1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Radosław Sikorski - Skoki bez spadochronu

Radosław Sikorski - Skoki bez spadochronu

Wie, co to zwierzęcy strach. Doświadczył go, gdy z karabinem i kamerą narażał życie w Afganistanie i Angoli. Zna także dreszcz satysfakcji, czuł go, kiedy limuzyną pod eskortą jechał ulicami Londynu, miasta, gdzie wcześniej dorabiał, pracując w pubie. Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych, mówi, co jest prawdziwą odwagą i co go w życiu przerosło.

– Jak się żyje, uważając na każde słowo, szef dyplomacji musi...

– …powstrzymywać swój polemiczny temperament.

– Miał pan pecha, a może raczej szczęście urodzić się w Polsce Ludowej?

– Urodziłem się na tyle wcześnie, by poznać szczególne zapachy PRL-u. I zdążyłem w Afganistanie walczyć z imperium zła. Pewnie bez PRL-u i stanu wojennego nie trafiłbym do Anglii, za co zresztą kiedyś podziękowałem osobiście generałowi Jaruzelskiemu. Ale paradoksalnie, im lat mi przybywa i im bardziej się od nich oddalam, tym bliższe mi są dawniejsze czasy. Człowiek z wiekiem łatwiej sobie wyobraża, jak to było np. w XIX wieku.  I z tej perspektywy PRL, z polskimi szkołami i niesuwerennym, ale jednak państwem, wygląda trochę lepiej. Natomiast za wielkie szczęście poczytuję sobie, że pierwszą regularną pracę – jako wiceminister obrony – zacząłem już w wolnej Polsce. Oszczędzone mi były zagrożenia i pokusy starszych kolegów.

– Co w PRL-u było najgorsze, poza kłamstwem? 

– Wszechogarniająca bylejakość, bieda i brzydota. I całkowita niemożność. Ale też urbanistyczny i mentalny chaos. Poczucie niższości, kiedy opuszczało się kraj. Ledwie było nas stać na kawę w McDonaldzie. Żartowaliśmy, że od takiej kupionej za dolary kawy podniebienie robiło się zielone.

– Z dzielnicy z wielkiej płyty w Bydgoszczy, zanurzonej w papce PRL-u, skoczył pan nagle do Oksfordu, bez spadochronu (o skoku ze spadochronem będzie później). Jak pan to zrobił?

– Ciężka praca i łut szczęścia. Pracując jako nocny recepcjonista w londyńskim hotelu, pożerałem książki – zarówno emigracyjne, jak i angielskie. My, Polacy, naprawdę nie jesteśmy gorsi od innych, przynajmniej indywidualnie. Inni górują nad nami zdolnością do działania zespołowego.

– Miewa pan niekiedy odruch metafizycznego zdumienia czasem, życiem? Nazwijmy to uczucie potocznie: „ale się porobiło!”. 

– Za każdym razem, gdy mijam dawny Dom Partii w Warszawie, z wystawami sklepów z burżuazyjnymi luksusami. Ale pierwszy dreszcz zdumienia upływem czasu miałem już w dzieciństwie. Liczyłem nieźle, skoro doliczyłem się, że w tym bardzo odległym dwutysięcznym roku będę miał aż 37 lat!? Pomyślałem: „nie, to niemożliwe, abym kiedykolwiek był aż takim staruchem”. A teraz pogodziłem się z myślą, że mogę tylko spowalniać procesy entropii własnego ciała. Właśnie się poddałem i kupiłem okulary do czytania…

– Inne poruszenia były nieuchronne, kiedy jeździł pan po świecie. Najpierw na saksy, potem jako młody emigrant, w końcu dziennikarz, czasami w miejsca groźne i niezwykłe, by po latach tam wracać już w zupełnie innej roli...

– Najmocniej taki dreszcz metafizycznego zdziwienia czuję w Londynie. Niedawno pracowałem tam w pubach, by dorobić parę funtów i nauczyć się angielskiego. A teraz jadę ulicami Londynu, które wyglądają tak samo, ale w eskorcie motocyklowej i dla naszej kawalkady specjalnie otwierają bramę pod łukiem triumfalnym na Hyde Park Corner.

