1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Oznaki zbliżającego się porodu – po czym poznać, że poród się zbliża?

Oznaki zbliżającego się porodu – po czym poznać, że poród się zbliża?

Kalendarz ciążowy wskazuje, że poród zbliża się wielkimi krokami. Nie wiesz zupełnie czego się spodziewać? Masz obawy, że nie uda Ci się rozpoznać rozpoczynającej akcji porodowej? Poznaj główne oznaki zbliżającego się rozwiązania – dzięki temu wsłuchiwanie się w sygnały wysyłane przez organizm będzie dużo łatwiejsze.

Kalendarz ciążowy wskazuje, że poród zbliża się wielkimi krokami. Nie wiesz zupełnie czego się spodziewać? Masz obawy, że nie uda Ci się rozpoznać rozpoczynającej akcji porodowej? Zastanawiasz się, po czym poznać, że poród się zbliża? Poznaj główne oznaki zbliżającego się rozwiązania – dzięki temu wsłuchiwanie się w sygnały wysyłane przez organizm będzie dużo łatwiejsze.

Nawet jeśli lekarz wyznaczył termin porodu podczas badania USG wykonywanego na superczułym sprzęcie, faktyczny moment rozwiązania może być zupełnie inny. , akcja porodowa może zacząć się już w 38. tygodniu ciąży lub nawet 10 dni po terminie. Niezależnie od tego, jak szybko to nastąpi, można wskazać kilka charakterystycznych objawów zbliżającego się porodu. Jak zatem to rozpoznać?

Pierwsze objawy zbliżającego się porodu

Prawda jest taka, że organizm do porodu szykuje się przez 9 miesięcy. Jednak to właśnie w ostatnich tygodniach przygotowania nabierają na sile, prowadząc do rozpoczęcia akcji porodowej.

Po czym poznać, że poród się zbliża? Do pierwszych znaczących objawów zbliżającego się porodu zaliczyć można m.in.:

  • tzw. skurcze przepowiadające – są nieregularne i najczęściej niebolesne, trwają bardzo krótko,
  • skracanie szyjki macicy – dochodzi do tego na skutek regularnych skurczów przepowiadających; powodują one, że długa, twarda i zamknięta szyjka staje się miękka, cienka i elastyczna,
  • obniżanie brzucha – to skutek umiejscawiania się dziecka w kanale rodnym,
  • zwiększoną ilość wydzieliny z pochwy – wynika to z odchodzenia czopa śluzowego, któremu może towarzyszyć plamienie.
Jeżeli zauważysz wyżej wymienione oznaki zbliżającego się porodu, zachowaj spokój. Na tym etapie nie musisz jechać do szpitala, jednak warto być w gotowości. Dalszy rozwój wydarzeń związanych z porodem może nastąpić szybciej, niż myślisz.

Pozostałe sygnały wskazujące na zbliżający się poród

Poza pierwszymi bardzo charakterystycznymi objawami zbliżającego się porodu, można wskazać oznaki towarzyszące.

  • Biegunka
Biegunka wcale nie musi oznaczać problemów żołądkowych. Jeśli występuje pod koniec ciąży, może wskazywać na zbliżający się poród. Powszechnie uważa się, że organizm w ten sposób próbuje się oczyścić – po to, aby nic nie zakłócało przedostawaniu się dziecka przez kanał rodny.

Warto mieć świadomość, że biegunce jako jednej z oznak zbliżającego się porodu często towarzyszą bóle przypominające bóle menstruacyjne.

  • Zmiany apetytu
Jednego dnia jesteś bardzo głodna, a kolejnego – nie masz ochoty na żadne jedzenie? Pod koniec ciąży jest to całkowicie normalne, ponieważ często oznacza to zbliżający się poród.
  • Zatrzymanie wzrostu masy ciała lub spadek wagi
U wielu kobiet, u których kalendarz ciążowy wskazuje na zbliżający się poród, mogą zauważyć zatrzymanie wzrostu masy ciała lub wręcz jej spadek. Nie jest to powód do niepokoju – nie martw się, że dziecko nie przybiera na wadze. Taka sytuacja może mieć miejsce – spadek Twojej wagi po 36 tygodniu nie należy do rzadkości, a stanowi jeden z objawów zbliżającego się porodu .

Uwaga na odejście wód płodowych

Na zbliżający się poród może wskazywać odejście wód spowodowane pęknięciem pęcherza płodowego. Nie oczekuj jednak dużego chluśnięcia, ponieważ – wbrew temu, co można obejrzeć na wielu filmach – najczęściej dochodzi jedynie do sączenia się wód. Można to porównać do mimowolnego popuszczania moczu.

Skurcze – typowy symptom zbliżającego się porodu

O ile skurcze przepowiadające stanowią głównie trening przygotowujący do rozwiązania ciąży, o tyle skurcze porodowe pozwolą na urodzenie dziecka. Ich zadanie polega na doprowadzeniu do skracania i rozwierania szyjki macicy, a następnie wypchnięcia malucha z kanału rodnego.

Jak rozpoznać zbliżający się poród po częstotliwości skurczy przepowiadających? W zależności od fazy akcji porodowej skurcze porodowe występują odpowiednio: co 10-15 minut, co 2-5 minut, co 1-2 minuty. Im częściej się pojawiają, tym dłużej trwają. Zwiększa się także ich intensywność – najsilniejsze są w kluczowym momencie porodu, po to by ustąpić na sam koniec.

Skurczów porodowych nie da się pomylić z żadnymi innymi. Łatwo je odróżnić od skurczów przepowiadających, m.in. po tym, że:

  • odstępy między skurczami skracają się przy jednoczesnym wydłużeniu czasu ich trwania,
  • zwiększa się ich nasilenie – stają się coraz bardziej bolesne,
  • ból dotyka nie tylko brzuch i podbrzusze, ale również obejmuje okolicę krzyżową i lędźwiową.
Zastanawiasz się, jakie oznaki zbliżającego się porodu powinny skłonić Cię do wyruszenia na porodówkę? Po czym poznać, że poród się zbliża wielkimi krokami, więc warto jak najszybciej udać się do szpitala? Najlepiej zrobić to w momencie, gdy dojdzie do odejścia wód płodowych, a skurcze staną się coraz bardziej nasilone i zaczną pojawiać się z większą częstotliwością.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Montessori w domu. Pomóż dziecku rozwijać jego niezależność

Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu. ( Fot. iStock)
Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu. ( Fot. iStock)
Mów dziecku każdego dnia, że je kochasz. Wszystko inne jest ważne, ale drugorzędne. Wiedza o tym, że jest kochane, a zatem cenne i zdolne, to paszport, którego dziecko może użyć, aby dostać się tam, gdzie chce. Dzieci rodzą się kompletne, czyste, spokojne, zgodne z własnym wewnętrznym nauczycielem. Musimy tylko pozwolić im pozostać autentycznymi-  mówi Beatriz M. Muñoz, mama czterech córek, propagatorka metody Montessori.

Montessori – to system wychowawczy stworzony przez włoską lekarkę Marię Montessori, który pomaga we wszechstronnym rozwoju dziecka. Duży nacisk w tej metodzie edukacyjnej postawiony jest na środowisko oraz nauczycieli, dlatego dotychczas metoda ta stosowana była głównie w przedszkolach i szkołach. Ukazały się właśnie dwie książki, które są przewodnikami po metodzie Montessori do zastosowania w domu.

Fragment książki „Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz

Stosowanie metody Montessori w domu ma dużo wspólnego z nauczaniem przez dawanie przykładu, a niewiele z zakupami (specjalnych mebli, materiałów, gadżetów - przyp. red.). Dzięki temu sami jesteśmy zmianą, którą chcemy widzieć w świecie, a ponadto staramy się być jak najlepszymi ludźmi. Korzystając z tej metody, uczymy się współczucia, uzdrawiania i przebaczania, gdy pracujemy nad wszystkim, co w naszym dzieciństwie szwankowało, aby nie powtarzać w założonych przez siebie rodzinach błędnych wzorców. Metoda ta pomaga nam również cieszyć się chwilą, żyć teraźniejszością, spędzać dobrze czas i żyć w pełni. Dzieci są niewątpliwie szczęśliwsze, ponieważ czują się szanowane i bardziej związane z rodzicami, ci z kolei mogą się stać dużo czystszym i bardziej gładkim lustrem, w którym ich pociechy zobaczą siebie. Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci należą do swojej rodziny i wiedzą o tym, że mogą być w niej użyteczne, że są słuchane, że mają zaspokojone poczucie niezależności i wolności, a przede wszystkim – że otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu.

Bycie autentycznym, podążanie za własną naturą, ale z poszanowaniem zasad grupy społecznej, wspólnie przez nią przemyślanych i ustalonych, oraz posłuszeństwo sobie samym to dary, na które wszyscy zasługujemy, dary, które są prawdziwą pomocą w życiu.

