i zostawi. Jeśli powie: „A jakaż pani jest niezwykła...”, normalna kobieta odpowie: „Niech pan nie przesadza” lub: „Wiem, dziękuję”, a głodna odpowie: „Naprawdę?” z błyskiem w oku... I poczuje się nagle wreszcie doceniona i odkryta... I on to świetnie zobaczy. Ale nie po to władował dziewczynę w dobre samopoczucie, żeby jej było dobrze i żeby z tym została, tylko po to, żeby mieć nad nią władzę. Do czego używa tej władzy? A do czego używają władzy ci, którzy jej pragną? Do manipulowania i wykorzystywania ludzi – i niszczenia ich na końcu. Najłatwiej niszczyć taką, która i tak o sobie źle myśli, bo zrobi to za nas. Wystarczy zagrozić jej, że znowu będzie niezauważona i niczyja, a już służy na dwóch łapkach. Niestety kobiety o takim pokroju obdarzają kata szczególną mocą zamiast go odrzucić.

Najczęściej taka dziewczyna miała ojca tyrana, o którym nie wiedziała, że jest nadmuchanym balonem przez lęk jej matki. Myślała o nim, że jest supersilnym bogiem tylko niedobrym dla niej, bo ona nie spełnia jego oczekiwań. Marzyła, że kiedyś jej bóg zobaczy jak bardzo ona go kocha i jak bardzo czeka na dobre słowo – tatuś tego nie powiedział, ale nasz socjopata tak. Spełnia on jej marzenie i staje się czymś niebywale potrzebnym i istotnym. Nareszcie jej lata męki, udręki i nadziei zwróciły się. Powodem braku samoakceptacji może też być dla dziewczyny, toksyczna, niekochająca matka. Przeczytajcie Suzan Forward „Matki, które nie umieją kochać” i Karyl McBride „Nigdy dość dobra”.

Rozumiecie jak trudno potem z tego zrezygnować, jak trudno to podważyć, jak trudno wrócić z powrotem do bycia nierozpoznaną, niezadowoloną, nieważną, żadną...

Rozwiązanie jest gdzie indziej – nie w mężczyźnie.

Chyba że spotkasz i zgodzisz się na normalnego, poczciwego chłopaka i pozwolisz mu się trochę podleczyć i przyjmiesz jego miłość bez fajerwerków. Trochę się ukoisz, trochę się nakarmisz, ale resztę i tak musisz zrobić sama. Bowiem masz się rozliczyć ze swoją przeszłością, która jest źródłem twojej wewnętrznej biedy – najważniejszym źródłem. Nie możesz zrobić tego sama – bo jakbyś mogła, to byś zrobiła.

Rzecz w tym, że najbliżsi ludzie nas skrzywdzili i potrzeba innych, życzliwych, żeby nas nauczyć miłości do siebie. Część z tego może dać partner, ale na pewno nie wszystko, część z tego mogą dać przyjaciółki, ale nie wszystko, bo nie są terapeutkami. Czasem rodzice przepraszają za przeszłość, ale to rzadkie. Można się tego nigdy nie doczekać, a poza tym nasi rodzice dają nam tyle, ile MOGĄ dać. Potrzebna jest porządna terapia, gdzie uleczymy największe rany z przeszłości i nauczymy się samoakceptacji. Tylko tak możemy wygrać z mężczyznami, którzy nienawidzą kobiet, że nie będziemy czekać na ochłapy od mężczyzny, tylko nauczymy się dawać sobie samej miłość.

Fragment książki "Instrukcja obsługi faceta". 

  1. Zdrowie

Refleksologia – na stres, wyczerpanie i napięcia nerwowe

Dobry refleksolog potrafi, w zależności od sytuacji, odwołać się do odpowiedniej mapy – łączyć techniki, dostosowując się do potrzeb klienta. (fot. iStock)
Dobry refleksolog potrafi, w zależności od sytuacji, odwołać się do odpowiedniej mapy – łączyć techniki, dostosowując się do potrzeb klienta. (fot. iStock)
Ludzkie ciało przypomina wielki atlas świata – pełne jest map, wyznaczających ważne punkty, połączenia komunikacyjne... Refleksolog potrafi je czytać. Wie, który punkt dotknąć, by wywołać pożądane działanie.

Skądś już to znamy – chociażby z akupresury, akupunktury. Czyli z medycyny chińskiej – z jej teorią meridianów (kanałów energetycznych), biegnących przez całe ciało. Kiedy przepływ energii w meridianach zostaje z jakichś powodów zakłócony, tworzą się zastoje energetyczne, będące przyczyną dolegliwości i chorób. Akupresura i akupunktura, polegające na uciskaniu i nakłuwaniu odpowiednich punktów (receptorów) w ciele, pomagają rozbić te zastoje, a tym samym przywrócić sprawne funkcjonowanie organizmu.

Refleksologia działa na podobnej zasadzie – przyjmuje, że narządy wewnętrzne są we wzajemnej komunikacji, że można na nie oddziaływać z zewnątrz. Tyle że tutaj, stymulując receptory (przynajmniej te na twarzy i dłoniach), można wywoływać dużo przyjemniejsze odczucia. Refleksolog Beata Sekuła mówi, że takich punktów na skórze człowiek ma kilkanaście tysięcy (na samej twarzy około sześciuset). Pobudzając je poprzez dotyk, wpływa się na poszczególne części ciała, na organy wewnętrzne. Organizm sam wie, co zrobić z takim bodźcem, jak go wykorzystać. Ty masz się tylko zrelaksować...

Podróż przez kontynenty

W Polsce to stosunkowo młoda metoda. Refleksologia stóp rozwija się u nas od 26 lat, twarzy – od 2003 roku, właśnie za sprawą Beaty Sekuły.

– Kiedy zetknęłam się z refleksologią stóp, tak mnie to wciągnęło, że zaczęłam szukać innych tego rodzaju technik – wspomina. Dotarła w tych poszukiwaniach do Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Stanów Zjednoczonych. Poznała różne szkoły, podejścia. Różne mapy... Tak naprawdę różnią się między sobą milimetrami, nakładają się na siebie. Autorką pierwszej współczesnej mapy stóp była Amerykanka Eunice Ingham: stworzyła ją 70 lat temu. Nic dziwnego, że Stany Zjednoczone uchodzą za kolebkę dzisiejszej refleksologii. Ale korzenie metody sięgają starożytności – prawdopodobnie znana była w Chinach, Egipcie, Japonii, na Sumatrze... – Niektórzy przyjmują, że wszystko zaczęło się w Chinach, że masaż stóp rozwinął się na bazie akupresury. Nie znaleziono jednak żadnego dowodu na to, że Chińczycy uprawiali refleksologię – mówi Beata Sekuła. Pokazuje zdjęcie płaskorzeźby, datowanej na 2500 rok p.n.e. Rzeźba pochodzi ze starożytnego Egiptu, z grobowca kapłana Słońca Ankhmahore. Przedstawia sytuację przypominającą masaż stóp i rąk. – Chociaż historycy kosmetologii twierdzą, że jest to pierwszy uwieczniony w sztuce manicure i pedicure, refleksolodzy dopatrują się znamion zabiegu leczniczego. Mamy tu dwie osoby o ciemniejszej karnacji, pochodzące z Egiptu północnego, który słynął ze światłych ludzi, dysponujących ogromną wiedzą i wyczuciem. Jedna z tych osób dotyka rąk, druga stóp pacjentów, a ci chwytają się za różne części ciała, co może świadczyć o reakcjach odruchowych organizmu – o tym, że odpowiada on na bodziec. Nikt nie wie, czego dotyczy ten obrazek – my, refleksolodzy, lubimy myśleć, że jest to dowód na stosowanie refleksoterapii rąk i stóp w starożytnym Egipcie.