 
– Afganistan? Tam dopiero się porobiło! Ci, którzy byli dla nas symbolem oporu wobec imperium – był pan wtedy z nimi z aparatem, kamerą i z karabinem – teraz strzelają do polskich żołnierzy, których niedawno był pan zwierzchnikiem.

– Naturalnie nie popełnia pan szkolnego błędu mylenia mudżahedinów, którzy walczyli z Sowietami w latach 80., z talibami, którzy skrzyknęli się dopiero w połowie lat 90. Ale prowokuje pan niebezpiecznie moją pamięć... Widzę, jak radzieckie helikoptery niszczą połowę naszego konwoju, a ja i moi afgańscy towarzysze cudem uchodzimy z życiem. Jest rok 1987. Odbywam podróż do Heratu, mijając Kandahar, miejsce, które już wtedy było niebezpieczne, a dzisiaj jest siedliskiem talibów. Przebycie trasy tysiąca kilometrów przez okupowany przez Rosjan Afganistan zajęło nam sześć tygodni, tylko w jedną stronę. Najtrudniej jednak pokonać 200 km do granicy pakistańskiej, aby przekroczyć drogę Kabul – Kandahar. Zajęło to trzy tygodnie. Droga zniszczona przez czołgi, wszystkie domy zrównane z ziemią, aby było wolne pole ognia. Błąkaliśmy się nocami po pustyni. Na trzeci dzień w jednej wiosce zaatakowały nas helikoptery...

Krajobraz jest podobny, męski, kontrast między surowością gór a zielenią dolin. Ale teraz na transporterach opancerzonych nie ma czerwonych gwiazd, lecz łopoczą polskie proporczyki. Nasi żołnierze są odpowiedzialni za bezpieczeństwo tej drogi, już wyasfaltowanej i chyba lepszej od większości dróg polskich. Ale teraz jest atakowana przez partyzantów, którzy pewnie czasami są synami moich dawnych towarzyszy. Jest nad czym się zadumać.

– Nie ma pan jednak wątpliwości, że bronimy wolności i demokracji?

– W 1987 roku cel mojej podróży – starożytne miasto Herat – znane było jako „mała Hiroszima”. A teraz kwitnie. Afganistan nie stanie się wkrótce azjatycką Szwajcarią, ale – choć to pewnie marna pociecha – dzisiaj radzi sobie lepiej niż sąsiedni Pakistan.

– Gdzie pan był 4 czerwca ’89 roku? Najmłodszym przypominam, to dzień naszych słynnych wyborów. I jak się okaże, początek rozpadu sowieckiego imperium. Mur berliński jednak runie dopiero za jakiś czas.

– Trudno, abym nie pamiętał tego dnia... Jestem z antykomunistycznymi partyzantami w Angoli, tuż po zasadzce na komunistów na strategicznej drodze pomiędzy Huambo a portem w Bengueli. Partyzanci spalili kilkanaście ciężarówek i zdobyli archiwum regionalnego komitetu partyjnego z Huambo, ważnego miasta. Oswobodziliśmy przy okazji kilkaset puszek z mięsem i rybami. Filmowałem kamerą wideo dla telewizji NBC, co nie było bezpieczne. Ktoś zwalił się w pobliżu, później okazało się, że kula z ciężkiego karabinu maszynowego oderwała mu nogę. Nazajutrz o świcie budzę się w buszu przykryty lekkim śpiworem, snują się ciemnoskórzy wartownicy, tlą się przygasłe ogniska. Włączam radio, takie małe Sony, i nagle łapię końcówkę serwisu BBC. Pamięta pan, co jeszcze ważnego zdarzyło się tego dnia?

– Nie.

– News wyborczy z Polski przykryły dwa inne – masakra na Tiananmen i śmierć ajatollaha Chomeiniego w Iranie. Zwycięstwo Solidarności w wyborach to była wiadomość trzecia. Pomyślałem jednak wtedy: „co ja tu robię, w środku Afryki, kiedy w Polsce Solidarność wygrywa wybory”.

– Jako człowiek polujący na tematy i zwolennik mocnych przeżyć zazdroszczę trochę tej Angoli, ale też współczuję, że nie było pana w kraju. Stał się wtedy drugi wielki cud, po tym z sierpnia ’80 roku.