Nie wolno nam bać się błędów. Wychowanie dzieci w strachu jest jednym z najgorszych uchybień, jakie mogą popełnić rodzice, pozytywne jest natomiast wychowywanie dzieci w spokoju. Powiedziałabym, że z miłością, ale nie wszyscy rozumiemy miłość w ten sam sposób, więc mówię o wychowaniu z wzajemnym szacunkiem, ponieważ jeśli będziemy traktować dzieci z szacunkiem, nigdy ich nie skrzywdzimy.

Powiedzieliśmy, że materiały nie są niezbędne w domu, ponieważ dla dzieci najważniejsze jest to, żeby spędzać czas ze swoimi rodzicami. Oferując im swój czas, nigdy się nie pomylisz. Bezwarunkowa miłość i instynkt nigdy nie zawodzą. Błąd jest motorem nauki, powinniśmy go traktować jako okazję do poprawy. Jeśli w dzieciństwie nauczono nas, żeby błąd kojarzyć z poczuciem winy i porażką, możemy się bać, że powtórzymy ten schemat. (…)

Wychowanie to odkrywanie

Maria Montessori mówi w swoich książkach, że największymi przeszkodami dla nauczyciela, a więc także dla rodziców, którzy są pierwszymi nauczycielami swoich dzieci, są duma i złość. Obie uniemożliwiają nam komunikowanie się z naszymi dziećmi z miłością. Duma skłoni nas do myślenia, że my, jako dorośli, wiemy więcej niż one, a towarzysząca jej złość pojawi się, gdy dzieci będą chciały podążać za swoją naturą, a nie robić to, czego my, dorośli, od nich oczekujemy. Krótko mówiąc, największym błędem w rodzicielstwie jest nadmierna kontrola. Pochodzi ona z przekonania, że wiemy więcej, i jest konsekwencją nieuzyskania oczekiwanych rezultatów. Pochodzi z naszego ego, z przekonania, że dziecko jest naszą własnością, a nie po prostu samym sobą. Mówił to już Khalil Gibran: „Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi”.

Oczywiście, nie powinniśmy tolerować wszystkich zachowań dzieci, ale miłość i ochrona naszej więzi muszą być zawsze obecne w naszej relacji z nimi. Musimy być zarówno życzliwi, jak i stanowczy. W przeciwnym razie konsekwencje mogą być tak bardzo katastrofalne, że nasze dzieci spędzą resztę życia, próbując się pozbierać. Frederick Douglass powiedział, że łatwiej jest kształtować silne dzieci, niż naprawiać złamanych dorosłych, i myślę, że miał rację.

Dziecko daje nam możliwość naprawy naszego życia dzięki uczuciom przeciwstawnym dumie i złości – pokorze i cierpliwości; to są wielkie dary, jakie przynosi nam rodzicielstwo, jeśli jesteśmy gotowi je przyjąć. Maria Montessori mawiała, że wychowywanie jest pomocą na całe życie i czasami myślę, że prawdziwa pomoc na całe życie jest przekazywana w nasze ręce przez dzieci w momencie ich narodzin.

Naszym zadaniem jest towarzyszenie maluchom w tym procesie, który rozpoczyna się od poznania samego siebie, a następnie swoich rówieśników, swojej kultury i swojego społeczeństwa, a prowadzi do poznania wszechświata i odkrycia tego, co dzieci chcą robić w życiu. (…)

Włączaj dziecko do swojego życia, do praktycznych czynności życiowych, do załatwiania spraw, do posiłków, do spacerów. Otaczajcie się pięknem, kiedy tylko możecie, dzielcie się wszystkim, nawiązujcie więź, rozmawiajcie, szukajcie razem odpowiedzi – to jest najważniejsze. Czas, który spędzacie razem, jest najcenniejszym prezentem dla was obojga.

Być może w pewnym momencie poczułeś się przytłoczony, bezradny, zniechęcony. Pozwól sobie przypomnieć, że to, czego potrzebujesz, znajduje się w twoich rękach, ponieważ są one pełne miłości i dobrej woli. Jeśli wola cię zawiedzie i zdecydujesz się zrezygnować z tej drogi, to komu ją wskażesz? Jeśli nie zaczniesz procesu zmian od razu, teraz, gdy umysł twojego dziecka jest chłonny bardziej niż kiedykolwiek, to kiedy to zrobisz? Możesz zmienić świat. A świat potrzebuje ciebie, potrzebuje twojego światła, twojego pragnienia, twojej siły, twojego impetu, twojego przykładu.

Zrób wszystko, co tylko możliwe, aby cieszyć się każdą chwilą spędzoną z waszym dzieckiem, ponieważ dni mijają bardzo wolno i jednocześnie bardzo szybko.

Znaleźć najlepszą wersję siebie

(…) Kiedy zachowanie naszych dzieci nas denerwuje, dobrze jest zatrzymać się na chwilę i przeanalizować, co zakłóca nasz spokój. Jakieś wydarzenia z dzieciństwa? Jakieś aktualne wydarzenia? Jesteś zmęczony i zestresowany i masz tendencję do korzystania z „dolnego” mózgu zamiast „górnego”? Czujesz, że nie są spełnione twoje oczekiwania? Zachowanie, które nam przeszkadza, to sygnał do zanurzenia się w naszej świadomości. Podobnie, jeśli coś, o czym przeczytałeś w tej książce, ci przeszkadza, być może jest to również zaproszenie do przemyślenia i odkrycia, dlaczego tak się dzieje. Nie znam uniwersalnej prawdy ani odpowiedzi na wszystkie pytania, ale jeśli to, co wybrałeś dla swojej rodziny, działa, żadna książka nie powinna zmieniać twojego zachowania. Po prostu czuj, płyń, rozważaj, żyj.

Poczucie winy nas zakotwicza, powstrzymuje, blokuje przed postępem i poprawą. Nie obwiniaj się, zrób to dla siebie samego, ale także dla swojego dziecka lub dzieci. Gdybym cię zapytała, czy chciałbyś, aby twoje dzieci czuły się źle z powodu czegoś, czego nie można rozwiązać, jestem pewna, że odpowiedziałbyś: nie. Chcesz, żeby dzieci cieszyły się życiem, naprawiały swoje błędy, ale równocześnie nie pozwalały, aby te błędy ciągnęły je na dno. Błędy to wielkie możliwości, które oferuje nam życie, abyśmy mogli konstruować samych siebie, być tym, kim jesteśmy. Jestem dzisiaj taką, a nie inną matką z powodu błędów, które popełniłam z moimi córkami. Dzięki tym błędom możesz dzisiaj czytać tę książkę.

Nie zachęcam cię też do zastępowania poczucia winy – być może nieodłącznego elementu związanego z byciem matką lub ojcem – samozadowoleniem. Proszę tylko, abyś był dla siebie miły i zamienił poczucie winy na świadomą odpowiedzialność za to, co dajesz dzieciom jako najlepszą wersję samego siebie.

Rodzicielstwo to nie matematyka

W całej książce zachęcałam cię do skupienia się na długoterminowej perspektywie, na celu, na dorosłym, którym w przyszłości będzie twoje dziecko. Cel jest istotny, ale nie myśl już o tym. Ciesz się procesem tak jak dzieci, które koncentrują się na zadaniu, a nie na jego wyniku, i obserwuj, jak przebiega ten proces: a zobaczysz życie. Baw się dobrze, bo jeśli będziesz się dobrze bawić, jeśli spróbujesz sprawić, by podróż, a nie tylko jej cel, była warta zachodu, dostaniesz to, co chcesz: zostaniesz rodzicem, którym chcesz zostać.

Może próbowałeś czegoś, co nie zadziałało. Pamiętaj, że rodzicielstwo to nie matematyka. Nie znam wszystkich odpowiedzi, a nawet gdybym znała, nie mogłabym ci ich udzielić, bo pozbawiłabym cię przywileju ich znalezienia, dumy, szczęścia i mocy, które czujesz, gdy coś wreszcie działa i idzie po twojej myśli. Wszystkie odpowiedzi są w tobie i tylko w tobie. (…)

Dbaj o siebie i nie zapominaj, że jeśli nie dbasz o siebie, nie możesz zadbać o innych. Wprowadzasz to poczucie spokoju i chciałbyś, aby czuły je twoje dzieci. Złe dni miną, nie musisz sięgać po wszystko, pozwól sobie być człowiekiem.

Znajdziesz swoją drogę i będzie cudownie, bo to będzie twoja własna droga. Jeśli codziennie myślisz o tym, jak się poprawić, to dobrze ci idzie. Absolutnie fantastycznie. Nie musisz wierzyć mi, nie potrzebujesz mnie, po prostu spójrz na tę małą twarzyczkę, która jest tuż przy tobie, spójrz na nią, odpowiedź znajduje się w spojrzeniu twojego dziecka.

„Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz;  „Montessori. 80 zabaw z dziećmi'. Beatriz M. Muñoz, Nitdia Aznárez; Wydawnictwo Samo Sedno „Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz;  „Montessori. 80 zabaw z dziećmi". Beatriz M. Muñoz, Nitdia Aznárez; Wydawnictwo Samo Sedno

  1. Psychologia

Dokarmić dobrego wilka - dla zestresowanym mam

Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. (Fot. iStock)
Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. (Fot. iStock)
Warto sobie uświadomić, że każda chwila niesie wybór pomiędzy tym, co nas niszczy, wprowadza w nasze życie chaos, a tym, co nas buduje i zaprowadza w nas ład. I to od nas zależy, co wybierzemy – mówi psychoterapeutka Krystyna Łukawska. 

Mama bywa zapracowana, zmęczona, zestresowana, zdenerwowana, ale zrelaksowana? To niemożliwe, zwłaszcza jeśli ma małe dzieci. Warto się zastanowić, co to znaczy zrelaksowana mama. Na pewno nie jest to mama, która się nie stresuje. Wszyscy się stresujemy, mama też i nie ma co się łudzić, że stresu unikniemy. Nasze życie staje się bowiem coraz bardziej intensywne. Zrelaksowana mama to jest taka mama, która – po pierwsze - umie radzić sobie ze stresem, a nie taka, która nie przeżywa stresu. Czasami mamy skarżą się: „Nie mogę przestać się niepokoić, nie umiem się nie martwić.” Odpowiadam im: Też się przejmuję, denerwuję, wszystkie to robimy. Nawet nie wiem jak byśmy miały zaawansowane kariery, to jeśli mamy dzieci, rodzina pozostaje w centrum naszego życia i bywa źródłem niepokoju. Ale przede wszystkim jest źródłem satysfakcji! Bycie mamą to coś najlepszego, co mogło nam się przytrafić. Jednak żeby móc czerpać z tego doświadczenia radość, trzeba ją świadomie budować. Zrelaksowana mama to – po drugie – mama, która daje sobie prawo do tego, żeby zadbać o siebie. A więc nie czuje się winna, kiedy zostawia dziecko pod dobrą opieką i wychodzi z domu, żeby poćwiczyć, spotkać się z przyjaciółką, zrobić coś, co przynosi jej przyjemność. Ale najważniejsze dla osiągnięcia stanu prawdziwego zrelaksowania jest umiejętność BYCIA, a nie tylko działania.

Mamy relaksują się na przykład rozmowami na facebooku. I to nic złego. Jeśli chcę być zrelaksowaną mamą, to regularnie robię coś dla siebie, niezależnie od kontaktów z dzieckiem, na przykład korzystam z Internetu. Warto jednak wiedzieć, że walutą jaką płacimy za korzystanie z Internetu jest nasza uwaga. Badania z 2008 roku – teraz prawdopodobnie te liczby są jeszcze większe - pokazują, że przeciętna osoba pochłania 34 gigabajtów informacji dziennie, co przekłada się na 100 tysięcy słów, przy czym 1 gigabajt to na przykład symfonia albo pełnometrażowy film. Codziennie pochłaniamy taką ilość informacji! Badania pokazują, że Internet dostarczając mózgowi nieustannej stymulacji powoduje rodzaj chemicznego uzależnienia. Wydziela się wtedy dopomina, wywołująca uczucie przyjemności, więc chcemy to robić. Nie zatrzymamy rozwoju technologii, nie ma sensu jej potępianie, sama jestem jej wielką fanką. Trzeba tylko nauczyć się z niej korzystać. Ja też lubię pobyć na facebooku, ale pod koniec dnia zadaję sobie samej pytanie: co przyniosło mi balans, spokój, radość, szczęście? I żeby na to odpowiedzieć konieczne jest: BYCIE.

Co to takiego? To umiejętność uwolnienia się od presji czasu i pośpiechu, któremu wszyscy nieustannie ulegamy. Doskonale pamiętam tę presję. Dzwoni do mnie przyjaciółka, a ja pytam: Czy to coś ważnego, bo nie mam czasu. Dziecko o coś mnie prosi, a ja je poganiam: Tylko szybko, bo się spieszę. A ile czasu zajmuje wysłuchanie pytania dziecka, 30 sekund? Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. Ćwiczenie tej umiejętności zajmuje naprawdę niewiele czasu, wystarczy 30 sekund, minuta na godzinę przeznaczona na zatrzymanie się i świadome oddychanie. W sumie daje to kilkanaście minut BYCIA w ciągu dnia. To naprawdę nic w porównaniu z czasem, który przecieka nam przez palce. Badania neuropsychologiczne pokazują, że do tego, aby można tworzyć, być kreatywnym, trzeba przeplatać działanie BYCIEM.

Czyli odpoczynkiem? Nie do końca. Słowo „odpoczynek” kojarzy się z aktywnością fizyczną - jedziemy na narty, na rower, biegamy. To oczywiście jest odpoczywanie, ważne i potrzebne dla naszego rozwoju. BYCIE to jednak coś więcej. To moment zatrzymania naszego umysłu, nie identyfikowanie się z wszystkimi myślami, jakie przelatują nam przez głowę, co pozwala zauważyć, że niektóre z nich są  po prostu głupie i nie warto się w nie wciągać. Trzeba pamiętać, że 40 procent naszego działania jest działaniem nawykowym. A to znaczy, że reagujemy nie tak, jak wymaga tego sytuacja, często nawet nie tak, jakbyśmy chcieli, tylko tak, jak mamy to wdrukowane przez wychowanie, edukację, przyzwyczajenia.

BYCIE powściąga reakcje nawykowe? Tak. Taką reakcją nawykową jest, na przykład, mówienie do dziecka: „uważaj!” Ja też ciągle to powtarzałam. Pamiętam też, jak mój ojciec wołał z przerażeniem: „uważaj”, co miało oznaczać tylko to, że się boi, że zrobię sobie jakąś krzywdę, nic więcej. A więc kiedy uświadomiłam sobie, że to nie jest pomocne zawołanie do dziecka, a nawet, że wprowadza niepokój, to postanowiłam się powstrzymywać od mówienia takich słów. Dobra wiadomość jest taka, że nawet dzieci można nauczyć powstrzymywania się. Ale nie można uczyć dzieci czegoś, czego sami nie umiemy. Jako mama wypowiedziałam wiele nieodpowiednich i okrutnych słów dopóki nie uświadomiłam sobie tego i nie nauczyłam się wyrażać swojego niezadowolenia z szacunkiem i życzliwością dla dziecka.

Co daje bycie zrelaksowaną mamą? Uwolnienie od poczucia winy. Poczucie winy bardzo nas bowiem obciąża. W zachodniej kulturze obwiniamy się od setek lat, na winie i karze opierały się systemy edukacyjne. Nawet jeśli teraz wiemy, że obwinianie nie ma sensu i nie pomaga ani w uczeniu  ani w rozwoju, to ciągle pojawia się nawykowo. Z mojej pracy z mamami wynika, że one przede wszystkim obwiniają się same. I drugi problem – nie dają sobie prawa do błędów.   

Bo wszystkie chcemy być idealnymi matkami. Mam wrażenie, że same na sobie przeprowadzamy test: zdałam egzamin, czy go oblałam. I bardzo często odpowiadamy: oblałam. Zajmujemy się głównie tym, co zrobiłyśmy nie tak, podczas, gdy jako mamy niesłychanie się staramy, wkładamy w wychowanie dziecka wiele troski, starań, pracy, nieprzespanych nocy, a w ogóle tego same nie doceniamy! Kiedy pojawia się nawykowe samoobwinianie: „znowu nawaliłam, znowu sprawiłam, że synek się rozchorował” dobrze jest zrobić krótki moment przerwy i zauważyć: „Oto odzywa się we mnie mój wewnętrzny krytyk”. Zamiast sobie coś wyrzucać, lepiej zobaczyć to, że czegoś nie umiem, że byłam  bezradna. Można wykonać  wtedy proste ćwiczenie: Porównać ową sytuację do scenariusza filmowego i zastanowić się, co bym w nim zmieniła, żeby film zrobiony na jego podstawie mi się podobał. Jestem wielką entuzjastką warsztatów i w ogóle uczenia się. Sama korzystałam z wielu warsztatów i nadal to robię. Mam za sobą 25 lat intensywnej i regularnej medytacji, więc dla mnie zatrzymanie jest już łatwe i naturalne. Ale na początku było niesłychanie trudne. Uważam, że w każdym wieku można się zmienić, najpierw jednak trzeba nauczyć się BYCIA.