Podróż przez ciało

Jedno nie ulega dziś wątpliwości: mapy somatotropowe – bo tak się nazywają – występują na całym ciele: na powierzchni ramion, przedramion, ud, podudzi, na brzuchu, plecach, wokół pępka...

Beata Sekuła pracuje ze wszystkimi podstawowymi systemami: ze stopami, uszami, rękami, twarzą. Najczęściej jednak z twarzą.

– Leży ona w bezpośredniej bliskości mózgu, centralnego komputera naszego ciała, więc zabieg jest skuteczniejszy, a jego efekty szybsze – opowiada. – Kiedy pobudzane są stopy czy ręce, impulsy – by trafić do mózgu – muszą przejść przez sploty nerwowe, stawy i często napotykają tam na zaburzenia utrudniające przewodnictwo. Stopy traktuję bardziej jako narzędzie do pracy z „lokalnymi” problemami kończyn: obrzękami, bólem, zaburzeniami krążenia. Chociaż są też sytuacje, w których nie można zastosować refleksologii twarzy, choćby przy trądziku ropnym, stanach zapalnych ucha czy dziąsła – wtedy pracuję ze stopami.

Dobry refleksolog potrafi, w zależności od sytuacji, odwołać się do odpowiedniej mapy – łączyć techniki, dostosowując się do potrzeb klienta. Na przykład zaczyna od twarzy, a potem stymuluje wybrane receptory również na innych częściach ciała. Jest to tzw. refleksologia integracyjna. – Jeżeli ktoś zgłosi się do mnie z bólem kolan, prawdopodobnie, w celu pobudzenia organizmu, zaczęłabym zabieg od refleksologii twarzy, po czym skupiłabym się na punktach refleksologicznych odpowiadających za kolana, leżących na stopach i rękach – wyjaśnia Beata Sekuła. – Natomiast jeśli pacjent przychodzi z powodu nerwicy, pracuję na twarzy, ewentualnie na dłoniach. Stymulacja stóp działa bardzo pobudzająco, dostarcza dużej dawki energii – niezależnie do tego, czy organizm potrzebuje tej energii, czy nie. Osoba z problemami nerwicowymi mogłaby poczuć się po takim zabiegu bardzo rozedrgana.

Upiększyć i uzdrowić

Beata Sekuła zwraca uwagę na jeszcze jedną zaletę refleksologii twarzy, na cenny efekt uboczny – kosmetyczny. W praktyce oznacza to poprawę owalu twarzy, mikrokrążenia, eliminację zastojów, obrzęków limfatycznych, worków pod oczami, szarości cery, drobnych zmarszczek... – Głębokie bruzdy na twarzy mogą wskazywać na poważniejsze zaburzenia w pracy pewnych narządów – podpowiada refleksolog. – Są osoby, znane z życia publicznego, których czoło przecina pośrodku wyraźna, pionowa bruzda. Świadczy ona o poważnym zaburzeniu wątroby i pęcherzyka żółciowego – mówiąc obrazowo, tych ludzi zalewa żółć. Z kolei Sharon Stone – zanim zaczęła „rozprostowywać” twarz – miała na policzkach bruzdy wskazujące na zaburzenia płuc i jelita grubego, prawdopodobnie wynik palenia papierosów.

Oczywiście, nie ma tu sztywnych, matematycznych przełożeń. Refleksolog nie stawia diagnozy fizycznej, co najwyżej energetyczną. – Receptory dają obraz stanu energetycznego człowieka, ale nigdy nie mówię mu, że ma chory jakiś narząd, na przykład serce – od tego jest kardiolog. Refleksolog może powiedzieć, że wyczuł zaburzenie na poziomie meridianu serca, a to dwie różne rzeczy – mówi Beata Sekuła. I podkreśla, że refleksologia jest racjonalna, opiera się na ścisłych zależnościach fizjologicznych. – Bodźce z receptorów płyną do mózgu, on decyduje, gdzie je dalej przesłać. Czasem ktoś niepokoi się, że stymuluję mu żołądek, który już jest „nadczynny”. Ja wysyłam impuls, ale dalej już mózg zadba o to, żeby ten żołądek rzadziej się kurczył i wydzielał mniej soków. Pobudzony bodźcem organizm potrafi uruchomić mechanizmy regulacji i regeneracji, prowadzące do stanu równowagi wewnętrznej, optymalnej dla danej osoby. Bo co innego będzie oznaczała równowaga dla osoby z niewielkimi dolegliwościami, co innego dla tej, która ciężko choruje. Medycyna konwencjonalna zarzuca nam czasem, że polegamy na inteligencji organizmu, że pozwalamy mu decydować o tym, gdzie potrzebuje pobudzenia, a gdzie nie. Organizm naprawdę wyposażony jest w taki samoregulujący komputer, wybiera to, co dla niego najlepsze.

Rozświetlić emocje

– Refleksologia to bardzo precyzyjna technika, ale również sztuka – twierdzi Beata Sekuła, która ma też spore osiągnięcia w pracy z emocjami. – Masaż refleksologiczny może wpływać na łagodzenie pewnych emocji albo odwrotnie: na ich przywracanie. Możemy doprowadzić do bezpiecznego wybrzmienia emocjonalnego, pozwolić na to, żeby coś się skończyło, żeby ciało oczyściło się z tego, co mu nie służy – zapewnia. Czy to znaczy, że można sobie „zamówić” wybraną emocję? – Można „zamówić” i „odmówić”, ale człowiek musi się najpierw przyznać, że jest mu z czymś niewygodnie. Rzadko zdarza się, żeby ktoś powiedział: „jestem bardzo agresywny i chciałbym to wyregulować”. Bo być może bardzo tej agresji potrzebuje, być może po prostu nie ma innej możliwości ekspresji...

Beata Sekuła nie ukrywa, że najczęściej przychodzą do niej ludzie cierpiący z powodu miłości: porzuceni przez partnera, złamani po jego utracie, również śmierci. – Widzę, że przechodzenie przez tego rodzaju sytuacje odbywa się w podobny sposób, niezależnie od tego, czy bliska osoba pozostaje przy życiu, czy je traci. W jednym i w drugim przypadku przeżywa się żałobę.

Okazuje się, że refleksologia twarzy wpływa na pewną, niezwykle ważną dla emocji, strukturę w mózgu – ciało migdałowate.

– Jest ono elementem układu limbicznego, który odpowiada za różnego rodzaju więzi: macierzyńskie, ojcowskie, za przyjaźń, miłość – więc również za ich nadmiar czy brak – tłumaczy Beata Sekuła. – Ciało migdałowate magazynuje emocje, na szczęście możemy je oczyścić, odnaleźć równowagę. Pięknie to widać na obrazach uzyskiwanych dzięki tomografii komputerowej czy rezonansowi magnetycznemu – po regulacji ciało migdałowate i otaczający je obszar zaczynają się świecić...