– Na szczęście już w dwa miesiące potem jestem w kraju. I stoję pod cokołem pomnika na placu Dierżyńskiego, kiedy burzą pomnik. Duża satysfakcja. Już w poprzednich dniach zrobiłem zresztą nocne tournée po mojej rodzinnej Bydgoszczy i bagnetem poodrywałem tabliczki z nazwami ulic Dzierżyńskiego, Nowotki, 22 Lipca i Armii Czerwonej. Mam je do dzisiaj.

– Pamiętam, dźwig chwycił go wpół, odpadły mu najpierw nogi, potem stoczyła się z tułowia głowa. Chyba daliśmy mu szansę na męczeństwo? A może trzeba było z tego zrobić happening? Nie brakuje panu u nas uśmiechów?

– W fotelu, gdzie pan siedzi, niedawno zasiadał twórca Pomarańczowej Alternatywy „Major” Fydrych. A ja z uśmiechem dałem mu patronat ministerstwa dla operacji 30-lecia Alternatywy, z wystawami w kilku europejskich stolicach. Ale faktycznie, nasza polityka jest strasznie ponuracka. Dowcipniejszego słowa nie można powiedzieć, żeby potem nie wypominali w zupełnie innym kontekście.

– Żonę, Anne Applebaum, poznał pan chyba w Polsce?

– Tak, właśnie jesienią 1989 roku. Gdy ja odrywałem tabliczki uliczne, ona stała na czatach. Zresztą napisała pierwszy artykuł w zachodniej prasie o Pomarańczowej Alternatywie. Ale tamtego sierpnia ’89 roku przyjechałem jeszcze z moją narzeczoną Olivią Williams, teraz znaną aktorką.

– Widział ją pan w ostatnim filmie Polańskiego?

– Gratulowałem jej tej roli, mamy do dzisiaj przyjacielski kontakt. „Autor widmo” jest świetnym filmem, a ona w nim znakomita. Reżyser mistrzowsko oddał atmosferę kryzysu medialno-politycznego. Ten temat nie jest mi obcy...

 
– Myśli pan czasami, co by było, gdyby związał się pan z nią na stałe? Podobno nie wolno zadawać sobie takich pytań, ale pisarz i polityk czasami chyba powinien.

– Byliśmy ze sobą przez cztery lata. A gdyby tak już zostało, pewnie prowadziłbym spokojne życie, pisząc scenariusze filmowe i thrillery. O tym marzyłem i do tego się przymierzałem... Mam zresztą w planach powieść, thriller polityczny. Podpisałem nawet umowę z poważnym wydawcą, ale na razie braknie czasu. Wierzę, że tę książkę kiedyś napiszę.

– W jakimś sensie zbiera pan przez cały czas materiał do thrillera politycznego. A może po to został pan ministrem spraw zagranicznych? Dla tematu zdarzało się panu nawet narażać życie...

– Moi polityczni oponenci powinni się mieć na baczności: obiecuję sobie wyrównać wszystkie rachunki na stronach mojej powieści.

– Można powiedzieć, że w Polsce rwane były wszystkie tradycje oprócz tradycji niechlujstwa. Pana dwór w Chobielinie, znam go z fotografii i z pana książki wydanej po angielsku, to przede wszystkim walka o tradycję i piękno, chociaż niektórzy go panu wypominają. 

– W zawiści jesteśmy mistrzami świata. To taka zdegenerowana forma republikańskiego egalitaryzmu. Ale przekleństwem Polski ostatnich trzech stuleci był też krótki horyzont planowania. Nie warto było robić niczego trwałego, bo wiadomo było, że i tak raz na pokolenie przyjdzie jakiś kataklizm polityczny i trzeba będzie wszystko zaczynać od nowa. W Polsce Ludowej prawie nie było prywatnej przestrzeni, dlatego wszystko stawało się niczyje i niszczało. Chwila odzyskania niepodległości to też otwarcie rozdziału walki o estetykę. Jak pisał Norman Davies: „W Polsce, w czasach niewoli, wszystko, co najważniejsze, było niewidzialne”. Co najładniejsze też. Tylko wolność pozwala tworzyć kulturę materialną. Mam nadzieję, że dzisiejsza stabilność powoli to przełamuje, choć miewam wątpliwości, gdy jadę po nowej drodze, która często po roku nadaje się do remontu. Ale jednak jest widoczny postęp, są nowe standardy, jest ładniej, nawet nasze sanitariaty…

– …już prawie doszły do Europy.