W końcu uda nam się kiedyś posiąść sztukę bycia zrelaksowanymi? To złudzenie, że możemy ten stan osiągnąć. W życiu cały czas balansujemy między równowagą, a brakiem równowagi. To tak, jakbyśmy chodzili po cienkiej linie. Nawet duchowi nauczyciele nie żyją w stanie permanentnej równowagi, oni tylko wiedzą, jak szybko ją odzyskać. Zacząć można od zatrzymywania się i świadomych oddechów. Starać się zauważać, ale nie  utożsamiać z głosem wewnętrznego krytyka. Ćwiczyć się w życzliwości i łagodności w stosunku do siebie. Myślę, że często nie umiemy okazać życzliwości, miłości, bo nas tego nie uczono. Rodzice bardziej starali się nauczyć nas czego nie robić, co jest dla nas niedobre niż tego, co robić i co jest dla nas dobre. Bardziej chronili niż poświęcali czas i uwagę. To ważne, żeby regularnie dbać o życzliwą, przyjazną atmosferę w domu. Okazujmy dzieciom miłość, ciepły i serdeczny dotyk, patrzmy sobie nawzajem w oczy i mówmy: O jak się cieszę, że się cieszysz, to cudowne, że ci się udało. Dziecko rośnie, gdy widzi zachwyt w oczach mamy. Celebrujmy momenty bycia razem, posłuchajmy z autentycznym zaangażowaniem historii jakie opowiada dziecko.

Łatwo powiedzieć…Wiele mam uzna, że to niewykonalne. Często narzekamy na dziecko, ponieważ nie możemy wybaczyć sobie tego, co mu zrobiłyśmy. Na przykład tego, że kiedy było chore, marudne, nakrzyczałyśmy na nie. Nasza reakcja wynikała nie ze złych intencji, tylko z bezsilności i nieumiejętności stawiania dziecku granic z szacunkiem i życzliwością. Na spotkaniach z rodzicami podkreślam, że jestem za wychowaniem bez kar. Rodzice odpowiadają, że wychowanie bezstresowe się skompromitowało. Ale wychowanie bez kar nie ma nic wspólnego z wychowaniem bezstresowym. Dziecko niesłychanie potrzebuje dyscypliny, każdy z nas jej potrzebuje, niczego nie moglibyśmy osiągnąć, gdyby nie dyscyplina. Naszym zadaniem jest więc nauczyć dziecko dyscypliny. A będzie to możliwe wtedy, kiedy sami zaczniemy czuć się swobodnie ze stawianiem dziecku wymagań, ograniczeń, ale bez upokarzania, obwiniania, oskarżania, z życzliwością i szacunkiem. I czasami to bardzo trudne, bo sami  takiego traktowania nie doświadczyliśmy. Dyscyplina nie polega na tym, żeby karać. W  karze zawiera się pewien rodzaj upokorzenia, pokazanie, że mam władzę. Oczywiście, rodzice mają władzę nad dzieckiem, ale nie ma potrzeby jej podkreślać. I to nieprawda, że zbuntowany nastolatek nie chce dyscypliny. On tak naprawdę marzy, żeby rodzice pomogli mu przejść przez trudny okres w życiu, ale żeby zrobili to z szacunkiem i życzliwością, żeby pokazali, że są po jego stronie, że nie chcą go zniszczyć, tylko pragną uszanować jego przestrzeń, osobowość. Swoboda w spokojnym stawianiu wymagań daje mamie niesłychaną siłę. Warto ją budować także poprzez chwile zatrzymania.

Co daje nam stan zrelaksowania? Spokój, odprężenie, jasność umysłu. Zmienia jakość naszych relacji z dzieckiem, partnerem, przyjaciółmi, ale przede wszystkim ze sobą samym. Warto sobie uświadomić, że każda chwila niesie wybór pomiędzy tym, co nas  niszczy,  wprowadza w nas chaos, a tym, co nas buduje i zaprowadza ład. Jest taka mądra przypowieść o starym Indianinie, do którego przychodzi wnuczek i mówi: - Nienawidzę kolegi, bo potraktował mnie niesprawiedliwie. Na co dziadek: - Ja też czasami czuję nienawiść do tych, którzy są chciwi i aroganccy. Ale nienawiść jest jak trucizna, którą pijesz w nadziei, że otruje drugą osobę. We mnie i w każdym z nas są dwa wilki, które toczą walkę. Jeden – pełen chciwości, agresji, zazdrości, pesymizmu – dąży do wojny i  zniszczenia. A drugi – pełen dobroci, miłości, wyrozumiałości, optymizmu – dąży do pokoju i harmonii. Każdy z nich chce dominować, chce być ważniejszy. - A który z nich wygra dziadku? - zapytał wnuczek. - Ten, którego będziesz karmił.

Ta przypowieść pięknie pokazuje, że w każdym momencie życia mamy wybór. Żeby jednak był możliwy, musimy na moment się zatrzymać i po prostu „być”, bo w tym „byciu” zapala się żarówka świadomości, dzięki której możemy zobaczyć nasze życie z innej perspektywy.

A gdy same się zmienimy, to nie ma siły, żeby nie zmienili się ludzie wokół nas. To niewiarygodne, jak to działa! Dlatego warto zacząć dzień nie od narzekań, że to nie zrobione, tamto nie zrobione, tylko od uśmiechu i serdecznego powitania dziecka: Dzień dobry, jak spałaś, jak się czujesz. Ale najpierw trzeba uśmiechnąć się do siebie i pomyśleć: Dzisiaj jest nowy dzień, postaram się być życzliwą dla siebie. Bo kiedy uśmiecham się do siebie, uśmiech pojawia się także na twarzach innych. 

Krystyna Łukawska – psychoterapeutka, coach, absolwentka Instytutu Psychologii UW, autorka wielu seminariów i warsztatów (w tym internetowych adresowanych do mam: www.zrelaksowanamama.pl) i książki „Szczęśliwi rodzice – szczęśliwe dzieci”. Od lat mieszka w USA.

Jak zadbać o siebie?

1. Ucz się życzliwego przyglądania się swoim myślom 

2. Ucz się rozumieć swoje ciało i traktuj je życzliwie

3. Akceptuj momenty słabości i unikaj obwiniania

4. Powstrzymuj się od reakcji kiedy jesteś zła

5. Ucz się uspokajać silne emocje

6. Uśmiechaj się do siebie i innych

7. Rób coś, co sprawia ci radość

8. Dbaj o ruch i wypoczynek

9. Rozwijaj wdzięczność do siebie i innych

10. Okazuj miłość i serdeczność

 

  1. Psychologia

Jedno chce mieć dziecko, a drugie nie - czy taki związek przetrwa?

Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być... Jak przejść przez kryzys w związku związany z odkryciem, że partnerzy mają kompletnie inne podejście do rodzicielstwa – pytamy psychoterapeutkę Renatę Pająkowską-Rożen.

Czy to oczywiste, że w związku chcemy mieć dzieci, czy lepiej zapytać? Przed ślubem lub przed wspólnym wzięciem kredytu, który także połączy nas na dobre i na złe...
Koniecznie trzeba o tym porozmawiać! I nie w ten sposób, że nie udzielamy sobie jednoznacznych odpowiedzi. Mężczyzna na przykład mówi: „Porozmawiamy o tym później, nie teraz”. Być może to nieodpowiedni moment, bo właśnie stracił pracę, jednak ustalmy, kiedy o tym porozmawiamy. Jeśli tego nie wyjaśnimy, to w pewnym momencie może pojawić się problem, bo mężczyzna, mówiąc: „nie rozmawiajmy o tym”, miał na myśli „nie ma o czym gadać, nie chcę dzieci!”, a kobieta zrozumiała jego słowa jako odroczenie: „teraz nie, ale za 10 lat będziemy je mieć!”.

Niedogadane pary przychodzą po pomoc do psychoterapeuty?
Dobrze, jeśli się na to zdobędą, bo to jest poważny problem. Zazwyczaj wygląda to tak, że na początku oboje przeżywają ogromne zdziwienie. Jedno pyta: „Dlaczego wracamy do tego tematu? Przecież to ustalone?!”, drugie równie zaskoczone: „Jak to? Dziwisz się, że chcę mieć dzieci?”. Problemem pary, o której teraz opowiadam, nie było jednak chciane i niechciane rodzicielstwo, ale to, że był to jeden z tematów, których nie poruszali, żeby nie psuć atmosfery w związku. Ponieważ bardzo angażowali się w swoje kariery zawodowe, nie było to konieczne do momentu, kiedy kobieta poczuła, że już teraz chce dzieci. Niedogadane sprawy są jak kula śniegowa…

Co zrobili? Rozstali się czy jedno z nich ustąpiło?
Zrobili to, co powinni zrobić już dawno temu, czyli zaczęli wreszcie rozmawiać o tym, co jest dla nich w życiu najważniejsze. To, że omijali na trudne i ważne tematy, powodowało, że nie żyli razem, ale obok siebie, w dwóch różnych światach. Pracowaliśmy więc na terapii nad tym, czy będą mogli na nowo się spotkać i być razem, czy nie.