Dla wszystkich, nie na wszystko

Podczas zabiegu doznania bywają różne: jednym będzie przyjemnie, inni przy tej samej technice mogą odczuwać dyskomfort. – Czasem pojawiają się mdłości, uderzenia gorąca, cierpnięcie rąk i stóp, bulgotanie w żołądku czy w jelitach. Zdarza się, że nagły ból przeszywa kogoś w miejscu, które dawało mu się we znaki wiele lat wcześniej i które formalnie zostało wyleczone. Te objawy są rezultatem tego, że coś się w ciele reguluje.

Beata Sekuła dzieli klientów na dwie podstawowe grupy: „łatwopalnych” i „niełatwopalnych”. – „Łatwopalna” osoba natychmiast reaguje na dotyk, na przykład pyta: „na czym pani pracuje?”. Mówię: „na żołądku”, a ona: „tak, właśnie czuję”. Po czym nagle wstaje, idzie do łazienki i wymiotuje. W ciągu kilkunastoletniej praktyki zdarzyły mi się 2–3 takie przypadki; „niełatwopalny” może nawet zasnąć podczas zabiegu albo stwierdzić: „nie wiem, czy to działa, chodzę, chodzę i nic się dzieje”. Zwykle jest to człowiek zdrowy, więc co niby miałoby się wydarzyć? Skoro nie było wcześniej żadnych dolegliwości, cała rzecz polega na podtrzymaniu energetycznego i fizycznego dobrostanu organizmu.

– Refleksologia jest dla wszystkich, ale to nie oznacza, że jest antidotum na wszystko – zaznacza Beata Sekuła. Poleca ją przede wszystkim jako terapię antystresową. Na przemęczenie fizyczne, psychiczne, stany zwiększonego napięcia nerwowego. Na wyczerpanie pracą, wypalenie zawodowe. – Po zabiegach pojawia się zwiększona odporność na czynniki stresotwórcze – sytuacje, które wcześniej doprowadzały nas do szału, przestają już mieć nad nami władzę. Takie reakcje jak pobudzenie pracy serca, wzrost ciśnienia, ból głowy tracą na sile – mówi terapeutka. Inne wskazania to kłopoty z pamięcią, koncentracją, z przyswajaniem informacji, kojarzeniem. Refleksologia może też wspomagać pracę z nadwagą. – Uwalniające się podczas zabiegu endorfiny wpływają na uczucie satysfakcji, zmniejsza się zapotrzebowanie na słodycze i tłuste pokarmy. To wspiera dietę.

Ważne: utrwalenie bodźców

Zabieg refleksologii twarzy jest głęboko odprężający, wprowadza w stan błogości, rozluźnienia, ale przy stopach jest już inaczej, może pojawić się ból. Tylko że ból w receptorze nie zawsze musi oznaczać zaburzenia w odpowiadającym mu narządzie. – Zawsze będą bolały receptory leżące blisko kości – ze względu na ich silne unerwienie – tłumaczy Beata Sekuła. – Kiedy pojawia się ból, zwalniam ucisk, pozwalam klientowi odetchnąć, żeby uniknąć napięcia w splocie słonecznym. Splot słoneczny to ważny przekaźnik impulsów na drodze do mózgu – jeśli się zaciśnie, mózg zacznie nadawać sygnał: „kończ, bo nie wytrzymam.”

Jeszcze większy ból można odczuwać przy refleksologii narzędziowej. Przybory nie muszą być wyszukane – wystarczy długopis, chińskie pałeczki... Beata Sekuła zapewnia, że posługując się tego rodzaju narzędziami, można w 2–3 minuty uzyskać takie same efekty jak po „pełnowymiarowym” zabiegu przy użyciu palców. Jaki to wymiar?

– Zabieg refleksologiczny nie powinien przekroczyć 40 minut. Mózg ma swoją wydolność, jeżeli go przestymulujemy, to – zamiast uruchomić mechanizmy regeneracji i samoregulacji w organizmie – wywołamy złe samopoczucie. Dojdzie do przesytu, ciało nie przyjmie nowych informacji w sposób konstruktywny, nie przetworzy ich na bodźce terapeutyczne. Niewskazane jest też kumulowanie rozmaitych bodźców: jednego dnia refleksologia, drugiego masaż ciała, trzeciego joga... Można przedawkować – jak ktoś, kto wraca ze SPA z bólem głowy.

Ale faktem jest, że refleksologia działa w seriach – dla skuteczności zabiegów ważne jest, by były wykonywane z dużą regularnością, w niewielkich odstępach czasowych. – To jak z psem Pawłowa – żeby utrwalić bodziec, potrzebne są kolejne powtórki. Nasz organizm chętnie przestawi się na nowy tryb – o ile zechcemy mu w tym pomóc.

Beata Sekuła: refleksolog twarzy, stóp, dłoni, uszu, twórczyni Międzynarodowego Instytutu Refleksologii Twarzy w Warszawie.

Podręczna refleksologia

Objawy zbliżającego się lub już istniejącego przeziębienia, katar, ból zatok, kichanie

Palcem wskazującym pocieraj energicznie pionową linię na środku czoła, od nasady nosa do linii włosów. Powtórz te ruchy 30–40 razy. Następnie, oboma palcami wskazującymi równocześnie, pocieraj miejsca, gdzie boczne krawędzie nosa łączą się z twarzą. Zrób 30–40 energicznych powtórzeń. Teraz, również oboma palcami wskazującymi naraz, pocieraj skórę tuż nad górną wargą. Pracuj w kierunku do środka i na boki, palce miej ułożone równolegle nad wargą. 30–40 powtórzeń, energiczne tempo.

Stosuj tę technikę kilka razy w ciągu dnia. W ten sposób stymulujesz strefy odruchowe zatok czołowych, nosowych i szczękowych.

Trema, lęk, niepokój, pobudzenie nerwowe, zbliżający się wybuch emocjonalny, bezsenność

Punkty pomagające odzyskać równowagę emocjonalną znajdują się w okolicy uszu. Znajdź mniej więcej półcentymetrową pionową linię z przodu ucha (tam gdzie łączy się ono z twarzą). Pocieraj tę linię, po obu stronach twarzy, ok. 15–20 razy.

Punkty uspokajające znajdują się też w dołku za uszami, tuż pod płatkami uszu. Pocieraj je jednocześnie 15–20 razy.

Opisaną technikę stosuj kilka razy dziennie, by złagodzić występujące objawy, lub doraźnie.

  1. Psychologia

Miłość na skróty? Nie, dziękuję. Jak zbudować solidną i długotrwałą relację?

Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Takie relacje dają wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. (Fot. iStock)
Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Takie relacje dają wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. (Fot. iStock)
Szybko, mocno, piorunem. Kochamy się na skróty. Szukamy łatwych błyskotek, szybkich podniet. A potem gryziemy z bólu palce i płaczemy samotni. Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Takie relacje dają wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. Ale do tego trzeba mieć odwagę.

Kontakt z Internetu, randka przy butelce wina. Seks jak najbardziej „w porządku”,  a znajomość się nie rozwinęła. Do drugiej randki nie doszło, za daleko trzeba by dojeżdżać. On się już nie odezwał, ona zapomniała, jak miał na imię. Robert chyba.