– Zdecydowanie, nawet na najmniejszych stacjach benzynowych. Jak pan wspomniał, o Chobielinie napisałem książkę. W niej jest też pewna deklaracja ideowa. Już nie zamykamy się w gronie przyjaciół, a po nocach nie walczymy z demonami. Wolni korzystamy z wolności, a ziemię czynimy nam poddaną... Nadal jednak wiele jest do zrobienia. Także w naszej dyplomacji. Do niedawna większość ambasad to były smutne muzea późnego Gomułki i wczesnego Gierka. To też się zmienia. Kto wie, może jeszcze rodacy docenią mój bunt estetyczny wobec Pałacu Kultury? Ostatnio spodobał się pewnemu wizytującemu arabskiemu dygnitarzowi. Gdy zapytał, czy jest na sprzedaż, powiedziano mu, że minister zapewne pomoże mu w transakcji, pod warunkiem że będzie to sprzedaż na wynos…

– Jeśli jesteśmy blisko sfery cudów. Był pan przy porodzie swoich synów?

– Byłem przy pierworodnym, Aleksandrze, i nie polecam takich doznań. Przy porodzie Tadzia siedziałem już grzecznie w pokoju obok.

– Może dzisiaj dowód męskości to przewinąć dziecko z kupy w środku nocy. Zdarzyło się panu?

– To były momenty bezradności, które żona odczuwa, gdy psuje się domowy komputer.

– Wychowanie dzieci bywa trudniejsze od polityki. Powinno się czasami spuścić lanie synowi? Chyba szukam u pana zachowań kojarzonych z konserwatyzmem…

– Zdarzało się. Mój młodszy to, tak jak tatuś swego czasu, żywy chłopiec. Potrafił na przykład wyskoczyć przez okno w szkole (na szczęście z sali na parterze) albo koledze wyrzucić plecak.

– Nie mam co pytać o partnerstwo w małżeństwie, Anne jest znaną w świecie amerykańską dziennikarką, autorką wybitnych książek i laureatką Pulitzera. Skazał się pan na partnerstwo. Bywa bolesne, dwa mocne charaktery?

– Jak w dyplomacji najlepszą gwarancją stabilności jest równowaga sił.

– Nie była trochę przerażona, kiedy groziło jej, że zostanie żoną prezydenta?

– Dzielnie to znosiła. Były też zabawne momenty, jak wtedy gdy stylista odrzucił całą jej garderobę. Natomiast ma subiektywne poczucie, że po 25 latach pisania samych dobrych rzeczy o Polsce nie zasłużyła na bluzgi na forach.

 
– Jest pan zwolennikiem parytetów, myślę o kobietach w życiu politycznym?

– Zdecydowanie. W Polsce w czasach niewoli mężczyźni walczyli o wolność, potem byli zsyłani na Syberię albo internowani i wtedy kobiety musiały dbać o rodzinę, wykazywać dojrzałość, zdolności menedżerskie i twardy realizm w podejściu do życia. Po 20 latach aktywności w polskiej polityce mam taką refleksję: nasi faceci są od gadania, a jak trzeba coś zrobić, to skuteczniej robi się to z kobietami. Dlatego trzeba wymusić na mężczyznach, by więcej kobiet działało w polityce. Jestem za parytetami. Nie wiem, czy koniecznie prawnymi. Jeśli to samo można osiągnąć poprzez decyzje polityczne samych partii, też mnie to usatysfakcjonuje.

– To ja właściwie nie wiem, na czym polega u pana konserwatyzm? Na przywiązaniu do historii? Też jestem bardzo przywiązany, ale przyszłość jest jednak ważniejsza.

– Konserwatysta szanuje pewną sceptyczną postawę wobec projektów ideologicznych i entuzjazmów politycznych. Zdaje sobie sprawę z ułomności natury ludzkiej i wobec tego buduje instytucje, które niwelują skutki naszych niedoskonałości. I zakłada, że gdyby ludzie byli aniołami, to instytucje w ogóle nie byłyby potrzebne. Są potrzebne właśnie dlatego, że aniołami nie jesteśmy.