Spotkać? Przecież byli razem...
Czyżby? Kobieta przez te lata marzyła o byciu mamą, o zabawkach na środku salonu, o kinderbalach z balonikami i tortem, mężczyzna z kolei w swoich fantazjach widział ich zawsze tylko we dwoje – jak prowadzą wygodne życie, podróżują, odwiedzają przyjaciół. Ich marzenia, ich wizje przyszłości rozmijały się. Żeby to zmienić, zaczęliśmy rozmawiać o tym, co jest dla nich w życiu najważniejsze. Dla każdego z nich indywidualnie i dla nich w związku. I czy można te wizje połączyć. Kiedy kończyli terapię, temat dziecka nadal był otwarty. Mieli podjąć wspólnie decyzję, ze świadomością, że zegar biologiczny tyka. Mężczyzna dopuścił już taką możliwość, ponieważ podczas terapii indywidualnej, którą także rozpoczął, zrozumiał, że przed byciem ojcem hamuje go lęk, że nie będzie potrafił zadbać o dzieci, że powtórzy błędy swojego ojca. Jednocześnie zdał sobie sprawę, że jest przecież innym człowiekiem niż jego ojciec i nie musi być złym rodzicem.

Sama doświadczyłam tego, że chęć bycia rodzicem może się niespodziewanie pojawić. Poczułam, że chcę zostać mamą, kiedy skończyłam terapię i 40 lat.
No właśnie! Nawet jeśli omówimy ten temat raz, to się może zmienić. Można nabrać pewności siebie, koleżanki mogą urodzić dzieci, a my bawiąc się z tymi dziećmi, zaczynamy odnajdować się w roli matki. Każde wydarzenie może wpłynąć na zmianę stanowiska. Mogę zapragnąć dziecka, gdy stracę rodziców, żeby nie być sama. Ale też go nie chcieć – bo co z nim będzie, jeśli i ja umrę?

Nie sposób przewidzieć, co będę myśleć ani co będzie myślał mój mąż za kilka lat, choć teraz oboje jesteśmy przeciw.
Pamiętajmy, że w związku spotykają się dwie osoby, które mają indywidualne historie wyniesione z domu rodzinnego. Chcą być razem, ale to nie znaczy, że stają się tacy sami i mają takie same potrzeby. Poza tym nie jesteśmy tą samą osobą w wieku 20 lat i potem 30. Rozwijamy się, mamy różne doświadczenia, które mogą silnie na nas wpływać. I ważne jest, czy kiedy zmienimy zdanie, jesteśmy blisko z partnerem. Bo jeśli tak, to łatwiej nam będzie znaleźć najlepsze dla obojga rozwiązanie.

Usłyszałam kiedyś: „mam już wszystko, brak mi tylko dziecka”.
Zawsze pytam kobietę, dlaczego chce być mamą. Może dlatego, że jej zdaniem kobiety bezdzietne są gorsze? Prowadziłam terapię dla pary, w której kobieta upierała się, żeby mieć dziecko, bo – co odkryliśmy – bez tego czuła się gorsza od pierwszej żony swojego męża, z którą miał ich aż troje. Kiedy ten mężczyzna to zrozumiał, dał swojej partnerce tak wiele miłości i zachwytu, że już nie czuła potrzeby dowartościowania się przez urodzenie dziecka. Jeśli kimś kieruje „projekt dziecko”, a nie potrzeba serca, to szczerze odradzam. Jeśli kobieta tak naprawdę nie chce mieć dziecka, to zostając mamą, będzie rozczarowana. Choćby dlatego, że obok perfekcyjnej żony i perfekcyjnego męża pojawi się nieperfekcyjne dziecko. W takiej sytuacji warto być uczciwą wobec siebie, bo często nie chodzi wcale o dziecko, ale na przykład o to, że teściowa albo mamusia mówi: „Co ja mam swoim przyjaciółkom powiedzieć? Kiedy będziecie mieć dzieci, a ja wnuki?”.

Nacisk rodziny ma takie znaczenie?
Oczywiście, pytanie „kiedy będziecie mieć dziecko?” należy do zadawanych najczęściej. A pary niekiedy zapominają, że to ich intymna sprawa, więc rodzic, który o to pyta, przekracza granice. Radzę, żeby w takiej sytuacji powiedzieć: „na takie pytanie nie odpowiadamy, to jest nasza prywatna sprawa” i omawiać ten temat tylko ze sobą. Dzieci nie mamy z rodzicami, tylko ze sobą, podobnie jak tylko ze sobą uprawiamy seks.

Rozmowa może przekonać do rezygnacji z bycia rodzicem?
Znam przykład, gdzie to kobieta absolutnie nie chciała mieć dziecka. Nie rozwiedli się, bo mężczyzna poczuł, że dla niego istotniejszy jest ten związek, ta kobieta i to, żeby ona była szczęśliwa. Świadomie więc zgodził się na ten brak w swoim życiu.

Ogromny brak!
Czy ktoś, poza twórcami reklam, obiecywał nam, że będziemy mieć wszystko? Szczęście nie na tym polega. Kiedy ta para ode mnie wychodziła, wyglądali na dwójkę szczęśliwych ludzi. Szczęśliwych, bo się ze sobą dogadali, znaleźli świadomy kompromis. Terapia zmieniła ich wewnętrzne nastawienie. Kobieta zaakceptowała to, że jej mąż potrzebuje zajmować się dziećmi, więc zgodziła się, żeby raz na miesiąc przyjeżdżali do nich siostrzeńcy męża. I choć sama za nimi nie przepadała i miała piękny dom, to akceptowała, że na ten jeden weekend dzieci wprowadzały do niego chaos.

Może nie chodzi nam o „wszystko”, ale w naszej kulturze dzieci są najważniejsze…
A jednocześnie do mojego gabinetu trafia wielu ludzi, którzy wychodzą z traum z czasów dzieciństwa... i to doświadczeń bycia niekochanymi dziećmi. Jakoś mi się to nie składa z deklaracją o tym, że dzieci są priorytetem.

Czy coś może zastąpić doświadczenie bycia rodzicem?
Nie, ale to nie znaczy, że wszyscy musimy je mieć. Najistotniejsze, abyśmy dokonywali świadomych wyborów. Wtedy będziemy szczęśliwi i będzie mniej nieszczęśliwych dzieci. Oczywiście wybór zawsze jest trudny i może oznaczać rozstanie, a z kolei bycie razem dalej oznacza kompromis.

Jeśli kompromis, to jak uniknąć żalu, kiedy widzę małe buciki i mam ucisk w gardle?
To jest najtrudniejsze i bardzo ważne, aby zająć się swoimi uczuciami. Mogę na przykład cały czas rozpamiętywać tę stratę, a jednocześnie pozostawać w związku z lęku. Czyli nie odejdę, bo przecież mogę nikogo już nie spotkać, no i wtedy nie będę miała ani męża, ani dziecka. Tylko że taka zanurzona w żalu i stracie postawa zapewne doprowadzi do rozstania! Bo kiedy tylko rano mój mąż wstanie, to nie zobaczę w nim ukochanego mężczyzny, a kogoś, kto nie pozwolił mi zostać mamą! Zatem jeśli decydujemy się zostać i czujemy stratę, trzeba coś z nią zrobić.

Co można zrobić ze stratą marzenia o byciu mamą?
To zależy, czasem wystarczy wolontariat w domu dziecka? A może uwolnienie się spod presji rodziny, która szantażuje emocjonalnie i ekonomicznie z tego powodu, że nie mamy dzieci? Każdy człowiek to inna historia, a więc też inne rozwiązanie.

Dom dziecka? Kobiety chcą mieć własne dzieci, nie pożyczone czy nawet adoptowane!
Nie zgodzę się z tobą! Dla młodych kobiet to już nie jest taki problem jak dla pokolenia ich matek. Patrząc z perspektywy gabinetu, mam wręcz wrażenie, że to jest problem dla matek moich klientek. Kobiet niespełnionych, sfrustrowanych, które tłuką córkom do głów: „Musisz mu urodzić dziecko, bo cię zostawi i będziesz sama!”. Myślę, że dużą część problemów młodych par generują ich rodzice. Gdy matka, teściowa są wspierające, ale nie naruszają granic, to para ma szanse się dogadać w każdej sprawie. Ale jeśli młodzi na każdy weekend jadą do którychś rodziców, a ci pytają kobietę: „Przytyłaś?! Jesteś wreszcie w ciąży”, to trudno zachować własne zdanie i obronić potrzeby.

A może kobietą kieruje jakaś inna potrzeba czy ukryty lęk?
Przywołam jeszcze jeden przykład: kobieta wyszła za mąż, ale miała już dzieci z pierwszego związku. Była też starsza od swojego nowego męża i nie chciała już mieć dzieci. On z czasem przyznał, że trzymał ją na dystans, bo ona nie chciała mieć dzieci, a taki związek jego zdaniem nie jest trwały. W końcu rozstali się, a mężczyzna ponownie związał się z kobietą z dziećmi. Nie mieli jednak wspólnego dziecka. Dlaczego? Może tak naprawdę ten mężczyzna nie chciał mieć własnych i dlatego wybierał kobiety, które już były matkami? Każdy z nas ma niepowtarzalną historię i jeśli chcemy żyć świadomie, trzeba poznać swój cel i swoje prawdziwe potrzeby. Bo wtedy dopiero możemy zrozumieć, o co nam tak naprawdę chodzi, gdy mówimy o rodzicielstwie.