– Takie znajomości w naszych czasach to nic niezwykłego – uważa psycholog Katarzyna Platowska. – Makdonaldyzacja życia sprawia, że jesteśmy nastawieni do niego konsumpcyjnie, zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Etap wzajemnego poznawania partnerów i dochodzenia do decyzji: „chcę iść z tobą do łóżka” – uległ w ostatniej dekadzie wyraźnemu skróceniu. Dawniej mężczyznę wybierano z wielką starannością, bo „do żeniaczki”, na wiele lat. Dziś szukamy partnera na… kilka orgazmów. Oczekujemy – jak przystało na członków konsumpcyjnego społeczeństwa – że ma być po prostu przyjemnie. W końcu: „Jesteśmy tego warci!”.

Dorosłe dzieci

Pragnienie miłości? Bycie na topie? Rozładowanie napięcia seksualnego? W szybkiej decyzji o seksie kryje się jeszcze coś – tęsknota za doskonałością dzieciństwa.

– Seks jest podświadomym sposobem dorosłych ludzi na powrót do symbiozy, którą przeżywaliśmy jako dziecko z matką i za którą w głębi duszy tęsknimy – uważa Anna Gawkowska, psycholog i terapeutka. – Aby poczuć tę symbiozę, dostać namiastkę bliskości i miłości, śpieszymy się do łóżka. Tyle że szybkość zdarzeń i fakt, że już na pierwszej randce zanurkujemy pod wspólną kołdrę, tego nie zagwarantuje. Z reguły okazuje się, że po jakimś czasie, zwykle niedługim, związek i tak się rozpada.

– Jeśli nie jesteśmy w stanie być ze sobą blisko emocjonalnie, to osiągnięta przez seks symbioza nie da nam spełnienia, jest tylko fizyczna i na krótko zaspokoi nasze ciało. Kiedy więc pożądanie gaśnie, relacja kuleje i skutecznie się rozpada – podkreśla Gawkowska.

Wniosek? Mało popularny i niemodny: poczekać, bliżej się poznać, iść do łóżka dopiero wtedy, kiedy przekonamy się, że partnerowi naprawdę na nas zależy, że jesteśmy dla niego ważni jako człowiek. W przeciwnym razie będziemy jedynie „zaliczać się nawzajem”, seks będzie wartością samą w sobie, a nie kolejnym krokiem ku relacji i bliskości.

Zawrotna szybkość łóżek

Chcielibyśmy zbudować solidną i długotrwałą relację, ale… zapomnieliśmy, jak to się robi. Oto kolejny problem nowoczesnej miłości. Nie potrafimy budować związku, przejść wszystkich etapów, które są konieczne, by się poznać. Przykład. Beata i Jurek zaczęli bardzo nowocześnie: na randkowym portalu, spodobali się sobie na zdjęciach, potem wymienili się numerami komórek. I już pierwszy sms sprawił, że Beata poczuła się dziwnie: Jurek zaczął zwracać się do niej per „skarbie”. W drugim napisał: „Chciałbym cię zobaczyć, przytulić, dotknąć, pocałować”. Beata stwierdziła, że to nie jej tempo, że on za szybko skraca dystans. I tak mu też odpisała. Jego odpowiedź brzmiała: „dobrze skarbie”. Wycofała się.

– Dojrzałą emocjonalnie kobietę zastanowi taka szybkość i skłoni, by jeszcze bardziej zwolnić rozwój akcji – uważa Gawkowska. – Ale osoba, która długo była samotna lub nie dostała dość ciepła w domu rodzinnym i teraz ma deficyt, zareaguje pozytywnie na taką nadmiarową i nieadekwatnie szybką bliskość. Bo bycie czyimś „skarbem” czy przytulanie i całowanie są czymś intymnym, łączą bliskich sobie ludzi.

Zdrowy człowiek nie powinien dopuszczać do siebie każdego, lecz wybrać osobę, której pozwoli się do siebie zbliżyć. Ale i z tym jest coraz trudniej. Skrócenie dystansu między ludźmi to znak naszych czasów: od razu mówimy sobie na ty, wszyscy jesteśmy kolegami. Powierzamy dość osobiste sprawy nawet nowo poznanej osobie. Poznajemy ludzi wirtualnie i – zanim jeszcze ich zobaczymy – opowiadamy im o bardzo osobistych przeżyciach. To plus pustka, jaką nosimy w sercu, prowadzi nas szybko do łóżka, po trzech miesiącach znajomości zaręczamy się, a pół roku później... jesteśmy już po ślubie.

Zawieranie znajomości przez Internet czy randki online są także symptomem pośpiechu. Już na starcie zdradzamy swoje intencje. Wiadomo przecież, że szukamy partnera. Od razu więc przechodzimy do rozmowy nie o tym, czy i po co chcemy się spotkać, a gdzie i kiedy to spotkanie ma mieć miejsce. To prawdziwy bieg na skróty.

– Ta chęć szybkiego poznania się jest zrozumiała, bo przecież pragniemy stać się częścią czyjegoś życia, być kimś ważnym dla drugiej osoby. Ale gwarantują to raczej związki długotrwałe: ktoś zna nas młodych i starych, wesołych i smutnych, energicznych i zmęczonych – i akceptuje w każdej odsłonie. To pozwala nam podejść do siebie z troską i czułością, bliskością i intymnością, nawet bez pożądania, ale z miłością. To zupełnie inne przeżycia niż te z początku znajomości – twierdzi Anna Gawkowska.

 
Szybkie skracanie dystansu ma jeszcze jedno zadanie: łagodzi napięcie. Poznawaniu się dwojga ludzi towarzyszy spore napięcie, dużo niewiadomych i znaków zapytania. Ludzie mają na to różne sposoby: rzucanie się w relację jak kamikaze jest jednym z nich.

– „Błyskawiczne” związki mogą czasem zadziałać, ale to raczej rzadkość – uważa Gawkowska. – Lepiej przeprowadzić jakąś weryfikację: poznać potencjalnego partnera i wyeliminować tych, którzy szukają tylko łatwego seksu lub są nie z naszej bajki. Bo absurd tkwi właśnie w tym: spieszymy się z pogłębianiem relacji, by przeżyć coś, co nam może dać tylko budowanie związku przez długie miesiące czy lata.

Konieczne fazy

Związek nie zawiązuje się ot tak. Zanim to nastąpi musi przejść przez pewne fazy. I to ma głęboki sens. Długie poznawanie się sprawia, że mamy okazję pokłócić się, poróżnić, rozwiązać jakiś problem życiowy, przeżyć trudniejsze chwile, gorsze dni. To pomaga przyjrzeć się nam jako parze, sprawdzić, czy umiemy być ze sobą na dobre i na złe, czy łączy nas coś więcej niż tylko pożądanie. Bo ono trzyma nas kilka miesięcy, może kilka lat, szczególnie na początku, kiedy chemia mocno nas spaja. Ale to nie oznacza jeszcze prawdziwego uczucia. – Gdy pożądanie wygaśnie, poróżni nas pierwszy problem i związek się skończy – ostrzega Gawkowska.