– Pamiętam pana łzy, kiedy podał się pan do dymisji jako minister obrony. Cenię, kiedy mężczyzna ujawnia w sobie pewne kobiece cechy i wrażliwość. Minister obrony powinien kochać armię. Ale trochę niepokoi, jak można takim uczuciem darzyć armię, czy nie jest to jednak okropna konieczność...

– Jak nie będziemy jej kochać, to nie będzie mocna i nasza. Większość polskich narodowych nieszczęść jest wynikiem przegranych wojen. PRL – Polska przegrała drugą wojnę światową, podwójnie, wojskowo i politycznie. Zabory? Przegraliśmy wojnę o obronę Konstytucji 3 maja. Jesteśmy krajem w przeciągu historycznym, bez naturalnych granic z sąsiadami. Jak mawiali planiści natowscy: Bóg stworzył Polskę do wojny pancernej. Dlatego nie mamy wyboru: jeśli chcemy obronić odzyskaną wolność, musimy mieć armię, która wystarczy do odstraszania potencjalnego agresora.

– Jako minister obrony skoczył pan ze spadochronem. Wtedy pana „przyjaciele polityczni” kpili, że w asyście zawodowego skoczka. Teraz pewnie woleliby, aby skakał pan bez spadochronu. Skąd u nas tyle nienawiści? W panu też czasami widzę wielki gniew… 

– Rzeczywiście, wzbiera we mnie. Ostatnio poczułem, jaki mechanizm psychologiczny musiał wywoływać decyzje o rozpoczynaniu z góry przegranych powstań. Z kalkulacji sił i przewidywalnych skutków rozsądni ludzie wywodzili, że trzeba cierpliwie budować siłę i czekać na błędy przeciwnika. A tu jacyś zaczadzeni poeci wrzeszczą, że kto nie chce z nimi skoczyć w przepaść, ten tchórz, zdrajca i ćwierć-Polak. Bo prawdziwy Polak to rzekomo taki dureń, który o niczym innym nie marzy, tylko żeby go mordowali, byle spektakularnie. No więc prawdziwą odwagą jest przeciwstawienie się tym, którzy chcieliby nas znowu poprowadzić ku jakiemuś narodowemu nieszczęściu. Nie wolno im ulec, żeby nie wiem ile pseudopatriotycznego jadu z siebie wylewali. Dzięki Bogu jest pokój i czas na opamiętanie się. No pasaran.

– Pański Afganistan to reportaże, książki, nagroda World Press Photo, legenda. Nic nie pomogło, dla wielu polityków jest pan złym Polakiem.

– To zdumiewające, jak łatwo niektórym ludziom przychodzi kwestionowanie patriotyzmu innych. Myślę, że to jądro histerycznego klimatu naszej polityki. Nie różnica zdań czy inna koncepcja taktyczna, tylko od razu zdrada lub zaprzaństwo. Bez fałszywej skromności powiem, że na wojnie w Afganistanie udowodniłem to i owo nie tylko sobie. Poznałem, co to jest przeżyć prawdziwy zwierzęcy strach, a mimo to wypełnić zadanie.

A dzisiaj powinniśmy wziąć sobie do serca to, co powiedział Tusk o Komorowskim, gdy pasowaliśmy go na naszego kandydata. Że w czasach gdy trzeba było walczyć, Bronek walczył, a gdy przyszedł czas budowania, buduje. Nie ufam politykom, którzy robią na odwrót. Żeby nie wiem ile patriotyzmu mieli na ustach.

– Co do przyszłości jedno pewne, będzie inna, niż myślimy. Nie męczy to czasami ministra od przyszłości?

– Gdy trendy nam sprzyjają, trzeba łapać w żagle przyjazne wiatry, a nie wszczynać awantury z całym światem. Gdyby udało się w pełni zeuropeizować naszych wschodnich sąsiadów, mielibyśmy szansę wreszcie pokazać światu, co potrafimy, gdy mamy takie same warunki wolności i bezpieczeństwa, jakimi inni cieszą się od pokoleń.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).