Nowy związek może wpłynąć na chęć bycia matką czy ojcem?
Tak. Zdarza się, że nie chcemy dzieci z jednym partnerem, a myślimy, że nie chcemy ich w ogóle. Kiedy jednak w naszym życiu pojawi się ktoś inny, zaczynamy odczuwać ogromne pragnienie, aby zostać rodzicem. Znam wiele kobiet, które nie chciały mieć dzieci w jednym związku, ale w nowym już po kilku miesiącach były w chcianej ciąży. I może zdarzyć się też odwrotnie: kobieta ma dziecko z pierwszym mężem, ale z drugim już nie chce. Pozornie ma całkiem racjonalny powód, już jest mamą, jednak prawdziwa przyczyna leży gdzie indziej, na przykład mężczyzna jest narcystyczny i skupiony na sobie.

Jak to możliwe, że nasze podejście do bycia rodzicem zmienia się w różnych związkach? Przecież wiele osób uważa, że chęć posiadania potomstwa to coś oczywistego i naturalnego, a nie relacyjnego.
Stajemy się trochę inni, będąc z różnymi ludźmi. Kiedy nowy partner daje kobiecie poczucie bezpieczeństwa i stabilność, a poprzedni nie dawał, to jej potrzeba bycia mamą może dojść do głosu. Mówiąc wprost: jeśli nie chcemy mieć dzieci, to po prostu możemy być w związku z kimś, z kim ich nie chcemy. Najważniejsze to odkryć w życiu swoją prawdę i nią się kierować. Nie pozwalać na to, aby rządziły nami nasze własne lęki. Decydować o tym, czy chcemy zostać rodzicami, nie może za nas nawet partner, a co dopiero rodzice lub teściowie.

Renata Pająkowska-Rożen, kulturoznawczyni, psycholożka, psychoterapeutka, terapeutka, trenerka Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach.

  1. Zdrowie

Chirurgiczne leczenie endometriozy szansą na płodność

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Endometrioza jest chorobą, która dotyka co 10 kobietę, a wśród pacjentek leczonych z powodu niepłodności diagnozowana jest nawet u 50-60%. Przynosi ból kobietom, które na nią cierpią, i jest wielkim problemem dla par starających się o dziecko. Na szczęcie endometriozę można leczyć. I to skutecznie.

Czym jest endometrioza?

Endometrioza to nieprawidłowe umiejscowienie komórek endometrium, czyli błony śluzowej macicy. Powinna być w jamie macicy, a w przypadkach endometriozy znajduje się w innych miejscach ciała, czyli poza jamą macicy. Najczęstszym miejscem występowania jest otrzewna miednicy mniejszej i narządy w niej występujące takie jak: jajniki, jajowody, jelito, moczowody, pęcherz moczowy. Zdecydowanie rzadziej spotykana jest poza miednicą na przykład w płucach, na siatkówce oka lub w mózgu. Do chwili obecnej naukowcy nie przedstawili żadnej jednoznacznie potwierdzonej teorii powstawania endometriozy. Według jednej z najpopularniejszych teorii, komórki endometrium przemieszczają się z krwią miesiączkową przez jajowody do jamy otrzewnej i w cyklu miesiączkowym, pod wpływem hormonów ulegają takim samym przemianom, jak komórki endometrium występujące w jamie macicy. Powstawanie tego schorzenia jest skomplikowane i wieloczynnikowe.

Jak ta choroba się objawia?

Najczęstszym objawem, niezależnie od tego, gdzie jest umiejscowiona, jest ból. W ognisku endometriozy dochodzi do powstania krwi miesiączkowej, która najczęściej nie ma jak się wydostać z organizmu (normalnie wylewa się przez szyjkę macicy i pochwę na zewnątrz ciała). Ale gdy ogniska endometriozy są zamknięte, np. w płucach, jajnikach, wątrobie, mózgu itp. – krew nie ma gdzie się wydostać. Dochodzi do miejscowych odczynów zapalnych i bólu głowy, brzucha, podbrzusza czy nawet płuc. Częstymi objawami endometriozy są też bolesne okresy i obfite krwawienia trwające dłużej niż 5-7 dni. Silne skurcze brzucha, które nie ustępują nawet po zażyciu leków przeciwbólowych, oraz krwawienia tak obfite, że podpaski trzeba zmieniać co godzinę lub dwie, i to niemal przez cały okres.

Endometrioza może powodować też bolesność podczas stosunku. Pojawiają się też bolesne oddawanie stolca, moczu, bóle pleców w okolicy krzyżowej. Dolegliwości jest bardzo dużo.

Im wcześniej kobieta się dowie, że ma endometriozę, wdrożenie leczenie i jest szansa, że nie dojdzie do rozszerzenia się choroby.

Jak się diagnozuje endometriozę?

Do gabinetu lekarskiego najczęściej sprowadza kobiety ból. Diagnostykę zaczyna się od dokładnego wywiadu, podczas którego można dostrzec charakterystyczne objawy związane z endometriozą: przedłużające się i obfite miesiączki, wzdęcia, biegunki, niespecyficzne bóle brzucha. Następnie wykonuje się badania kliniczne i dalszą diagnostykę obrazową. Najczęstszą postacią endometriozy są torbiele jajnika tzw. czekoladowe. Na otrzewnej z kolei widać sinofioletowe guzki. Endometrioza może utrudniać zajście w ciążę, bo jej konsekwencją są m.in. zrosty, które mogą powodować np. niedrożność jajowodów. Wybierając ścieżkę leczenia pacjentki, należy brać pod uwagę szereg różnych aspektów, począwszy od zaawansowania choroby, przez plany związane z macierzyństwem, po jej nastawienie do wybranej metody. Nie każda kobieta akceptuje interwencję chirurgiczną. W wielu przypadkach kluczowe okazuje się leczenie dietetyczne, fizjoterapia i pomoc psychologa” – komentuje dr Joanna Jacko, ginekolog ze Szpitala Medicover.

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Kiedy operacja?

Celem leczenia operacyjnego endometriozy jest uwolnienie zrostów, przywrócenie warunków anatomicznych, wycięcie guzów endometrialnych, poprawa płodności i przede wszystkim zniesienie dolegliwości bólowych. Dlatego też ta metoda leczenia powinna dotyczyć przede wszystkim kobiet z dolegliwościami bólowymi, u których inne metody leczenia nie przynoszą poprawy. Również pacjentki z niepłodnością po przeprowadzeniu dokładnej diagnostyki, wykluczającej inne przyczyny niemożności zajścia w ciążę powinny rozważyć leczenie operacyjne. „Zawsze wskazaniem do operacji są duże guzy endometrialne naciekające jelito, drogi moczowe i pęcherz moczowy, a także przegrodę odbytniczo-pochwową” – wyjaśnia dr Joanna Jacko.

Dlaczego laparoskopia?

W przypadku leczenia operacyjnego, metodą z wyboru jest laparoskopia. Jest to metoda bardzo precyzyjna, pozwalająca na dokładne zlokalizowanie i usunięcie najdrobniejszych zmian z możliwością zaoszczędzenia unerwienia. „W trakcie operacji oglądamy całą jamę brzuszną i miednicę mniejszą. Za pomocą kamery, na zbliżeniu, widzimy zmiany chorobowe umiejscowione w najtrudniej dostępnych miejscach. Im lepsza technologia optyczna, możliwość obrazowania 3D i zastosowanie rozdzielczości 4K, tym większe szanse na optymalne zoperowanie chorej. W Szpitalu Medicover korzystamy z nowoczesnych narzędzi chirurgicznych jak np. Bisect lub igła monopolarna. Część zmian jest usuwana za pomocą plazmy argonowej, ponieważ w przypadku pacjentek z niepłodnością pozwala to na oszczędzenie rezerwy jajnikowej” – wyjaśnia dr Joanna Jacko.

Dr n. med. Joanna Jacko – absolwentka Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie. Posiada specjalizację z ginekologii i położnictwa oraz specjalizację z ginekologii onkologicznej. Specjalizuje się w leczeniu operacyjnym endometriozy głęboko naciekającej, diagnostyce ultrasonograficznej endometriozy, onkologii ginekologicznej, ultrasonografii ginekologicznej, prenatalnej diagnostyce ultrasonograficznej, prowadzeniu ciąży fizjologicznej i ciąży wysokiego ryzyka. Jest ceniona za olbrzymie doświadczenie, profesjonalizm, otwartość i szczerość w bezpośrednim kontakcie z pacjentką. W 2003 roku obroniła pracę doktorską na temat zaburzeń metabolicznych w ciąży, ze szczególnym uwzględnieniem cukrzycy ciążowej. Dr n. med. Joanna Jacko – absolwentka Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie. Posiada specjalizację z ginekologii i położnictwa oraz specjalizację z ginekologii onkologicznej. Specjalizuje się w leczeniu operacyjnym endometriozy głęboko naciekającej, diagnostyce ultrasonograficznej endometriozy, onkologii ginekologicznej, ultrasonografii ginekologicznej, prenatalnej diagnostyce ultrasonograficznej, prowadzeniu ciąży fizjologicznej i ciąży wysokiego ryzyka. Jest ceniona za olbrzymie doświadczenie, profesjonalizm, otwartość i szczerość w bezpośrednim kontakcie z pacjentką. W 2003 roku obroniła pracę doktorską na temat zaburzeń metabolicznych w ciąży, ze szczególnym uwzględnieniem cukrzycy ciążowej.