Lepiej związać się na stałe z kimś, z kim nam się dobrze rozmawia, choć nie jest cudownie w łóżku – bo za kilkanaście lat to drugie nie będzie mieć dużego znaczenia, a to pierwsze – ogromne. W większości przypadków rozstajemy się nie dlatego, że przestaliśmy się kochać, tylko że nie potrafimy wybaczać sobie tego, co nas poróżniło. Świadczy to niekiedy o tym, że związek nie został zbudowany na solidnych fundamentach, tylko na zauroczeniu, pożądaniu i tęsknocie za miłością. Coraz mniej mamy związków, które partnerzy budowali powoli, etap po etapie, w których trwają przez długie lata, czerpiąc miłość, radość i czułość.

– Każdy wspólnie pokonany kryzys pozwala nam wzrastać, jeśli jesteśmy w stosunku do siebie i partnera uczciwi – uważa Platowska. – Ale kiedy jest trudno, nie szukamy rozwiązania tu i teraz. Szukamy rozwiązania na zewnątrz: nowego związku, kochanki, kochanka...

Nowa dawka energii

Daje ją każdy nowy związek. I czasem myślimy, że ta energia poniesie nas przez kolejne lata. Tak niesie Julitę, która wciąż w kimś się zakochuje i... zawsze kończy we łzach. Marzy o wielkiej miłości, szuka, próbuje... Tylko co z tego, skoro ciągle źle wybiera?

We współczesnym świecie niewiele jest stałości. Szukamy błyskotek, podniet: łatwych, szybkich, ekscytujących, takich jak sporty ekstremalne, narkotyki, seks. Nie staramy się poznać uczuć i potrzeb partnera. Bliskie relacje kojarzą się nam najbardziej z przyjemnościami – wspólnymi posiłkami, najlepiej przy świecach, wyjazdami, najchętniej zagranicznymi, z kinem i imprezami, no i oczywiście z uprawianiem seksu. Jeśli partner nie spełnia tych wszystkich oczekiwań, zaczynamy rozglądać się za kolejnym.

– Nasze czasy cechuje ogromna możliwość wyboru – mówi Gawkowska. – Dawniej partnera wybierało się w tej samej wsi, dziś możemy poznawać ludzi z całej Polski, a nawet świata. Nie miałam orgazmu już któryś raz z rzędu? Nie pasujemy do siebie w łóżku? On jest kiepskim kochankiem? Szybko stwierdzamy: „to zły związek” i szukamy nowego. A w Internecie są tysiące propozycji „lepszych modeli”, na które można bez trudu wymienić ten „szwankujący” – ładniejszych, przystojniejszych, bogatszych, sprawniejszych w łóżku, z lepszym ciałem...

To bogactwo wyboru oszałamia i sprawia, że ludziom trudno się czasem zatrzymać. Daje poczucie, że może tuż za rogiem czeka na nas ktoś jeszcze lepszy, królewicz na białym koniu. A przecież, żeby zbudować trwałą relację, trzeba się zatrzymać przy jednym partnerze, a pozostałym powiedzieć „dziękuję”. Inaczej wpadniemy w pułapkę stałego poszukiwania.

– Są ludzie, którzy nigdy nie wchodzą w bliskie relacje, ale wciąż takich poszukują i dzięki temu zyskują poczucie, że są na dobrej drodze, bo robią, co mogą – uważa Gawkowska. – Obstawianie jednocześnie dwudziestu ofert jest świetną metodą na uniknięcie prawdziwego związku. Pozwala też uniknąć kontaktu z tym, co nas wewnętrznie boli, konfrontacji z własnym cierpieniem. Kolejne zakochania i nowi podniecający kochankowie są doskonałym sposobem znieczulania się.

Tak więc, jeśli pragniemy bliskości i miłości, musimy wybrać jedne drzwi i pozamykać inne. Poznamy kogoś na portalu randkowym? Czemu nie? Ale gdy już zaczniemy się z kimś spotykać, zamknijmy tam swoje okienko. Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Taki związek daje wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. Ale do tego trzeba mieć odwagę.

  1. Seks

Przestań gadać, chodź do łóżka

Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
W kobietach często pokutuje przekonanie, że grzeczne dziewczynki nie są nachalne, że to mężczyzna powinien inicjować znajomość czy zbliżenie. To stereotypy. Gdy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, będzie też umiała przejąć inicjatywę, jeśli tego zechce – mówi terapeutka Olga Haller.

Żyjemy w czasach, kiedy każdy wyciąga rękę po to, na co ma ochotę. Tak zawsze robiły dzieci. Teraz wszyscy trochę jakby zdziecinnieliśmy. Mężczyźni sięgali po kobiety, gdy one były skrępowane tradycją i więzami woli rodziny. Mogły tylko dawać znaki, upuszczać chusteczkę, błysnąć oczkiem, niewiele więcej. Więcej to jedynie kobiety upadłe... Dzisiaj rzeczywiście wielu z nas przypomina rozbrykane dzieci w sklepie z zabawkami. Może się zakręcić w głowie od możliwości konsumpcyjnych. A seks przez wielu jest do tej kategorii zaliczany. Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, przynajmniej nie otwarcie, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, nawet potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. A wolność to więcej możliwości, ale i nowe wyzwanie, jak z niej korzystać.

Nawet zmiany na lepsze trzeba okupić jakąś karą... Były przecież zalety tradycyjnej sytuacji. Tak, nie da się ukryć, że to było wygodne dla kobiet – nie przejmować inicjatywy, czekać i patrzeć, jak oni się krzątają, starają, dwoją i troją.

Czasami wam zazdrościłem, że możecie tak wyczekiwać i obserwować. Ale jak coś nie szło po waszej myśli, była katastrofa! Dramat! Obu stronom nie było więc wygodnie. Kobieca seksualność w niewoli stereotypów musiała być skrywana, ujarzmiona, skrępowana regułami obyczajów. Każda niewola pozbawia wpływu, tym samym odpowiedzialności, a poczucie wpływu jest człowiekowi niezbędne. Powstał więc cały system znaków, sygnałów, zachowań w kontaktach damsko-męskich. Dlatego kobiety w relacjach z mężczyznami opanowały sztukę uwodzenia, flirtu: ruch brwi, spojrzenie spod rzęs, półsłówka, półruchy, półmroki i nagłe zwroty akcji. Ile z tego jest prawdziwą zabawą dla obu stron, a ile pamiątką po czasach niewolnictwa – to właśnie powinny odkrywać współczesne kobiety. Gdy pragniemy kontaktu, np. w sytuacji zakochania czy pożądania, najważniejszy jest ten obszar „pomiędzy” – czyli to, co się dzieje  p o m i ę d z y  odczuwaniem potrzeby a jej zaspokojeniem. To nie jeden skok, ale cały proces. Warto uczyć się iść małymi krokami....

Kiedy odczucia związane z potrzebą kontaktu są silne, a nic nie można zrobić, pojawia się nieznośne cierpienie. Wszyscy próbujemy tego uniknąć różnymi sposobami. Jako niepewna siebie 18-latka próbowałam sobie poradzić, stawiając wszystko na jedną kartę. On miał 19 lat, poeta, taki cudny. Kochałam się w nim z daleka, on nie zwracał na mnie uwagi. Zadręczając się brakiem pewności, nie mogłam czekać. Pojechałam do jego miasta... A czy miałam nadzieję? Chyba nie. Nie miałam odwagi, by poflirtować, ale pojechać miałam. Zapukałam do drzwi. Otworzyła matka, a on w wyrku, oszołomiony, bo jeszcze spał. Powiedziałam... Nie miał pojęcia, że się w nim kocham, a ja: „dziękuję, cześć”. I wyszłam. A potem płakałam pół dnia.

