fbpx

Nie balsamuję ciała!

Coś się stało, zdecydowanie coś się zmieniło. Zastanawiam się tylko, czy to nie za wcześnie na takie zmiany, na taki spokój. Nie mam ochoty na zakupy, nie chce mi się nic mierzyć, niczego szukać, mam trzy dresy i stare swetry, tak zwane dziady, i kilka powyciąganych koszulek, z których łatwo wydostać pierś mleczną zawsze i wszędzie. Co najciekawsze, być może najgorsze lub zgubne, czuję się w tym superkobieco i ponętnie. Mam mydło, szampon i pastę do zębów. Uzupełniam, kiedy się kończą.

Nie balsamuję ciała! Okazuje się, że skóra jest mądra i jeśli się jej nie balsamuje, to ona nie odpada wcale. Taka kremacja kojarzy mi się ze śmiercią, a bardziej ze strachem przed przemijaniem. Jak dużo zyskujemy czasu, zwalniając się z obowiązujących na świecie uzależnień. Jak to dobrze, że można jeszcze kupić warzywa i owoce bez wiedzy o tym, co to za firma, i że nie trzeba czytać składu, bo one przynajmniej udają, że są tylko sobą. Nie widzę sensu wchodzenia do klubów, jeśli nie mam tam śpiewać lub ktoś fenomenalny tam nie gra. Dlatego jedynymi odwiedzanymi przeze mnie imprezami są jamy i koncerty. Jaki jest sens spotykania ludzi w miejscu, w którym jest za głośno, żeby rozmawiać?!

Stałam się niewrażliwa na półśrodki, logicznie nudna, po co pić sok z cukrem, który sprawia, że chce nam się pić jeszcze więcej? Ktoś odpowiedział mi: „bo jest dobry i to miłe uczucie”. A ja tego nie czuję ostatnio, nie umiem oszukać świadomości zmysłami. Nie odczuwam rozkoszy, pijąc colę, bo wiem, że jej nie chcę. Tym samym nie umiem być rozkoszną kochanką z doskoku, jeśli się nie zakocham. W wyniku tych zmian jem mniej, schudłam jakieś pięć kilo od ostatniego felietonu, seksu nie było, nowej kiecki na wiosnę brak. Natomiast codziennie od prawie pół roku przelatuje mi przed oczami wspomnienie momentu, kiedy dostałam moją córkę do rąk po raz pierwszy. Była oślizgłą, krwawą kluską wijącą się na moim brzuchu, w dotyku najbardziej milutką fakturą, jaką czułam kiedykolwiek pod palcami. To może być uczucie dotykania cudu. Może od tego momentu niektóre przyziemności mam totalnie gdzieś, chodzę obśliniona i szczęśliwa.

Matylda jest najszczęśliwsza, kiedy leży goła i wkłada sobie stopy do buzi – podobno zamyka wtedy obieg energii. Ja jestem szczęśliwa, kiedy ją karmię mlekiem, które powstaje w magiczny sposób w momencie, kiedy ona go pragnie. Artysta jest szczęśliwy, kiedy czuje się narzędziem w większych rękach, przekaźnikiem, pośrednikiem. Jako zbiornik uwielbiam patrzeć na jej twarz, kiedy je, rączki i stópki wykręca z radości, oczy odlatują pod powieki, mruczy, mlaska i zasypia, a ja z nią. Po takiej drzemce budzimy się i mamy zrelaksowane porozumienie w oczach, nowy gatunek miłości, jaki poznałam. To jest początek wielkiej przyjaźni. Absolutnie czysta relacja, bez cukru, bez konserwantów, niepasteryzowana miłość.

Być może zdziczałam, być może nie idzie znaleźć męża w ten sposób. Może nadejdzie czas na balsamowanie ciała, negację dresów, jedzenie cukru, szukanie towarzyszy życia w zadymionych ogłuszających klubach. Tymczasem rozkoszuję się burakiem na parze, mięciutkim mango, dojrzałym awokado, garściami orzechów, dobrze brzmiącymi smykami, ładnymi zdaniami po polsku w piosenkach, najedzonym, śpiącym dzieckiem z otwartą buzią i czuję, że są to pełnowartościowe, bardzo zalecane, zdrowe rzeczy.

Czuję, że jestem w odpowiednim miejscu i czasie, bez żadnego „ale”. Są sprawy, o których marzę, do których dążę, ale przestało mi się śpieszyć, przestałam je gonić. Bardzo mnie to cieszy, przepraszam za monotematyczność, róbmy i kochajmy dzieci, polecam.