Rekonwalescencja po operacji 

Powrót do pełni sił zależy w dużym stopniu od zakresu operacji, jak i stanu ogólnego pacjentki. Pacjentki po operacji wypisywane są do domu po 2-6 dniach.

Niestety endometrioza jest chorobą nieprzewidywalną. Zdarza się, że mimo prawidłowo wykonanej operacji dolegliwości po kilku latach wracają, jednak dokładne wykonanie pierwszej operacji znacząco obniża ryzyko nawrotu. Dużo zależy od wdrożenia prawidłowego postępowania pooperacyjnego nacelowanego na „wyciszenie” choroby. Myśleć tu należy przede wszystkim o leczeniu farmakologicznym, dietetycznym i fizjoterapii.

Szpital Medicover, Warszawa,  Aleja Rzeczypospolitej 5 

  1. Styl Życia

Miłość rodzi się w kontakcie - cała prawda o adopcji

Magda wie na pewno, że dziecko, czy to biologiczne, czy adoptowane, kocha się tak samo. (Fot. Mariola Kędzior)
Magda wie na pewno, że dziecko, czy to biologiczne, czy adoptowane, kocha się tak samo. (Fot. Mariola Kędzior)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Najpierw chciała być po prostu mamą. Bezskutecznie. Potem mamą adopcyjną. Udało się. Ale gdy zobaczyła, jak dużo jest w tym obszarze do zrobienia, wzięła się do organicznej pracy. Założyła fundację, napisała książkę i setki artykułów. I tak stała się ekspertką od adopcji.

Magda Modlibowska, 48 lat, z wykształcenia socjolożka. A z zawodu? Gdyby wnosić po tematach, jakie wyskakują, gdy wpisze się do wyszukiwarki jej nazwisko, można by sądzić, że zajmuje się adopcją na pełny etat. A ona, owszem, od kilkunastu lat pracuje na rzecz adopcji, tyle że charytatywnie. Po raz pierwszy spotkałyśmy się dziesięć lat temu przy okazji jej książki „Odczarować adopcję”. To był temat, który nie tylko odczarowywała, ale przede wszystkim wyciągała z otchłani tematów tabu. Bo w tamtych czasach w Polsce przyznawanie się do bycia niebiologiczną matką było czymś wstydliwym. Bywało, że kobiety fingowały ciążę, żeby ukryć fakt zostania „matkami inaczej”. Magda od początku przecierała szlaki. Dla siebie, innych, dla sprawy. Zapamiętałam ją jako wulkan energii. Wygadana, kompetentna, inteligentna. Jeszcze wtedy łączyła pracę w korporacji z działaniami proadopcyjnymi. Potem skupiła się tylko na tym drugim. Sądziłam, że tak będzie do końca świata i jeden dzień dłużej. A ona jesienią mówi mi: – Teraz przyszedł czas na zamknięcie tamtego okresu, kiedy zajmowałam się tylko wspieraniem innych. Nie zamierzam skończyć jako babcia adopcyjna. Pora zająć się sobą. Nie słyszę w tych słowach żartobliwego tonu. Zmiana, którą widzę, też jest zaskakująca. Na spotkanie przychodzi w długiej czerwonej sukience, z tatuażem na przedramieniu, burzą włosów w naturalnym popielatym kolorze. Podkreśla, że nasze obydwa spotkania to taka symboliczna klamra spinająca jej działalność adopcyjną.

Procedury

Zaczęło się od tego, że Magda nie mogła zajść w ciążę. Oboje z mężem byli dla lekarzy zagadką. Z medycznego punktu widzenia nic nie stało na przeszkodzie, by mieli biologiczne dzieci. Ale mieć nie mogli. Z góry odrzucili in vitro. Uważali, że ta metoda nie daje gwarancji powodzenia, oznacza lata walki, burze hormonalne i czekanie, czekanie. – Byłam umęczona badaniami diagnostycznymi. Nie chcieliśmy dalej w to brnąć. Już wcześniej myśleliśmy o adopcji – że jak będziemy mieć dwoje dzieci, to potem adoptujemy. Pierwszą procedurę adopcyjną przeszli w Krakowie, za darmo, w państwowym ośrodku adopcyjnym, który mieścił się w zagrzybiałym starym budynku. – W ośrodku w Krakowie pracowali z nami wspaniali ludzie. Docierano do naszej głębokiej motywacji. Nagle uświadomiliśmy sobie, że pragnienie dziecka to nie żaden altruizm, żadne myślenie Bóg wie o czym, tylko o tym, żeby być mamą i tatą. Po prostu. W trakcie tych spotkań okazało się, że na wiele spraw Magda ma inne poglądy niż mąż. Na przykład uważała, że macierzyństwo adopcyjne niczym się nie różni od naturalnego, mąż – że się różni. Zostawili sobie ten temat jako nierozstrzygnięty. Usiłowali przejść adopcję także w Warszawie w niepublicznym ośrodku, usytuowanym w nowoczesnych wnętrzach, za spore pieniądze. Ale okazało się to niemiłym doświadczeniem. Magda pytała wtedy buńczucznie: „Czy ośrodki adopcyjne i domy dziecka są naprawdę zainteresowane przygotowywaniem dzieci do adopcji?”. Dzisiaj nie jest tak radykalna. – Każde staranie o dziecko długo trwa, i to naturalne, i to adopcyjne. Ośrodki dwoją się i troją, ale co mają zrobić w sytuacji, gdy jest dużo więcej rodziców niż dzieci do adopcji? Część dzieci nie jest „wolna prawnie”. Dlatego dzisiaj sformułowałabym inny postulat: powierzania takich dzieci rodzinom zastępczym, w których mogłyby wzrastać w kontakcie z rodziną biologiczną, ale w bezpiecznych warunkach.

Ona i one

Wypełniając ankietę w jednym z warszawskich ośrodków, w rubryce „oczekiwania” wpisała: żadnych. Starsza córka Magdy (18 lat, w chwili adopcji – dwa miesiące) urodziła się z wieloma wadami. Przechodziła operację za operacją. Młodsza (nieco ponad 13 lat, adoptowali ją w wieku 2,5) była zdrowa, ale długo borykali się z jej traumami. Magda powtarza, że miłość do dziecka nie rodzi się automatycznie, nawet gdy poród jest naturalny. Rodzi się w kontakcie. Pierwsza córka wymagała całodobowego czuwania, opieki, więc wzajemna miłość narodziła się samoczynnie. O uczucia drugiej trzeba było się starać. – Musiałam niejako urodzić tę relację. Po trzech latach poczułam, że druga córka stała się naprawdę naszym dzieckiem. Nagle zaczęła emanować takim prawdziwym, niewymuszonym ciepłem. Rączki, które mnie obejmowały, wprost się do mnie przyklejały. Jak mówiła: „mamuniu, przytul mnie”, to z głębi serca, a nie jak na początku, recytując. Bardzo pomogła mi koleżanka, która ma pięcioro biologicznych dzieci. Kiedy urodziła trzecie, zadzwoniła: „Mam wielki problem, tylko ty możesz mi pomóc”. Myślę sobie: „Matko, taki wzór macierzyństwa dzwoni po radę właśnie do mnie?”. Okazało się, że zawsze karmiła piersią, a teraz dziecko jest uczulone i musi karmić sztucznie. No a kto lepiej zna się na mieszankach i butelkach, jak nie ja? I wtedy zrozumiałam, że nie powinnam się porównywać, bo nie ma znaczenia, czy urodziłam, czy nie. Ważne, że kocham, że czuję się matką. Później przekonałam się, że moja miłość do córek nie różni się od tej do biologicznego syna. Urodził się dziewięć lat temu jako totalna niespodzianka. Dla niego nie ma znaczenia, że siostry są adoptowane. Ostatnio powiedział do jednej: „Ty to masz fajnie, bo masz dwie mamy, a ja tylko jedną”. Teraz Magda wie na pewno, że dziecko, czy to biologiczne, czy adoptowane, kocha się tak samo. Problemy wszystkich matek są podobne. Uważa, że jej jako matce córek było nawet łatwiej niż matkom biologicznym. Nie przechodziła przez trudy ciąży i porodu. Ale – z drugiej strony – nie doświadczając tych dziewięciu miesięcy, ciężko było jej od razu poczuć macierzyństwo. Cały czas szukała książek dla matek adopcyjnych. Dopiero po jakimś czasie zrozumiała, że powinna czytać zwykłe książki dla zwykłych matek, bo tak samo karmi, przewija.