Trudno to nazwać dialogiem i dobrym porozumiewaniem się, już raczej desperacją z braku umiejętności dogadania się. O tak. Brakowało mi tego wszystkiego, co potrzebne „pomiędzy”. Wielu dziewczynom brakuje treningu w komunikowaniu się z rówieśnikami. Nie mają wsparcia dorosłych, kiedy pojawiają się potrzeby kontaktów z chłopakami. A wcześniej brak tego, co uważam za bazę dojrzałej kobiecości – za mało pomocy matek oraz innych kobiet w zaakceptowaniu swojego ciała i seksualności. Dorastają w przekonaniu, że muszą się z tym ukrywać, że od inicjowania znajomości czy zbliżenia są mężczyźni, a one mogą tylko wymyślać sposoby, manipulacje, podchody. Kiedy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, to będzie umiała inicjować kontakty, kiedy tego zechce, ale i powiedzieć „nie”. Będzie miała więcej oparcia w sobie, pewności siebie, niezależności. A w patriarchacie nie o to chodziło, prawda?

To straszne odmawiać kobiecie, która wbrew obyczajom ośmiela się pierwsza wyciągnąć rękę. Kobiety miały trening w mówieniu „nie” w takiej sytuacji. My przeciwnie. Pamiętam nieszczęsną, która zapukała nagle do mego mieszkania bez zapowiedzi i stała bidula na progu. Nie wpuściłem jej. Czułem się potem jak bydlę. A przecież to było uczciwe. Zgadzam się, że uczciwe. Ale w tej sytuacji odbiła się cała nierówność między kobietami a mężczyznami. Ty nie dałeś sobie pozwolenia, żeby jej odmówić wprost, a ona nie miała szansy tego usłyszeć i przeżyć. W nowym porządku, którego wszyscy się uczymy – ani ty bydlę, ani ona bidula. Jako partnerzy równi sobie macie te same prawa: pytać, prosić, zgadzać się, odmawiać i przeżywać. W otwartej odmowie mógł ci przeszkodzić stereotyp mężczyzny, którego obowiązkiem jest nie przepuścić okazji, być zawsze gotowym do seksu i romansu. Lepiej było udać, że nikogo nie ma w domu.

Znajoma pisze: „Pokutuje w nas przekonanie, że to on powinien zapraszać i że grzeczne dziewczynki nie są nachalne... A co, jak wyśmieje, odrzuci!?”. Dziewczyny boją się drwin, obmowy, etykietki dziwki. Te nasze obawy sprawiają, że tak się „podchodzimy” od wieków, kobiety i mężczyźni, w poszukiwaniu miłości, spełnienia. I wszyscy staramy się, jak możemy, uniknąć cierpienia. Różnie nam to wychodzi.

To, że czasami nie dajecie wyraźnego znaku przyzwolenia, marnuje tyle okazji! Kobiety nie wiedzą, jak często faceci nie startują, gdyż błędnie uważają, że nie mają szans... Ileż jest opowieści po latach: byłem taki zakochany w tobie. – Co, naprawdę?! A ja w tobie. Jaka szkoda, że nie wiedziałam. Czy to dobrze czy to źle? Ta niepewność jest nieodłączna i naturalna, o ile nie wynika z represyjnej obyczajowości! Przecież nie chodzi wcale o to, żeby każde młodzieńcze zauroczenie przeradzało się w związek! Coraz więcej kobiet uświadamia sobie nowe możliwości. Coraz częściej dzieje się to nie tylko w wyniku zmiany obyczajów, ale i głębszej przemiany, tej „wewnętrznej podróży”, by odnaleźć i poznać siebie wbrew stereotypom. Dziś wiele kobiet zachowuje się odważniej niż kiedykolwiek. Okazują mężczyznom zainteresowanie, inicjują znajomości, bo facet je interesuje, chcą go poznać bliżej, a także dlatego, że po prostu mają ochotę na seks.

Moja znajoma, pani profesor, która zwiedziła pół świata, pisze do mnie: „W dawnych czasach mojej młodości zapraszanie faceta do łóżka było czymś sporadycznym. Dobrze wychowana dziewczyna tego nie robiła. Teraz – w dobie Internetu, kolosalnych możliwości poznawania ludzi  – wszystko jest dozwolone. I myślę, że tak lepiej i prościej. A czy boimy się odrzucenia? Tak. Ale młodsze są odważniejsze, a starsze nie mają nic do stracenia”. Wiele z nas jest nadwrażliwych w tej kwestii. Uogólniając – męskie zainteresowanie ma dla kobiet nadmierne znaczenie, jest potwierdzeniem ich wartości, którego tak często im brakuje. Znowu, niestety, odzywa się patriarchalny spadek – musimy mieć mężczyznę, żeby utwierdzić się w prawie do istnienia. Kobiecość obolała, niepewna, samokrytyczna, nadwrażliwa zmaga się z tym, jak zasłużyć na uwagę, jak go zdobyć, podejść, jak się nie narazić? To często przynosi kolejne rozczarowania.

Dlatego w listach do nas czytam: „Zapraszając się do łóżka, warto zostawić jakąś furtkę, żeby się wycofać”. Tę wypowiedź rozumiem nie jako prostą asekurację na wypadek niepowodzenia, co kobiety rzeczywiście często robią. Warto zostawić furtkę, bo przecież inicjowanie seksu to jednak nie transakcja handlowa, umowa kredytowa czy biznes. To raczej sztuka kontaktu, kochania, uwodzenia. A jak sztuka, to proces twórczy, nieprzewidywalny. Pełen rozmaitych możliwości, które warto wspólnie odkrywać. Kiedy w tym procesie spotkają się dwie osoby równe sobie, każda z nich ma prawo zaangażować się, ale i wycofać. To jak gdyby pójść w odwiedziny, nie będąc do końca pewnym, czy gospodarz jest w domu, czy ma czas i chęć na wizytę. Możemy być odważni, ale i gotowi do odwrotu, jeśli rozpoznamy, że to nie ten czas. Dzięki temu będziemy mogli zaryzykować i wybrać się znowu. Czasem wyrażenie chęci wprost jest dobre, wyjaśniamy sytuację, oszczędzamy energię. Czasem zaś bywa przedwczesne – unikamy niepewności i ryzyka, ale zabieramy potrzebom, uczuciom możliwość dojrzewania. Dzisiaj w codziennym pośpiechu brakuje nam cierpliwości. W wielu sprawach, także w seksie, w relacjach.