Magda Modlibowska: 'Macierzyństwo, i to adopcyjne, i biologiczne, najpierw otworzyło mnie na innych, teraz na siebie'. (Fot. Mariola Kędzior) Magda Modlibowska: "Macierzyństwo, i to adopcyjne, i biologiczne, najpierw otworzyło mnie na innych, teraz na siebie". (Fot. Mariola Kędzior)

Praca od podstaw

Szybko przekonała się, że w procedurze adopcyjnej przeorania wymaga wszystko. – Zjadłam zęby na poszukiwaniu wsparcia, które w Polsce kuleje. Na ogół rodziny z dzieckiem zostają pozostawione same sobie, często w poczuciu, że nie wypada o nic prosić, bo przecież nas zakwalifikowano. Więc jak już dowiedziałam się, gdzie szukać pomocy, chciałam się tą wiedzą podzielić. Najpierw napisała książkę „Odczarować adopcję”. Pamięta dokładnie, że zainspirowało ją do tego takie zdarzenie: Rozmawia z koleżankami z pracy o tym, w jakim szpitalu rodzić, naturalnie czy przez cesarskie. Koleżanki wiedzą, że jest świeżo upieczoną mamą. Któraś z nich pyta: „A ty jak rodziłaś?”. Odpowiada: „Adoptowałam”. I wtedy zapada cisza. Krępująca. Magda jest przekonana, że koleżanki jej nie oceniają, tylko nie mają wzorców, jak się zachować. Ta sama sytuacja kilka lat później w Szwecji: Magda z córkami w międzynarodowym towarzystwie. Ktoś pyta, czy rodziła w Polsce. Kiedy mówi, że adoptowała, gratulują, są ciekawi, jakie to doświadczenie, czy dzieci są rodzeństwem. – Zamarzyło mi się, żeby w Polsce też tak było, żeby o adopcji mówiło się otwarcie, a nie półgębkiem. Książka rozeszła się na pniu. Potem zorientowała się, że to za mało, bo ludzie potrzebują kontaktu. Założyła więc Fundację Wsparcia Rodzin po Adopcji, którą do dziś prowadzi i finansuje. Przyznaje, że to wyczerpujące zadanie. – Innym wydaje się, że jestem wielką instytucją, dzwonią do mnie z pytaniami, oburzają się, że czekają na odpowiedź, a ja nie odpowiadam, bo mam chore dziecko. Nikt nie wie, że działam sama. Ale nie mam o to pretensji. To moja decyzja i moja za nią odpowiedzialność. Rozpiera mnie duma, że przez fundację przewinęło się ponad tysiąc rodzin, którym mogłam pomóc. Ale na tym nie koniec. Magda to kobieta orkiestra. Napisała ponad 300 artykułów do Internetu i gazet, nagrała wiele audycji radiowych, występowała w programach telewizyjnych. Wymyśliła i wypuściła w świat „Księgę Adoptowanego Dziecka” – kronikę przygotowań rodziców na przyjęcie dziecka. Była przez kilka lat wiceprezeską Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Właśnie wychodzi kolejne wydanie książki „Odczarować adopcję”. Uzupełnione o doświadczenie nie tylko jej, lecz także innych rodziców, o wywiady z psychologami, o ważne zagadnienia, jak poronienia. Redaktorka, czytając opasłe tomisko, podsumowała: „Powstała biblia adopcyjna”.

Misja

Magda od początku chętnie wypowiadała się publicznie na temat adopcji. Była na każde zawołanie. – Chodziło mi o to, żeby więcej się o niej mówiło. Bo gdy się mówi, jest szansa, że się ją oswoi, że stanie się mniej dzika, tajemnicza. Uważam, że to moja misja, dług do spłacenia. W końcu po coś doświadczyłam tego wszystkiego: dwóch adopcji, porodu domowego i czterech poronień. Po coś mam dar mówienia i tyle energii. Co by powiedziała teraz, bogatsza o doświadczenia, przyszłym rodzicom adopcyjnym? Żeby nie bać się adopcji. Bo daje szansę na przepiękne rodzicielstwo. Podobne do biologicznego – są w nim te same troski i to samo szczęście. Ale w rodzicielstwie adopcyjnym jest coś jeszcze: właśnie ta adopcyjność, czyli mnóstwo wyzwań, których nie ma w rodzicielstwie biologicznym. Trzeba się na to przygotować. I szukać wsparcia. Magda bardzo nie lubi mitu, że adopcja to bohaterstwo, bo oto ktoś uratował dziecko. – Nie, ja uratowałam siebie. Bohaterstwem jest urodzić dziecko z dysfunkcjami. Ja na każdym etapie adopcji mogłam powiedzieć: nie, a matka biologiczna tego nie może zrobić. Przygotowanie do adopcji to wgląd w siebie, na co jestem otwarta. Ja na przykład nie byłam w stanie przyjąć dziecka z poważnymi dysfunkcjami umysłowymi. Dlatego głośno mówię rodzicom adopcyjnym: macie do tego prawo. Pytam Magdę, czy jako działaczka adopcyjna ma poczucie sukcesu. – Absolutnie nie, wręcz mam poczucie porażki. Nie zintegrowałam środowiska adopcyjnego, nie ruszyłam w posadach systemu, nie zostałam wysłuchana tam, gdzie być powinnam. Adopcja nadal jest dla polityków mało ważnym zagadnieniem. Nie udało mi się także dlatego, że jak proszę matki adopcyjne o publiczne zabranie głosu, to odmawiają. Anonimowo wypowiadają się chętnie. Co to pokazuje? Że nie chcą eksponować swojej inności. A przecież ze swoimi dziećmi do końca życia będą żyć z adopcją w tle. Co trzeba zrobić, żeby odczarować w Polsce adopcje? – Podzieliłabym te działania na dwa nurty. Społeczny, czyli uświadamianie ludzi poprzez media, w szkole, czym jest adopcja, a z drugiej strony – uwrażliwianie na problemy adopcyjnych rodzin. Dlaczego gratulujemy biologicznej matce urodzenia, a adopcyjnej już nie? Drugi nurt jest systemowy, i tu jest bardzo dużo do zrobienia. Wywróciłabym do góry nogami ustawodawstwo. Bo w tej chwili jest tak, że po decyzji sądu o adopcji przed rodzicami zamykają się wszystkie drzwi, nie mają oni żadnej opieki, nawet prawa do pielęgniarki środowiskowej.

Wypalenie

Magda powtarza, że zrobiła, co mogła. Teraz chce oddać się rodzinie. Z każdym dzieckiem jest w innym procesie. Najstarsza córka szuka swoich korzeni biologicznych, młodsza ją w tym podpatruje. Córki od początku wiedziały, że ich nie urodziła, niczego przed nimi nie ukrywała. Mimo to etap, który teraz wspólnie przechodzą, nie jest łatwy. – Badania potwierdzają, że każde dziecko przechodzi przez traumę odrzucenia. Czasem już na etapie prenatalnym. Psychologowie powtarzają to rodzicom adopcyjnym od początku, tylko oni nie chcą tego słyszeć. Myślą, że miłością można wyleczyć wszystko. A to nieprawda. Pytanie mojej córki o rodziców biologicznych było dla mnie bardzo silnym tąpnięciem. Mimo że wiem, że ona nie przestanie mnie nagle kochać, nie odejdzie od nas. Magda nie ma żalu do biologicznych matek swoich córek, czuje do nich wdzięczność. Są w jej rodzinie od początku. Najpierw mentalnie, teraz w rozmowach z córkami, niedługo być może spotka je w realu. Bo jeżeli kiedyś córka poprosi ją, żeby pojechały do niej razem, zrobi to bez wahania. – My, rodzice adopcyjni, musimy być na to gotowi. To część naszego rodzicielstwa. Moje córki przychodzą do mnie i mówią: „Chcemy wiedzieć, do kogo jesteśmy podobne. Zadać pytanie, dlaczego rodzice mnie oddali do adopcji, czy dlatego, że byłam ciężko chora, czy że byłam kłopotliwym dzieckiem”. Cieszę się, że przychodzą z tym do mnie. Gdybym nie wiedziała tego, co wiem o adopcji, mogłabym się podłamać. Bo przecież wlałam w nie tyle miłości. Wskoczyłabym za nie w ogień. Zawsze będę je wspierać. Ale adopcji jako takiej już wspierać nie chcę. Czuję się wypalona byciem na jej świeczniku. Chcę się skupić na moich dzieciach, mężu. I na sobie. Prowadzę własny biznes, piszę wiersze, gram na czandrze, maluję. Macierzyństwo, i to adopcyjne, i biologiczne, najpierw otworzyło mnie na innych, teraz na siebie. 

W 2020 roku  ukazało się uzupełnione wznowienie książki Magdaleny Modlibowskiej „Odczarować adopcję”. Wydawnictwo Mamania.