Mówimy o świecie, który się zmienia. Internet – jakie to ułatwienie w podchodzeniu się nawzajem! W dodatku daje przewagę kobietom dialogu. Dla nieśmiałych jest osłoną i pomocą... Tam mamy te same prawa, a kobiecie łatwo przejąć inicjatywę, zwykle lepiej od nas piszecie i ubieracie ładniej uczucia w słowa. Ukazało się już kilka książek o internetowych kontaktach, także erotycznych. Wiele kobiet szuka partnerów przez Internet, na portalach towarzyskich, dla singli czy na czatach. Nie sądzisz chyba, że to same nimfomanki czy seksoholiczki. To często kobiety, które właśnie w Internecie znalazły okazję, żeby dać upust swojej seksualnej naturze. Odważają się na to, na co zapewne nie pozwalają sobie w realu – bezwstydnie wykazywać inicjatywę, zapraszać, stawiać warunki. Bywają wulgarne, ostre, wyuzdane. Szczegółowo potrafią mówić o tym, co chcą zrobić mężczyźnie albo czego oczekują od niego. Znam takie, którym to posłużyło. Kiedy już odkryły, jakie mają możliwości w sieci, gdy są anonimowe, i że mężczyźni z chęcią je przyjmują, potrafiły spożytkować to doświadczenie w życiu. Często jednak trudno im zintegrować te doświadczenia, nadal przeżywają siebie jako osobę podzieloną: na tę opętaną seksem, godną pożałowania, i tę porządną, która panuje nad sobą, nie odkrywa wszystkich kart.

Myśląc o sobie z dawnych czasów, jednak żałuję, że nie było Internetu. Nieśmiały, dręczyłem się z wyrokiem aktywności, też z lęku przed odtrąceniem... A to lęk głębinowy i powszechny. Wszyscy go doświadczamy. Biegłość w zapraszaniu do łóżka nie wyratuje nas od tego lęku. Musimy się z nim zmierzyć – dać mu się poprowadzić bez panicznej przed nim obrony. To paradoks, że kiedy odważamy się iść tropem niechcianych uczuć, niewygodnych konfliktów wewnętrznych, one poprowadzą nas w kierunku większego oparcia w sobie. To podstawa naszej wolności osobistej, także seksualnej. Dzięki temu kobiety wreszcie mogą decydować o sobie w seksie – sięgać, po co chcą, a nie godzić się na to, czego nie chcą. Bo do tej pory zbyt często decydowano za nas.

  1. Psychologia

U boku uwodziciela - jak bronić się przed odurzającą iluzją?

U boku uwodziciela żyjemy fantazją, najjaśniejszym snem, na pełnych obrotach – jak pod wpływem substancji odurzających, które zmieniają stan świadomości. (Fot. iStock)
U boku uwodziciela żyjemy fantazją, najjaśniejszym snem, na pełnych obrotach – jak pod wpływem substancji odurzających, które zmieniają stan świadomości. (Fot. iStock)
Dlaczego tracimy rozsądek dla szarmanckiego rycerza, a z jakiego powodu dla szorstkiego inteligenta? Dlaczego nie możemy się oprzeć królowi salonów? Czy w takich relacjach zaznamy bliskości? Nie!

Dlaczego? Bo mamy do czynienia z uwodzicielem, czyli kimś, kto niezależnie od tego, czy jest mężczyzną czy kobietą, składa niebezpośrednią, niezdefiniowaną, a jednak wyczuwalną obietnicę, że coś się wydarzy. Bardziej niż konkretnym słowem, kusi nastrojem. Jest jak reklama – sprzedaje więcej niż towar – wykreowaną ułudę. Jego działanie jest tak niesamowicie wabiące, że pragniemy być blisko niego. Bo tylko przy nim świat wygląda inaczej, jest jak we śnie. I za każdym razem się nabieramy.

W czym tkwi sekret?

Nie ma znaczenia, czy aura, jaką roztacza wokół siebie, jest rodem z książek Jane Austen lub filmów z Indianą Jonesem. Równie dobrze może być rycerzem na białym koniu, który zaprasza na wystawne kolacje i wręcza bukiety pąsowych róż, jak i szorstkim w obyciu inteligentem, który nigdy nie poda płaszcza, ale z którym prowadzi się porywające dyskusje. Zdarzają się też uwodzicielki w stylu femme fatale, rozkapryszonej panienki albo dziewczyny z sąsiedztwa. To, co łączy te wszystkie typy, to niezwykła pewność siebie. Ich siłą jest to, że potrafią sprawić, że „ofiara” czuje się absolutnie wyjątkowa.

Ulegamy, bo relacja z uwodzicielem daje nam dostęp do własnej, ukrytej, nieużywanej części osobowości. Nie potrafimy na przykład być w życiu przebojowi, choć bardzo tego potrzebujemy, bo nie umiemy przekroczyć granicy nieśmiałości. Przy uwodzicielu ją pokonujemy, ale tylko pozornie. On niczym magiczny wehikuł przenosi nas do rzeczywistości, za którą tak bardzo tęsknimy, czasem nawet o tym nie wiedząc. Do rzeczywistości także tej psychicznej. Doświadczamy czegoś nowego, fascynującego, na innym poziomie i w innym wymiarze. Uwodziciel jak demiurg uruchamia w nas ukryty potencjał.

To coś w nas

Kobieta nieśmiała, która rzadko chodzi na duże imprezy, poznaje mężczyznę – króla salonów. Co się dzieje? U jego boku zyskuje pewność siebie w towarzystwie, nagle staje się swobodna i rozmowna. Czuje się tak, jakby wypiła lampkę szampana. Jest cudownie! Zaczyna wychodzić do ludzi. Co jeszcze? Uwielbia oglądać sceny balów w filmach, śni, że tańczy na scenie, a publiczność bije brawo. Towarzyszy jej uwodziciel, a obok pojawiają się nagle nowe uśmiechnięte i chętne do rozmowy koleżanki.

Mężczyźni, którzy lgną do kobiet w typie femme fatale, choć mają przeczucie, że ten płomień może ich spalić, nie potrafią opanować do nich pociągu. Rządzi nimi jakaś tęsknota. Za czym? Być może za tym, by „spłonąć”? Jeśli kieruje nimi naprawdę silne pragnienie, motyw ognia będzie pojawiać się w ich marzeniach i snach.

Przy uwodzicielu w typie twardziela kobieta może poczuć się słaba, delikatna, może odkryć, jak to jest schować się za szerokimi, męskimi ramionami. Nagle zapragnie podkreślać w sobie eteryczność i subtelność, nosić białe, zwiewne sukienki, otaczać się delikatnymi kwiatami. Z kolei typ szarmancki wydobędzie esencję jej kobiecości, poczuje się przy nim jak królowa.

To jednak działa przez chwilę. Budzimy się po upojnej nocy i myślimy: „Wczoraj byłam królową, ale czy to naprawdę byłam ja?”. Czar prysnął niczym bąbelki szampana. Prawdziwa przemiana nie nastąpiła. Bo nie braliśmy w niej udziału świadomie, zdarzyła się niejako bez nas. Nie wykonaliśmy żadnej pracy nad sobą, skorzystaliśmy jedynie z dostępności i uroku uwodziciela, daliśmy się temu ponieść. Mimo to, albo właśnie dlatego, od takich cudownych chwil i powierzchownych metamorfoz potrafimy się uzależnić.

Partnerstwo wykluczone

U boku uwodziciela żyjemy fantazją, najjaśniejszym snem, na pełnych obrotach – jak pod wpływem substancji odurzających, które zmieniają stan świadomości. Co jednak, gdy zabraknie takiego eliksiru? Wracamy do szarej rzeczywistości na jeszcze większym głodzie i ciężko się wyrwać z tego zaklętego kręgu.

Władza i kontrola, jaką ma nad nami nasz uwodziciel, jest mu potrzebna niczym powietrze. Ma wpływ na „ofiarę” i nie odda tego tak łatwo. Nie łudźmy się, że to się zmieni. W romantycznych filmach prędzej czy później uwodziciel przechodzi transformację i zakochuje się naprawdę, w życiu bywa z tym różnie.

Zasada jest prosta: z uwodzicielem nie stworzy się związku. Z nim cały czas jesteśmy jakby w przedsionku. On woli sytuacje między ustami a brzegiem pucharu. Z powodzeniem może tak spędzić całe życie. Omija trudności związane z bliskością, zobowiązaniami. Nie musi się dopasowywać do drugiej osoby. Ma tajną przepustkę, która czyni go nietykalnym. Bo on nie chce ani dawać, ani się zmieniać, woli brać i nie mierzyć się ze swoimi ograniczeniami. Jego wabik – intelekt, seks, twórczość, duchowość – przyciąga, ale jednocześnie jest uprzężą, która zachowuje dystans. To tak, jakby byty „on” i „ja” zakuć w dyby – nigdy się nie dotkną. Choć uwodziciel wydaje nam się być wymarzonym partnerem, to nigdy nim nie zostanie, bo nasza relacja nie ewoluuje.

Wieczne constans

W normalnych, bliskich relacjach ludzie się od siebie uczą, zmieniają, wspólnie przekraczają ograniczenia, dopełniają albo czerpią ze swoich podobieństw. Są ze sobą w prawdziwym kontakcie. Dzięki temu rozwijają się, każde z osobna i jako para.

Jakiegoś mężczyznę może w kobiecie pociągać na przykład to, że jest konsekwentna, poukładana, zorganizowana, miła, ciepła. I chociaż on jest bałaganiarzem, ona kocha w nim fantazję i spontaniczność. Jeśli są ze sobą blisko, on sięgnie do swojej bardziej uporządkowanej części, a jego partnerka zdobędzie się na odrobinę luzu. Potem on stanie się bardziej emocjonalny, a ona odważna.

Natomiast relacja z uwodzicielem jest ciągle taka sama. Po pewnym czasie niewiele nowego się w niej dzieje. Nie rozwija się. Dlaczego? Bo uwodziciel nie potrafi przekroczyć pewnej bariery. To, co zazwyczaj zdarza się w jednym związku, on przeżywa w kilku, z kilkoma partnerami – po to, żeby tylko do nikogo się zbytnio nie zbliżyć. To jego stała strategia.

Uwodziciele tworzą czasem strukturalnie silne więzi, tyle że nie dotykają one pewnego poziomu. Nie ma pełni. W ich relacji nie spotykają się dwa potencjały, bardziej ich obietnice. Wszystko jest zanurzone w jakiejś aurze, ale tak naprawdę nie dotyka doświadczenia. I nie dotyczy to tylko związków miłosnych, także przyjaźni czy innych znajomości. W nich nigdy nie osiągniemy pewnego pułapu.

Jak się bronić?

Kobieta, która naprawdę czuje się królową, nie potrzebuje uwodziciela, który jej to powie. Komplementy przyjmuje z dużą asertywnością – dziękuje z uśmiechem, bo wewnętrznie zgadza się z nimi. Natomiast jeśli nie ma wysokiej samooceny, łatwiej ulegnie uwodzicielowi. I nie zauważy oczywistości, że to, co jej oferuje, nie do końca jest szczere i prawdziwe, że coś tu po prostu trzeszczy.

Podstawą do ochrony przed uwodzicielem jest świadomość samego siebie. A także tego, co dzieje się ze mną, gdy słyszę jego słodkie jak miód obietnice. Jeśli ktoś mi mówi, że jestem dla niego jak Westalka, a moje oczy płoną niczym ognie odwiecznym płomieniem i robi to na mnie wrażenie – oznacza, że rzeczywiście potrzebuję tak się poczuć. Warto sobie wokół tego trochę pofantazjować, zastanowić się, jakie uczucia wzbudzają we mnie jego komplementy. Czy słysząc takie słowa, czuję się bardziej kobieca, seksowna, tajemnicza? Czy jeśli sama „stanę się” Westalką, uniezależnię się od jego słów? Przestanie mi być niezbędny? – to najlepszy klucz do budowania prawdziwych relacji.

Lampka alarmowa powinna się nam włączyć właśnie wtedy, gdy zauważamy, że potrzebujemy uwodziciela jak powietrza, że bez niego nie potrafimy funkcjonować. Zastanówmy się, co w nim takiego jest, co najbardziej podziwiamy. Jeśli cenimy go na przykład za ambicję czy odwagę, to może być to dla nas wskazówką, co powinniśmy zmienić w samych sobie. Bo uwodzi nas zwykle to, czego nam w życiu brakuje, a utwierdzają w tym – nasze kompleksy. Skoro nie wierzymy, że potrafimy być lepsi, bardziej przebojowi, wyluzowani, odważniejsi – to chcemy chociaż grzać się w cieple kogoś, kto naszym zdaniem posiada te wszystkie cechy. Jednak w ten sposób pozbawiamy się prawa do decydowania o własnym życiu, o tym, kim jesteśmy, do czego zmierzamy, co chcemy osiągnąć. Bo wszystko, czego pragniemy od świata, musimy znaleźć najpierw w sobie.

Nie taki straszny

Nie warto być ofiarą uwodziciela, ale dać się uwieść na chwilę, czemu nie? Mowa tu o flirtowaniu, czyli uwodzeniu na małą skalę. Można to robić na różne sposoby – z mężem, przyjacielem, nieznajomym, kolegą z pracy. Po co? Bo zabawa w rozsiewanie czaru jest ćwiczeniem w czerpaniu przyjemności z życia.

Gdy poobserwujemy siebie podczas flirtowania, zauważymy, że jesteśmy zupełnie inni niż na co dzień. Tak jakoś słodko się uśmiechamy, swobodnie rozmawiamy, z gracją poruszamy… Mamy ochotę inaczej się ubrać, a może nawet wyjąć farby i coś namalować… Czujemy się tak, jakbyśmy chcieli na chwilę zajrzeć do zaczarowanej komnaty. Jeśli pod wpływem tego, co zobaczymy, zmienimy siebie samych, być może ten czar zacznie działać w naszym życiu. I żaden uwodziciel nie będzie nam już do tego potrzebny.

Znajdujesz się w sidłach uwodziciela, jeśli:

  • w waszej relacji nie ma równowagi w braniu i dawaniu,
  • masz poczucie wykorzystania,
  • nie możesz liczyć na pomoc i swobodny kontakt,
  • długo trwa bolesny taniec zbliżeń i oddaleń,
  • dowiadujesz się, że podobną relację ma nie tylko z tobą,
  • zachowujesz się autodestruktywnie,
  • masz wrażenie, że dzieje się ciągle to samo, znajomość się nie rozwija,
  • doświadczasz powierzchownych, choć czasem gwałtownych emocji, nie prawdziwych uczuć,
  • czasem wydaje ci się, że ta historia nie wydarza się naprawdę,
  • brak ci bliskości drugiego człowieka.